środa, 14 czerwca 2017

Koszę i noszę

Czerwiec w Ostoi zaczyna nastrajać optymistycznie, wreszcie nawet oko laika dostrzec jest w stanie, że tu cokolwiek rośnie. W maju nie było to takie oczywiste. Część nasion jeszcze nie wykiełkowała, część ledwo ledwo, rozsady banalnie przyziemne nie wzbudzały entuzjazmu gości, którzy oglądali, słuchali i przez grzeczność przytakiwali, ale chyba spodziewali się bardziej spektakularnych widoków.

Obecnie w workach uprawowych zielenią się pomidory i dyniowate, fasole i ogórki. Rosną ładnie, część w workach nowych, a część w zeszłorocznych, część w podłożu nowym, a część w regenerowanym po ubiegłym sezonie. W tym stadium nie widzę zasadniczych różnic pomiędzy starymi a nowymi workami czy podłożem. Zobaczymy, jak sprawy pójdą gdy rośliny zaczną owocować.  Po raz pierwszy w tym roku próbuję worków małych, trzylitrowych, do uprawy karłowych odmian fasoli. Myślę, że przy dobrze przygotowanym podłożu nie powinno być problemów z powodu za małych pojemników.

Na zeszłorocznych kostkach słomy pomidory też dają radę. Zdecydowałem się nie wymieniać ani kostek, ani siatek po których prowadzę rośliny. W przyszłości na pewno zamienię siatki na inne rozwiązanie, ale tej wiosny zabrakło na to czasu, no i jest to okazja do sprawdzenia, jak długo siatki wytrzymają.








Z bliska pomidory wyglądają lepiej niż z daleka, widać sporo kwiecia.








I jeszcze bliżej, a dojrzymy pierwszy owoc. Nie jest źle.





Urodlin, wcześniej opisywany, zaszalał listowiem, wybijając się ponad towarzyszące mu boby, łubiny,, koniczyny i facelie. To one wiążą dla niego azot z powietrza i mam nadzieję, że wspomagają jego wzrost. Pomimo, iż rośnie w towarzystwie wysokich brzóz, to moim zdaniem cierpi z powodu za dużej ilości światła. Liście powinien mieć dużo ciemniejsze, trzeba będzie przed latem osłonić go lekko, chyba że brzozy też obsypią się jeszcze gęstszym listowiem i wykonają robotę za mnie. Na to liczę, pracując z naturą a nie przeciw niej.


Na spirali ziołowej kwitną szałwie, a wokół nich uwijają się roje zapylaczy. Rozmaryny na szczycie spirali niestety chyba zakończyły żywot, mam teraz dylemat czy ingerować, czy pozwolić na naturalną sukcesję, czyli zasiedlenie tej niszy przez inne rośliny. Na chwilę obecną wygląda na to, że szałwie wygrają z lawendami. Ale może jednak potrzebna jest interwencja, bo po pierwsze lubię używać rozmarynu w kuchni, a po drugie, taki łysy łeb spirali wygląda "nieprofesjonalnie" i sprawia, że goście chrząkają i wątpią w skuteczność permakultury. Zasadniczo, spirala ziołowa, będąc integralną częścią Strefy 1 z założenia wymaga ludzkiej troski, nie będzie więc żadnym nietaktem kupić ten rozmaryn i posadzić ponownie na czubku.


Tuż za furtką, na tak zwanej Zajęczej Górce, postanawiam wyznaczyć grządkę eksperymentalną, a ściślej kilka ich rzędów. Gleba wita ugorem piaszczystym, gdzie jedynie kilka porostów trwa obecnie smętnie, ale im dalej, tym więcej trawy, która rośnie dzięki ochronnej funkcji sosen. Wpasowuję więc rozmiar grządek pomiędzy sosny i na tym etapie nie zamierzam ich wycinać.

