niedziela, 14 czerwca 2026

Loteria

 

We wszelkich dziedzinach zajmujących się czymkolwiek ożywionym, występuje element loterii. Nauki nieożywione są uprzywilejowane - metr zawsze ma metr, a kilogram wazy kilogram. Ale taka gałąź na przykład - wczoraj miała 97 centymetrów, a dziś ma 101.. Ale to jeszcze nic - w kilku poprzednich sezonach rozregulowane przymrozki biły w ogród jeszcze między 5 a 7 czerwca, w tym roku nie pojawiły się po 10 maja, Zimni Ogrodnicy nie przyjechali. Praktycznie od chwili wysiania nasion na rozsady człowiek siedzi i myśli - kiedy będę mógł je posadzić? Sadzić wcześniej, i ryzykować, czy jednak grać zachowawczo, i czekać? Co roku na takiej loterii można wygrać, ale też można ponieść klęskę spektakularną.

Doświadczenie coś tam oczywiście podpowiada, ale gwarancji nie ma żadnych do czasu, gdy ryzyko przymrozków minie ostatecznie. W tym roku zalicytowałem ostro i przystąpiłem do sadzenia w... Zimnych Ogrodników, obstawiając, że anomalią tego roku będzie... brak anomalii w postaci przymrozków w czerwcu, no i ciepli Zimni Ogrodnicy. W połowie czerwca, gdy pisze te słowa, wygląda na to, że obstawiłem właściwe konie i że termin wysadzenia do gruntu, na kostki słomy oraz na grządki podwyższone tych wszystkich pomidorów, cukinii i dyń był najlepszy z możliwych. Jak to mówią, kolejny raz udało się uciec grabarzowi spod łopaty.

Wyłącznie w kwestii siewów jednak, bo loteria trwa dalej. Teraz obstawiamy kwestie wody, i stawki są wysokie. Otóż, wody brak. Nie pada, a jak pada to nie dość. Ziemia i kostki słomy obsychają, a zbiorniki na deszczówkę świecą pustkami. Poziom wody w stawie opada. Ziemniaki w grubej ściółce, uprawiane bez podlewania, ledwo rosną, w porównaniu z tymi podlewanymi, uprawianymi w pojemnikach, są karzełkami. Najbardziej cierpią dynie i cukinie na słomianych kostkach, tu nie ma mowy o liczeniu na siły natury - jak do tej pory, co tydzień trzeba kostki podlać, a i tak wzrost roślin jest wolniejszy niż tych w pojemnikach, podlewanych częściej.

Wymiana drewnianych grządek Parszywej Dwunastki na metalowe grządki Stalowej Ósemki też byłą loterią, i nadal przecież jest, dopiero się okaże, jak będą się sprawować w dłuższej perspektywie. Na razie, jak to się mówi - so far, so good - wszystko rośnie dobrze i z grubsza bezproblemowo, nie licząc oczywiście problemów z wodą. Wielce sobie chwalę wysokość grządek, jednak schylanie się o 30 centymetrów mniej ma swoje zalety. Tylko ja jeden jednak wiem, jak wiele wysiłku kosztowało, by tak wysokie grządki napełnić. No ale coś za coś... 

Wraz z nowymi grządkami pojawiły się całkiem nowe siatki, nad którymi myślałem sporo i sezon pokaże, czy się sprawdzają lepiej niż poprzednie. Na razie jestem dumny sam z siebie, iż wpadłem na pomysł zrobienia siatek nie do ziemi, a około 20-30 centymetrów nad nią. Co za komfort! Nie wchodzą w paradę przy sadzeniu roślin, a przecież rozsady pomidorów jeszcze podpór nie potrzebują, jak zaczną potrzebować, to już przecież dorosną do siatki. Drugi patent jaki sobie wymyśliłem, to przewleczenie drutu przez siatkę u dołu i solidne jego napięcie. Dzięki temu siatka jeszcze mniej się pałęta gdzie nie trzeba gdy na przykład usuwam nieliczne chwasty czy coś dosadzam. Po raz kolejny przekonuję się, że małe drobiazgi, racjonalizacje, patenty ułatwiające życie ogrodnika i oszczędzające czas są o wiele bardziej istotne niż sądzimy. Mądrym pomysłem było też nałożenie na krawędzie blachy osłonek, wykorzystałem tu silikonowe rurki, jakie kierowcy zakładają na krawędź drzwi w swoich autach, by przy ich otwieraniu nie obijać aut parkujących obok.

W dalszej części sezonu mam zamiar poeksperymentować ze ściółką z owczej wełny, podarowanej mi przez Asię. Dostałem też w pakiecie podkarpacką biedronkę! Mówiąc jednak serio, pogodowa klapa z opadami sprawiła, że eksperyment nie zaczął się od razu wiosną. Doszedłem do wniosku, że te mikroskopijne ilości opadów, jakie się w Ostoi zdarzają, powinny jednak trafiać na grządkę, a nie zatrzymywać się, na jednakże hydrofobowej wełnie. Woda z wełny w części spływa, chyba że jest całkowicie przemoczona. A na to jak na razie nie ma widoków. Wełna czeka więc na swoją kolej - gdy wszystkie rośliny ukorzenią się porządnie, przed nadejściem letnich upałów, wyściółkuję runem ze dwie grządki i zobaczymy jak się to sprawdzi.

Tymczasem, grządki produkują już niebywałą obfitość warzyw liściowych, nie do przejedzenia. Chyba nieco przesadziłem z nasadzeniami, trzeba było tego posadzić połowę. Z drugiej strony jednak, są i porażki. Największa to całkowite rozczarowanie nasionami z wymiany. Namówił mnie do niej pewien zagraniczny hodowca z kilkudziesięcioletnim stażem, z dalekiego kraju. Chciał, bym wypróbował jego nasiona, efekt pracy selekcyjnej. Ja również wysłałem mu swoje. O ile moje nasiona dały radę, to na tych jego zawiodłem się strasznie. Sto procent rzodkiewek od razu poszło w kwiat, podczas gdy moje dały piękny plon. Z fasoli wykiełkowała co trzecia, na szczęście, posiałem też swoje. Krzaki ogórków są jak na razie o połowę mniejsze od moich. Jak widać, wymiany nasion z innymi ogrodnikami, nawet tymi znanymi, to też jest loteria. 

