niedziela, 10 maja 2026

Wiosenne slow-motion

 

W tym roku wszystko w Ostoi toczy się jakby w spowolnionym tempie. Wegetacja jest opóźniona o dobre dwa tygodnie w porównaniu do nie tak przecież dalekiej Warszawy. Susza, jakiej jeszcze nie było, ale zapowiadana tu wielokrotnie i przewidywana, nie pomaga również. Oczywiście, cały czas są jakieś plony - od marcowych szczypiorków, i roszponek, dzikich pokrzyw i chmielów, poprzez kwietniowe rzodkiewki i podagryczniki, po majowe brokuły sałatkowe, czosnki niedźwiedzie i sałaty. Nie jest jednak łatwo i jak kraczę od lat - łatwiej nie będzie. Poziom wód gruntowych jest niższy o metr niż rok temu i nie widzę żadnych znaków na niebie i na ziemi, które by wskazywały, że ta sytuacja zmieni się na lepsze. Przeciwnie - myślę, że z każdym kolejnym rokiem będzie coraz gorzej i że wkrótce zostaniemy wszyscy ogrodnikami klimatu suchego. Warto więc myśleć o tym już teraz, by za jakiś czas mieć co jeść.

Deszcz tej wiosny jest wielką rzadkością. Ziemia jest sucha jak popiół. Za mojej bytności w Ostoi przez dwa miesiące padało raz, byle jak, kwadrans. Staw, który zwykle był pełen wody w kwietniu po brzegi, ma poziom typowy dla czerwca, o niemal metr niższy. Całe szczęście, że grzybienie białe, które w czasie zeszłorocznej suszy rosły na lądzie, teraz są pod wodą, czyli przeżyły. Patrząc na to wszystko z rozrzewnieniem wspomina człowiek zimne wiosny, kiedy to dwa tygodnie padało i towarzyszył temu ogłuszający rechot żab. Teraz nie ma żab. Nie słyszałem ani jednej w tym roku.

Jest za to bogactwo gadów. Do Ostoi przybyły gniewosze plamiste, wcześniej tu nie widziane. W dni słoneczne, od wczesnego popołudnia, nie jest żadną sensacją spotkać na podwórku żmije, zazwyczaj kilka razy dziennie. Jest multum jaszczurek i padalców, a wszystko to znowu potwierdza, że powoli, ale nieubłaganie, idziemy w kierunku klimatu suchego. Zajrzyjcie do dawniejszych wpisów tutaj, a przekonacie się, że o tej orze roku zawsze pisałem tu o wężach wodnych - zaskrońcach. Dziś te wodne to wyłącznie te do podlewania.

Profilaktycznie, jak tylko mogę, grubiej wszystko ściółkuję. Chcę ograniczyć straty wody do minimum. W najnowszym ogródku o wdzięcznej nazwie "Maja" dodałem zrębki na ścieżki, dzięki czemu szczery piach na którym znajduje się ten ogródek nie będzie tak szybko obsychał. Na same grządki dołożyłem słomy ze starych kostek i zacząłem sadzić pierwsze rośliny. Dominować tu będą w tym roku ziemniaki z dodatkiem dyń, przy czym w łuku po lewej posadziłem rozsadę ziemniaków z nasion, a po prawej sadzeniaki. Pośrodku chcę mieć tzw. Survivors, czyli pomidory z nasion zeszłorocznych, zebranych z roślin które przetrwały cały sezon i nie zmogła ich żadna zaraza, ziemniaczana w szczególności. 

Zacząłem powoli przygotowywać kostki słomy do uprawy, ale jestem pełen obaw, czy w obliczu suszy jest to mądre. Normalnie, deszcze moczyły mi kostki i mogłem zacząć przygotowania bez lania wody, w tym roku są one suche jak przysłowiowy pieprz. A kostka musi być mokra, żeby zaczęła się w środku kompostować. Musi się zacząć w środku kompostować, by można było w niej sadzić rośliny. Czy uda się to osiągnąć do końca maja? Myślę, że tak, ale nie obejdzie się bez lania wody. No a później, w sezonie? Czy podlewanie nie częściej niż raz w tygodniu wystarczy? Jak to mówią - jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz. Robię więc swoje, jak zwykle i - pożyjemy, zobaczymy.