Zanim cokolwiek zrobię, analizuję jak słońce oświetla Zajęczą Górkę, gdzie sosny rzucają cień, jak ten maleńki teren jest ukształtowany, bo jak się okazuje, koszmarnie jest nierówny. Trzydzieści lat temu przeorano go w głębokie bruzdy w najgorszy możliwy sposób (w dół stoku) i posadzono sosny, które wtedy się nie przyjęły. Teren ryły dziki, kopały w nim psy, dopiero kilka lat temu zaczęły na nim rosnąć samosiejki sosen. Sprawdzam więc spadki terenu i wszystko będę musiał skorygować tak, aby maksimum wody opadowej pozostawało na górce.

A skoro już przy opadach jesteśmy, pamiętacie rów konturowy (swale) o którym pisałem kilka tygodni temu? Wydawało się, że będzie kolejna kompromitacja - ptaki w przeciągu kilku dób rozniosły w drobiazgi całą pieczołowicie rozrzuconą na wale ściółkę i dobrały się do nasion. Jak zwykle, postanowiłem pozwolić eksperymentowi toczyć się dalej. Nie przeganiałem ptaków, nie dosiałem, nie uzupełniłem ściółki. I co? I fajnie. Poniżej rowu nic, powyżej rowu nic, a na wale rowu rośnie sobie mieszanka roślin motylkowych jak gdyby nigdy nic. Oczywiście nie tak bujnie i nie tyle, ile bym chciał ale jednak. Pokazuje to, że swale działa, że nawet nieliczne deszcze utrzymują wilgoć w wale i że jest szansa, aby nawet pustynię zamienić w ogród, permakulturowo.


Trzeba jednakże temu wszystkiemu pomóc, a że w Ostoi brak zwierząt gospodarskich, próbuję nadrobić to wykorzystując chaszcze z zalewowej nadrzecznej łąki. Dotrzeć do niej można teraz tylko w kaloszach, po tamie bobrowej, chyba czeka mnie wkrótce budowa mostka. Póki co, koszę stopniowo staromodną kosą, tak, aby nie zakłócać zbytnio spokoju i zwyczajów żyjącej tu dzikiej zwierzyny, wszak jest to granica rezerwatu.

Części siana pozwalam podeschnąć, część wykorzystuję świeżą i lekko wilgotną, starając się dobrać proporcje tych dwóch tak, aby uzyskać dobry materiał do kompostowania. Materiał taki powinien mieć proporcje węgla do azotu jak 30 do 1. Im siano bardziej świeże, tym azotu więcej, a im dłużej leży, tym więcej węgla. Noszę to siano w wielkim koszu przez tamę bobrową, a potem wiozę taczką w pobliże podwórka, gdzie formuję pryzmę kompostową. Zamierzam tą metodą wyprodukować tyle kompostu, aby starczyło na nowy ogródek na Zajęczej Górce. Jeśli zostanie siana, to wykorzystam je jako ściółkę. Na razie koszę tylko tyle, aby móc przetestować kompostowanie. Aby pryzma mogła zneutralizować wszystkie szkodliwe nasiona chwastów, patogeny i inne niepożądane ingrediencje, temperatura w niej powinna przez minimum dwa tygodnie wynosić 55-65 stopni. Jak na razie nie jest źle, oby tak dalej. Ciekawe, co na to kolejni goście.


poniedziałek, 29 maja 2017

Niewiadome


Ostoja to miejsce dla osób o mocnych nerwach. Podczas gdy w niedalekim mieście liście drzew już nierzadko wielkości dłoni, to tutaj niektóre zaczynają dopiero wychylać się z pąków. Przedłużona niepewność, czy to, co się posadziło jesienią przyjęło się i czy wiosną wystartuje, wystawia cierpliwość na próbę. Kilka tygodni wpatrywania się w delikatne oznaki życia jest dosyć stresujące, ale gdy wreszcie wegetacja ruszy, tym bardziej każdy listek cieszy. Najbardziej raduje mnie tej wiosny morwa Billa Mollisona, nie dość że puszcza listki, to jeszcze ma pierwsze kwiaty, i dla ozdoby biedronkę. Myślę, że Billa to by ucieszyło, choć z drugiej strony uznałby to pewnie za oczywiste - wszak całe życie twierdził, że podążając drogą natury jest się skazanym na sukces.

