poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Ten czas

 Każdego roku w Ostoi przychodzi ten czas, gdy krzaki uginają się pod owocem, gdy grządek nie widać spod plonów, a garnki, słoiki i brzuchy zaczynają odczuwać klęski i dobrodziejstwa obfitości i napełniają się tym, co nam urosło. Pomimo że staram się sadzić rozsądne ilości wszystkiego, zawsze okazuje się, że posadziłem za wiele. Z ogromnym niepokojem od zimy patrzyłem na zmiany pogody, drastyczne i niebezpieczne, widoczne dla każdego, kto chce je zauważyć. Obawiałem się upałów, które nadeszły i sadziłem tak, aby być przygotowanym na straty. Na szczęście, odpukać, straty okazały się minimalne, pomimo ponad trzydziestostopniowych upałów. W rezultacie spożycie cukinii na głowę mieszkańca osiągneło wysoki stan alarmowy, wliczając w to rodzinę i znajomych.

W podobne stadium zaczyna wchodzić fasola, od szparagowej typu wstęga poczynając. O ile jednak dynie i cukinie sadzone były mniej więcej w tym samym czasie w drugiej połowie maja, o tyle fasole siałem mając zawsze w pamięci sukcesję w czasie. Zamiast wysiać od razu wszystkie nasiona, co tydzień wysiewałem małą partię, czasami tak małą, jak trzy nasiona z każdej odmiany. Dzięki temu fasola plonuje teraz sukcesywnie i klęska urodzaju dotyka nas znacząco mniej, a dodatkowo cieszyć się będziemy mam nadzieję świeżą fasolą przez długie jeszcze tygodnie.

Pomidory - moja miłość, z kolei dwa główne typy mają - samokończący (gdzie cały krzak owocuje niemal jednocześnie, a następnie obumiera), oraz o wzroście ciągłym, owocujące stopniowo aż do późnej jesieni. W Ostoi królują te drugie, po to właśnie, aby nie mieć jednorazowej klęski urodzaju, a raczej długo cieszyć się ich mniejszymi ilościami. Gdybyśmy jednakże zamierzali na przykład produkować duże ilości przecieru, zdecydowanie sadziłbym więcej odmian samokończących.  Ponieważ jednak uwielbiam smak świeżych i co roku przeżywam dramat pod tytułem Addio Pomidory, to odmiany o ciągłym wzroście moim oczkiem w głowie są. Po pierwszych już jestem zbiorach, a ostatnie nastąpią zapewne gdy nadejdą przymrozki.

Ten czas obfitości i zbiorów jest też czasem nagrody. Za ciężką, uporczywą i systematyczną pracę, za wiarę w słuszność tego co robię, za czas poświęcony na naukę, praktykę i własne eksperymenty. To satysfakcja płynąca z życia permakulturą, w odróżnieniu od życia z permakultury, radość z obserwacji tego, jak ogród może jednocześnie żywić nas, siebie i wszystkich swoich mieszkańców dużych i małych, oraz gości przybywających spoza Ostoi - zwierzęta i ludzi. Poczucie spełnienia pierwszej dyrektywy Mollisona, poprzez zadbanie o przyszłość swoją i swoich najbliższych. Poprzez stały dostęp do super zdrowej, własnej żywności, tak świeżej, jak tylko może być. Ten czas, niech trwa.


wtorek, 31 lipca 2018

Ale lipa

  W dawnych leciach, gdy młoda para na gospodarstwie osiadała, sadzono na podwórzu obok siebie dwa drzewa. Często były to lipa i klon, symbolizujące młodą parę. I takie też drzewa zastaliśmy na podwórku Ostoi, górujące nad wszystkim. Pielęgnowaliśmy, dbaliśmy, ale nadszedł dzień, gdy część lipy padła, a pozostałości ledwo stoją. Klon, o ironio, cieszy się dobrym zdrowiem, jego korzenie agresywnie wciskają się wszędzie, tworząc nieprzepuszczalny materac tuż pod powierzchnią gleby, przez co bardzo trudno czemukolwiek rosnąć pod klonem.