Widomy znak nadchodzącego lata, szampan z kwiatów czarnego bzu został właśnie zabutelkowany, by być gotowy na świętowanie Letniego Przesilenia. Za chwilę korki zostaną zamknięte i przez następne dni wszyscy będą w duchu spekulować - wybuchnie, czy nie wybuchnie?  Te same półlitrowe butelki służą mi kilkanaście lat, nie wybuchła żadna. Nowe, litrowe, testowane w zeszłym roku, potrafiły wybuchnąć. Prosty sposób pozwala mi jednak spać spokojnie - butelki trzymam w wiadrze z pokrywką, jeśli mają chęć wybuchać, to wolna wola, szkód nie poczynią. Jeśli ktoś ma dużą lodówkę i sporo miejsca w niej, to chłód również pomaga - nigdy żadna butelka nie wybuchła mi w lodówce, a wypiliśmy tego przez lata setki i sporo też rozdaliśmy. A sam "szampan" - jak to szampan - im chłodniejszy, tym lepszy.

Loteria więc jak widać trwa - od sadzonek (zmarzną czy nie zmarzną) po szampana (wybuchnie czy nie) - w permakulturowym siedlisku nie ma nudy. Oby na naszej loterii życia, w naszych rodzinach, ogrodach, siedliskach padały tylko same, pozytywne wygrane.
Wszystkiego najlepszego z okazji nadchodzącego Letniego Przesilenia i pięknego lata!

niedziela, 10 maja 2026

Wiosenne slow-motion

 

W tym roku wszystko w Ostoi toczy się jakby w spowolnionym tempie. Wegetacja jest opóźniona o dobre dwa tygodnie w porównaniu do nie tak przecież dalekiej Warszawy. Susza, jakiej jeszcze nie było, ale zapowiadana tu wielokrotnie i przewidywana, nie pomaga również. Oczywiście, cały czas są jakieś plony - od marcowych szczypiorków, i roszponek, dzikich pokrzyw i chmielów, poprzez kwietniowe rzodkiewki i podagryczniki, po majowe brokuły sałatkowe, czosnki niedźwiedzie i sałaty. Nie jest jednak łatwo i jak kraczę od lat - łatwiej nie będzie. Poziom wód gruntowych jest niższy o metr niż rok temu i nie widzę żadnych znaków na niebie i na ziemi, które by wskazywały, że ta sytuacja zmieni się na lepsze. Przeciwnie - myślę, że z każdym kolejnym rokiem będzie coraz gorzej i że wkrótce zostaniemy wszyscy ogrodnikami klimatu suchego. Warto więc myśleć o tym już teraz, by za jakiś czas mieć co jeść.

Deszcz tej wiosny jest wielką rzadkością. Ziemia jest sucha jak popiół. Za mojej bytności w Ostoi przez dwa miesiące padało raz, byle jak, kwadrans. Staw, który zwykle był pełen wody w kwietniu po brzegi, ma poziom typowy dla czerwca, o niemal metr niższy. Całe szczęście, że grzybienie białe, które w czasie zeszłorocznej suszy rosły na lądzie, teraz są pod wodą, czyli przeżyły. Patrząc na to wszystko z rozrzewnieniem wspomina człowiek zimne wiosny, kiedy to dwa tygodnie padało i towarzyszył temu ogłuszający rechot żab. Teraz nie ma żab. Nie słyszałem ani jednej w tym roku.

Jest za to bogactwo gadów. Do Ostoi przybyły gniewosze plamiste, wcześniej tu nie widziane. W dni słoneczne, od wczesnego popołudnia, nie jest żadną sensacją spotkać na podwórku żmije, zazwyczaj kilka razy dziennie. Jest multum jaszczurek i padalców, a wszystko to znowu potwierdza, że powoli, ale nieubłaganie, idziemy w kierunku klimatu suchego. Zajrzyjcie do dawniejszych wpisów tutaj, a przekonacie się, że o tej orze roku zawsze pisałem tu o wężach wodnych - zaskrońcach. Dziś te wodne to wyłącznie te do podlewania.

Profilaktycznie, jak tylko mogę, grubiej wszystko ściółkuję. Chcę ograniczyć straty wody do minimum. W najnowszym ogródku o wdzięcznej nazwie "Maja" dodałem zrębki na ścieżki, dzięki czemu szczery piach na którym znajduje się ten ogródek nie będzie tak szybko obsychał. Na same grządki dołożyłem słomy ze starych kostek i zacząłem sadzić pierwsze rośliny. Dominować tu będą w tym roku ziemniaki z dodatkiem dyń, przy czym w łuku po lewej posadziłem rozsadę ziemniaków z nasion, a po prawej sadzeniaki. Pośrodku chcę mieć tzw. Survivors, czyli pomidory z nasion zeszłorocznych, zebranych z roślin które przetrwały cały sezon i nie zmogła ich żadna zaraza, ziemniaczana w szczególności. 

Zacząłem powoli przygotowywać kostki słomy do uprawy, ale jestem pełen obaw, czy w obliczu suszy jest to mądre. Normalnie, deszcze moczyły mi kostki i mogłem zacząć przygotowania bez lania wody, w tym roku są one suche jak przysłowiowy pieprz. A kostka musi być mokra, żeby zaczęła się w środku kompostować. Musi się zacząć w środku kompostować, by można było w niej sadzić rośliny. Czy uda się to osiągnąć do końca maja? Myślę, że tak, ale nie obejdzie się bez lania wody. No a później, w sezonie? Czy podlewanie nie częściej niż raz w tygodniu wystarczy? Jak to mówią - jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz. Robię więc swoje, jak zwykle i - pożyjemy, zobaczymy.