Czy sukcesem będzie uprawa w kostkach słomy w tym roku, tego jeszcze nie wiem, ale jak na razie wysyp grzybów na kostkach świetnie wróży. Grzyby rozkładają słomę i dostarczają roślinom składników odżywczych. Jednakże pomidory, dynie i ogórki raczej chyba wolą współpracować z bakteriami ... ale może nie do końca? Może to jedna z powtarzanych prawd, które nie zawsze i nie wszędzie się sprawdzają? Wolę, że kostki tętnią grzybowym życiem, gdyby stały tak niezmienione, "jak nowe", wtedy byłby powód do zmartwień. A o wynikach porozmawiamy na koniec sezonu.

Gdy zaczynają kwitnąć truskawki, pewnym jest i wiadomym, że prędzej czy później zjawią się leśne ptaki i tyle będziemy widzieć nasze truskawki. Ostoja otoczona lasem jest w ptaki niezwykle bogata, a istotą moich działań tutaj jest współpraca z naturą, a nie działanie przeciw niej. Nie będę więc chronił truskawek siatkami, gdyż ptaki potrafią w nich utkwić i zakończyć żywot w ten dość okrutny sposób. Od paru lat eksperymentuję ze strategią wojny psychologicznej - przed pojawieniem się owoców rozkładam czerwone elementy w ogrodzie, ptaki je sprawdzają i uznają za niejadalne. Gdy pojawią się truskawki, nie od razu i nie wszystkie ptaki uznają je za darmowy posiłek. Do tej pory używałem malowanych na czerwono kamieni, ale w tym roku mam nowy pomysł - kolorowe nakrętki od butelek i kartoników z napojami. Aby nie zaginęły w ściółce, umieszczone na patyczkach. Nie wiem czy się sprawdzą, ale jestem dobrej myśli.

Skoro o ptakach i śmierci mowa, nie wiem dlaczego, ale ptasie zgony wydają się mnie prześladować. Nie dość, że bażant zabił mi się o szybę w oknie w środku Warszawy, to teraz w Ostoi niejaka pleszka zakończyła swój żywot w ... piecu, wpadając do niego kominem. W piecu już się oczywiście nie pali, znalazłem ją za szybą zimnego paleniska, martwą już niestety. Jak się tam dostała, pozostanie już na zawsze niewiadomą, oby jak najmniej takich niespodzianek w przyszłości.

czwartek, 25 maja 2017

Druga połówka

Druga połowa maja to chyba najbardziej intensywny okres prac ogrodowych w Ostoi. Czas głównie sadzenia i ostatnich przygotowań do pełni sezonu, która już nie jest tak pracochłonna. W pełni sezonu wszystko po prostu rośnie, pod czujnym okiem ogrodnika i nie wymaga tak częstych działań i interwencji. Druga połowa maja to jednak również początek czasu zbiorów i obfitości. Po ściśle wiosennych pokrzywach, dzikich roślinach jadalnych, niedźwiedzich czosnkach i szczypiorach, przychodzi czas na rzodkiewki, sałaty oraz bogactwo ziół ze spirali ziołowej.

Ostoja zaczyna powoli nabierać tradycyjnego wyglądu - z prawej i z lewej obok grządek bardziej tradycyjnych (o ile w Ostoi cokolwiek jest "tradycyjne") zaczynają się piętrzyć worki uprawowe i kostki słomy. Z rozrzewnieniem wspominam rok pierwszych sześciu kostek - to były czasy! Teraz, łącznie jest ich prawie 80, Najstarsze kostki zamienią się w zwykłe grządki w przyszłym roku, bo potrzeba średnio trzech sezonów w Ostoi, aby rozpadły się wystarczająco bez dodatkowej pomocy z mojej strony.
 Kostki bowiem to nie tyle "medium" uprawowe, ale mechanizm dodawania materii organicznej go gleby i przywracania jej życia - bez orki, nawozów, pielenia, ale ze znaczną ilością wody zużytej do podlewania niestety. Co roku przygotowuję kostki inaczej, eksperymentując i poszukując takiej metody, która w jak największym stopniu korzystałaby wyłącznie z tego, co pochodzi z Ostoi. Jak może niektórzy pamiętają, początkowo kostki służyły wyłącznie uprawie pomidorów, teraz już sadzę w nich także inne rośliny.

