niedziela, 15 kwietnia 2018

Dwudniówka

Jeszcze w środę rano Ostoja była nieco zaspana, ale już w czwartek obudziła się do życia na dobre. Obrzeża ścieżek w młodym leśnym ogrodzie zażółciły się solidnie, a male drzewka zaczęły nieśmiało otwierać pąki, ukazując zieloną zawartość. Na pierwszy rzut oka dwa drzewka z dwudziestu nie przyjęły się, co tragedii nie stanowi. Koniczyny i łubiny, truskawki i poziomki, żywokosty i pokrzywy rozpoczęły swój bój z trawą, której nieco za dużo pojawia się tu i ówdzie. Nie wiadomo jeszcze kto wygra, ale lepiej wspomóc tą bitwę kolejną porcją ściółki ze zrębek.

Czosnki niedźwiedzie, dziki szczypiorek, kurdybanki, portulaki i inne dobroci pojawiają się "znikąd" dosłownie pod stopami, i niemal nie ma możliwości, aby nie chodzić po "jedzeniu". Szczypiorek upodobał sobie fragment podwórka przy szopie, ale nie gardzi też miejscem pod starą lipą. Czosnki z kolei dominują w dzikiej części podwórka, i nie straszny im ani północny cień, ani jałowy piach. Te swoje 2-3 liście wypuszczają co roku. A im starsze są, tym liście większe. Smaczne i aromatyczne bardzo, no i zapewne zdrowe. Jagody kamczackie jak zwykle "odpaliły" znienacka - w środę liście, w czwartek kwiaty. Przesadzam trochę. Jeden kwiat. Na jednym krzaku. Ale jest! I to się liczy.

Kokorycz delikatnym fioletowym dywanem pokrywa resztki trawnika, szkoda, że szybko przekwita i znika, ustępując miejsca mniszkom. Póki co jednak, roi się na niej od trzmieli, których takiej ilości jeszcze nigdy wcześniej w Ostoi nie widziałem. Myślę, że to dobry znak. Pracowicie uwijają się wśród kwiatów, od czasu do czasu nawiedzając też spiralę ziołową, na której jednak jeszcze nic nie kwitnie. Świdośliwy w lasach po drodze w kwieciu, a moje dopiero się przymierzają, ale maluczko, a zakwitną.


Skoro o pracowitości mowa, pierwszy dzień pobytu w Ostoi poświęcam wodzie deszczowej - czyszczę wszystkie rynny, podłączam zbiorniki, rury i beczki, sprawdzam, czy wszystko dobrze przetrwało zimę. Okazuje się, że odpukać, przetrwało. Na koniec dnia wszystkie systemy są czyściutkie i gotowe na pierwszy deszcz. Drugi dzień pobytu to dzień ogrodniczy - sianiu i sadzeniu nie było końca, aż do wyjazdu. A zaczęło się od sporządzenia podłoża do wysiewu, którego oczywiście akurat musiało zabraknąć. Receptura od lat ta sama i sprawdzona - 2/3 (2 wiadra) torf odkwaszony, 1/3 (1 wiadro) kompost, perlit lub wermikulit (1-2 litry), wermikompost (0,5-1 litr), dolomit (0.5 - 1 szklanka), mączka bazaltowa (łyżka stołowa) + woda.

W ostatecznym rozrachunku obsiałem różnościami siedem wielodoniczek, a następnie z otchłani Ostojowej piwnicy wyjąłem przechowywane w torfie kłącza jakona. Pisałem kilkakrotnie o jego uprawie, i braku mrozoodporności. Kłącza zimowały więc w piwnicy, a teraz trafiły do doniczek po pelargoniach, z odzysku. Gdy jakony wykiełkują, trafią na grządki, ale nastąpi to dopiero po 20 maja. Bardzo powoli idzie mi rozmnażanie tej rośliny, jednakże nie poddaję się i cóż, z każdym rokiem jest tych kłączy odrobinę więcej.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w donicach podsiąkowych, tu ledwo wysiane rzodkiewki kiełkują na potęgę. Za nimi pójdą wkrótce i inne dobroci, a póki co widzę, że znowu będziemy mieli w donicach "epidemię" gwiazdnicy. Raz wprowadzona z "nieswoim" kompostem, nie chce się zgodzić na eksmisję. Z drugiej strony nie nalegam, lubię ją, jako dodatek do sałatek.