Tak czy inaczej, podstawowe sprawy są na bieżąco, można więc nieco zwolnić i pójść na spacer. Oczywiście z siateczką i wiaderkiem. W dołkach łąkowych i przesmykach pomiędzy starorzeczami woda opada i gdy pogoda jest ładna, nie wieje i jest w miarę ciepło, można "uratować" nieco rybek, odławiając je z takich miejsc i przenosząc do stawu. Przy okazji zawsze przynoszę też nieco rzęsy wodnej, którą mieszkańcy mojego stawu tak skutecznie zjadają, że jej naturalnie nie ma. Można więc powiedzieć, że dokarmiam nią staw. Zawsze też złapie się cała masa drobiazgu - a to larwy ważek, a to komarów, a to jakiś pająk topik czy inna kałużnica. Wszystko, co żywe, trafia do stawu, jak to się mówi, the more the merrier. Ubolewam jedynie, że w kałużach od kilku lat nie ma przekopnic, zwanych też cudownie - nieborakami. Kiedyś było ich pełno, tych prehistorycznych stworów w miniaturze. Mam wielką nadzieję, że jeszcze kiedyś wrócą, ale wiadomo, czyją matką nadzieja jest.

Jedno, co napawa optymizmem, to z wolna pokazujący się dziki ryż i to nie tylko w mojej od lat plonującej kastrze, ale także w nowych nasadzeniach, wykonanych w tzw. chińskich wazach na jesieni. Pokazuje to, że wystarczy wrzucić do wypełnionego błotem i dopełnionego wodą po brzegi pojemnika świeże nasiona ryżu z własnego krzaczka, a w kolejnym roku rozpocznie swój żywot kolejna mikro plantacja. Jeśli nie w opadającym wciąż stawie, to może właśnie w pojemnikach, basenikach i tym podobnych zbiornikach, tuż przy domu, uda się wyhodować dość ryżu dla całej rodziny? Jestem przekonany, że jest to jak najbardziej możliwe - to tylko kwestia powierzchni pojemników i bardzo ważnej regularności zbiorów. Dziki ryż też się nie spieszy - codziennie, w każdym kłosie dojrzewa kilka nasion i jeśli się ich nie zbierze, wpadną do wody i będą stracone. Idealna roślina, by uczyć ludzi permakulturowej zasady, że najlepsze są małe i powolne rozwiązania.

czwartek, 19 marca 2026

Przegląd lutego i marca

Tegoroczny luty w Ostoi był bardzo zimowy, najbardziej zimowy od 13 lat. Temperatura na podwórku spadła do minus 27 stopni pewnej lutowej nocy, miałem więc pewne obawy co do zimowli moich pszczół. Gdy się jednak ociepliło, oczom naszym ukazał się taki widok:


  

Pszczoły przetrwały zimę dobrze i w ulach jest jeszcze dużo pokarmu. Teraz wszystko zależy od tego, jak zachowa się przyroda i jaka będzie pogoda w nadchodzącym sezonie. Ostatnie lata były ekstremalnie trudne dla pszczół - dwa główne pożytki były dla nich praktycznie niedostępne: robinia wymarzała, lipa wysychała. Jak będzie w tym roku, zobaczymy.

Staw zamarzł solidnie, jak to mówią, można by po nim jeździć czołgiem. Mnie to umożliwiło wygodne zajęcie się olchami, które uprawiam na brzegach stawu. Ponieważ rosną miejscami na dosyć stromych brzegach, dużo wygodniej jest pracować z lodowej tafli, która też ułatwia transport wszystkiego, co zostaje ścięte. Lód zwykle budzi obawy o dostępność tlenu dla ryb, które spędzają pod nim zimę, szczególnie gdy się słucha znajomych opowiadających o tym, jak im ryby w stawach sną z powodu przyduchy. W Ostoi ten temat, odpukać, do tej pory nie istniał, nigdy nie zdarzyło się, by zima rybom zaszkodziła. Jak to możliwe? Po pierwsze, staw jest zaprojektowany tak, by ryby miały rozległe, głębokie miejsce do zimowania, po drugie w stawie nie ma gatunków ryb o wysokich wymaganiach tlenowych, są tylko takie, które świetnie zimują w okolicznych starorzeczach. Mam więc nadzieję, że gdy zejdzie lód, nie zobaczę w stawie tego, co znajomi.

Moja olchowa uprawa nabrała uporządkowanego wyglądu po zimowych porządkach, olchy te uprawiane są "na słupki". Gdy osiągną odpowiednią grubość, zostaną ścięte tak, by mogły odrastać z karpy. Powstanie mini plantacja odroślowa - źródło rzeczonych słupków, palików, podpórek i tym podobnych elementów, potrzebnych w każdym siedlisku. Wszystkie ścięte gałązki stanowią ściółkę, pnie natomiast zmuszony jestem zabezpieczać siatką przed żarłocznością bobrów, które tej zimy są nadzwyczaj aktywne, ale na szczęście nie w moim stawie. "Zintegrowana strategia radzenia sobie z bobrami" przyniosła chyba efekt, bobry widząc, że niemal wszystko warte wysiłku zostało osiatkowane, przeniosły się ze swoją aktywnością tam, gdzie ich miejsce, czyli do nadrzecznego rezerwatu. W tych rzadkich chwilach, gdy jest czas na krótki spacer, odwiedzam je po sąsiedzku i podziwiam ich dzieła.





Wziąwszy pod uwagę, że całość materiały na tą tamę została przetransportowana z lasku odległego o dobre kilkaset metrów, jak tu nie podziwiać tych małych zakapiorów?

