wtorek, 20 lipca 2021

Sygnały ostrzegawcze

Gdy powietrze jest gorące, wilgotne, niemal tropikalne nawet gdy słońce schowa się za Ostojowy las, to znak, że będzie się działo. To pora, kiedy chorobotwórcze drobnoustroje, głównie grzyby, biorą się za moje pomidory. Zwykle, zaczyna się od grzyba Alternaria, który manifestuje się brązowymi plamami z żółtą obwódką, a po nim przychodzi Phytophtora, lepiej znany jako zaraz ziemniaczana, która pokrywa liście i łodygi wstrętnymi brązowymi plamami i niejednokrotnie kończy żywot krzewów. Sygnały ostrzegawcze są jednoznaczne i wyraziste, problem w tym, że nie będąc cały czas na miejscu, czasami zdarzało mi się w przeszłości dostrzec je zbyt późno, aby zdusić bestie w zarodku. W tym roku wszystko wskazuje na to, że z uwagi na późną wiosnę i nienormalną pogodę teraz, oba choróbska uderzą jednocześnie - dlatego tak ważna jest profilaktyka.

Nie zaniedbuję tejże od początku pomidorowego sezonu, który jak wierni czytelnicy wiedzą, zacząłem bardzo późno, siejąc nasiona 15 kwietnia a rozsady do gruntu w początku czerwca głównie. Od dnia, gdy znalazły się w gruncie mam je na oku, gdy tylko mogę. Stosuję regularnie naturalne profilaktyczne opryski i podwiązuję rosnące rośliny. Teraz jednak, przyszła pora na poważną prewencję. W skwarze i duchocie obcinam wszystkie liście z krzewów poniżej pierwszego grona owoców, aby zrobić przeciąg. Grzyby nie lubią przeciągu, a tak serio, to rośliny szybciej obsychają po porannej rosie, a grzyby do rozwoju potrzebują wilgoci. Parne powietrze też nie gromadzi się w gąszczu, dzięki czemu warunki do rozrodu grzybów pogarszają się drastycznie. Na koniec, w więcej miejsc dociera słońce, o niewątpliwie grzybobójczych właściwościach.

Mając na uwadze okoliczności pogody, wiem, że w tym roku zaraza może uderzyć w ciągu doby ta silnie, że nie będzie co zbierać. Dlatego też, już teraz, pomimo że pomidory są jeszcze zieloniuteńkie i maleńkie, robię pełną dokumentację fotograficzną - po jednej fotce grona z każdego krzaka. Nawet, jeśli odpukać, przyjdzie choróbsko i zdecymuje plony, będę miał pojęcie które odmiany rosły ładnie, a które gorzej, jak zawiązywały owoce, jakie duże i w jakiej liczbie. Coś po tym sezonie tak czy inaczej pozostanie, w formie nauki i wniosków na sezon następny. Oczywiście, nie poddaję się, nie ma o tym mowy i wciąż mam nadzieję, że uda się doprowadzić pomidorowe dzieło do końca, ale jak to mówią, strzeżonego ...  Tymczasem, podaję pomidorom dodatkową dawkę gnojówki z ... pomidorów, sporządzonej z wycinanych w ostatnich tygodniach wilków, wierzę bowiem, że zielsko z pomidorów zawierać musi dokładnie to, czego potrzebują ... pomidory. Brzmi logicznie, prawda? 

Ogoliwszy pomidorom dolne partie, po podaniu gnojówki doglebowo, myślę, co by tu jeszcze ... Biorę sekator i wycinam z grządek wszystko, co stare, przekwitłe, nieładne, chore (to wprawdzie ciężko znaleźć) i uszkodzone. Ścinam nadmiar ogórecznika, szałwi, aksamitek, kłosowca. Zbieram wszystkie plony. Wycinam naręcza kopru i zawieszam je na strychu aby wyschły. Przycinam do połowy bazylię, która rośnie pod większością pomidorów, ścinki zabieram do miasta na pesto. Chcę, aby po grządkach mógł hulać wiatr, aby było bardziej sucho niż zwykle, bo z powietrza można niemal wyciskać wodę i jak już wcześniej krakałem - nie wróży to dobrze.

Skończywszy z pomidorami, biorę się za dynie, cukinie i kabaczki - im z kolei grozi mączniak prawdziwy dyniowatych, również grzybowa choroba. Identycznie jak w przypadku pomidorów, dyniowate są prewencyjnie zadbane i na dzień 20 lipca (odpukać) nie ma ani jednego chorego liścia. Ale jak to mówi jedna z moich ulubionych maksym "ceną wolności jest wieczna czujność", a i ceną za gar pełen cukinii też ona jest. W ramach czujności tnę bez litości najstarsze liście, robiąc przewiew i przy okazji odsłaniając kwiaty, aby zapylacze miały do nich lepszy dostęp. Wycinam też liście skierowane na północ, bo mały z nich pożytek, szczególnie tam, gdzie nachodzą na siebie. Całość podlewam na koniec gnojówką z pokrzywy i żywokostu, bo z liści dyniowatych gnojówek nie robię. 