Gdzie ta potęga rzodkiewek, zapytacie. Na razie jest malutka, bo ledwo wygląda ze ściółki. Jednakże już widać, że formują się rzędy, jak wojska na paradzie. Za około trzy tygodnie, jeśli, odpukać, nic się nie wydarzy, będziemy mieli pierwsze młode rzodkiewki. Zostawiam teraz Ostoję na kilka dni, ale wiem, że gdy wrócę, to zmiany będą kolosalne. To ten czas roku, gdy wszystko zieleni się najszybciej, wczoraj goły krzew jest dzisiaj cały w kwiatach. Chciałoby się być, i obserwować, i nie uronić ani listka, ale cóż - obowiązki inne wzywają, żegnaj więc Ostojo - dziękuję, to były udane dwa dni.






środa, 4 kwietnia 2018

Eksplozja

 Długo nie pisałem, takie były okoliczności. Marzec upłynął nie wiadomo kiedy, na podróżach, pracy i obowiązkach. Ostoja, nieco zaniedbywana, przetrwała jednak bez szwanku, przygotowała nawet na mój przyjazd kilka niespodzianek.
Zanim o Ostojowych niespodziankach jednak opowiem, to zgodnie z obietnicą chwalę się - tak dziś wyglądają pomidorki, o których pisałem w poprzednich wpisach. te warszawskie. Na Ostojowe poczekać trzeba będzie nieco, ale przede wszystkim, trzeba przygotować pod nie grunt, dosłownie i w przenośni.

 Ostoja powitała mnie eksplozją krokusów, które okalają większość młodych drzewek owocowych. Nie tylko cieszą oko, ale odstraszają też nornice, żywią pierwsze pszczółki, a nade wszystko, pokazują mi, gdzie trzeba ściółki ze zrębek dosypać. Po prostu między pień a krokusy. I trzeba zrobić to szybko, krokusy alarmują - skoro my ruszyłyśmy, to za chwileczkę, za momencik ruszy też trawa, a trawy tutaj nie chcemy. Pora więc szybciutko zakręcić się i zrębki zdobyć, bo wszystkie zużyte do cna. Jest nieco gałęzi z zimowej przycinki do zezrębkowania, zmielę je wkrótce, ale to kropla w morzu potrzeb.

A z morza ściółki w ogrodzie leśnym i w każdym z ogródków, oraz w trawie pod lipą, wszędzie coś się wynurza, eksploduje życiem przez mniej lub bardziej grube pokłady czy to liści, czy to słomy, czy zrębki, czy siana, a gdzieniegdzie przez mieszaninę tego wszystkiego. W trawie jest już i dziki szczypior, i gwiazdnica, i moja ulubiona kokorycz, a w leśnym ogrodzie wychylają się ze zrębki malutkie białe koniczynki. Zielone oczywiście, białe będą, gdy zakwitną. Trzeba jeszcze poczekać na czosnki niedźwiedzie, ale są inne atrakcje.

We wspomnianych już krokusach praca wre - to pszczoły, trzmiele i murarki, oraz inne drobne tałatajstwo, ogłosili początek sezonu. Uwijają się jak w ukropie, bo to i ukrop jest, jak na tą porę roku, dobrze ponad dwadzieścia stopni w południe. Jakież jest moje zdziwienie, gdy grzebiąc w ściółce znajduję .. bryłę lodu, w doskonałym stanie. Na wierzchu taka wiosna, a pod ściółką lód. Nie poganiam, nie przyspieszam, pozwalam rozmarznąć tam, gdzie najmniej odparuje, a najwięcej wsiąknie.

W ogródku "wieloletnim", tam, gdzie topinambur i szparagi głównie, jak co roku manifestują swą obecność jako pierwsze tulipany. To jedna z mocniej zacienionych grządek w Ostoi, a jednak już przebiły się przez grube warstwy słomy. Do kwitnienia im jeszcze daleko, ale zawsze podziwiam je o tej porze roku, jak dzielnie wyciągają się do Słońca. Po nich, za kilka tygodni, wyjdą szparagi, a jako ostatnie leniwe topinambury, które jednak wszystkich przegonią i najdłużej postoją.