Tak czy inaczej, podstawowe sprawy są na bieżąco, można więc nieco zwolnić i pójść na spacer. Oczywiście z siateczką i wiaderkiem. W dołkach łąkowych i przesmykach pomiędzy starorzeczami woda opada i gdy pogoda jest ładna, nie wieje i jest w miarę ciepło, można "uratować" nieco rybek, odławiając je z takich miejsc i przenosząc do stawu. Przy okazji zawsze przynoszę też nieco rzęsy wodnej, którą mieszkańcy mojego stawu tak skutecznie zjadają, że jej naturalnie nie ma. Można więc powiedzieć, że dokarmiam nią staw. Zawsze też złapie się cała masa drobiazgu - a to larwy ważek, a to komarów, a to jakiś pająk topik czy inna kałużnica. Wszystko, co żywe, trafia do stawu, jak to się mówi, the more the merrier. Ubolewam jedynie, że w kałużach od kilku lat nie ma przekopnic, zwanych też cudownie - nieborakami. Kiedyś było ich pełno, tych prehistorycznych stworów w miniaturze. Mam wielką nadzieję, że jeszcze kiedyś wrócą, ale wiadomo, czyją matką nadzieja jest.

Jedno, co napawa optymizmem, to z wolna pokazujący się dziki ryż i to nie tylko w mojej od lat plonującej kastrze, ale także w nowych nasadzeniach, wykonanych w tzw. chińskich wazach na jesieni. Pokazuje to, że wystarczy wrzucić do wypełnionego błotem i dopełnionego wodą po brzegi pojemnika świeże nasiona ryżu z własnego krzaczka, a w kolejnym roku rozpocznie swój żywot kolejna mikro plantacja. Jeśli nie w opadającym wciąż stawie, to może właśnie w pojemnikach, basenikach i tym podobnych zbiornikach, tuż przy domu, uda się wyhodować dość ryżu dla całej rodziny? Jestem przekonany, że jest to jak najbardziej możliwe - to tylko kwestia powierzchni pojemników i bardzo ważnej regularności zbiorów. Dziki ryż też się nie spieszy - codziennie, w każdym kłosie dojrzewa kilka nasion i jeśli się ich nie zbierze, wpadną do wody i będą stracone. Idealna roślina, by uczyć ludzi permakulturowej zasady, że najlepsze są małe i powolne rozwiązania.

czwartek, 19 marca 2026

Przegląd lutego i marca

Tegoroczny luty w Ostoi był bardzo zimowy, najbardziej zimowy od 13 lat. Temperatura na podwórku spadła do minus 27 stopni pewnej lutowej nocy, miałem więc pewne obawy co do zimowli moich pszczół. Gdy się jednak ociepliło, oczom naszym ukazał się taki widok:


  

Pszczoły przetrwały zimę dobrze i w ulach jest jeszcze dużo pokarmu. Teraz wszystko zależy od tego, jak zachowa się przyroda i jaka będzie pogoda w nadchodzącym sezonie. Ostatnie lata były ekstremalnie trudne dla pszczół - dwa główne pożytki były dla nich praktycznie niedostępne: robinia wymarzała, lipa wysychała. Jak będzie w tym roku, zobaczymy.

