Brak przymrozków i częste opady sprzyjają sadzeniu drzew w Ostoi. Ostatnio przybyło 15 drzew owocowych, którym towarzyszą rokitniki i syberyjskie karagany. Te dwie rośliny mają to do siebie, że wiążą azot z powietrza, czym przyczyniają się do wzrostu żyzności gleby. Uparłem się na nie, pomimo tego, że poprzednie próby ich wprowadzenia do Ostoi zawiodły. Tym razem, aby nie padły łupem zajęcy i saren, sadzę je razem z drzewami owocowymi, w obrębie płotu. Dodatkowo, staram się ujarzmić piachy Ostoi przy użyciu róż, dzikiej i pomarszczonej.
Drzewka staram się sadzić tak, aby tworzyły linie zgodne z ukształtowaniem terenu - każda linia drzew jest jak poziomica na mapie. Dzięki temu nie rosną też w równych rzędach jak w przemysłowych sadach, ale w sposób bardziej naturalny. Pomiędzy drzewka owocowe wplatam glediczje trójcierniowe, wyhodowane własnoręcznie z nasion, a więc jeszcze malutkie, one podobnie jak rokitniki i karagany wiążą azot z powietrza, ale na razie niemal ich nie widać. Na tym etapie dosadzam jeszcze kłącza żywokostu, rośliny która korzeniem sięga w głąb ziemi i wydobywa z niej minerały, oraz truskawki z własnego chowu, które wraz z dosianą wiosną koniczyną mają stworzyć okrywę dla grządek.
Oczywiście nie może zabraknąć grzybów, których obecność jest niezwykle istotna dla drzew. Zbieram więc różne gatunki z terenu i umieszczam w ściółce grządek, w postaci końcówek korzenia oraz zawiesiny z rozdrobnionych kapeluszy. Mam nadzieję, że podobnie jak w innych częściach Ostoi, przyjmą się dobrze. Obecnie w ogródkach królują muchomory czerwone, na podwórku jest ich wielokrotnie więcej niż w lesie, co pokazuje, że coś robię dobrze, A nie jest to tak bardzo skomplikowane - grzyby uwielbiają ściółkę ze zrębki, a jej używam niemal wszędzie.
Dwadzieścia metrów od podwórka zamieszkał bóbr. W tydzień skosił dwie duże osiki. Miałem inne plany, ale trzeba było pociąć i zwieźć. Pod górkę, taczką. Teraz każdy pieniek na pół, a potem porąbać. Będzie opał na ćwierć zimy, za rok czy dwa, jak wyschnie. Osik jest jeszcze kilkadziesiąt. Napoczął cztery kolejne ...
Te napoczęte poowijałem siatką, a najgrubszą owinąłem ... sprężynami z materacu starego łóżka. Miałem zamiar wykorzystać te sprężyny inaczej, jako stelaż do wiszącego, pionowego ogródka ziołowego, ale na razie i tak na to nie pora. Tym sposobem, ostatnia część starego tapczanu została "zrecajklowana". Absolutnie nic nie trafiło do śmieci. Fajnie, prawda?
To już ostatni moment, gdy widać liście dębu - bo oświetlają je ostatnie promienie zachodzącego słońca, no i maluczko, a wszystkie liście opadną. Dzień się zbliża do końca, dąb się tuli do płotu, a płot się chyli ku upadkowi, trzeba będzie się nim poważnie zająć na wiosnę. A tymczasem, u schyłku października łapię te ostatnie promienie i moment odpoczynku, po dniu solidnie przepracowanym. W kolejnych tygodniach jeszcze parę rund grabienia liści, jeszcze nieco ściółkowania grządek, podsypania kompostem tu i tam, i sezon ogrodniczy 2016 będzie można uznać za ostatecznie zamknięty. Nastanie czas odpoczynku od sadzenia i zbiorów, ale i oceny tego, co się udało, a co nie, i snucia planów na kolejny rok. Ale zanim to nastąpi, pora zająć strategiczną pozycję przy piecu i rozgrzać się nieco, bo Słońce zniknęło za horyzontem, pohukuje samica puszczyka, a z nieba mży. Taki to koniec kolejnego Ostojowego dnia....
Blog o permakulturze i Permakulturowym Miejscu Pokazowym "Ostoja" zlokalizowanym w sercu Puszczy Bolimowskiej, w obszarze Natura 2000, nad brzegiem rzeki Rawki, rezerwatu przyrody.
niedziela, 30 października 2016
niedziela, 16 października 2016
Wydarzenia
Ostatnio ktoś mnie zapytał, dlaczego, pomimo zaproszenia na Facebooku, nie pojawiłem się na wydarzeniu. Wydarzenie, jak zdecydowana większość wszystkich, miało oczywiście miejsce w weekend, a weekend jak wiadomo, jest czasem Ostoi. To tu mają miejsce wydarzenia wymagające mojej obecności. Tak jak w tym tygodniu, grubo po terminie przyszła dostawa krzewów, jagody kamczackiej i borówki amerykańskiej, tak pięknie się kurier z paczką obchodził, że roślinki z doniczek powypadały. O dziwo, niemal żadnych złamań i urazów, ale do sadzenia trzeba było przystąpić niezwłocznie.