Miniaturowe żonkile, strażnicy leśnego ogrodu, rosnący na pograniczu grządek i ścieżek, też wychylają się z trawy. Ambitny plan dosadzania każdej jesieni stu sztuk poległ w ogniu obowiązków innej natury, nie odkładam go jednak do lamusa. Chciałbym, aby każda ścieżka w leśnym ogrodzie zaznaczała na wiosnę swój kontur żonkilami. I pas ściółkowania wyznaczą, i krety zniechęcą, same korzyści z tych żonkili.


Opowiadam o eksplozji wiosennych roślinek, a tymczasem główny cel dzisiejszej w Ostoi wizyty, to rozprawienie się z pozostałościami po uprawie pomidorów na kostkach słomy i jak już wspomniałem, przygotowanie kolejnych na ten sezon. Uprawa pomidorów w kostkach słomy jest jednym z bardziej udanych Ostojowych przedsięwzięć i po kilku latach mogę powiedzieć, że jest jedną z najbardziej niezawodnych. Przygotowania są proste, a kostki, w zależności od surowca i jakości, wytrzymują dwa-trzy sezony.

Wygarniam więc stare kostki, które się rozpadły, podziwiając jednocześnie cienką warstwę pięknej gleby w miejscu, w którym stały. To już nie jest jałowy niemal piasek Ostoi, to dużo ciemniejsza, wilgotna, pełna materii organicznej, żywa gleba. Pomimo, że przecież mrozy były jeszcze tak niedawno, pod kostkami pełzają niemrawe dżdżownice. Na miejscu starych kostek ustawiam nowe, kombinując, jakby tu na tej samej powierzchni zmieścić ich więcej. Kostkowy Tetris udaje się - zamiast 22, będzie w tym roku, w tym ogródku, 25 kostek.


Kręcąc się po podwórku, dostrzegam najlepszą wiosenną bombę witaminową, czyli poczciwą pokrzywę. Może pokrzywa to określenie na wyrost, bo są to ledwo wyrosłe maleństwa. Ale takie najlepsze. Tradycyjnie zrywam tuzin i zaparzam w szklance wody. Witaminizuje i energetyzuje doskonale, po zimie jak znalazł. Od teraz małe pokrzywki wchodzą na stałe do wiosennego jadłospisu, na razie w powyższej formie, ale już niedługo także wylądują w jajecznicy, w sałatkach oraz zostaną skonsumowane pod postacią pokrzy-szpinaku, czyli duszone.

Maluczko, a wszystkie kostki są na swoich miejscach. Teraz trzeba się modlić o deszcz, aby nie trzeba było ich moczyć. Kostki muszą zacząć się kompostować, aby pomidory miały co jeść. Na razie na to za wcześnie, ale za około dwa - trzy tygodnie rozpocznę dokładanie do pieca, czyli nasycanie kostek azotem, co zdecydowanie przyspiesza proces kompostowania. Przefermentowany obornik będzie do tego najlepszy, wraz z dodatkiem herbatki kompostowej i gnojówki z pokrzyw, którą zacznę nastawiać natychmiast, gdy pokrzywy nieco urosną.

No dobrze, a co ze słomą ze starych kostek uważny czytelnik może zapytać. I słusznie że pyta, bo w Ostoi nie marnuje się żadna materia organiczna. Słoma ze starych kostek trafiła na ściółkę do najstarszego ogródka. Tu będzie pełnić kolejną funkcję przez kolejne lata, aż wreszcie organizmy glebowe rozłożą ją całkowicie. Zanim jednak to nastąpi, kolejne warstwy ściółki przykryją stare grządki, nieustannie formując kolejne mikrowarstewki gleby. Bo nie ma mowy o permakulturze, gdy gleby ubywa. Lub nie przybywa. Lub jej zgoła nie ma. Tylko w glebie życie eksploduje i ujawnia się we wszystkich swoich formach, nad nią, pod nią i w niej. Dlatego teraz jest ten czas, aby o glebę zadbać. Choćby się potem człek czuł jak koń po westernie, czyli tak jak ja teraz. Dobrej nocy!




poniedziałek, 26 lutego 2018

Luty

Mróz w lutym nie powinien nikogo dziwić, a minus 16 o dziewiątej rano to nie żadna anomalia - taki mamy klimat. Anomalia jest to, że śniegu brakuje, Ostoja przyprószona odrobinkę jedynie, jak faworki cukrem-pudrem. Nie lubię takich zim, i wiem, że nie lubią ich rośliny, dużo lepiej śpiące pod śnieżną kołderką. Nie mając jednak na to wpływu, trzeba zimę brać taką jaka jest. Szczególnie, gdy akurat przydarzyła się okazja aby zaopatrzyć Ostoję w słomę na następny sezon. Siedemdziesiąt kostek przyjechało i spoczęło na podwórku, mam nadzieję, że będzie to jedyny "importowany" składnik Ostojowych upraw w tym roku, nie licząc kupnych nasion.