 Padła część lipy wprost na ogródek roślin wieloletnich,. gdzie na większości powierzchni króluje topinambur i szparagi, ale i nieco w tym roku posadzonych warzyw też już ładnie rosło.








 Spod lipowych gałęzi ogródka nie widać, zacząłem więc stopniowo odcinać wszystko, od najcieńszego poczynając, kierując się w stronę wypróchniałego lipowego pnia.







A pień sam, od podnóża, do wysokości ponad dwóch metrów, wypróchniały całkiem w środku, w części zamieniony w ogromne mrowisko. Druga część tak nasiąknięta wodą, że mogłaby służyć za gąbkę. Wybieram ze środka pnia kilka taczek mrówko-próchna, po to, aby woda deszczowa mogła spływać i aby lipa dalej nie gniła.

 Po odcięciu gałęzi z listowiem oczom moim ukazał się ogródek, spłaszczony "na flądrę". Jestem jednak dobrej myśli, mam nadzieję, że większość roślin da sobie radę i odrośnie. Wieloletnie na pewno, jesli nie w tym roku, to w następnym.
 Odcinam stopniowo coraz większe konary, od razu decydując które się jeszcze przydadzą, i do czego. Z miłą chęcią podłubałbym w miękkim lipowym drewnie, ale jak zwykle, czasu brak. Takie uroki wiejskiego życia, orka od poranka do wieczorka.




Nieco się pozastanawiawszy, oddzielam połamaną część pnia od reszty. Zaczynam porcjować kolosa, co jest z jednej strony trudne z uwagi na obwód, z drugiej relatywnie łatwe, bo środek pnia to mokre próchno. Narzędzia mam wyłącznie elektryczne i ręczne, raz tym, raz tamtym, relatywnie powoli, ale skutecznie, dzielę pień na kawałki jakie daję radę samodzielnie przemieszczać.






Postanawiam użyć wszystkiego na miejscu, w takiej czy innej formie. Oczyszczam środki pni z próchna, układam opałówkę, chowam ładniejsze drewno do drewutni, ściągam gałęzie z listowiem na sterty.






 Wyciągam ogrodowy rębak i nożyce do gałęzi. Cieńsze gałęzie wraz z liśćmi rozdrabniam na tak zwane RCW (rammial chipped wood), czyli zrębki o relatywnie wysokiej zawartości białka - najlepszy materiał do ściółkowania pod drzewami, jaki istnieje.






Gałęzie zbyt grube dla mojego rębaka odkładam na bok, potnę je na półmetrowe słupki i wykorzystam do ogrodowych obwódek.







Ustawiam puste pnie pod lipą, przestrzenie między nimi ściółkuję liśćmi i uzyskanymi przed chwilą zrębkami.








Sadzę kilka roślin.











Znalazło się miejsce wewnątrz pni i dla ozdobnych kwiatków w doniczce, skutecznie zamaskowanej przez zrębki.








A wszystko to w towarzystwie krążących dokładnie nad podwórkiem żurawi.

Lipa jeszcze żyje, dwa potężne odgałęzienia trzymają się "na włosku" resztek spróchniałego pnia. Upadek pierwszego jest "bezpieczny", na środek podwórka, gdyby drugie odgałęzienie upadło, to wprost w uprawiane w kostkach słomy pomidory. Postanawiam jednak nie interweniować i poczekać z ewentualnym cięciem do końca lata. Muszę przemyśleć, czy, a jeśli tak, to ile, ze starej lipy ocalić. Będę się jej więc bacznie przyglądał i czekał cierpliwie na koniec pomidorowego sezonu. Mam nadzieję, że mi się odwdzięczy i nie zamieni pomidorów w ketchup ...







niedziela, 15 lipca 2018

Deszcze niespokojne



Przez kilka dni Ostoja była miejscem, które nawet deszcze omijały szerokim łukiem. Nad Warszawą burze, w Łodzi leje, a w Ostoi ledwo pokropiło. Aż przyszedł wreszcie deszcz upragniony, przez dwie doby spadł niemal centymetr wody na każdy metr kwadratowy. Zbiorniki na deszczówkę dopełniły się prawie, w głównych jest teraz 5000 litrów i miejsce na ostatni 1000. Mniejsze zbiorniki wszystkie pełne, a nadmiar wody odprowadzany jest rurami dokładnie tam, gdzie tej wody potrzeba.