Sąsiad pogłębił bajorko na łące, na granicy naszych działek. Maluczko, a pojawił się bóbr i z racji tego, że sąsiad drzew nie posiada, zaczął maltretować moje. Jak na razie zabrał się za dwie grube osiki, których już nie ma sensu próbować ratować, ani chybi zwalą się do sąsiadowego bajora. Bo bóbr to cwana bestia, potrafi podciąć drzewo tak, aby upadło, gdzie mu pasuje. Bóbr wygląda na młodzieniaszka, który założył pierwszą siedzibę, maluczko, a zaraz przygrucha sobie pannę i założą szczęśliwą bobrową rodzinę z wianuszkiem dziecisków. Biedne moje drzewa z jednej strony, z drugiej będzie sporo drewna bez pozwoleństw i ceregieli. Wydarzenie ambiwalentne - drewno potrzebne, ale drzew żal. A bobra tego akurat ciężko podejść, dwie dotychczasowe próby spełzły na niczym. Tak więc zamiast zdjęcia delikwenta, na razie jedynie jego dzieło.
Mówią październik, a jest listopad - bo liście lecą na potęgę. Jak już wielokroć pisałem, w kwestii materii organicznej "nie oddamy nawet guzika". Grabię więc i grabię, i pakuję w kompostownik. A ponieważ obecnie zdecydowana większość to liście klonu, które bardzo trudno i powoli się kompostują bez rozdrabniania, przerzucania i dodawania substancji bogatych w azot, to w ramach Ostojowych eksperymentów próbuję skompostować je metodą bokashi. Został mi woreczek startera kompostowego bokashi, który jest już przeterminowany (ale ledwie o kilka dni), przesypuję tym więc warstwy klonowych liści z lekką domieszką lipowych, oraz traw. Warstwy mocno ubijam, albowiem kompostowanie bokashi to proces beztlenowy, staram się więc aby pomiędzy liśćmi było jak najmniej powietrza. Jako efekt uboczny, więcej można wcisnąć do kompostownika. Jeśli ten eksperyment się powiedzie, będzie to z wielką korzyścią dla Ostoi - poprzednie liście klonu uległy całkowitemu rozłożeniu po trzech latach, tu mam nadzieję na ich rozkład do wiosny.
Odrobinkę ostatnio popadało i dzięki temu na wszystkich grządkach roi się od grzybów, grzybków i grzybeńków. Są przepiękne czerwone muchomory, są jakieś średniej wielkości grzyby blaszkowe bliżej mi nieznane, są malutkie grzybki z kapelusikami podobnymi do łysiczek (ale to nie one niestety), są grzybki jeszcze mniejsze lejkowate, a wystarczy rozgarnąć ściółkę aby przekonać się, że jest w niej po prostu biało - tak duża jest ilość grzybni w zdominowanej przez zrębki z drzew liściastych ściółce.
Wysypy grzybowe, jakichkolwiek gatunków, są wydarzeniami w dużej mierze zaplanowanymi - tak miało być, po to gleba została tak, a nie inaczej wyściółkowana. Jednakże, nie wszędzie grzyby są takie, jakie sobie wymarzyłem. W miejscu, gdzie poprzednio rosły pierścieniaki jadalne, i skąd grzybnię przeniosłem w kilka innych miejsc, w tym roku dominują inne gatunki. Pierścieniaka jadalnego nie ma ani jednego. Wygląda na to, że owocowaniem grzybów też kieruje swoista sukcesja - w tym roku te, w następnym inne, Po raz kolejny okazuje się, jak wiele racji jest w permakulturowej zasadzie "Obserwuj i współdziałaj", która uczy nas, że nasze koncepcje to jedno, a to co robi przyroda to drugie. Trzeba więc patrzyć uważnie na jej działania i dostosowywać się do nich, zamiast walczyć z nimi nieustannie.
Kiedyś pewnie przyjdzie ten dzień, że można będzie odpuścić. Wybrać się tu czy tam, na wydarzenie czy warsztaty, do kina czy na basen, na dłuższy wypad z noclegiem czy zgoła na pieszą lub rowerową wędrówkę. A na razie, gdy zmierzch i zdrowy rozsądek podpowiadają, że pora skończyć pracę na dziś, pozostaje pogapić się w ogień w piecu, przemyśleć dzień dzisiejszy, i pomyśleć o tym, co zrobić jutro. Myśli spowalniają, piec promieniuje, za oknem ciemno choć oko wykol, a leciutki deszczyk szemrze po dachu i sączy rynnami senną kołysankę. Na dach szopy wiatr strącił gałąź z łomotem i gdy już zapadam w sen, uśmiecham się do myśli, że było to największe wydarzenie tego wieczoru.