A skoro o nasionach mowa, to po przeglądzie tych własnych, pora przyszła na przegląd tych kupnych właśnie. Strategiczne zapasy spoczywają w Ostojowej piwnicy i z grubsza pozwoliłyby na obsadzenie wszystkiego przez kilka sezonów. Stąd konieczność sprawdzenia, którym nasionom kończy się termin ważności i zdecydowania, czy je wymienić na świeże. Nasiona bliskie przeterminowania zostaną zużyte w pierwszej kolejności, a ich nadmiar zostanie wysiany "na dziko" w ogrodzie leśnym - wyrośnie coś z tego, to dobrze, a jeśli nie - trudno.

Mróz skuł starorzecza, ale woda w rzece płynie. Wszędzie u brzegu cieszą oczy lodowe igiełki i kryształki.

Gdzieniegdzie lód tworzy malownicze "meduzy", rzeźbione przez płynącą wodę.







Bobry dokładają starań, aby ich lodowe jacuzzi nie zamarzło, ale chwilowo chyba dały za wygraną. Cienka tafla lodu już nie jest tak cienka, a z każdą chwilą staje się grubsza.







A w cieple i pod diodami LED zakwitły miniaturowe pomidorki. To te same, które pokazywałem niecały miesiąc temu w poprzednim wpisie, w formie kiełkujących drobin. Tak działa "magia" uprawy pojemnikowej - gdy zaprzęgnie się do pracy własny kompost, bakterie i dżdżownice, wszystko rośnie "jak na drożdżach". Zapowiadają się obfite zbiory, którymi oczywiście nie omieszkam się pochwalić.

sobota, 27 stycznia 2018

Raport o śniegu i przyległościach

Długo nieodwiedzaną Ostoję udaje mi się wreszcie nawiedzić w styczniową odwilż. Po drodze śnieg gdzieniegdzie jeszcze zalega na polach, na wielu jednak stoi woda, a przydrożne rowy jej pełne. Im bliżej Ostoi jednak, tym wody mniej, a śniegu i lodu więcej. Na miejscu senna atmosfera - nie słychać żurawi, ptasia drobnica nie odwiedza karmników, wszystko tkwi w zawieszeniu między zimą a wiosną. Najstarsze grządki warzywne śpią pod grubą warstwą słomy, od południa gołe, od północy pod cienką warstwą śniegu. W mikrosadzie, wyściółkowanym zrębkami, ani śladu białości, wszystko roztopione i wsiąknięte w glebę. Podwórko za to, skute lodem całkowicie. 


W kompostowniku, tym gdzie farma dżdżownic, życie trwa w najlepsze. Bardzo spowolnione, ale trwa. Pod warstwą liści, w kuchennych resztkach, dżdżownice ospale, ale jednak, przerabiają wszystko na kompost. Nie zeszły wgłąb co wróży, że raczej wielkich mrozów nie będzie. Dokładam im kolejną porcję odpadków, które rozkładając się podniosą nieco temperaturę. Przysypuję dokładnie liśćmi i suchą trawą, niech dalej w spokoju pracują.

Worki uprawowe zimują na zewnątrz, a że bardzo szybko się nagrzewają choćby od odrobiny słońca, to nie dość że ani śladu śniegu na nich, to jeszcze niemal w każdym coś samorzutnie postanowiło rosnąć - a to jakiś jarmuż, a to portulaka. Zadziwia upór mchu porastającego dół worków - miałem nadzieję, że zimą zmarnieje i odpadnie, a on ma się w najlepsze. Do wiosny jeszcze nieco czasu, ale jeśli mrozy nie pomogą, to trzeba będzie worki oskrobać.