Na słomianych grządkach gradacja wzrostu - najlepiej rosną pomidory, dynie i kabaczki, a najsłabiej ogórki. Ale sądzę, że one się tylko powoli rozpędzają. Mam nadzieję że jeszcze nabiorą tempa i puszczą się ku słońcu. Tu, na kostkach słomy, wszystko bowiem prowadzone jest w pionie, po tyczkach, aby jak najlepiej wykorzystać powierzchnię. Dodatkowo rośliny są dosyć agresywnie przycinane, aby nie zacieniały się wzajemnie.



Pomidory w pojemnikach zaczęły okazywać pierwsze objawy zakażenia Alternarią, powodującą suchą plamistość liści. Poszły więc w ruch nożyczki i oprysk ze skrzypu - każdy liść, choćby z najmniejszą plamką został obcięty, a rośliny solidnie spryskane. Dla niewprawnego oka wyglądały po tym zabiegu jak badylki z zawiązkami owoców i malutkim pędzelkiem listków na czubku. Minęło kilka dni, i wszystkie zaczynają mieć liści coraz więcej, a owoce zaczynają się powiększać, jest więc spora szansa, że zostaną uratowane.

Stare wyniesione grządki skrzynkowe są w fazie międzyplonów. Zebrałem z nich jakiś czas temu zielony groszek i bób, topinambury rosną jako osłona od wiatru i plon jesienny, a z tyłu kiełkują późne fasole. Jak na grządki utworzone wyłącznie przy użyciu starych desek, zrębek i odrobiny kompostu to można powiedzieć, że radzą sobie dobrze. Są też jedynie minimalnie podlewane w największe upały. Najprawdopodobniej tej jesieni zbudowane pięć lat temu ze startych odpadowych desek obramowania zostaną przeniesione w nowe miejsce i ponownie wypełnione zrębkami, a w tym miejscu powstanie nowa grządka wyniesiona w postaci wału. Jeśli czasu i sił starczy.

To tu właśnie wcześniej stały te obramowania - na szczerym, jałowym piachu. Potem zastąpił je wał, a teraz jest płaska żyzna grządka z warstwą utworzonej na miejscu gleby. Porasta ją w tym roku polikulturowa dżungla zieloności, pnąca się w górę po siatkach i płożąca po ziemi. Jedne plony zebrane, inne ich miejsce zajmują. Zasadą jest wypełniać każdą niszę, aby nie zajęły jej rośliny niepożądane. W tej chwili dominują pomidory i fasole, z topinamburem w tle od północy. Ale jest tu i sałata, i buraki, i truskawki, melony, rukola, szczypiory i czosnki, nasturcje i inne kwiaty oraz pojedyncze kabaczki tu i ówdzie.

Hitem tygodnia są buraki liściowe, w tym roku po prostu przesłodkie. To zapewne wysoka zawartość składników odżywczych, a głownie minerałów sprawia, że tak doskonale smakują. Pomimo że nie padało, ich ogonki liściowe są bardzo soczyste, a chłodnik z nich przyrządzony smakuje wyśmienicie. Nieustannie tu i ówdzie owocują maliny, te, które się zdecydować nie mogą, czy są letnie czy jesienne. Bardzo to miłe móc sobie przy okazji skubnąć kilka prosto z krzaka w trakcie ogrodowych prac. Jeszcze się pojawiają pojedyncze truskawki, ale w tym roku przez suszę nie nacieszyliśmy się nimi zbyt długo. Jest jednak jeszcze szansa, że zakwitną ponownie i zaowocują, niech no tylko zdrowo poleje.