Sąsiad pogłębił bajorko na łące, na granicy naszych działek. Maluczko, a pojawił się bóbr i z racji tego, że sąsiad drzew nie posiada, zaczął maltretować moje. Jak na razie zabrał się za dwie grube osiki, których już nie ma sensu próbować ratować, ani chybi zwalą się do sąsiadowego bajora. Bo bóbr to cwana bestia, potrafi podciąć drzewo tak, aby upadło, gdzie mu pasuje. Bóbr wygląda na młodzieniaszka, który założył pierwszą siedzibę, maluczko, a zaraz przygrucha sobie pannę i założą szczęśliwą bobrową rodzinę z wianuszkiem dziecisków. Biedne moje drzewa z jednej strony, z drugiej będzie sporo drewna bez pozwoleństw i ceregieli. Wydarzenie ambiwalentne - drewno potrzebne, ale drzew żal. A bobra tego akurat ciężko podejść, dwie dotychczasowe próby spełzły na niczym. Tak więc zamiast zdjęcia delikwenta, na razie jedynie jego dzieło.
Mówią październik, a jest listopad - bo liście lecą na potęgę. Jak już wielokroć pisałem, w kwestii materii organicznej "nie oddamy nawet guzika". Grabię więc i grabię, i pakuję w kompostownik. A ponieważ obecnie zdecydowana większość to liście klonu, które bardzo trudno i powoli się kompostują bez rozdrabniania, przerzucania i dodawania substancji bogatych w azot, to w ramach Ostojowych eksperymentów próbuję skompostować je metodą bokashi. Został mi woreczek startera kompostowego bokashi, który jest już przeterminowany (ale ledwie o kilka dni), przesypuję tym więc warstwy klonowych liści z lekką domieszką lipowych, oraz traw. Warstwy mocno ubijam, albowiem kompostowanie bokashi to proces beztlenowy, staram się więc aby pomiędzy liśćmi było jak najmniej powietrza. Jako efekt uboczny, więcej można wcisnąć do kompostownika. Jeśli ten eksperyment się powiedzie, będzie to z wielką korzyścią dla Ostoi - poprzednie liście klonu uległy całkowitemu rozłożeniu po trzech latach, tu mam nadzieję na ich rozkład do wiosny.
Odrobinkę ostatnio popadało i dzięki temu na wszystkich grządkach roi się od grzybów, grzybków i grzybeńków. Są przepiękne czerwone muchomory, są jakieś średniej wielkości grzyby blaszkowe bliżej mi nieznane, są malutkie grzybki z kapelusikami podobnymi do łysiczek (ale to nie one niestety), są grzybki jeszcze mniejsze lejkowate, a wystarczy rozgarnąć ściółkę aby przekonać się, że jest w niej po prostu biało - tak duża jest ilość grzybni w zdominowanej przez zrębki z drzew liściastych ściółce.
Wysypy grzybowe, jakichkolwiek gatunków, są wydarzeniami w dużej mierze zaplanowanymi - tak miało być, po to gleba została tak, a nie inaczej wyściółkowana. Jednakże, nie wszędzie grzyby są takie, jakie sobie wymarzyłem. W miejscu, gdzie poprzednio rosły pierścieniaki jadalne, i skąd grzybnię przeniosłem w kilka innych miejsc, w tym roku dominują inne gatunki. Pierścieniaka jadalnego nie ma ani jednego. Wygląda na to, że owocowaniem grzybów też kieruje swoista sukcesja - w tym roku te, w następnym inne, Po raz kolejny okazuje się, jak wiele racji jest w permakulturowej zasadzie "Obserwuj i współdziałaj", która uczy nas, że nasze koncepcje to jedno, a to co robi przyroda to drugie. Trzeba więc patrzyć uważnie na jej działania i dostosowywać się do nich, zamiast walczyć z nimi nieustannie.
Kiedyś pewnie przyjdzie ten dzień, że można będzie odpuścić. Wybrać się tu czy tam, na wydarzenie czy warsztaty, do kina czy na basen, na dłuższy wypad z noclegiem czy zgoła na pieszą lub rowerową wędrówkę. A na razie, gdy zmierzch i zdrowy rozsądek podpowiadają, że pora skończyć pracę na dziś, pozostaje pogapić się w ogień w piecu, przemyśleć dzień dzisiejszy, i pomyśleć o tym, co zrobić jutro. Myśli spowalniają, piec promieniuje, za oknem ciemno choć oko wykol, a leciutki deszczyk szemrze po dachu i sączy rynnami senną kołysankę. Na dach szopy wiatr strącił gałąź z łomotem i gdy już zapadam w sen, uśmiecham się do myśli, że było to największe wydarzenie tego wieczoru.
poniedziałek, 19 września 2016
Wykopki i zbiory
W Ostoi od samego początku eksperymentuję z metodami uprawy ziemniaków. Głównym celem eksperymentów jest dobranie takiej metody, która wymaga jak najmniej pracy, zabiegów, podlewania, a jednocześnie daje w miarę dobre plony, przy czym ziemniaki mają być zdrowe i smaczne. Twórca permakultury Bill Mollison pisał kiedyś, że ziemniaki można ułożyć na betonie, przykryć słomą, od czasu do czasu podlewać, a na koniec sezonu zebrać. Paul Gautschi z kolei uprawia swoje ziemniaki pod grubymi warstwami zrębki, zaglądając do nich raz w troku - dzień zbioru jest również dniem sadzenia - po prostu kilka zostawia pod zrębką na przyszły rok.