Staw zamarzł solidnie, jak to mówią, można by po nim jeździć czołgiem. Mnie to umożliwiło wygodne zajęcie się olchami, które uprawiam na brzegach stawu. Ponieważ rosną miejscami na dosyć stromych brzegach, dużo wygodniej jest pracować z lodowej tafli, która też ułatwia transport wszystkiego, co zostaje ścięte. Lód zwykle budzi obawy o dostępność tlenu dla ryb, które spędzają pod nim zimę, szczególnie gdy się słucha znajomych opowiadających o tym, jak im ryby w stawach sną z powodu przyduchy. W Ostoi ten temat, odpukać, do tej pory nie istniał, nigdy nie zdarzyło się, by zima rybom zaszkodziła. Jak to możliwe? Po pierwsze, staw jest zaprojektowany tak, by ryby miały rozległe, głębokie miejsce do zimowania, po drugie w stawie nie ma gatunków ryb o wysokich wymaganiach tlenowych, są tylko takie, które świetnie zimują w okolicznych starorzeczach. Mam więc nadzieję, że gdy zejdzie lód, nie zobaczę w stawie tego, co znajomi.

Moja olchowa uprawa nabrała uporządkowanego wyglądu po zimowych porządkach, olchy te uprawiane są "na słupki". Gdy osiągną odpowiednią grubość, zostaną ścięte tak, by mogły odrastać z karpy. Powstanie mini plantacja odroślowa - źródło rzeczonych słupków, palików, podpórek i tym podobnych elementów, potrzebnych w każdym siedlisku. Wszystkie ścięte gałązki stanowią ściółkę, pnie natomiast zmuszony jestem zabezpieczać siatką przed żarłocznością bobrów, które tej zimy są nadzwyczaj aktywne, ale na szczęście nie w moim stawie. "Zintegrowana strategia radzenia sobie z bobrami" przyniosła chyba efekt, bobry widząc, że niemal wszystko warte wysiłku zostało osiatkowane, przeniosły się ze swoją aktywnością tam, gdzie ich miejsce, czyli do nadrzecznego rezerwatu. W tych rzadkich chwilach, gdy jest czas na krótki spacer, odwiedzam je po sąsiedzku i podziwiam ich dzieła.





Wziąwszy pod uwagę, że całość materiały na tą tamę została przetransportowana z lasku odległego o dobre kilkaset metrów, jak tu nie podziwiać tych małych zakapiorów?

Marzec ociąga się w tym roku srodze, dopiero w drugiej połowie miesiąca zakwitły pierwsze krokusy. Nie ma na dzień dzisiejszy niemal wcale pokrzywy, a może to ja nie bardzo mam czas jej szukać. W każdym razie tam, gdzie być powinna na podwórku, pod ręką, jeszcze jej nie ma. Dziś wyszły z ziemi pierwsze zielone czubki liliowców, ale tylko w leśnym ogrodzie nad stawem. Zasadniczo, nie dość że jest nie za ciepło, to jeszcze jest koszmarnie sucho jak na marzec. W zasadzie w ogóle nie ma opadów, a oczywiście, po śniegu od dawna ani śladu...

Przez trzy kolejne tygodnie usiłowałem uprzątnąć kostki słomy, w których uprawiałem przez dwa lata warzywa. Niestety. były wciąż tak przymarznięte do ziemi, że nie sposób było oderwać je w całości. Dziś wreszcie się udało, aczkolwiek nadal w każdej z kostek, we wnętrzu, tkwi spora bryła lodu. Wszystkie kostki wyniosłem poza podwórko, by zużyć je tam jako ściółkę. W miejscu gdzie stały natomiast... ziemia zmieniła się diametralnie. No przesadzam nieco, tylko jej wierzchnia warstwa, ale za to jak! Z piaseczku jak na plaży na Helu, miejscami niemal w czarnoziem. Niestety, zwiedziały się o tym pobliskie drzewa i cały ten obszar jest dosłownie przerośnięty ich  korzeniami. Nie chcąc wojować z drzewami, kolejne kostki postawię na grubej warstwie kartonu, będzie to chronić kostki przed "inwazją drzew" przez jakieś trzy miesiące. Później, myślę że dadzą sobie radę z kartonem, wspomagane z góry przez warzywa rosnące na kostkach. Nie mam jednak za bardzo innego miejsca na tą uprawę, a nie chcę z niej rezygnować.