Formujący się nad Ukrainą cykloniczny wir ma podobno niebawem mieć wpływ na pogodę u nas, przynosząc wiatr, burze i nawet grad. Poświęcam więc wiele czasu na podwiązywanie wszystkiego, co się pnie. W malutkiej Ostoi jest około setki tyczek, do tego jeszcze dochodzą rośliny pnące się po siatkach. Kończę przed nadejściem nocy z nadzieją, że nie taki cyklon straszny jak go malują. No i że jeszcze zdrowo popada. Niemal wszystko co żyje formuje teraz owoce, a przecież taki ogórek to niemal w całości woda ...

poniedziałek, 2 lipca 2018

Co piszczy w słomie

W Ostoi obowiązuje jedna zasada - pracuję z tym, co jest, wykorzystuję wszystko, do czego mam dostęp. Żaden surowiec nie jest problemem, każdy stanowi potencjalny materiał do wykorzystania. Jedynie uprzedzenia, obawy i brak wyobraźni sprawiają, że pożytków z posiadania surowca możemy nie dostrzec. Mam na myśli głównie surowce organiczne, z których najważniejszymi tu w Ostoi są słoma, siano i zrębki.

Niejednokrotnie spotykam się z opinią, że słoma jest niezwykle ryzykownym materiałem z uwagi na pestycydy. Bardzo wiele osób poszukuje słomy z upraw ekologicznych, a często nie znajdując takowej, rezygnują w ogóle z jej stosowania. Myślę, że ostrożność jest wskazana, ale nie powinna być za daleko posunięta.

Ostoja w części słomą stoi - wykorzystuję ją do ściółkowania grządek mających formę wałów, do wież ziemniaczanych i wreszcie do uprawy w kostkach. Słomę mam nieekologiczną, ale kupowaną konsekwentnie z tego samego źródła od lat i początkowo testowaną przed masowym zastosowaniem - dlatego nie mam obaw, że przywlokę sobie z nią groźne pestycydy. Wierzę również, że słoma odpowiednio przygotowana - nawieziona i nawilżona, gdzie kwitnie bogate życie bakteryjno-grzybowe, bardzo szybko zostaje oczyszczona ze wszystkich szkodliwych substancji, właśnie przez te mikroorganizmy, które ją skolonizowały. Dlatego też w przypadku niepewnego źródła zróbmy test - posadźmy w próbce dobrze nawilżonej słomy sadzonkę lub wysiejmy nasiona. Jeśli słoma jest skażona, szybko się o tym dowiemy.

W kostkach słomy uprawiać można niemal wszystkie rośliny, ja sadzę w niej głównie pomidory, dynie i ogórki, okazyjnie również melony i jako rośliny towarzyszące fasole i zioła - głównie bazylię. 

Uprawa pomidorów w słomianych kostkach jest niezwykle wygodna i efektywna. W zależności od odmiany można pomieścić na jednej kostce dwie lub trzy rośliny. Zdecydowanie preferuję odmiany o wzroście ciągłym, owocują one bowiem do późnego lata, a nawet wczesnej jesieni. Wymagają one jednakże podpór i pielęgnacji pędów, czyli usuwania nadmiaru rozgałęzień zwanych "wilkami". Nic tak jednak nie nagradza, jak pnące się ponad głowę pędy obwieszone albo gronami małych koktajlowych owoców, albo mniej licznymi, ale za to dużo większymi, pomidorami.

Wierni czytelnicy bloga wiedzą wszystko o moich zmaganiach z wieżami ziemniaczanymi i o niezbyt spektakularnych efektach tej metody uprawy, choć i tak porównywalnymi z uprawą polową. Do "wieży pełnej ziemniaków" jest jednakże jeszcze daleko, wierzę jednak głęboko, że się takowej w Ostoi dochowam. Dla ścisłości, nie chodzi o wieżę wypełnioną podłożem na początku sezonu, z sadzeniakami umieszczonymi na różnych poziomach - to (choć oczywiście całkiem dozwolone) "oszustwo". Chodzi o wieżę, w której na poziomie ziemi umieszcza się 2-3 sadzeniaki, przez cały sezon dokłada podłożę i ściółkę w miarę wzrostu roślin, aż wieża wypełni się po brzegi. Moje tegoroczne wieże właśnie się wypełniły - urosły o ponad metr, a łodygi ziemniaków wznoszą się w niebo o niemal kolejny. Czy doczekam się plonu na całej wieży wysokości? O tym dowiemy się za kilka tygodni. 