O tym, że testuję metodę Paula Gautschi pisałem jakiś czas temu, pisałem również o uprawie w workach, oraz w tak zwanych wieżach ziemniaczanych. W tym roku do wszystkich tych metod dołączyłem jeszcze metodę podobną do opisywanej przez Mollisona, ale z uwagi na brak nawierzchni betonowych w Ostoi, ziemniaki umieszczone zostały po prostu na powierzchni gleby - na suchym, zbitym piachu podwórka. Przykryte zostały słomą i może ze dwa-trzy razy w ciągu sezonu obficie podlane. I właśnie ta metoda w tym roku okazała się najlepsza - wymagała najmniej pracy, najmniej podlewania, a zbiór polegał po prostu na uniesieniu warstw słomy i zebraniu czyściutkich ziemniaczków z powierzchni ziemi. Ładnie się udały zarówno ziemniaki "tradycyjne", jak i fioletowe, które pierwszy raz w tym roku uprawiałem. Warto się do uprawy ziemniaka przyłożyć, bo nic tak nie cieszy, jak własne ziemniaczki obtoczone we własnych ziołach, upieczone na własnym drewnie we własnym piecu.
Skoro już jesteśmy przy dziwnych roślinach jakimi niewątpliwie są fioletowe ziemniaki, to równie dziwny jest fasolnik chiński - roślina motylkowa o niezwykle długich strąkach wypełnionych małymi nasionami. Strąki ugotowane mogą stanowić "roślinne spaghetti", starsze strąki można łuskać i wykorzystywać kulinarnie ziarenka. Fasolnik wiąże azot z powietrza, użyźnia więc glebę, a jedyną niedogodnością jest to, że jest rośliną ciepłolubną i w Ostoi udaje się tylko z rozsady. Dotychczasowe próby wysiania go do gruntu aby towarzyszył innym roślinom w polikulturze jako pnącze całkowicie zawiodły.
Nie samymi ziemniakami człowiek żyje, zbieram więc ostatnie ogórki, melony i na nowo owocujące truskawki. Powoli zaczynają być gotowe do zbioru kabaczki i cukinie. Trwa pomidorowe szaleństwo, tylu pomidorów, ile w tym roku jeszcze nigdy nie było. Jestem dosłownie zasypany małymi pomidorkami koktajlowymi. Duże pomidory powoli się kończą, jeszcze tylko najpóźniejsze odmiany próbują dojrzeć. W swojej nadgorliwości zabiłem niestety kilka krzaków, obcinając zbyt wiele liści od dołu, tam jednak, gdzie zrobiłem to poprawnie, nie ma juz prawie niedojrzałych owoców.
Na największym talerzu jaki mam mieszczą się średnio dwa plasterki pomidorowego szczęścia. Z takich właśnie okazów wybieram nasiona. Dwa dni fermentują w wodzie aby ułatwić pozbycie się galaretowatej osłonki, a następnie płukane są na sitku zimną wodą, i suszone. O ile w tym roku niemal wszystkie nasiona pomidorów pochodziły spoza Ostoi, o tyle na przyszły rok planuję skorzystać wyłącznie z tego, co sam teraz zbiorę. Dotyczy to zresztą nie tylko pomidorów, ale i innych roślin, ze szczególnym uwzględnieniem strączkowych. Zbiory nasion to najważniejsze ze zbiorów, to akt optymizmu i inwestycja w przyszłość, w następny udany rok.
poniedziałek, 22 sierpnia 2016
Gdyby
W niedzielne popołudnie deszcz zlał wreszcie Ostoję solidnie, padało kilka godzin. Mokre krzewy pomidorów zaczęły się giąć pod ciężarem wody i mokrych owoców, zaistniała więc potrzeba pilnej interwencji. W jej efekcie do kuchni trafiły pomidory odmiany Rosyjski Gigant Novikova 32, starej odmiany którą w tym roku pierwszy raz testuję. Pomidory zachwycają nie tylko smakiem, ale i rozmiarami, o czym świadczą wskazania wagi - największy osobnik ważył 639 gram, a inne niewiele mu ustępowały, To wszystko oczywiście bez żadnych nawozów sztucznych czy chemicznych środków ochrony roślin, no i przy bardzo ograniczonej opiece nad roślinkami. Przyznacie że niezły wynik, a gdyby nie ten deszcz, to kto wie, może udałoby się dobić do tych 700 gram, o których piszą, że stanowią szczyt możliwości tej odmiany.
W zakątkach podwórka, w grządkach, brzózkach i krzaczkach, jak grzyby po deszczu wyrastają ... grzyby oczywiście. Są absolutne wszędzie i mam uzasadnione podejrzenia, że jest to efekt stałego zagospodarowywania grzybowych odpadków przez ostatnie lata. Nie tylko resztki i robaczywe grzyby trafiają do gleby, ale nawet i woda po grzybów płukaniu, która też na pewno zawiera miliardy grzybowych zarodników. Ostatnio nawet rozdrabniam resztki w wiadrze z wodą, aby "zasięg rażenia" zarodników był większy. A gdyby tak jeszcze ściółki mieć więcej, a nie tylko ten piach Ostojowy, byłby grzybowy raj. Choć i obecnie nie można narzekać.