Marzec ociąga się w tym roku srodze, dopiero w drugiej połowie miesiąca zakwitły pierwsze krokusy. Nie ma na dzień dzisiejszy niemal wcale pokrzywy, a może to ja nie bardzo mam czas jej szukać. W każdym razie tam, gdzie być powinna na podwórku, pod ręką, jeszcze jej nie ma. Dziś wyszły z ziemi pierwsze zielone czubki liliowców, ale tylko w leśnym ogrodzie nad stawem. Zasadniczo, nie dość że jest nie za ciepło, to jeszcze jest koszmarnie sucho jak na marzec. W zasadzie w ogóle nie ma opadów, a oczywiście, po śniegu od dawna ani śladu...

Przez trzy kolejne tygodnie usiłowałem uprzątnąć kostki słomy, w których uprawiałem przez dwa lata warzywa. Niestety. były wciąż tak przymarznięte do ziemi, że nie sposób było oderwać je w całości. Dziś wreszcie się udało, aczkolwiek nadal w każdej z kostek, we wnętrzu, tkwi spora bryła lodu. Wszystkie kostki wyniosłem poza podwórko, by zużyć je tam jako ściółkę. W miejscu gdzie stały natomiast... ziemia zmieniła się diametralnie. No przesadzam nieco, tylko jej wierzchnia warstwa, ale za to jak! Z piaseczku jak na plaży na Helu, miejscami niemal w czarnoziem. Niestety, zwiedziały się o tym pobliskie drzewa i cały ten obszar jest dosłownie przerośnięty ich  korzeniami. Nie chcąc wojować z drzewami, kolejne kostki postawię na grubej warstwie kartonu, będzie to chronić kostki przed "inwazją drzew" przez jakieś trzy miesiące. Później, myślę że dadzą sobie radę z kartonem, wspomagane z góry przez warzywa rosnące na kostkach. Nie mam jednak za bardzo innego miejsca na tą uprawę, a nie chcę z niej rezygnować.

Jak co roku, ściółka ze starych kostek trafiła na Zapłotek, ale w tym roku także trafiła do Mai. Maja to była jedyna grządka, jedyne miejsce w siedlisku, które nie miało nazwy. Utworzyłem tą grządkę w kwietniu zeszłego roku, w lesie, w szczerym piachu. Zapomniałem nazwać. Grządka spisała się dobrze, dała ładny plon ziemniaków, pomidorów, cukinii. Zawiodła w kwestii kukurydzy, ale ta w sumie w zeszłym roku przez upały i suszę zawiodła niemal wszędzie. Dziś odświeżyłem grządkę po zeszłym sezonie i po zimie. Przykryłem ją cienko słomą, przeciągnąłem grabiami po ścieżce i to koniec porządków. Teraz, gdy tylko zakwitnie mniszek lekarski, posadzę tu ziemniaki. W końcu maja dodam inne warzywa. A co z tą Mają? Myśląc o nazwie, wpadł mi do głowy wers "Tą grządkę, którą tu widzicie, zowią Mają", no i przez moment był to tylko żart, ale teraz... niech już ta grządka nazywa się Maja.

Ostatnie poważne wczesnowiosenne zadanie, z którym się jeszcze nie uporałem, to napełnienie grządek Stalowej Ósemki. Ile bym do nich nie wsypał, wszystko mało. No cóż, widziały gały co brały, to jedno, ale drugie, to przykra prawda, że wszelkie podłoża nasypane i nieubite, niezwykle szybko osiadają. Oczywiście, w grządkach w obecnym stanie można by już sadzić, ale wolę napełnić je poprawnie teraz i mieć spokój przez cały sezon, niż interweniować w trakcie. Myślę, że grządki te z powodzeniem przyjęłyby jeszcze ze dwa metry sześcienne kompostu, ale dam im już tylko ostatnią dawkę, po 150 litrów na grządkę, czyli nieco ponad metr w sumie. Później trzeba się brać za montaż treliaży przy północnej ścianie każdej z grządek, to też będzie wymagało nieco czasu, bo swoim zwyczajem, będę chciał przetestować nowe, nieco inne niż poprzednio rozwiązanie, ale o tym już kiedy indziej.

środa, 28 stycznia 2026

Prawdziwa zima

 Wreszcie do Ostoi przyszła prawdziwa zima. Mróz skuł lodem staw i spadło nieco śniegu. Nie tyle wprawdzie, ile by się przydało - ale nie wybrzydzajmy, dobre i to. To największe opady od 2013, jest więc nadzieja, że po wiosennych roztopach staw po raz kolejny napełni się po brzegi. Cierpiał bardzo przez ostatnie dwa lata, osuszany przez prowadzące w piach bobrowe nory i przez ekstremalne, długotrwałe upały, miejmy nadzieję, że w tym roku odżyje i się odrodzi. Pracujące w okolicy stawu fotopułapki jasno pokazały, że okolice stawu są ostoją leśnej zwierzyny - no cóż, nazwa miejsca zobowiązuje. 

W ostatnim czasie zwierzyna nie ma tu jednak łatwego życia - a to wielki odyniec wpadnie pod auto na leśnej drodze, a to polowania z naganką przewalają się przez lasy jedno za drugim. Usiłujące schronić się zwierzęta wpadają na coraz liczniejsze ogrodzenia, a nawet te, które dotarły w pobliże ludzkich siedzib nie są w stanie uniknąć swego losu - resztki wypatroszonej zwierzyny, wytężając wzrok, dostrzec można z okna. W innych miejscach pisałem już wielokrotnie o niezbędnej reformie polskiego łowiectwa, a wydarzenia takie, jak ostatnio jedynie utwierdzają mnie w tym, że reforma taka jest niezbędna i musi być radykalna.

W mroźny, słoneczny dzień można wybrać się na spacer nad rzekę i nabrać nieco optymizmu. Niosą go ze sobą bardzo liczne szlaki i tropy bobrowe, a i śladów obecności innej zwierzyny jest sporo. Starorzecza są oczywiście pod lodem, ale co najfajniejsze, miejscami zamarzła również i rzeczka, cienko ale jednak. Na wolnych od lodu fragmentach żerują kormorany - zjawisko w miarę nowe, dawniej niewystępujące. W tym roku jednak nie ma na moim odcinku łabędzi, no ale to i dobrze, mam nadzieję, że znalazły sobie cieplejsze miejsca do zimowania.