 Mało eksperymentów natomiast mogę już wymyślić w odniesieniu do uprawy w workach - wyniki tej metody są na tyle dobre, że nie ma sensu zbytnio kombinować. Nie byłbym jednak sobą, gdybym czegoś nowego nie spróbował w tym sezonie. A nowości są dwie - pierwsza to zastosowanie włókna kokosowego zamiast torfu odkwaszonego w moim podłożu. Torf najlepiej gdyby pozostał tam, gdzie się tworzy, czyli w torfowiskach krajów nadbałtyckich, a włókno kokosowe musi być transportowane do Polski z tak daleka, że nie do końca równoważy to fakt, iż jest odpadem produkcyjnym z eko plantacji. Czyli znowu nie ma rzeczy idealnych i trzeba wybierać między dżumą a cholerą. Niestety, uprawa w workach rządzi się swoimi prawami i niezwykle trudno byłoby przygotować odpowiednie podłoże tylko z tego, co rośnie w Ostoi. Jest to oczywiście możliwe, ale w obecnej sytuacji wykracza poza moje jednoosobowe moce przerobowe. Mam nadzieję że mnie za to ekolodzy nie zlinczują.

 Druga nowość to zastosowanie w workach ściółki w postaci igieł sosnowych i zrębki z drzew iglastych. Wedle powszechnie obowiązujących poglądów, pomidory powinny tego nie przeżyć i zostać za życia "zakwaszonymi". Jednakże, jestem zdania, że tak się nie stanie. To bowiem nie surowiec sam w sobie, ale warunki w jakich się on rozkłada, decydują głownie o tym, jaki odczyn będzie miała powstała z niego gleba. Myślę, że jeśli warunki pozostaną tlenowe, a takie panują na szczycie worka, to odczyn ściółki pozostanie obojętny, o ile tylko nie będzie ona zbyt wilgotna. A temu z kolej, jak większość czytelników już zapewne wie, zapobiec ma moja zasada nawadniania worków zawsze od dołu.

Kolejne tygodnie pokażą, czy eksperymenty się powiodły. Na razie, po posadzeniu mikro pomidorów odmiany Tiny Tom w małych trzylitrowych workach, pora na odrobinę relaksu. Nadchodzi noc, zamiast więc tradycyjnego spaceru nad rzekę, pora zmyć z siebie brud i trud ogrodniczych prac w podwórkowej saunie, która w nocy sprawia wrażenie nadjeżdżającego pociągu ... No cóż, może to wrażenie to efekt zbyt długiego przebywania na słońcu bez kapelusza? Kończę więc i żegnam, do następnego wpisu :)

środa, 17 maja 2017

Jeden dzień


Jeszcze przed świtem budzą mnie puszczyki, a wkrótce dołącza do nich całe ptasie radio. Ostoja o tej porze roku to chóry mieszane, ptasio-żabie. Wstaję więc, i korzystając z tego, że za chłodno i za mokro na prace nadworne, żwawym krokiem ruszam na spacer. Bo jeśli nie teraz, to nigdy.

Mgły ścielą się nisko, a rachityczne mchy i porosty symulują zimę.

Światło jak i my, wkracza do lasu ścieżkami. Tu łatwiej mu dotrzeć, niż pod zwarte korony nawet rachitycznych sosen. Nieco później Słońce wznosi się wyżej i wrażenie "światła w tunelu" rozpływa się i zmienia, ale nadal jest dość malowniczo. 



Łąki z kolei całe w świetle pastelowo rozproszonym, wilgotnym i miękkim. Ale tylko nieco nad ziemią. Wyżej niebo oferuje zupełnie inne widoki.