Tradycyjnie już zbieram co urosło, dokładnie tyle, ile ja i goście zjedzą. Gdyby czegoś zabrakło, to świeża dostawa czeka w odległości najwyżej trzydziestu kroków od kuchni. Dużym minusem jest brak produkcji zwierzęcej czy choćby jajek, ale dopóki w Ostoi nikt nie mieszka na stałe, nie jest to możliwe. Potencjał w tym zakresie jest, króliki i drób mogłyby z powodzeniem w Ostoi zamieszkać. Myślę o tym, bo gdyby nadszedł taki dzień, że towar z półek w sklepach zniknie, albo co gorsza znikną sklepy, to zdolność i umiejętność produkcji własnej żywności okaże się nieoceniona.
Nareszcie znajduję czas, aby wybrać się w nieco dalsze okolice, zaledwie kilka kilometrów na północ. Tam sianokosy na całego, a wzrok mój przykuła krawędź pomiędzy łąką świeżo skoszoną i jak widać regularnie wykorzystywaną rolniczo, a sąsiednim pasem ziemi, "zdziczałym" i zdominowanym przez nawłoć. Przyznacie że ilość biomasy dosychającej na łące i czekającej na zebranie wygląda niezwykle mizernie w porównaniu z nawłociowym szaleństwem. Pomijając już pszczelarskie i prozdrowotne właściwości nawłoci, można by chyba tą piękną łąkę efektywniej wykorzystać - wzorzec jest za miedzą. Gdyby tylko gospodarz chciał to dostrzec...
W zakątkach podwórka, w grządkach, brzózkach i krzaczkach, jak grzyby po deszczu wyrastają ... grzyby oczywiście. Są absolutne wszędzie i mam uzasadnione podejrzenia, że jest to efekt stałego zagospodarowywania grzybowych odpadków przez ostatnie lata. Nie tylko resztki i robaczywe grzyby trafiają do gleby, ale nawet i woda po grzybów płukaniu, która też na pewno zawiera miliardy grzybowych zarodników. Ostatnio nawet rozdrabniam resztki w wiadrze z wodą, aby "zasięg rażenia" zarodników był większy. A gdyby tak jeszcze ściółki mieć więcej, a nie tylko ten piach Ostojowy, byłby grzybowy raj. Choć i obecnie nie można narzekać.
Tradycyjnie już zbieram co urosło, dokładnie tyle, ile ja i goście zjedzą. Gdyby czegoś zabrakło, to świeża dostawa czeka w odległości najwyżej trzydziestu kroków od kuchni. Dużym minusem jest brak produkcji zwierzęcej czy choćby jajek, ale dopóki w Ostoi nikt nie mieszka na stałe, nie jest to możliwe. Potencjał w tym zakresie jest, króliki i drób mogłyby z powodzeniem w Ostoi zamieszkać. Myślę o tym, bo gdyby nadszedł taki dzień, że towar z półek w sklepach zniknie, albo co gorsza znikną sklepy, to zdolność i umiejętność produkcji własnej żywności okaże się nieoceniona. Nareszcie znajduję czas, aby wybrać się w nieco dalsze okolice, zaledwie kilka kilometrów na północ. Tam sianokosy na całego, a wzrok mój przykuła krawędź pomiędzy łąką świeżo skoszoną i jak widać regularnie wykorzystywaną rolniczo, a sąsiednim pasem ziemi, "zdziczałym" i zdominowanym przez nawłoć. Przyznacie że ilość biomasy dosychającej na łące i czekającej na zebranie wygląda niezwykle mizernie w porównaniu z nawłociowym szaleństwem. Pomijając już pszczelarskie i prozdrowotne właściwości nawłoci, można by chyba tą piękną łąkę efektywniej wykorzystać - wzorzec jest za miedzą. Gdyby tylko gospodarz chciał to dostrzec...
czwartek, 18 sierpnia 2016
Migawki sierpniowe
Najpiękniejsze chwile w Ostoi to czas, gdy kończy się dzień. Słońce zachodzi za rzeczką, a człek, po całym dniu prac wszelakich, siedzi i gapi się z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku (wiem, wiem, w piętkę gonię i ciągle to powtarzam). Przyroda odpoczywa od skwaru, za wyjątkiem komarów, które wtedy właśnie potrafią urządzać sobie zawody w upierdliwości. Wkrótce nad łąkami krążyć zaczną nietoperze, w tym zapewne i te, które żyją za okiennicami domku, na pohybel komarom. Głosy dnia ustępują głosom nocy, a powierzchnię wody marszczą rybki, zbierając z niej pyszczkami upadłe owady. Wiele z tych rybek nosi niewdzięczną nazwę piekielnica, co z uwagi na ich zasługi w odkomarzaniu jest zupełnie niezasłużone.