Na tak zwanym lotnisku, czyli w wąskim podwórkowym leśnym ogrodzie odbywa się jakieś szaleństwo. Oczywiście ani śniegu, ani lodu, wszystko się zieleni w najlepsze. Cały bufet sałatkowy - gwiazdnice i marchewki, a gdzieniegdzie rzodkiew daikon. Obok truskawki (nie będę kłamał - tylko się zielenią, nie owocują oczywiście), a obok nich żywokost. Przepięknie też rośnie koniczyna biała, po łubinach natomiast nie ma ani śladu. To, że nawet w zimie grządki się zielenią to wielka radość, bo świadczy to o tym, że w glebie, gdzie do niedawna nic nie rosło, teraz kwitnie życie, cały okrągły rok.

Donice podsiąkowe oraz drewniane wypełnione zrębkami zamarznięte natomiast z lekka i cienką warstwą śniegu przykryte. Ciekawe, że swoje naprawdę mikro mikroklimaty tworzą korki, znaczące miejsca gdzie pozostawiłem niewykopane topinambury. Każdy koreczek to krąg roztopionego śniegu. Spróbuję to wykorzystać wiosną do przyspieszenia kiełkowania, eksperymentalnie. Oczko wodne skute lodem, bobrowe bajorko również, lód jednakże zbyt cienki, aby po nim przejść. Rzeczka płynie sobie wartko, stan wody nieco ponad średni, starorzecza pod cienkim lodem przypominają stare zaśniedziałe lustra. Im dalej od Ostoi łąkami się oddalam, tym śniegu mniej, aż nie ma go wcale tam, gdzie łąki opadają ku zachodowi.

Śnieg, nie śnieg, trzeba nieco popracować. Robię przegląd zebranych nasion. Przygotowuję te na wymianę, segreguję te do siewu, odsiewam ziarna od plew tych, których wcześniej nie zdążyłem. Najwięcej zostało nasion cebul i czosnków. Wiatr by się przydał, a tu jak na złość nie wieje. Dmucham więc, na zimne, dosłownie i w przenośni, bo chłodno się robi - mimo śnieżnego kryzysu i niedomogów to styczeń jednakże, i gdy słonko schowa się za lasem, to wieje chłodem. Dmucham w plewy, a nasiona ciężkie zostają w misce, następnie trafiają do woreczków i do prywatnego banku Ostojowych nasion, czyli mówiąc po ludzku, do skrzyni w piwnicy...

A na przeciwległym od Ostoi biegunie, w miejskim cieple i świetle diod LED właśnie wykiełkowały absolutnie pierwsze w tym roku miniaturowe pomidorki. Dwa nasionka na worek, z których los na loterii życia wygra jedno. Chcę sprawdzić, jak w workach rosnąć będą pomidory siane wprost do worka, a nie uprawiane tradycyjnie, z rozsady. Do tego, wbrew wszelkim regułom, w worku z zeszłoroczną ziemią, z dwucentymetrowym jedynie dodatkiem kompostu na wierzch. Braki żywieniowe zamierzam nadrobić podlewaniem herbatką kompostową, a czy i co z tego wynikło, to dowiemy się już za jakieś pięć miesięcy.

niedziela, 7 stycznia 2018

Bezzimie


Ostatni wpis w starym roku zatytułowałem "Przedzimie", a pierwszy w nowym roku muszę nazwać Bezzimiem. No bo jakże by inaczej, gdy 31 grudnia tuż obok Ostoi wylądowała para żurawi i od tego dnia drą się ciągle wniebogłosy? Bo jak nazwać, gdy wszystko co nie trzeba rośnie na potęgę? Grządki, zamiast zimowo odpoczywać, zielenią się wiosennie. Jakieś pandemonium traw na grządkach, gdzie ich nigdy nie nie było, a traw akurat to w wielu miejscach nie toleruję.

Pisałem o grudniowych rzodkiewkach, obecnie zielenią się styczniowe. Pojedyncze nocne przymrozki sprawiły, a być może i wiek rzodkiewek, że smakiem to nie powalają. Decyduję się z ciężkim sercem przerwać ich egzystencję na tym łez padole i grubo wyściółkować grządki, i te rzodkiewkowe, i wszystkie pozostałe. Sytuacja bowiem jest patowa - z jednej strony brak szans na to, aby mieć jakiś realny plon, z drugiej bez szans na zielony nawóz. No chyba że wiosna naprawdę nadeszła ... ale ja w to nie wierzę.