Majestatycznie i dumnie, jak para bombowców, suną ptaki w milczeniu, jedyne co zakłóca ciszę w tej magicznej chwili to donośny szum ich skrzydeł. 

Nieopodal zrywa się też kaczka, ale nie do lotu - ucieka udając ranną, a w trzcinowisko usiłują się schować małe puchate kuleczki - kacze dzieci.

Wierzbka u sąsiadów, w połowie powalona przez bobry, a w połowie przez ludzi, nie traci kontaktu z ziemią i rośnie sobie w najlepsze. Wyciąga gałęzie do słońca, a korzenie ma w wodzie. Tu, kilkaset metrów od rzeki, bobry zdecydowały się zamieszkać. Nie pomieszkały długo, a mimo to krajobraz zmieniły. Przybyło wody, ubyło drzew.


Ale pora brać się do pracy ... Bo nadszedł taki dzień, że zamiary przerosły siły, i dość kompostu samemu w Ostoi nie mogę tej wiosny naprodukować. Za dużo się dzieje, i tu, i gdzie indziej, w rozkroku między miastem i wsią, trzeba było podkulić ogon pod siebie, i kompost zakupić. A ponieważ transport jest dosyć kosztowny, a kompost się nie psuje, zamówiłem całą paletę. Po wielu perypetiach doczekałem się wreszcie dostawy - samochodem, który za nic do Ostoi wjechać rady by nie dał. W związku z czym, od głównej drogi, do Ostoi, kompost transportowałem na raty ręcznym wózkiem wcześniej opisywanym, pokonując z każdą partią 200 metrów w jedną stronę i wracając "na pusto" piaszczystą leśną dróżką, urozmaiconą korzeniami sosen. Wózeczek złożył się z lekka pod ładunkiem dziesięciu worków od razu na starcie, więc wynegocjowałem z nim kompromis wynoszący siedem sztuk. W godzinę kompost był na podwórku, a ja wreszcie na moment zalegam w cieniu, ale z głęboką wdzięcznością dla atrakcji wiejskiego żywota, zastępujących wszystkie fitnesy i siłownie świata.

Po chwili wytchnienia pora zająć się resztą - sadzić pomidory, wysiać fasole, przygotować podłoże do uprawy w workach, lista jest długa, i w praktyce jej końca nie widać. W przerwach postanawiam zrobić kilka zdjęć roślin na spirali ziołowej, bo ostatnie robiłem dosyć dawno temu. Odniosłem wrażenie, że uczestnicy ostatnich warsztatów o budowie takich spiral mieli pewien niedosyt aktualnych zdjęć, więc tą drogą uzupełniam - to dla Was, jeśli oglądacie :)
Spirala wyłysiała na samej górze - ostatniej zimy, pomimo iż w poprzednich latach bywały sroższe i było dobrze, nie przeżyły rozmaryny. Pomimo tradycyjnego okrycia świerkowymi gałązkami, na razie brak życia na górze. Ale reszta spirali pięknie się zagęszcza.

Miejscami jest na tyle gęsto, że zaczynam się zastanawiać nad interwencją. Jednakże, spirala ta jest "bezobsługowa", czyli poza zbiorami ziół i bardzo rzadkim podlewaniem w najgorsze sierpniowe upały, staram się w jej życie nie ingerować. 

Z drugiej strony jednak, to spirala ziołowa jest bez wątpienia ludzkim tworem i nie należy traktować jej jak wytworu nieskażonej natury. Trzeba będzie wypełnić misję ogrodnika i wpaść w ten gąszcz z sekatorem. Bo nic staram się nie wyrywać - miejsce korzeni jest w ziemi, a obcięta góra spełnia rolę ściółki. Tym sposobem do natury wraca wszystko, co mogę jej oddać, nawet na ludzką ręką zbudowanej spirali.