Podwórkowe grządki śpią snem zimowym i w praktyce wszelkie prace umownie mówiąc grządkowe zamarły. W poprzednich latach o tej porze roku likwidowałem stare kostki słomy, w lutym układałem nowe, w tym roku być może wszystko wreszcie wróci do normy i prace takie wykonywać zacznę wiosną. Na pewno do wiosny poczekać musi dopełnienie nowych grządek kompostem, bo póki co wypełnia je śnieg. Termometr powieszony na północnej ścianie jednej z grządek pokazał minimalną temperaturę stycznia na poziomie minus 17 stopni, bijąc zeszłoroczny rekord o 3. 

W takich okolicznościach przyrody wykonałem nieco prac leśnych, a następnie przystąpiłem do drobnych porządków w leśnym ogrodzie. Czekam jeszcze z cięciami drzew owocowych, ale myślę, że przytnę je w przyszłym tygodniu. Przerzedziłem jednak  krzewy owocowy, wycinając nieco martwych, połamanych i krzyżujących się pędów. Pracę tą będę kontynuował pewnie do wiosny, tyle się tych krzewów narobiło. Przy tej okazji, zaparzamy herbatki z zimowych gałązek, ciesząc się aromatem porzeczki, jeżyny i malin w długie zimowe wieczory. Napoje te traktujemy jako sezonowe i nawet nie myślimy o tym, by gałązki suszyć na później. Każda pora roku ma swoje specjały i swoje rytuały - wszak gdy tylko puści zima, pojawi się młoda pokrzywa, a kto wtedy by pił wywary z gałązek?

Pomiędzy jedną pracą na dworze a drugą, zajmuję się nasionami. Wiele z zebranych nasion wymaga jeszcze a to oczyszczenia, a to segregacji, a to wyłuskania, a to spakowania. Korzystając z mrozu wziąłem się za fasole, po to, by wyłuskane wystawić na mróz. To sprawi, że potencjalne ryzyko strąkowca - "robaków" w fasoli - zniknie. Moja pasja uprawy fasoli karłowej co roku przynosi efekty w postaci innej kompozycji wielkości, kształtów, deseni i kolorów zebranych nasion - pomyśleć, że zaczynałem od czterech różnych odmian.

W mieście natomiast, posiałem testowe rozsady. Najtrudniej kiełkujące papryczki chili, w tym Rocoto o czarnych nasionach, powschodziły ekspresowo, podobnie jak i moje ulubione pomidory micro-dwarf, których selekcję od kilku już lat prowadzę. Okazuje się, że dokładnie tak samo, jak w poprzednich latach, nie ma żadnego sensu się spieszyć z siewami i produkcją rozsady. Choć oczywiście - świerzbią rączki, oj świerzbią, żeby już siać. Ale spokojnie, jeszcze troszeczkę poczekajmy. Moja "Klinika Rozsad" ruszy pełną parą po Walentynkach, z cebulami, porami, rzodkiewkami i sałatą na początek, a do pomidorów i papryczek wrócimy w końcu marca. A na razie, cieszmy się prawdziwą zimą, póki możemy.

poniedziałek, 22 grudnia 2025

Lekcje roku 2026

 

Aniśmy się obejrzeli, a minął kolejny rok i znowu pora podsumować minione 12 miesięcy. Najbardziej istotna obserwacja i lekcja jest taka, że klimat i pogoda oszalały, zimy w praktyce w Ostoi nie ma, a lato ustanowiło absolutny rekord termiczny (47,2 stopnia Celsiusza na termometrze zawieszonym po północnej stronie grządki podwyższonej). W połączeniu z rekordowo niskimi opadami oraz stale spadającym poziomem wód gruntowych, nie tylko nie rokuje to dobrze, ale wręcz wygląda to źle. W przyszłym roku dbanie o zmniejszenie parowania, a tym samym zapotrzebowania na wodę może okazać się kluczowe i nie wiem jak gdzie indziej, ale w mojej okolicy najprawdopodobniej błogosławić będziemy cień otaczających drzew, ciesząc się wręcz, że nasze grządki nie mają książkowych sześciu do ośmiu godzin słońca dziennie.

Druga niezwykle ważna lekcja jest tylko pośrednio z Ostoi. Uczy ona, że nie tylko pogoda się radykalizuje, radykalizują się też i ludzie. Czy to pokazując swoją "Klinikę Rozsad", czy nowe grządki, czy uprawę w kostkach słomy, czy cokolwiek w sumie, rok 2025 przyniósł wielką obfitość negatywnych komentarzy, najczęściej pozbawionych treści merytorycznej, ale wróżących mi nieurodzaj i klęskę. Na szczęście ani moje nasiona, ani sadzonki, ani pomidory, ani nawet buraki nie mają smartfonów i nie siedzą w Internecie po całych dniach, nie czytały więc tego wszystkiego, i w większości, na przekór pobożnym życzeniom, dały całkiem przyzwoite efekty. Zjawisko to jednak, najwyraźniej narastające, stawia pod znakiem zapytania sensowność dzielenia się tym co robię z tak szeroką i losową publicznością, trzeba będzie o tym pomyśleć serio w nadchodzącym roku.

Niezłą lekcję dały mi w 2025 ziemniaki uprawiane z nasion. Morał z tej lekcji jest taki, że aby natura działała, należy wyluzować i odpuścić. Gdybym bowiem moją małą armię ziemniaczanych maleństw niańczył, podlewał, pielęgnował i leczył, zapewne dochowałbym się dużej liczby krzaków, w większości ledwo żywych pod koniec sezonu, a zebrawszy z nich nasiona, w kolejnych latach musiałbym znowu niańczyć, podlewać, pielęgnować i leczyć. Tymczasem, natura sama odsiała słabe rozsady, następne odsiała słabe krzaki, w kolejnej rundzie wypadły te nieodporne na choroby, a na koniec te, które nie dały plonu, nie wytworzyły owoców i nasion. Jaka w tym była moja rola? Żadna, stałem sobie z boku i przyglądałem się temu. Na koniec, zebrałem nasiona z ocalałych roślin i mam nadzieję, że gdy wysieję je w nadchodzącym roku, ziemniaki będą jeszcze bardziej bezproblemowe, i bardziej plenne.