Aby jednak oddać sprawiedliwość plonom, muszę dodać, że nadal, w styczniu, raczymy się szczypiorami i czosnkami, selerem naciowym, ziołami ze spirali ze szczególnym uwzględnieniem mięty, a także łanami dosłownie portulaki. A każda praca "podziemna" wydobywa na powierzchnię a to topinambura, a to ziemniaczka. Do ziemniaczka, to jeszcze w tym wpisie wrócę, ale teraz wróćmy do ściółkowania. Ponieważ słomiane kostki na których rosły dynie rozpadły się niemal, posłużą teraz za ściółkę. Prawdziwy jednak zysk z nich to gleba, jaka przez jeden sezon powstała w miejscu, gdzie, stały - nieomal czarnoziem. Szkoda, że w tak małej ilości, ale i tak cieszy.

Nad rzeką z kolej, gdzie rezerwat i łączka moja dzika, zadomowił się najprawdopodobniej karczownik, bo kopiec imponujących rozmiarów zdobi środek łączki. Ze dwie-trzy taczki świetnej gleby, w odróżnieniu od piasków Ostoi, o sporej zawartości gliny. Postanawiam udać się tam w ten piękny styczniowy dzień. aby pobrać trzy wiaderka tego skarbu do przyszłych rozsad. Normalnie, przeszedłbym na łączkę po lodzie, teraz brodzę w wodzie po skraj kaloszy.

Gdy wrzucam ziemię z kopca do wiaderek, widzę, że ziemny stworek wydobył na powierzchnię ponury ślad ludzkich działań - pocisk karabinowy. Ostoja była na linii frontu Pierwszej Wojny Światowej, o czym świadczą okopy i pobliskie cmentarze. Nie sądzę jednak, aby ten pocisk był tak wiekowy. Wszak miałby teraz sto lat. Na terenie zalewowym, w gruncie mokrej łąki, jest chyba zbyt dobrze zachowany. Tak czy inaczej, zwierzowi, który go wydobył na światło dzienne, składam serdeczne podziękowania.

Bezzimie charakteryzuje się również tym, że wszelkie nornice i krety, oraz Pan Karczownik Od Pocisków aktywizują swoje działania. Tylu kopców, co w tym roku i o tej jego porze, nie było nigdy. Kopce pokazują zawartość trzewiów Ziemi (tych raczej płytkich), które zwierz raczył wywlec na wierzch, aby do refleksji nas nakłonić. A refleksja w moim przypadku jest taka jak na zdjęciu - po lewej "gleba" z kretowiska, na jakiej przyszło mi gospodarzyć, po prawej gleba spod słomianej kostki po jednym sezonie. Da się? Da!

A gdy już zapada wczesny zmierzch - jedyny zimowy przejaw bezzimia - to pora wsadzić do pieca te ziemniaczki przypadkowo wykopane, przy okazji ziemnych prac na grządkach. Tym razem trafiły się fioletowe, o których już kiedyś pisałem. O ile ich wygląd w stanie ugotowanym nieco odstręczał, o tyle upieczone w piecu, z odrobiną morskiej soli, komponują się i smakują wyśmienicie. Ziemniaczki w Ostoi zawsze były elementem długich jesienno-zimowych wieczorów, ale jak widać i na bezzimiu dają radę.
Nowy rok zaczyna się niespodziewanie, ale bądźmy dobrej myśli. Obserwując przyrodę i przystosowując się do zmian, jesteśmy w stanie mieć zawsze przysłowiowego kartofelka, i coś do niego ekstra. Tego właśnie, wszystkim Wam, którzy tu czasami zaglądacie i czytacie, życzę. Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

sobota, 9 grudnia 2017

Przedzimie

Poprzedni "szary" wpis nie nastrajał optymistycznie - ten niewiele lepszym będzie, choć będę się starał. Sytuacja życiowa sprawiła, że Ostoja została pozostawiona niemal samej sobie. Niemal, bo bezustannie gospodarują w niej bobry. Nasz tak zwany "sorek", czyli położony w pobliżu starego zakola osikowy lasek, został w ponad połowie zrównany z ziemią przez te arcygryzonie. A że obecnie nic nie jestem w stanie z tym i z nimi zrobić, to ze stoickim spokojem kładę na to przysłowiową "lachę".  Zajmę się ściętymi drzewami, gdy mróz ściśnie i sytuacja pozwoli, albo później. Wierzę też, że "ekolodzy", którzy propagowali reintrodukcję bobra i doprowadzili do rozrostu populacji ponad pojemność siedlisk zajmą się tym problemem ... Nie zajmą się? Serio?