Pogoda potrafi płatać figle i gdy w planach jest nocne oglądanie deszczów meteorytów z roju Perseid, musiało się właśnie zachmurzyć. W nadziei, że może w środku nocy lub nad ranem pogoda jednak się zmieni, ustawiam aparat wycelowany w niebo i padam w objęcia Morfeusza. Gdy budzę się rano, oczom moim ukazuje się taki widoczek - wielobarwne szlaki gwiazd wszelkiego autoramentu, układające się w subtelny, harmoniczny wzorzec. Kolejny dowód na to, że "a jednak się kręci". Są nawet trzy czy cztery meteoryty, w formie wyalienowanych z wzorca kresek. To doświadczenie trzeba będzie koniecznie powtórzyć przy różnych okazjach i przy lepszej pogodzie.W "Kąciku Nowego Świata" grzecznie rosną sobie rośliny z obu Ameryk, tworząc ładną i zgraną polikulturę. Opóźniona w rozwoju kukurydza dopiero zaczyna doganiać jakony, dołem rosną fasolki, a nieco z boku dyniowate. W tle ściana z topinambura, tak zwanej żywności awaryjnej, gdyż nawet spod śniegu jego bulwy można wydobyć. Wszystko oczywiście w materacu różnorakiej ściółki, spodem z przewagą zrębki, górą głównie słomianej. Całość praktycznie niepodlewana, rośnie sobie samodzielnie.
Jeśli wpatrzymy się dobrze w gąszcz roślin, mignie nam tu i ówdzie śmieszna roślinka przypominająca truskawki na patyku - to komosa rózgowa, zwana też szpinakiem truskawkowym. Owoce rzeczywiście przypominają malutkie truskawki, a liście można spożywać jak szpinak, jednakże ani owoc nie jest zbyt smaczny, ani liści nie jest wiele. Główna zaleta tej rośliny to jej wygląd oraz możliwość wykorzystania mini-owoców do dekoracji potraw. Jest to roślina niewymagająca i łatwa w uprawie, mam nadzieję, że raz wysiana będzie się dalej samodzielnie mnożyć z czarnych i twardych nasion skrytych w mini-owocach.
Z pomidorami na dwoje babka wróżyła - te uprawiane w workach jeszcze nie dojrzewają, ale są "rycerzami bez skazy" - żadnych zniekształceń, chorób, odchyleń od normy, natomiast te uprawiane na kostkach słomy w połowie już zebrane, a część z nich niestety ucierpiała i wykazuje objawy suchej zgnilizny wierzchołkowej, czyli tak zwanego BER (Blossom End Rot). Nie jest to ani zjawisko masowe, ani nie niszczy całych owoców, jednakże uczy aby na przyszłość zadbać o większą dostępność wapnia i bardziej równomierne nawodnienie. Brak wapnia bowiem, lub problemy w jego przyswajaniu, w połączeniu z gwałtownymi zmianami dostępności wody, są głównymi przyczynami tej choroby. Na nic opryski z pokrzywy jak niektórzy radzą - trzeba raczej uciec się do dowolnej rozpuszczalnej soli wapnia, może to być na przykład jego chlorek, i w bardzo małym stężeniu podać roślinom. A na przyszły sezon, kostki słomy w ramach przygotowań solidnie potraktować dolomitem, lub może preparatem własnej roboty ze skorupek jaj, solidnie wcześniej w piekarniku wyprażonych.
To jednak, co w przyszłym sezonie wymaga całkowitej zmiany, to "rusztowania" po których pną się pomidory. Starałem się unikać masywnych konstrukcji, ale siatka typu szklarniowego, rekomendowana między innymi do ogórków, totalnie się nie sprawdziła. Zmuszony byłem wzmacniać całą konstrukcję przy użyciu linek, a przy pielęgnacji pomidorów siatka wielokrotnie wchodziła w paradę. Intensywnie więc zacznę poszukiwać lepszej metody na tymczasowe "rusztowania"na przyszły rok, ale póki co, raczę się tylko pomidorkiem prosto z krzaka, czego i Wam życzę, Drodzy Czytelnicy.
Etykiety:
BER,
Blossom End Rot,
fasola,
fotografia,
jakon,
kabaczki,
komosa rózgowa,
kukurydza,
nietoperze,
Ostoja,
perseidy,
piekielnice,
pomidory,
topinambur,
uprawa w kostkach słomy,
uprawa w workach,
yacon
poniedziałek, 15 sierpnia 2016
Zielna
Dzień Matki Ziemi, albo Matki Boskiej Zielnej, jak kto woli, kończy długi, sierpniowy weekend. I w Ostoi nie mogło się obejść bez bukietów, jednego aby tu pozostał i chronił domostwo przed piorunem, ogniem, zarazą i partią rządzącą, a drugiego, w darze do miasta zawiezionego. Bukiety wisieć mają do wiosny i spłonąć wraz z Marzanną, ale gdyby komuś coś dolegało, to zioła z dziś sporządzonych bukietów mają ponoć niezwykłą moc. Dlatego też w bukiecie znalazła się i bylica, i krwawnica, wrotycz, kocanki i krwawnik, nawłoć oraz dziurawiec, i kilka innych drobiazgów, każdego po troszeczku.
