W zakątkach podwórka, w grządkach, brzózkach i krzaczkach, jak grzyby po deszczu wyrastają ... grzyby oczywiście. Są absolutne wszędzie i mam uzasadnione podejrzenia, że jest to efekt stałego zagospodarowywania grzybowych odpadków przez ostatnie lata. Nie tylko resztki i robaczywe grzyby trafiają do gleby, ale nawet i woda po grzybów płukaniu, która też na pewno zawiera miliardy grzybowych zarodników. Ostatnio nawet rozdrabniam resztki w wiadrze z wodą, aby "zasięg rażenia" zarodników był większy. A gdyby tak jeszcze ściółki mieć więcej, a nie tylko ten piach Ostojowy, byłby grzybowy raj. Choć i obecnie nie można narzekać.
Tradycyjnie już zbieram co urosło, dokładnie tyle, ile ja i goście zjedzą. Gdyby czegoś zabrakło, to świeża dostawa czeka w odległości najwyżej trzydziestu kroków od kuchni. Dużym minusem jest brak produkcji zwierzęcej czy choćby jajek, ale dopóki w Ostoi nikt nie mieszka na stałe, nie jest to możliwe. Potencjał w tym zakresie jest, króliki i drób mogłyby z powodzeniem w Ostoi zamieszkać. Myślę o tym, bo gdyby nadszedł taki dzień, że towar z półek w sklepach zniknie, albo co gorsza znikną sklepy, to zdolność i umiejętność produkcji własnej żywności okaże się nieoceniona. Nareszcie znajduję czas, aby wybrać się w nieco dalsze okolice, zaledwie kilka kilometrów na północ. Tam sianokosy na całego, a wzrok mój przykuła krawędź pomiędzy łąką świeżo skoszoną i jak widać regularnie wykorzystywaną rolniczo, a sąsiednim pasem ziemi, "zdziczałym" i zdominowanym przez nawłoć. Przyznacie że ilość biomasy dosychającej na łące i czekającej na zebranie wygląda niezwykle mizernie w porównaniu z nawłociowym szaleństwem. Pomijając już pszczelarskie i prozdrowotne właściwości nawłoci, można by chyba tą piękną łąkę efektywniej wykorzystać - wzorzec jest za miedzą. Gdyby tylko gospodarz chciał to dostrzec...