Jak co roku, ściółka ze starych kostek trafiła na Zapłotek, ale w tym roku także trafiła do Mai. Maja to była jedyna grządka, jedyne miejsce w siedlisku, które nie miało nazwy. Utworzyłem tą grządkę w kwietniu zeszłego roku, w lesie, w szczerym piachu. Zapomniałem nazwać. Grządka spisała się dobrze, dała ładny plon ziemniaków, pomidorów, cukinii. Zawiodła w kwestii kukurydzy, ale ta w sumie w zeszłym roku przez upały i suszę zawiodła niemal wszędzie. Dziś odświeżyłem grządkę po zeszłym sezonie i po zimie. Przykryłem ją cienko słomą, przeciągnąłem grabiami po ścieżce i to koniec porządków. Teraz, gdy tylko zakwitnie mniszek lekarski, posadzę tu ziemniaki. W końcu maja dodam inne warzywa. A co z tą Mają? Myśląc o nazwie, wpadł mi do głowy wers "Tą grządkę, którą tu widzicie, zowią Mają", no i przez moment był to tylko żart, ale teraz... niech już ta grządka nazywa się Maja.

Ostatnie poważne wczesnowiosenne zadanie, z którym się jeszcze nie uporałem, to napełnienie grządek Stalowej Ósemki. Ile bym do nich nie wsypał, wszystko mało. No cóż, widziały gały co brały, to jedno, ale drugie, to przykra prawda, że wszelkie podłoża nasypane i nieubite, niezwykle szybko osiadają. Oczywiście, w grządkach w obecnym stanie można by już sadzić, ale wolę napełnić je poprawnie teraz i mieć spokój przez cały sezon, niż interweniować w trakcie. Myślę, że grządki te z powodzeniem przyjęłyby jeszcze ze dwa metry sześcienne kompostu, ale dam im już tylko ostatnią dawkę, po 150 litrów na grządkę, czyli nieco ponad metr w sumie. Później trzeba się brać za montaż treliaży przy północnej ścianie każdej z grządek, to też będzie wymagało nieco czasu, bo swoim zwyczajem, będę chciał przetestować nowe, nieco inne niż poprzednio rozwiązanie, ale o tym już kiedy indziej.

środa, 28 stycznia 2026

Prawdziwa zima

 Wreszcie do Ostoi przyszła prawdziwa zima. Mróz skuł lodem staw i spadło nieco śniegu. Nie tyle wprawdzie, ile by się przydało - ale nie wybrzydzajmy, dobre i to. To największe opady od 2013, jest więc nadzieja, że po wiosennych roztopach staw po raz kolejny napełni się po brzegi. Cierpiał bardzo przez ostatnie dwa lata, osuszany przez prowadzące w piach bobrowe nory i przez ekstremalne, długotrwałe upały, miejmy nadzieję, że w tym roku odżyje i się odrodzi. Pracujące w okolicy stawu fotopułapki jasno pokazały, że okolice stawu są ostoją leśnej zwierzyny - no cóż, nazwa miejsca zobowiązuje. 

W ostatnim czasie zwierzyna nie ma tu jednak łatwego życia - a to wielki odyniec wpadnie pod auto na leśnej drodze, a to polowania z naganką przewalają się przez lasy jedno za drugim. Usiłujące schronić się zwierzęta wpadają na coraz liczniejsze ogrodzenia, a nawet te, które dotarły w pobliże ludzkich siedzib nie są w stanie uniknąć swego losu - resztki wypatroszonej zwierzyny, wytężając wzrok, dostrzec można z okna. W innych miejscach pisałem już wielokrotnie o niezbędnej reformie polskiego łowiectwa, a wydarzenia takie, jak ostatnio jedynie utwierdzają mnie w tym, że reforma taka jest niezbędna i musi być radykalna.