Święto świętem, ale ziół nieco więcej potrzeba, w wigilię więc święta spacer po łąkach trzeba było uskutecznić i pozbierać to, co teraz akurat kwitnie i do zbioru się nadaje. Oczywiście nie mogło zabraknąć świętego zioła Słowian, bylicy, żółcącej się cudnie nawłoci, dzikiej łąkowej mięty o aromacie nieco innym niż tej ze spirali ziołowej, poziewnika szorstkiego i małej dokładki piołunu, który zasadniczo w zeszłym tygodniu zebrany został. Zioła w pęczkach trafiły na stryszek, aby tam w cieple, ciemnościach i przeciągach sobie schnąć, a w przeciwną stronę, ze stryszku na ganek, powędrowały zioła już wysuszone.
Wśród wysuszonych dominuje mój tegoroczny numer jeden - wrotycz. Sporządziłem ze świeżego intrakt, a z suszonego powstaną inne preparaty. Jest też kilka gałązek piołunu, głównie na leczniczą nalewkę, oraz po prostu, do użycia w formie kadzidełka. Jest i krwawnik, na herbatkę, oraz nieco skrzypu, może na szampon do włosów. Ostatnio co tydzień jakaś porcja suchych ziół ląduje w słoikach a następnie na półkach, spróbuję wykorzystać je jak najlepiej, choć mam nadzieję, że w celach leczniczych się nie przydadzą. Gdyby jednak (odpukać) coś się przypałętało, to są na tak zwanym podorędziu.
Zioła ziołami, ale jeść trzeba, dlatego czy to Zielna czy nie Zielna, zebrać w ogrodzie co urosło to mus. Nie taki znowu przykry obowiązek, powiedziałbym nawet, że najmilsza część tego całego ogrodnictwa. A w ogrodzie permakulturowym, jak zwykle, dominuje rozmaitość. Różniste pomidorki, różniste fasolki. Grzyby nawet porosły w zrębce przy brzozach, no i zioła, inne niż te w łąkach. Obfitość kolorów, smaków i zapachów. Zasadniczo można się solidnie najeść nie odchodząc od grządek. Rok zdecydowanie przeszedł w drugą fazę - co się zasiało, to się teraz zbiera. Oby wszystko co zbierzemy, dobre dla nas było, jak te zioła w bukiet w Zielną złożone.
Święto świętem, ale ziół nieco więcej potrzeba, w wigilię więc święta spacer po łąkach trzeba było uskutecznić i pozbierać to, co teraz akurat kwitnie i do zbioru się nadaje. Oczywiście nie mogło zabraknąć świętego zioła Słowian, bylicy, żółcącej się cudnie nawłoci, dzikiej łąkowej mięty o aromacie nieco innym niż tej ze spirali ziołowej, poziewnika szorstkiego i małej dokładki piołunu, który zasadniczo w zeszłym tygodniu zebrany został. Zioła w pęczkach trafiły na stryszek, aby tam w cieple, ciemnościach i przeciągach sobie schnąć, a w przeciwną stronę, ze stryszku na ganek, powędrowały zioła już wysuszone.
Wśród wysuszonych dominuje mój tegoroczny numer jeden - wrotycz. Sporządziłem ze świeżego intrakt, a z suszonego powstaną inne preparaty. Jest też kilka gałązek piołunu, głównie na leczniczą nalewkę, oraz po prostu, do użycia w formie kadzidełka. Jest i krwawnik, na herbatkę, oraz nieco skrzypu, może na szampon do włosów. Ostatnio co tydzień jakaś porcja suchych ziół ląduje w słoikach a następnie na półkach, spróbuję wykorzystać je jak najlepiej, choć mam nadzieję, że w celach leczniczych się nie przydadzą. Gdyby jednak (odpukać) coś się przypałętało, to są na tak zwanym podorędziu.
Zioła ziołami, ale jeść trzeba, dlatego czy to Zielna czy nie Zielna, zebrać w ogrodzie co urosło to mus. Nie taki znowu przykry obowiązek, powiedziałbym nawet, że najmilsza część tego całego ogrodnictwa. A w ogrodzie permakulturowym, jak zwykle, dominuje rozmaitość. Różniste pomidorki, różniste fasolki. Grzyby nawet porosły w zrębce przy brzozach, no i zioła, inne niż te w łąkach. Obfitość kolorów, smaków i zapachów. Zasadniczo można się solidnie najeść nie odchodząc od grządek. Rok zdecydowanie przeszedł w drugą fazę - co się zasiało, to się teraz zbiera. Oby wszystko co zbierzemy, dobre dla nas było, jak te zioła w bukiet w Zielną złożone.
Etykiety:
bylica,
Dzień Matki Ziemi,
fasola,
krwawnik,
Matki Boskiej Zielnej,
mięta,
nawłoć,
Ostoja,
piołun,
pomidory,
poziewnik,
skrzyp,
wrotycz,
zbiory,
Zielna,
zioła
niedziela, 7 sierpnia 2016
Kolorowo, a głównie biało-czerwono
Najmilszy moment poranka w Ostoi to spacerek z pudełkiem w ręku, czyli pora zbiorów. Dziś jest biało-czerwono, z odrobiną fioletu i zieleni. Kilka minut i kilka pudełek później, rozkoszować się możemy pachnącymi i niezwykle soczystymi, koktajlowymi pomidorkami. Miksujemy miętę z zimną wodą, a bazylię w trzech odmianach dodajemy do oliwy z oliwek (niestety nie własnej), aby odrobinę później cieszyć się złocistymi grzankami w stylu polsko-włoskim.