Z kronikarskiego obowiązku wspomnę o grządce sałatowej, która po siódmej już turze zbiorów, nadal produkuje. Zaczynają się pojawiać nuty goryczy w liściach dłużej niezbieranych, ale wszystkie one są jeszcze w zupełności jadalne. Nie ma śladów tendencji do kwitnienia, a grządeczka produkuje dokładnie tyle, ile potrzebujemy. Z innej grządki dokładam jedynie rukolę. Obcinam więc po raz kolejny dolne liście wszystkim sałatom, tym razem goląc "na jeża" - pozostawiam jedynie najmniejsze listeczki w nadziei, że przedłuży to ponownie życie sałat i że uda mi się, kto wie, dotrwać do dziesięciu zbiorów? 

Wracając do słomy, mam nadzieję, że przyjdzie taki dzień, że w Ostoi nie będzie ona potrzebna. Że produkcja własnej biomasy i ściółki będzie tak duża, że "import" słomy ustanie. Albowiem dwa są znaki widome, że permakulturę robisz dobrze - pierwszy to taki, że przybywa gleby, a drugi taki, że masz tyle własnej biomasy, iż nie musisz żadnej sprowadzać spoza własnych domowych pieleszy.

niedziela, 10 czerwca 2018

Historia jednej grządki

Fala upałów nieustannie trawi Ostoję, a przyroda dostała znaczącego przyspieszenia. Zakwitły lipy, a kwiaty czarnego bzu zdecydowanie zaczynają przekwitać. To ostatni moment, aby nazbierać ich dosyć na wino i "szampana". O ile wino wymaga kilku miesięcy oczekiwania, o tyle "szampan" sporządzić można w niecałe dwa tygodnie. W Ostoi jest on sztandarowym napojem na upalne dni, z reguły sporządzam więc minimum 20 butelek. Przy tych temperaturach jest on gotowy w tydzień, po czym trafia do zimnej piwnicy. Im dłużej stoi, tym bardziej wytrawnym się staje, zwykle jednak nie danym mu jest dotrwać do końca lata.

Grządka sałatowa pomimo upałów nadal plonuje, ten sezon pod względem sałat jest rewelacyjny. W połowie to zasługa lokalizacji grządki (w cieniu), a w drugiej połowie grządki jako takiej - sposobu, w jaki ją zakładałem.

Zwykle wszystko zaczyna się od gleby - choćby takiej jak tu, w Ostoi. Niemal nic tu nie rośnie - gdzieś od czasu do czasu jakaś trawka, kępka mchu lub jakiś porost. Nie ma jednak złych miejsc na ogród, trzeba jedynie wiedzieć, jak się zabrać do sprawy.


Pierwszy krok to wzruszyć widłami lub łopatą glebę, ale nie przewracać jej. Chodzi o usunięcie ubicia i stworzenie kanałów, którymi woda i substancje odżywcze będą mogły wnikać wgłąb gruntu.

Drugi krok, który można wykonać lub nie, to umieszczenie obramowania wokół grządki. Mam jeszcze kilka nadstawek na europalety, wykorzystuję więc je na obramowania.

Grządki najlepiej przygotowywać na jesieni, aby przekompostowały się przez zimę i były gotowe do obsadzania na wiosnę. W Ostoi czasami robię grządki gdy po prostu mam materiał na grządki przydatny. Tym razem takim materiałem są odpady kuchenne zbierane do wiaderka bokashi.

Zlewam glebę bardzo solidnie wodą i czekam chwilę, aż woda wsiąknie w szczeliny. Zawartość wiaderka z bokashi rozsypuję bezpośrednio na glebę. Zamiast bokashi można użyć z powodzeniem odpadków kuchennych owocowo- warzywnych.