Doskonałą lekcją była w tym roku uprawa w wiadrach. Przeniosłem tu doświadczenia nabyte na warszawskim tarasie do realiów Ostoi. Nawet skrawek nigdy niewykorzystanego chodniczka z kostki Bauma może być miejscem takiej uprawy. Każde z wiaderek może zawierać inne nasadzenia, ba - nawet mini gildie, a dzięki podporom wszystko może rosnąć w pionie, często na znaczną wysokość. Wiadra wypełniłem nie do końca przerobionym kompostem i poza podlewaniem oraz wiązaniem do podpór nie zajmowałem się nimi zbytnio. Dochowałem się pięknych pomidorów, cukinii, słoneczników i małych dyń, jak i odrobiny fasoli. W przyszłym roku mam zamiar dodać kolejne wiadra w "strategicznych" punktach podwórka. Mają one tą zaletę, że na czas upałów łatwo je przenieść w cień, co może być niestety ważne i potrzebne. Poza tym, z biegiem lat zaczynam sobie cenić coraz mniejsze formy, łatwe w obsłudze i nie tak ciężkie, jak na przykład wielkie donice podsiąkowe. 

Idąc podobnym tropem, wymieniłem część grządek podwyższonych na wyższe i trwalsze, aby się w kolejnych latach nieco mniej narobić. Praca z tymi grządkami nauczyła mnie, że oszczędność pracy wynika nie tylko z tego, co się robi, ale również z tego, jaką się ma w tym wprawę i jak się pracę usystematyzuje. Czas wykonania ostatniej grządki był niemal o połowę krótszy niż pierwszej, a to dlatego, że nabrałem wprawy, nie musiałem się nad niczym namyślać, oraz dzięki temu, że podzieliłem proces budowy na jednakowe, powtarzalne fazy - najpierw skręcanie wszystkich boków, później montaż dwóch osobnych połówek grządki, a na koniec złączenie ich w całość. Taki "modus operandi" okazał się najbardziej efektywny i tylko dzięki temu że go wprowadziłem, dało mi się skończyć te prace w tym roku.

Ten rok jest pierwszym od lat, kiedy to na sosenkach przy wejściach na podwórko nie zawisły świąteczne bombki. Nie miałem po prostu czasu się tym zająć, spędzając w Ostoi maksimum 6-8 godzin w tygodniu. Gospodarowanie w tak krótkich ramach czasowych jest niewątpliwie wyzwaniem, lekcją tegoroczną, ostatnią już jest jednak to, że mimo wszystko da się coś tam zrealizować i w takich warunkach. Jeżeli miałbym sobie czegoś życzyć na rok przyszły, to tylko dwóch rzeczy - zdrowia i czasu, a o resztę zadbam sam.

Wszystkim, którzy czytają tego bloga życzę Szczodrych Godów, Wesołych Świąt i wszystkiego, co najlepsze w 2026.

sobota, 29 listopada 2025

Rzutem na taśmę

W tym roku Dzień Liścia, czyli doroczne sprzątanie liści z przed chatki "przebiegło w miłej atmosferze". Piękny, słoneczny dzionek sprawił, że liście były w miarę suche, a przez to lżejsze do noszenia. Jak zawsze zdecydowana większość liści trafiła na Zapłotek, gdzie spełniać się będą jako ściółka. Co mnie jednak zaniepokoiło, to fakt, że liści było dużo mniej niż zwykle, przeciętnie z trzech wielkich drzew przed domem zbierałem w poprzednich latach ponad 20 trzystulitrowych koszy, a w tym roku zaledwie piętnaście. Zapewne to efekt ekstremalnych upałów i suszy w tym roku, no i tego, że część liści właśnie w trakcie letnich upałów spadła. Ostatki liści, 16 małych koszyków 50-litrowych, przeznaczyłem na inny cel.  

Każdy dosłownie pobyt w Ostoi, poza Dniem Liścia, poświęciłem na zastąpienie drewnianych grządek Parszywej Dwunastki, nowymi grządkami Stalowej Ósemki. Wkręciłem 560 śrubek i ułożyłem 160 cegieł. Wyciąłem całą darń spomiędzy starych grządek i ułożyłem ją w nowych. Przerzuciłem całość starego podłoża w nowe obramowania. Na koniec, do każdej z ośmiu grządek wrzuciłem dwa kosze, łącznie 100 litrów liści, już dobrze mokrych, bo tuż po Dniu Liścia zaczęły się opady, można więc powiedzieć, że rzutem na taśmę posprzątałem podwórko. Grządki w tym stanie pozostaną do wiosny, no, może do końca zimy, kiedy to dopełnię je kompostem i wyściółkuję. Potrzeba będzie z półtora metra sześciennego kompostu, który w części jest, a w części się robi.

Ledwo wrzuciłem ostatni kosz liści, a spadło nieco śniegu, skutecznie uniemożliwiając mi pracę nad wyrównaniem ścieżek między grządkami i ich gruntownym wyściółkowaniem zrębkami. I ledwo wyjechałem, a śnieg się stopił w ciągu doby. No a ja, będę w stanie się tym zająć za tydzień, najwcześniej. Czy po raz kolejny, rzutem na taśmę, uda mi się skończyć to przed zimą? Czas pokaże. Równolegle, myślę już nad podporami, do zamontowania na każdej z grządek od północy, oraz nad nawadnianiem. Na pewno trzeba to będzie zrobić przed sadzeniem letnich warzyw, czy znowu rzutem na taśmę? Tak to już widać chyba jest, że nic nie można zrobić "jak ludzie", normalnie", "na luziku". Ech, życie...