W zbiorach po raz pierwszy pojawia się "patriotyczna" fasola, zwana "Fasolą z Orzełkiem". Miałem pięć nasion, z których kosy oszczędziły dwa, teraz z dwóch krzaczków pewnie uzbiera się ponad setka nasion. Z każdego nasionka spogląda na nas "orzełek" w stylu wczesnej sanacji, maluczko, a gdzieś w lesie rozlegną się pieśni legionowe... A poważnie, to bardzo dobra, plenna fasola, którą warto mieć w swoim ogrodzie. Rewelacyjnie spisuje się też fasola Goldmarie, tyczna, szparagowa. Co tydzień spora porcja trafia do gara. A fioletowa Blauhilde rozczarowuje nieco w porównaniu z zeszłym rokiem, ale ostatniego słowa jeszcze nie powiedziała, dajmy jej jeszcze nieco czasu.
W pomidorach na kostkach słomy też patriotycznie, koktajlowe towarzystwo dojrzewa nierównomiernie, tu się bieli, tam czerwieni. Jednakże aby zachować obiektywizm, muszę powiedzieć, że pod względem smaku wszystko bije na głowę odmiana pomarańczowa Sungold. Wszystkie koktajlówki są tak nieprzyzwoicie smakowite i soczyste, że praktycznie znikają natychmiast po zbiorze. Duże pomidory ciągle zielone, ale pojedyńcze okazy, które dojrzały są smakowo w pierwszej lidze. Przypadkowo zupełnie po pomidorku z własnej hodowli wziąłem do ust pomidora z marketu i bez najmniejszej przesady powiedzieć mogę, że przeżyłem niemiły szok. Tego nie da się jednak opisać, tego trzeba samemu doświadczyć, aby w pełni zdać sobie sprawę, jak wielka różnica dzieli żywność produkowaną masowo od własnych plonów, uprawianych zgodnie z naturą, i z sercem.
Na koniec drobny zielony akcent - moje ulubione grona koktajlówek, które mnie niezmiennie fascynują. Gałęzisty układ charakterystyczny dla rzek, naczyń krwionośnych i płuc, połączony z najdoskonalszą geometryczną formą - kulą, a wszystko to w szalonym fraktalowym freestyle'u natury. I kolor, który teraz zielony, najpierw przejdzie w biały, a zakończy jako czerwony. I niech mi ktoś spróbuje powiedzieć, że uprawa własnej żywności nie jest aktem patriotyzmu!
W zbiorach po raz pierwszy pojawia się "patriotyczna" fasola, zwana "Fasolą z Orzełkiem". Miałem pięć nasion, z których kosy oszczędziły dwa, teraz z dwóch krzaczków pewnie uzbiera się ponad setka nasion. Z każdego nasionka spogląda na nas "orzełek" w stylu wczesnej sanacji, maluczko, a gdzieś w lesie rozlegną się pieśni legionowe... A poważnie, to bardzo dobra, plenna fasola, którą warto mieć w swoim ogrodzie. Rewelacyjnie spisuje się też fasola Goldmarie, tyczna, szparagowa. Co tydzień spora porcja trafia do gara. A fioletowa Blauhilde rozczarowuje nieco w porównaniu z zeszłym rokiem, ale ostatniego słowa jeszcze nie powiedziała, dajmy jej jeszcze nieco czasu.
W pomidorach na kostkach słomy też patriotycznie, koktajlowe towarzystwo dojrzewa nierównomiernie, tu się bieli, tam czerwieni. Jednakże aby zachować obiektywizm, muszę powiedzieć, że pod względem smaku wszystko bije na głowę odmiana pomarańczowa Sungold. Wszystkie koktajlówki są tak nieprzyzwoicie smakowite i soczyste, że praktycznie znikają natychmiast po zbiorze. Duże pomidory ciągle zielone, ale pojedyńcze okazy, które dojrzały są smakowo w pierwszej lidze. Przypadkowo zupełnie po pomidorku z własnej hodowli wziąłem do ust pomidora z marketu i bez najmniejszej przesady powiedzieć mogę, że przeżyłem niemiły szok. Tego nie da się jednak opisać, tego trzeba samemu doświadczyć, aby w pełni zdać sobie sprawę, jak wielka różnica dzieli żywność produkowaną masowo od własnych plonów, uprawianych zgodnie z naturą, i z sercem.
Na koniec drobny zielony akcent - moje ulubione grona koktajlówek, które mnie niezmiennie fascynują. Gałęzisty układ charakterystyczny dla rzek, naczyń krwionośnych i płuc, połączony z najdoskonalszą geometryczną formą - kulą, a wszystko to w szalonym fraktalowym freestyle'u natury. I kolor, który teraz zielony, najpierw przejdzie w biały, a zakończy jako czerwony. I niech mi ktoś spróbuje powiedzieć, że uprawa własnej żywności nie jest aktem patriotyzmu!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




