Na całej działce kwitnie czosnek niedźwiedzi, jedna z moich ulubionych roślin. Podziwiam, jak wiosną wyłania się z gleby, tym jednym, dwoma, czasami trzema listkami. Pamiętam, jak wprowadziłem go do Ostoi, wbrew wszelkim regułom, w ten kopny, suchy piach. Jak pierwszy raz wykiełkował, niemal wszędzie mając po jednym małym listku, jak w pierwszym roku niemal nie kwitł. Jak z roku na rok ma liści coraz więcej i coraz większych, no i jak od roku niemal wszędzie kwitnie. Pośród wielu porażek czosnkowy sukces dodaje mi sił do dalszego eksperymentowania.

Nad stawikiem przy spirali ziołowej mrugają modrymi oczkami niezapominajki, spomiędzy kamieni spirali wybijają mięty, rozpycha się po cienistej stronie bluszczyk kurdybanek, a tu i ówdzie widzę świeżą siewkę sosny, brzozy czy klonu. Ich żywot wkrótce się zakończy, takich siewek jest w Ostoi mnóstwo, większość i tak kończy żywoty w sierpniowe susze i upały. 



A nieopodal zupełnie świeży eksperyment właśnie decyduje się przebudzić z zimowego snu. Pokazuje miniaturowy pierwszy listek i daje nadzieję, że i z nim będzie tak jak z czosnkiem niedźwiedzim. To urodlin, znany też jako pawpaw, o pysznych, dużych owocach. Na razie jednak daje pierwsze oznaki życia od jesieni, kiedy został posadzony. Sadzenie go w Ostoi to wyzwanie może mniejsze niż holzerowskie sadzenie cytryn w Alpach, ale mimo to solidne. Opady w Ostoi i rodzaj gleby daleko odstają od upodobań tej rośliny, ale będę próbował stworzyć jej właściwy mikroklimat i to tradycyjnie, bez chuchania i dmuchania na urodlin.

Na rozmaitych pracach upływa dzień, a słońce chyli się ku zachodowi. W cieniu tonie już znaczna część Ostoi, stare wały permakulturowe, ociupinkę tylko młodsze grządki wyniesione, pierwsze worki uprawowe, których lada dzień będzie więcej i całkowicie tegoroczne kostki słomy, nie obsadzone jeszcze roślinami, ale do tego celu przygotowane. Pora na dziś kończyć, choć jeszcze widno. Zaczynam czuć dobrodziejstwa ciągania wózka, słodkie zmęczenie w przedramionach.

Jeszcze rzut okiem na ostatni zakątek Ostoi tonący w słońcu. Teraz już zieleń bardziej się złoci niż zieleni. Mini sad na pierwszy rzut oka wygląda jak zły sen ogrodnika, ale te łany pokrzyw, mniszka, przegorzanu i tylko ja wiem czego jeszcze są tu wszystkie pożądane i celowe. Nikt nie uwierzy patrząc na to, że w tym miejscu był niemal czysty piach jeszcze całkiem niedawno. Każda z rosnących tu roślin spełnia wiele zadań, ma swoje miejsce i czas. Wpisuje się we wzorzec malutkiego leśnego ogrodu i pełni szereg funkcji, z których najważniejszą jest budowa gleby, czyli to, czego Ostoja potrzebuje najbardziej. I wraz z tą refleksją kolejny dzień w Ostoi przechodzi do historii, którą w dużej mierze same piszą te wszystkie rośliny, o jakich tu ja z kolei piszę, a moja rola jest tylko taka, aby to im ułatwiać. Na dziś jednak tego ułatwiania wystarczy, dobrej nocy.


środa, 3 maja 2017

Pozory


Choć nadszedł maj, to utworzone na jesieni w Ostoi nowe rzędy mini sadu z pozoru nie tętnią życiem. Tylko na krawędzi grządek pysznią się narcyzy miniaturki. Ale to tylko pozory, wystarczy podejść bliżej i pochylić się nieco nad warstwą zrębki, aby dostrzec wyłaniające się z niej życie, w bardzo różnorodnych formach.