Nie byłem w tym roku praktycznie na grzybach, co nie znaczy, że nie nazbierałem. Grzyby wyrosły sobie na podwórku i pewnego dnia ich ilość była taka, że wziąłem koszyk i je do niego powrzucałem, mimochodem, w trakcie innych prac. Nie zacząłem porządków w leśnym ogrodzie, nie wykopałem nawet jeszcze wszystkich ziemniaków, tak absorbujące było skręcanie, stawianie, napełnianie nowych grządek. Myślę jednak, że jest to dobra inwestycja i że lżej będzie mi ogrodniczyć, gdy już Stalowa Ósemka będzie gotowa. Muszę teraz znaleźć dobry moment, by wziąć się za kostki słomy - wywieźć stare na ściółkę, by zrobić miejsce dla nowych. 

Wszystko to sprawia, że pewne plany eksperymentalne nie doczekały się realizacji, jedną jednak rzecz postanowiłem zrobić obowiązkowo. Od lat toczą się nomen omen spory o to, czy zaraza ziemniaczana przeżywa na martwych szczątkach roślin, czy nie. Najnowsze badania dość jasno pokazują, jak przetrwać umie ona zimę. Najwięcej dowodów wskazuje na zainfekowany, wciąż żywy materiał ziemniaczany jako główne zimowe schronienie patogenu. Pozostawione w glebie bulwy, samosiejki pojawiające się wiosną, nasiona roślin psiankowatych czy pryzmy odpadów, które nigdy całkiem nie zamarzają, a zawierają powyższe - działają jak inkubatory. Gdy tylko zrobi się cieplej, patogen ponownie produkuje zarodniki (spory) i zaczyna nową falę infekcji. Martwe resztki roślinne są natomiast zwykle kiepskim schronieniem. Gdy zakażone łodygi i liście wyschną, delikatne zarodniki szybko tracą żywotność w prawdziwie zimowych warunkach. W chłodnym klimacie martwa masa roślinna rzadko przenosi infekcję na kolejny sezon — chyba że zima jest wyjątkowo łagodna i wilgotna.

Prawdziwy zwrot akcji pojawia się tam, gdzie występują oba typy kojarzeniowe Phytophthora infestans. W takich regionach patogen może tworzyć długowieczne oospory — grubościenne struktury przetrwalnikowe w glebie, zdolne do przeżycia wielu miesięcy. W kilku częściach Europy badacze obserwują wiosenne infekcje, które wyglądają na pochodzące właśnie z tych oospor, a nie z pozostawionych bulw. Oznacza to, że lokalnie zaraza ziemniaczana zaczyna przekształcać się z choroby „bulw i samosiejek” w chorobę „odglebową”. By przekonać się, jaką zdolność przeżycia ma "moja" zaraza, zebrałem odlotowy plon - całe wiadro resztek krzaków pomidorów, które przeszły za zielony most pod wpływem zarazy. Pomieszam je z ziemią, a wiosną w tym wiaderku posadzę pomidora. Stawiam hipotezę, że będzie miał się świetnie, że zaraza nie przezimuje na tych szczątkach. Czy ta hipoteza się potwierdzi? Dowiemy się w przyszłym sezonie.

Działania "pożarnicze", czyli zajmowanie się głownie tym, co "się pali", czyli jest pilne, sprawiają, że inne sprawy na tym cierpią. Nie zdążyłem rzutem na taśmę związać miskantów i mokry śnieg położył je na linię granicznego elektropastucha. Teraz nie tylko trudniej będzie miskanta zebrać, ale także wymienić trzeba będzie kilka słupków, pogrzebanych pod zaśnieżonymi trawami. Sytuacja ta sprawiła, że rozładował się też akumulator zasilający pastucha, na szczęście sarny, łosie czy dziki nie skorzystały z okazji. Jednej zresztą z ostatnich, bo jak widać, w granicy stoją już nowe słupki, na nowy płot sąsiada. Zamiast żurawi, jak bywało przez dekady, będą więc na łące za siatką pląsać człowieki. Pół biedy gdyby pląsały, zobaczymy, co nam zgotują. Póki co jednak, rzutem na taśmę, pora finalizować przygotowania do Piątej Edycji Kursu Projektowania Permakulturowego, niewykluczone, że w takiej formie ostatniej. Początek zapisów 15 grudnia, a więcej na ten temat dowiedzieć się można TUTAJ. Serdecznie zapraszam.

poniedziałek, 6 października 2025

Pa pa, Parszywa Dwunastko!

  

Parszywa Dwunastka, czyli zestaw 12 grządek wybudowanych wczesną wiosną 2019 z nadstawek paletowych był jednym z częściej wspominanych elementów Ostoi. Nic dziwnego, wszak grządki te sprawdziły się rewelacyjnie, dając w każdym sezonie setki kilogramów niezwykle zróżnicowanych plonów. Powierzchnia uprawy wynosząca zaledwie 12 metrów kwadratowych, plus ścieżki, była jednym z najbardziej wydajnych systemów, który wydajnością "z jednostki powierzchni" pokonać mogły jedynie uprawy w pojemnikach. Stosowany przez lata na grządkach Parszywej Dwunastki system "Grządki Stopy Kwadratowej", autorstwa Mela Bartholomew, polegający na uprawie każdego z warzyw w kwadracie 30 x 30 cm. pozwalał zmieścić na tych grządkach tak jakby 144 osobne uprawy, tworzące bujną, barwną i wydajną polikulturę.