W mroźny, słoneczny dzień można wybrać się na spacer nad rzekę i nabrać nieco optymizmu. Niosą go ze sobą bardzo liczne szlaki i tropy bobrowe, a i śladów obecności innej zwierzyny jest sporo. Starorzecza są oczywiście pod lodem, ale co najfajniejsze, miejscami zamarzła również i rzeczka, cienko ale jednak. Na wolnych od lodu fragmentach żerują kormorany - zjawisko w miarę nowe, dawniej niewystępujące. W tym roku jednak nie ma na moim odcinku łabędzi, no ale to i dobrze, mam nadzieję, że znalazły sobie cieplejsze miejsca do zimowania.

Podwórkowe grządki śpią snem zimowym i w praktyce wszelkie prace umownie mówiąc grządkowe zamarły. W poprzednich latach o tej porze roku likwidowałem stare kostki słomy, w lutym układałem nowe, w tym roku być może wszystko wreszcie wróci do normy i prace takie wykonywać zacznę wiosną. Na pewno do wiosny poczekać musi dopełnienie nowych grządek kompostem, bo póki co wypełnia je śnieg. Termometr powieszony na północnej ścianie jednej z grządek pokazał minimalną temperaturę stycznia na poziomie minus 17 stopni, bijąc zeszłoroczny rekord o 3. 

W takich okolicznościach przyrody wykonałem nieco prac leśnych, a następnie przystąpiłem do drobnych porządków w leśnym ogrodzie. Czekam jeszcze z cięciami drzew owocowych, ale myślę, że przytnę je w przyszłym tygodniu. Przerzedziłem jednak  krzewy owocowy, wycinając nieco martwych, połamanych i krzyżujących się pędów. Pracę tą będę kontynuował pewnie do wiosny, tyle się tych krzewów narobiło. Przy tej okazji, zaparzamy herbatki z zimowych gałązek, ciesząc się aromatem porzeczki, jeżyny i malin w długie zimowe wieczory. Napoje te traktujemy jako sezonowe i nawet nie myślimy o tym, by gałązki suszyć na później. Każda pora roku ma swoje specjały i swoje rytuały - wszak gdy tylko puści zima, pojawi się młoda pokrzywa, a kto wtedy by pił wywary z gałązek?

Pomiędzy jedną pracą na dworze a drugą, zajmuję się nasionami. Wiele z zebranych nasion wymaga jeszcze a to oczyszczenia, a to segregacji, a to wyłuskania, a to spakowania. Korzystając z mrozu wziąłem się za fasole, po to, by wyłuskane wystawić na mróz. To sprawi, że potencjalne ryzyko strąkowca - "robaków" w fasoli - zniknie. Moja pasja uprawy fasoli karłowej co roku przynosi efekty w postaci innej kompozycji wielkości, kształtów, deseni i kolorów zebranych nasion - pomyśleć, że zaczynałem od czterech różnych odmian.

W mieście natomiast, posiałem testowe rozsady. Najtrudniej kiełkujące papryczki chili, w tym Rocoto o czarnych nasionach, powschodziły ekspresowo, podobnie jak i moje ulubione pomidory micro-dwarf, których selekcję od kilku już lat prowadzę. Okazuje się, że dokładnie tak samo, jak w poprzednich latach, nie ma żadnego sensu się spieszyć z siewami i produkcją rozsady. Choć oczywiście - świerzbią rączki, oj świerzbią, żeby już siać. Ale spokojnie, jeszcze troszeczkę poczekajmy. Moja "Klinika Rozsad" ruszy pełną parą po Walentynkach, z cebulami, porami, rzodkiewkami i sałatą na początek, a do pomidorów i papryczek wrócimy w końcu marca. A na razie, cieszmy się prawdziwą zimą, póki możemy.