Jestem wielkim miłośnikiem przyrody, kocham wszystkie zwierzęta duże i małe, w tym i te bobry moje przeklęte. "Nie lubię" natomiast ludzi, którzy bezplanowo i bezmyślnie, choć w dobrej wierze, robią szkody więcej niż pożytku. I nie chodzi tu bynajmniej o moje osiki, ale o krajobraz doliny mojej rzeczki, będącej do cholery krajobrazowym parkiem, który to krajobraz do stu diabłów te hordy dzikie bobrów teraz "kształtują", a ściślej demolują. Bo jest ich po prostu za dużo. Bo trzeba było ich populację monitorować, i część odłowić, i wysłać tam, gdzie ich brakuje.... A ponieważ wzbiera we mnie gniewna tyrada, to tu ten wątek kończę.... Przy okazji jednak, ciekawostka - padające drzewa ścięte przez bobry spowodowały wyrwanie z korzeniami drzew stojących obok. Patrząc na odsłonięty widok, na płytkość gleby, i korzeni, i na to co pod nimi, ciężko mi poniekąd uwierzyć, że gospodarując tu, mam plony jakiekolwiek.

A skoro o plonach mowa, to wróćmy na chwilę do topinamburu. Gdyby nie gazotwórczy efekt tej rośliny, chyba bym ją wybrał na herb Ostoi. Topinambur bowiem radzi tu sobie najlepiej ze wszystkich roślin jadalnych, plonując bardzo obficie. A przypomnieć wypada, że rośnie głównie wzdłuż ścieżek, wśród szparagów, a nielicznie tylko na grządkach. Łodygami i liśćmi ściółkuję ścieżki, a mimo to, bulwy topinambura kopię i noszę do piwnicy wiadrami. Większości w ogóle nie wykopuję, bo doskonale zimuje w glebie i w każdej chwili można go stamtąd wykopać, gdyby zaszła taka potrzeba - ot takie "zapasy nienaruszalne".

Ale, jest i nowość w tym roku - próbuję topinambur kisić, pierwszy raz w życiu. W jednych słojach plasterki, w innych cale bulwy. Z przyprawami jak do ogórków, z azjatyckimi, z "leśnymi", z własnymi kompozycjami. Chcę znaleźć sposób na "odgazowanie" tej wspaniałej rośliny, albowiem jak do tej pory wszyscy słabo trawimy inulinę, której topinambur ma bogactwo wielkie. I choć to probiotyk i samo zdrowie, to z uwagi na obiektywne trudności z wietrzeniem sypialni w zimie, prace nad pozbawieniem topinamburu "siły odrzutu" trwają. Czy zakończą się sukcesem, zobaczymy. Na razie wiemy tyle, smakując pierwsze próbki, że wyrób smakowitym jest na pewno, a nawet "woda" z niego ma ewidentnie miłe walory smakowe - pikantna, kwaskowa i orzeźwiająca jest.  I tak jak poprzednio dynie, tak i tym razem topinambur, kojarzy mi się ze słońcem zamkniętym w słoikach na długie zimowe wieczory. Ale już niedługo moi mili, byle do zimowego przesilenia, byle do niego ...

poniedziałek, 20 listopada 2017

Szaro


O ile jest taka pora roku której nie lubię, taki czas, gdy zmuszać się muszę do bycia w Ostoi, to jest to teraz. Szarość, burość i wilgoć dominująca nad wszystkim, wietrzysko i mżawka, nieuchronny rozkład i obumieranie, to wszystko sprawia, że entuzjazm do prac nadwornych jest nikły, a energii tyle, ile słońca w południe, czyli naprawdę niewiele. Czary goryczy dopełniają bobry, które w tym roku oszalały i zamiast ściąć sobie jedno czy dwa drzewa, to napoczynają niemal wszystkie. Przyjdzie się pożegnać z osikowym zagajnikiem, ze stratą dla bobrów również.

Chodzenie po lesie w okolicy bobrowego siedliska wymaga niezwykłej ostrożności. W wielu miejscach nory bobrowe wchodzą w brzeg po kilkanaście metrów, czasami podchodząc pod samą powierzchnię gruntu. Jeden nieostrożny krok i lecisz człowieku do dziury, a dziękuj opatrzności jeśli wyjdziesz z tego cało. Staram się odnajdywać takie miejsca i oznaczać patykami, aby jakiś zabłąkany przechodzień, dwunożny czy czworonożny, nie wleciał do przedpokoju pana bobra i nie zrobił sobie krzywdy.

