W ostatnim czasie zwierzyna nie ma tu jednak łatwego życia - a to wielki odyniec wpadnie pod auto na leśnej drodze, a to polowania z naganką przewalają się przez lasy jedno za drugim. Usiłujące schronić się zwierzęta wpadają na coraz liczniejsze ogrodzenia, a nawet te, które dotarły w pobliże ludzkich siedzib nie są w stanie uniknąć swego losu - resztki wypatroszonej zwierzyny, wytężając wzrok, dostrzec można z okna. W innych miejscach pisałem już wielokrotnie o niezbędnej reformie polskiego łowiectwa, a wydarzenia takie, jak ostatnio jedynie utwierdzają mnie w tym, że reforma taka jest niezbędna i musi być radykalna.
W mroźny, słoneczny dzień można wybrać się na spacer nad rzekę i nabrać nieco optymizmu. Niosą go ze sobą bardzo liczne szlaki i tropy bobrowe, a i śladów obecności innej zwierzyny jest sporo. Starorzecza są oczywiście pod lodem, ale co najfajniejsze, miejscami zamarzła również i rzeczka, cienko ale jednak. Na wolnych od lodu fragmentach żerują kormorany - zjawisko w miarę nowe, dawniej niewystępujące. W tym roku jednak nie ma na moim odcinku łabędzi, no ale to i dobrze, mam nadzieję, że znalazły sobie cieplejsze miejsca do zimowania.
W takich okolicznościach przyrody wykonałem nieco prac leśnych, a następnie przystąpiłem do drobnych porządków w leśnym ogrodzie. Czekam jeszcze z cięciami drzew owocowych, ale myślę, że przytnę je w przyszłym tygodniu. Przerzedziłem jednak krzewy owocowy, wycinając nieco martwych, połamanych i krzyżujących się pędów. Pracę tą będę kontynuował pewnie do wiosny, tyle się tych krzewów narobiło. Przy tej okazji, zaparzamy herbatki z zimowych gałązek, ciesząc się aromatem porzeczki, jeżyny i malin w długie zimowe wieczory. Napoje te traktujemy jako sezonowe i nawet nie myślimy o tym, by gałązki suszyć na później. Każda pora roku ma swoje specjały i swoje rytuały - wszak gdy tylko puści zima, pojawi się młoda pokrzywa, a kto wtedy by pił wywary z gałązek?W mieście natomiast, posiałem testowe rozsady. Najtrudniej kiełkujące papryczki chili, w tym Rocoto o czarnych nasionach, powschodziły ekspresowo, podobnie jak i moje ulubione pomidory micro-dwarf, których selekcję od kilku już lat prowadzę. Okazuje się, że dokładnie tak samo, jak w poprzednich latach, nie ma żadnego sensu się spieszyć z siewami i produkcją rozsady. Choć oczywiście - świerzbią rączki, oj świerzbią, żeby już siać. Ale spokojnie, jeszcze troszeczkę poczekajmy. Moja "Klinika Rozsad" ruszy pełną parą po Walentynkach, z cebulami, porami, rzodkiewkami i sałatą na początek, a do pomidorów i papryczek wrócimy w końcu marca. A na razie, cieszmy się prawdziwą zimą, póki możemy.





Piękna ta prawdziwa zima, ale ja już powoli mam jej dość ;) Niełatwa jest zima na wsi.
OdpowiedzUsuń