Bokashi przykrywam cienką warstwą materiału z wermikompostownika - czyli z hodowli dżdżownic. Dżdżownice i tak same by przyszły, ale ten krok przyspiesza cały proces znacząco. Polewam lekko tą warstwę wodą i obserwuję chowające się dżdżownice.

Moczę sporą ilość starych gazet w wodzie. Wykładam nimi dokładnie całą grządkę, łącznie z bokami. Polewam dodatkowo wodą po zakończeniu. Gazety nie przepuszczą potencjalnych chwastów, zatrzymają wilgoć i stworzą doskonałe warunki dla dżdżownic.

Wypełniam grządkę prawie po brzegi mieszaniną własnej roboty kompostu i wszelkiej materii organicznej jaką w tej chwili posiadam. Zależy mi na tym, aby materiał kompostował się dalej na grządce, stymulując rozwój życia glebowego. Polewam ponownie wodą.

Wypełniam pozostałą przestrzeń cienką warstwą najlepszego, dojrzałego, przesianego kompostu. W warstwę tą sieję nasiona - tym razem jest to karłowa odmiana fasoli szparagowej. Da plon jeszcze tego lata i zwiąże azot z powietrza, co pozwoli grządce lepiej funkcjonować w przyszłym roku. Wyrównuję powierzchnię grządki tak, aby woda nie spływała na boki.

Na koniec ściółkuję grządkę lekko słomą, dodam więcej ściółki gdy fasole wykiełkują. Ostatni raz lekko polewam wodą. Grządka jest gotowa, posłuży wiele lat.

A po dobrze wykonanej pracy można skosztować czarnobzowego szampana i w ostatnich promieniach zachodzącego słońca obserwować dudki grzebiące w grządkach. Mam nadzieję, że nie dobiorą się do świeżo posadzonej fasoli ...

niedziela, 3 czerwca 2018

Piec na upalne dni

 Fale upałów przetaczają się nad Ostoją, a deszcze omijają ją w miarę skutecznie. Gdy na dworze żar, najmilszym miejscem pracy okazuje się piwnica. Porządkuję więc w niej różniste różności w samo południe i czasami natrafiam na zdumiewające znaleziska. Jedno z nich to zeszłoroczne bulwy topinambura przechowywane w piasku. Zebrało im się na kiełkowanie, te z lewej musiały pokonać jedynie opór pokrywki, ale te z prawej podniosły ważące ponad 3 kilogramy wiaderko, dlatego takie sfatygowane ...

W starym drewnianym domu temperatury są znośne nawet i na parterze, biorę się więc w największy skwar za drobny lifting pieca. Praca z gliną w porze upału jest bardzo komfortowa, o ile tylko uzupełnia się wodę, bo bardzo szybko paruje. Piec z założenia miał plecami grzać łazienkę, a pusta przestrzeń (tak zwane hypocaustum) miała grawitacyjnie wymuszać przepływ powietrza. Niestety, czy to fuszerka, czy ruchy domu i pieca sprawiły, że na złączu wszystko pękało, piec dostał więc gustowny szlaczek z ceglanych płytek, pokrywający wszystkie pęknięcia. Ewidentną fuszerką był tynk na piecu, zdecydowałem się więc dać mu nowy. Przy okazji zniknęły wszystkie okopcenia powstałe przez trzy zimy użytkowania. Postanowiłem też wyssać z trzewi pieca wszystkie popioły, osady i śmieci, przemysłowym odkurzaczem. Okazało się, że wszystkiego nazbierała się niecała szklanka, czyli o ile piec z zewnątrz dalekim był od ideału, o tyle spala dobrze.

Szaleńcze plony sałaty zadają kłam teorii, że źle znosi ona upały. Znosi dobrze, ale gdy się ją posadzi w odpowiednim mikroklimacie. Ta grządeczka umieszczona została od północnej strony domu, bezpośredniego słońca ma może dziennie z godzinę. Przycupnęła sobie pod sosną, i plonuje nieprzerwanie od wielu tygodni. Stale obcinam zewnętrzne liście, a ze środków wyrastają nowe. Sałaty nie obumierają, nie kwitną, rosną sobie radośnie, a całkowity brak chwastów nie dziwi, bo przecież rosną tak gęsto, że nie ma dla nich wolnej niszy.