Bobry zresztą przez swoje własne działania ucierpiały - zbudowały bowiem główną komorę mieszkalną w kopnym piachu, nie dbając  pozwolenie na budowę czy nadzór budowlany.  Powiększając ją nieustannie sprawiły, ze sufit stawał się coraz cieńszy, aż wreszcie się zawalił. Do komory wtargnęła też woda, formując wcale nie taki mały stawik w piaszczystej grobli. Maluczko, a deszcze dokończą dzieła zniszczenia, ściany komory zawalą się i nic nie zostanie z tej bobrowej inwestycji.

Zastanawia mnie gdzie teraz sprawcy tej pięknej katastrofy budowlanej zamieszkają, bo to dwuosobowe jacuzzi na pewno nie nadaje się do remontu. Cieszę się, że nie doświadczyłem zarwania się bobrowego sufitu pod moimi nogami, upadek do tej komory wypełnionej lodowatą wodą i zaostrzonymi przez bobry patykami gromadzonymi na zimę nie należałby do przyjemności.



Miało być jesienne sadzenie drzewek, a może nawet jakieś fajne warsztaty w Ostoi, ale życie wypłatało kilka przykrych figli, i z planów nie wyszło nic. Trzeba było ustalić priorytety i zająć się głównie nimi, a jednym z nich była naprawa cieknącego dachu w szopie. Próby łatania skończyły się niepowodzeniem, co i rusz powstawały nowe dziury. Doszło więc do nieplanowanej inwestycji - szopa dostała nowy, blaszany dach. Poza oczywistą korzyścią polegającą na zapewnieniu suchego stanu wnętrza szopy, liczę także na widoczną poprawę jakości spływającej z szopy deszczówki. Rozważam czy z tej okazji zamienić obecny przenośny płócienny zbiornik na wodę deszczową na stały tysiąclitrowy zbiornik IBC.

To, że szaro i ponuro nie zwalnia od prac, które trzeba wykonać. Jedną z nich było wykopanie topinamburów i ziemniaków z najstarszych grządek. Malutkie, bo zaledwie o wymiarach niespełna metr na metr, wypełnione niemal wyłącznie zrębkami, zaskoczyły obfitością i rozmiarami topinamburów. Z dwóch takich grządeczek zebrałem ponad 30 litrów bulw. Trzeba pamiętać o tym, że na grządkach tych w międzyczasie, wspólnie z topinamburami, rosły i groszki, i bób, i fasole, i po jednym małym krzaczku koktailowego pomidora, i pewnie jeszcze coś, o czym zapomniałem.

Fioletowe ziemniaczki są miłym dodatkiem, ich łodygi już dawno obumarły i zniknęły, znajduję je więc poniekąd przy okazji. Wybieram najładniejsze, układam w wiaderku z torfem i znoszę do piwnicy, mam nadzieję, że dobrze tam przezimują. Nie sadzę ich teraz, bo nie wiem jeszcze czy nie zmienię koncepcji. Mogę jak w poprzednich latach przenieść obramowanie grządki gdzie indziej i wypełnić świeżymi zrębkami, ale mogę też pozostawić je tu gdzie są jeszcze na rok. Trudno mi teraz zdecydować, czy powiększać areał ogrodu. Decyzję podejmę pewnie w końcu zimy, na razie zasilam grządki popiołem drzewnym, wyrównuję i przysypuję cienką warstwą zrębek, niech tak odpoczywają.

Po krótkim i mokrym dniu we wszystkich odcieniach szarości, gdy tak wcześnie zapada zmrok, trzeba odczarować Ostojowy spleen odrobiną słońca zaklętą w złocistym miąższu własnej dyni prosto z piekarnika. Ta jasność, kolor, zapach i smak, w połączeniu z ciepłem promieniującym od pieca, pozwalają rozgrzać skostniałe z lekka ciało i duszę. Rozweselić ale i przypomnieć, że jest czas rodzenia i czas umierania, a oba są częścią jednego cyklu przyrody, w którym zaistnieć muszą nieuchronnie oba te elementy, aby życie w całym swoim bogactwie mogło rozwijać się i toczyć dalej.