Najważniejsi partnerzy w dziele tworzenia nowych grządek kryją się pod ziemią - to strzępki grzybni, dzięki którym drzewka mają szansę się przyjąć i współpracując, rozkwitać, dosłownie i w przenośni. Ci mali pomocnicy są łatwi do wykrycia po rozgarnięciu zrębki, gdzie morze ich małych nitek tworzy subtelne białe firanki. Grzybki zaczęły już także manifestować swą obecność nad ziemią, ukazując kapelusze gustownie dobrane pod kolor domu.

Przez zrębki przebijają się pierwsze zieloności - łubin trwały, który ma stanowić źródło azotu dla innych roślin, bób, który w tym roku spełni tą samą rolę, ale dodatkowo da nam mały, ale bardzo smaczny plon, oraz truskawki, które poza dostarczeniem owoców mają stanowić okrywę gleby i zmniejszać parowanie. Mam w Ostoi kilka odmian truskawek, po to, by zbiory nie następowały jednocześnie. Najlepiej sprawdzają się w tym względzie odmiany owocujące od lata do jesieni, w ubiegłym roku ostatnią własną truskawką cieszyłem się w początku grudnia.

Pod młodym drzewkiem pyszni się pokrzywa - dla jednych utrapiony chwast, a dla mnie roślina przydatna - wczesną wiosną daje witaminy, gdy podrośnie dobrze smakuje, a o każdej porze roku dostarcza innym roślinom substancji odżywczych przerobiona na płynny nawóz. Tu jednakże stanowić ma źródło ściółki - bo po co nosić ściółkę pod drzewka, skoro może pod nimi wyrosnąć, i okresowo ścinana chronić glebę przed wysychaniem i dodawać składników odżywczych? Obok zieleni się czosnek niedźwiedzi, roślina tak smaczna, jak pożyteczna - odstrasza rozmaite szkodniki, a posadzone wokół drzewka zmniejsza ryzyko uszkodzenia go przez nornice.

Niedaleko w towarzystwie pokrzywy rośnie żywokost, możemy więc na jednym zdjęciu zobaczyć dwie najcenniejsze rośliny, jakimi może pochwalić się Ostoja. Trudno mi sobie wyobrazić permakulturowe gospodarowanie bez tej pary. W moich warunkach żadne inne rośliny nie są tak przydatne w ogrodzie, do sporządzania nawozów, gnojówek, oprysków, ściółkowania, a również jako podręczna apteczka i surowiec kulinarny. Powinienem dodać, że żadna z tych roślin nie rosła nigdy w miejscu, gdzie znajduje się teraz mini sad, aczkolwiek rosną w pobliżu nad rzeką. I podczas gdy inni je tępią, ja posadziłem u siebie i cieszę się, że rosną.

Na spirali ziołowej nadal jeszcze pozornie zima i niewiele się dzieje. Pomimo iż spirala przeżywała bez szkody bardziej srogie zimy niż ostatnia, to znacznie w tym roku ucierpiały rośliny ciepłolubne - rozmaryn i szałwie. Czekam z niecierpliwością, czy jeszcze odbiją, a póki co wynajduję radujące oko oznaki życia innych gatunków. Przoduje bluszczyk kurdybanek, szczypiory i mięty. a koloru spirali dodają szafirki. Kwitnie też samotny tulipanek, no cóż, jest to raczej spirala kulinarno-lecznicza, a nie kwiatowa. Zielenią się nieśmiało majeranki i tymianki, ale do wiosennego wybuchu wegetacji jeszcze chyba daleko. O dziwo, zauważyłem, że zimę przetrwał piołun luizjański, teoretycznie nie zimujący w naszych warunkach klimatycznych. Spirala jednak posiada swoje sekrety - tworzy mikroklimaty, które potrafią czasami czynić takie cuda.