Gęstwina jest zresztą charakterystyczna dla Ostoi, choć zasadniczo całkowicie odmienna od jej pierwotnego stanu. Tam, gdzie wcześniej straszył piach z odrobiną porostów, doskonale sobie radzi polikultura bobowo-ziemniaczana. Jeśli porównacie ze zdjęciem w poprzednim wpisie, sami zobaczycie jak gwałtowny jest wzrost. Podobnie w ziemniaczanych wieżach, ta z glebą lokalną urosła już do połowy wysokości, a ta z kompostem jest niemal pełna i za chwilę zakończy się dokładanie. Na plony jednakże trzeba jeszcze będzie poczekać.

Tuż obok mała plantacja topinamburu nie tylko że zarosła przeznaczony sobie areał, to stara się skolonizować okolicę. Cieszy mnie to bardzo, bo wszystko, co wyrasta poza ustalone ramy, staje się źródłem ściółki. Z tej powierzchni dwóch metrów kwadratowych oczekuję plonu w ilości dwóch dużych wiader, plus materiału do ściółkowania i na kompost. Kolejna, większa plantacja topinambura założona na Zapłotku powoli pozwoli mi przenosić jego uprawę do stref dalej oddalonych od domu. Tu spełnił już on swoje zadanie, a jego stanowiska można już wykorzystać pod cenniejsze uprawy.

A w leśnym ogrodzie nastał czas zbiorów jagody kamczackiej, mojego ulubionego wiosennego owocu. Naładowane antyoksydantami jagody doskonale smakują i działają prozdrowotnie. W formie mlecznych koktaili doskonale się sprawdza w te upały, dzięki czemu nawet przy piecu da się wytrzymać.

niedziela, 13 maja 2018

Wigilia Zimnych Ogrodników

Ładne mamy lato tej wiosny, i upalne. Wszystko wysycha, a zbiorniki na deszczówkę stoją puste. Trawy na Zajęczej Górce zaczynają się złocić, a wielka zajęczyca tęsknie spogląda przez sztachety na soczyste Ostojowe sałaty rosnące sobie jak gdyby nigdy nic w donicach podsiąkowych. Uzupełniana raz na dwa tygodnie woda w zupełności wystarcza, nawet w przypadku eksperymentalnie i celowo niewyściółkowanych donic. Sprawdzam, czy taka sytuacja sprawi, że pomiędzy sałatą chwasty nie wykiełkują, bo gwiazdnica w tym roku w ściółkowanych donicach szaleje.


Grządki podniesione w nadstawkach europalet wyściółkowane są jednak tradycyjnie, aczkolwiek cienko - bo skończyła się słoma. Dostaną więcej ściółki po Ostojowych sianokosach. Sałatom to raczej nie przeszkadza, bo akurat te grządki mają słońca bardzo mało i na krótko, radzą więc sobie dosyć dobrze. Tradycyjnie obcinam pojedyncze listki, pozwalając małym rosnąć. Dzięki temu mam nadzieję dłużej sałatami się cieszyć bez konieczności sadzenia następnych.

W bardzo grubej ściółce natomiast kryje się skarb - odmiana ziemniaka Sarpo Mira, której 6 sztuk otrzymałem od Igora Bokuna, znanego z projektu "Przez rok nie kupię jedzenia". Szukałem tej odmiany długo, a pragnę ją wypróbować w wieżach ziemniaczanych, bo czytałem, że jest jedną z lepszych do tego celu. Umieściłem w dwóch wieżach po dwa kartofelki, a dwa ostatnie w specjalnej grządce, aby je tam namnożyć i mieć ich więcej na kolejne lata. Wykiełkowały pięknie, radośnie rosną w towarzystwie bobu, nienawożone, niepodlewane, no ale naprawdę grubo wyściółkowane własnym łąkowym sianem z zeszłego roku.