Grządki tego typu jednakże, mają swoje potrzeby i wymagania, a także nieco wad. Nie bez znaczenia jest też ich lokalizacja, począwszy od typu gleby na jakiej stoją, poprzez nasłonecznienie, wilgotność, po otoczenie - na przykład obecność i bliskość drzew. Patrząc na nie pod kątem projektowania permakulturowego, można zaprojektować je tak, że będą idealne, "niezniszczalne", będą służyć i plonować długie lata, ale... nie zawsze to jest możliwe. I wtedy stajemy przed dylematem - nie robić takich grządek? Robić je, ze świadomością ich niedoskonałości? A może wszystko pod ich kątem przygotować tak, aby było blisko ideału? Na te trudne pytania każdy musi sobie odpowiadać sam, gdy projektuje i zakłada swój ogród, bo każda z tych opcji ma swe wady i zalety.

Grządki Parszywej Dwunastki nie były pierwszymi grządkami tego typu, jakie założyłem i wiele lat wcześniej pisałem już o takich grządkach. Gdy zakładałem pierwsze, zapłaciłem za nadstawki paletowe 12 złotych za sztukę, a dziś, ich ceny są astronomiczne. Mądry Polak po szkodzie, trzeba było tego nie opisywać, i nie propagować ;) Żartuję oczywiście, ale prawda jest taka, że nadstawki paletowe z czasem ulegają degradacji i trzeba je wymieniać. Obecne ceny czynią to absurdalnym. Ponadto, z wielkim zdziwieniem musiałem przyjąć do wiadomości fakt, że z każdym rokiem nie robię się coraz młodszy i że sił nie mam już tyle co w latach, gdy zakładałem pierwsze grządki Ostoi. Co ważne, w tamtych czasach, byłem w stanie poświęcić Ostoi minimum 2-3 dni w tygodniu, a przy spiętrzeniu prac zostać nawet na tydzień, podczas gdy w ostatnich latach jestem szczęśliwy, jeśli spędzę tu (no dobra, nie siedzę, pracuję) osiem godzin tygodniowo. A niestety - grządki podwyższone z nadstawek paletowych wymagają opieki, na którą czasowo mnie obecnie nie stać. Opieki wymaga też otoczenie grządek - ścieżki przez dwa lata nieodświeżane zamieniają się w dżunglę, a w podłoże grządek wdzierają się silnie korzenie okolicznych drzew, które bardzo porosły. 

Wszystko to, i szereg innych czynników, których nie mam możliwości tu opisać sprawiło, że postanowiłem pożegnać Parszywą Dwunastkę. Zdecydowałem się dokonać poważnej rewolucji i odsunąć ten ogródek od najbliższych drzew i krzewów o dodatkowy metr, co ma pozwolić mi ograniczyć wnikanie korzeni do grządek. Postanowiłem, że usunę całą nawierzchnię ścieżek do gołego, rodzimego piachu, jaki zastałem przybywając po raz pierwszy do Ostoi. Podjąłem decyzję, że spróbuję zrobić grządki takie, aby był cień szansy, że posłużą mi do końca moich orodniczych dni w tym miejscu, a jeśli nie, to przynajmniej wymiana obrzeży będzie lżejszą i mniej częstą pracą niż w przypadku nadstawek paletowych. Wymyśliłem, że wykorzystam luźno ułożoną cegłę rozbiórkową jako mikro fundament, na którym ustawię metalowe grządki z blachy falistej, kupione "z odrzutów" jako wybrakowane.

W pierwszym tygodniu października przystąpiłem do pracy. Procedura jest taka - zdejmuję stare nadstawki paletowe z grządki i jeśli są dobre, wykorzystam je w innych miejscach lub jako kompostowniki. Oczyszczam obrys grządki i fragmenty ścieżki do gołego piachu, układam luźno ceglany fundamencik. Na nim skręcam z blach nową grządkę. Na koniec, wszystko co usunąłem ze ścieżki trafia do wnętrza grządki, gdzie znajduje się oczywiście całe podłoże z grządki starej. Trafia tam również darń wycięta z obszaru, na który ogródek odsuwa się od drzew. Dodatkowo, korzystając z okazji, podwyższam grządki o dodatkowe 20 centymetrów, co być może pomoże mi w "walce" z korzeniami moich drzew, albo chociaż oszczędzi mi pracy.

Do grządek trafiają też wszystkie chwasty, stare ściółki, zrębki ze ścieżek, a i tak udaje mi się zapełnić tylko około połowy ich objętości. Materiał ten niech sobie osiada, a ja późną zimą, lub wczesną wiosną, lub kiedy tam będę miał czas, dopełnię grządki po brzegi nowym podłożem. Najprawdopodobniej będzie to ziemia i kompost, bez udziwnionych dodatków. Na razie jednak nie jest to istotne, teraz ważnym jest aby grządka po grządce, zamieniać stare na nowe, dbając dosłownie i w przenośni, o poziom. Zarówno bowiem grządki powinny go trzymać, jak i całe to dzieło chciałbym zrobić tak, aby warte było pracy, jaką w nie wkładam.

Nowe grządki mają tą samą szerokość, ale inną długość niż stare. Zamiast 120 centymetrów, są długie na 180. A ponieważ nie chcę większego ogródka, i powierzchnia grządek ma być taka sama jak była, 12 metrów kwadratowych, to poprzednich 12 grządek zastąpić musi osiem. Poznajcie więc Stalową Ósemkę - godnego następcę Parszywej Dwunastki. Oczywiście, oznacza to, że do każdej z nowych grządek trafi podłoże z półtorej grządki starej, co pracę komplikuje, ale tylko troszeczkę. Pierwsze koty za płoty - pierwsza grządka "pokazowa" stoi, teraz tylko trzeba znaleźć czas, aby przerobić kolejne. Nie wiem kiedy uda mi się to zrobić, mam jednak wielką nadzieję, że na sezon 2026 wszystko będzie gotowe. A czy to się sprawdzi? Mam nadzieję że tak. No i przede wszystkim - pomimo wszystkich przeciwności, Ostoja jest nadal siedliskiem doświadczalnym, moim prywatnym poligonem, nic mnie więc tak nie cieszy jak możliwość porównania tych nowych grządek ze starymi, które w innych rejonach Ostoi na razie pozostają bez zmian. Trzymajcie jednak kciuki, aby było dobrze.