Niedaleko spirali, pod płotem, pyszni się młoda świdośliwa, cała w kwieciu. Pamiętam jak sadziłem ją dwa lata temu na jesieni. W zeszłym roku pierwszy raz zakwitła, skromnie bardzo. W tym roku, wspomagana przez polikulturę pozornie zbędnych i uciążliwych "chwastów" rosnących u jej podnóża, radzi sobie nadzwyczaj dobrze. Może dochowam się wreszcie pierwszej garstki owoców w tym roku? Patrząc na otaczające mnie połacie ściółki ze zrębki, nie mogę doczekać się chwili, gdy cała ona zniknie pod łanem różnorodnej zieloności - pokrzyw, żywokostów, mniszków, krwawników, wszystkiego, co zechce tu żyć, i wspierać się wzajemnie. Wszak pamiętać należy, że jeszcze kilka lat temu był tu tylko tak zwany szczery piach ...

sobota, 15 kwietnia 2017

Ostoja - odcinek świąteczny

Autem, wyładowanym po dach, zajechałem do Ostoi w Wielką Sobotę. Tylko na parę godzin, aby zrobić to, co konieczne. Na liście koniecznych rzeczy była również ta paczka, z zawartością do zmontowania. Przed przystąpieniem do pracy, wykonałem standardowy obchód włości, aby zobaczyć, jak wygląda wszystko przed nadejściem zapowiadanych na przyszły tydzień przymrozków.

Nareszcie na mojej szparagowo-topinamburowej grządce zakwitły ... tulipany. Kwitną tu co roku, na obrzeżach, aby urozmaicić dosyć nudny widok. Zasadniczo nie poświęcam zbyt wiele uwagi estetyce, uznając, że przyroda sama najlepiej spełnia tą rolę, ale do tulipanów mam drobną słabość, i tam, gdzie rośliny cebulowe pełnią też inne funkcje, sadzę tulipany właśnie, oraz jeszcze bardziej lubiane, narcyzy.
 Nareszcie kwitną też śliwy, wiśnie i czereśnie, choć radość jest może przedwczesna, w świetle prognoz pogody. Ponieważ jednak jak na razie moje przeżycie nie zależy od urodzaju (ufff .....), to ze stoickim spokojem obserwuję to, co się dzieje w pogodzie i w przyrodzie.
 Oszalały jagody kamczackie, kwiecia tyle, jak nigdy przedtem. Zdecydowanie lubią Ostoję, w odróżnieniu od borówki amerykańskiej, która słabo rośnie i jeszcze gorzej owocuje. Pocieszam się, że to chwilowe, i że z każdym rokiem będzie lepiej.
 Donice podsiąkowe wybuchły rzodkiewkami, kilka różnych odmian kiełkuje przyzwoicie.
 Totalnie nieprofesjonalne i niezgodne z instrukcją na opakowaniu nasion zagęszczenie jest jak najbardziej celowe - lubię mikrolistki rzodkiewek, większość zostanie wycięta i zjedzona, aby te, które ocaleją miały miejsce do dalszego wzrostu.
 Na spirali ziołowej wylazły szafirki. Dostałem je od kogoś w doniczce i zlitowałem się nad nimi zwracając im wolność. Odwdzięczają się niemal śródziemnomorskim błękitem. W towarzystwie aromatycznego bluszczyka kurdybanka dodają niemrawej jeszcze o tej porze roku spirali znamion życia.








W mikrosadzie wyłazi spod ściółki rabarbar, goniąc wszechobecne truskawki. Pokazały się też przegorzany, pokrzywy, nawłocie, same inwazyjne paskudy, w Ostoi witane z otwartymi ramionami. Jak to się tu mówi, biomasy nigdy dość. Każda roślina ma tu jakąś wartość, każda się przyda.
 Spacer spacerem, a zawartość paczki sama się nie złoży. Po kilkunastu minutach na podwórku dumnie prezentuje się wózeczek. Jego zadaniem jest oszczędzić mój grzbiet, lub to co z niego zostało. Będzie woził ścięte przez bobry pnie, siano znad rzeki, liście i kompost. Mam nadzieję, że dzięki niemu prace w Ostoi będą posuwać się odrobinę szybciej. Kończę niezbędne prace w strugach deszczu i wyruszam do miasta. Do widzenia Ostojo, do zobaczenia po świętach.