Leśny ogródek przy szopie zieleni się niebywale, obrodził czosnek niedźwiedzi z którego robię najlepsze pesto świata. Przynajmniej ja je tak oceniam, nie wiem jak inni. Odbił nawet biedny kasztan jadalny, który zmaga się z wszechobecnymi korzeniami trzmieliny pod ziemią, a cieniem wszechogarniającego dębu nad nią. Urodliny, o których pisałem wielokrotnie, moje oczka w głowie, zimę przetrwały i zaczynają wypuszczać listki, opóźnione one są w rozwoju jak zwykle, ale najważniejsze że żyją. Podszyt ogrodu leśnego wymagać będzie interwencji, gdyż bluszczyk kurdybanek postanowił zdobyć go blitzkriegiem, w tewarzystwie jeszcze czegoś, czego nazwy nie znam. Będzie więc odrobina "chop & drop", czyli cięcia i rzucania bluszczyka, tam gdzie rósł.

Pamiątkowa morwa Billa Mollisona cała obsypana owocami, pomimo młodego wieku przecież. Widocznie Mistrz czuwa z zaświatów nad tymi drzewami, które w jego imieniu posadzono. Jagody kamczackie zapowiadają zdrowy urodzaj, o ile ta susza nie potrwa zbyt długo. Z dwóch świdośliwek, zaowocowały nareszcie obie. Jedna do tej pory nie przejawiała żadnych chęci do reprodukcji, podczas gdy druga zawiązywała owoce ochoczo, no ale teraz przyszedł czas na obie. Nieco ruszyły się porzeczki, nieco jeżyny, tradycyjnie najsłabiej z agrestami, ale sądzę, że potrzebują one po prostu czasu, aby nauczyć się życia w Ostojowym piachu. Bardzo mocno przycięte czeremchy amerykańskie, kiedyś jedyne, a więc najstarsze krzewy owocowe w Ostoi potrzebowały wielu lat, aby zacząć intensywnie owocować, teraz jednak kwitną jak szalone, oszałamiając zapachem i wabiąc tysiące owadów.

Bluszczyk skurczybyk zaatakował też spiralę ziołową, pierwszy więc raz od 2013 roku postanawiam coś na niej zrobić innego poza zbiorami. Wyrywam dwa wiadra kurdybanka i miejsce po nim ściółkuję resztkami zrębek. Dodaję nasiona ziół różnych i zobaczymy, czy coś wykiełkuje. Graniczyłoby to niemal z cudem, bo spirala smaży się w słońcu, a nie ma nawadniania. Ja w rozjazdach, więc nie podlewana musi radzić sobie sama. Jeśli sobie nie poradzi, to jej dopomogę, ale dopiero pewnie w czerwcu. Może trzeba mieć więcej wiary w moc spirali, bo przykładowo taki piołun luizjański, który podobno nie ma prawa u nas przezimować, zimuje na niej, wiosną odbija, i ma się coraz lepiej. Wykorzystuje ciepło głazów, ukrywa pod nimi korzenie i jak na razie nie ma zamiaru oddawać terytorium bez walki.

Trzy osobne ogródki z kostek słomy czekają na nowych mieszkańców - pomidorowy, dyniowo-ogórkowy i nie-wiadomo-jeszcze-jaki. Postanowiłem w tym roku nie sadzić pomidorów w jednym ogródku z dyniami, i nie ma to nic wspólnego z dobrym czy złym sąsiedztwem roślin, ale po prostu ułatwia obsługę. Mając pomidory w prawie tuzinie miejsc, musiałem się strasznie nalatać, teraz przynajmniej te na kostkach słomy postanawiam "usystematyzować". Gotowe są też worki uprawowe, a wielka akcja sadzenia pomidorów już w przyszłym tygodniu. Póki co, Ostoja tam gdzie zwykle, a ja zupełnie gdzie indziej, mam nadzieję że sobie poradzi do mojego przyjazdu i znowu mile zaskoczy czymś, co urosło, zaowocowało, lub po prostu przetrwało.