W wyniku tych działań, zakrojonych na śmieszną dla niektórych zapewne skalę (powierzchnia upraw o której piszę to łącznie mniej niż 30 metrów kwadratowych) wywożę z grządek ponad jeden metr sześcienny tego, co ściąłem, i dodaję do niedawno utworzonej pryzmy kompostowej, którą przy okazji przerzucam. Spróbujcie to sobie wyobrazić - metr sześcienny ścinków z cięć pielęgnacyjnych, z 30 metrów kwadratowych ogrodu, a przecież wszystkie rośliny nadal żyją na grządkach - taka jest gęstość nasadzeń w Ostoi, a to przecież nie jest jeszcze koniec sezonu. O ile (myślmy pozytywnie - gdy) uda się przetrwać zarazy, szczyt bujności nastąpi w sierpniu, kiedy to zwykle nie sposób miedzy grządkami przejść bez uczucia, że się jest w Wietnamie i za krzakiem cukinii czai się Rambo.

Z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku, pakuję zebrane cukinie aby nakarmić nimi mieszczuchów i w zachodzącym słońcu opuszczam Ostoję na kilka dni. Nie wiem, co zastanę po powrocie, ale nie pozostaje teraz nic innego, jak włączyć ogrodniczy fatalizm i powiedzieć sakramentalne "kto przeżyje, wolnym będzie" i mieć nadzieję, że za parę dni zastanę wszystko w jak to się mówi "stanie niepogorszonym". Trzymajcie kciuki za moje pomidory, a wierzę, że będę mógł je wam pokazać w całej ich krasie, gdy dojrzeją. Miejcie też na oku własne, o ile uprawiacie, za które kciuki potrzymam ja. Umowa stoi?




środa, 14 lipca 2021

Pogoda i kwiecie

 

Pierwsza połowa lipca w Ostoi do spokojnych nie należy. Raz leje się z nieba żar taki, że wysiane do ziemi nasiona wysychają na pieprz i nie kiełkują, a kolejnego dnia front atmosferyczny rzuca gdzie popadnie gałęziami i przywozi tony wody. Zbiorniki deszczówki są od dawna pełne, ale ziemia chłonie wszystko, co zechce na nią spaść i po dobie od ulewy jest w wierzchnich warstwach sucha jak przysłowiowy pieprz. Bardzo wysoka wilgotność wraz z bardzo wysokimi temperaturami budzi obawy, że za momencik zacznie się horror grzybiczych chorób, szczególnie pomidorów i dyniowatych, dlatego też trzeba trzymać rękę na pulsie.

A że wszystko teraz rośnie jak szalone, to jest się czym opiekować. Gąszcz liści cieszy, ale blokuje też przepływ powietrza, co stwarza raj dla grzybów, w tym tych, które są be. Na początek idzie w ruch sznurek - uwiązuję wszystko co mogę do podpór i linek, aby rosło w pionie, co daje mi przewagę trzeciego wymiaru i wpuszcza więcej powietrza. Przy okazji idą w ruch nożyczki i sekator. Usuwam (bardzo na razie nieliczne) uszkodzone i stare liście, poczynając od dołu. Ponieważ w tym roku posadziłem wszystko celowo bardzo późno, to na razie cięcia są minimalne, ale z czasem zacznę ciąć mocniej. Na koniec wreszcie, gdy wszystko jest uwiązane i poobcinane, robię oprysk profilaktyczny. Pomidory co drugi tydzień dostają aspirynę a dyniowate mleko, podczas gdy w kolejnym tygodniu wszystko lekko spryskuję wodą utlenioną. Wierzę, że lepiej zapobiegać niż leczyć i jak na razie, odpukać, to się sprawdza.

Rok ten jest niezwykle ciekawy na grządkach Parszywej Dwunastki, z uwagi na ogromną liczbę samosiejek. Słowami Danuśki Jurandówny można by rzec, że "kwiecie pachnie", mając nadzieję, że koniec jednak będzie lepszy. Ogromna ilość ogórecznika, nagietka, aksamitek, akmelii, kłosowca czy szałwi rośnie sobie a muzom i bardzo mnie cieszy, bo żadnej ale to żadnej rozsady czy siewów nie czyniłem, a ogród sam się tym za mnie zajął. Mam nadzieję, że tak już to zostanie na kolejne lata, a co więcej, myślę że już w tym roku nadmiar tego kwiecia przesadzę w inne miejsca Ostoi, gdy tylko czas pozwoli. Tak się właśnie objawia ta słynna permakulturowa obfitość będąca efektem pracy z naturą a nie przeciw niej.

Skosiłem kwietną łąkę, acz z żalem, bo poległy wszystkie złocienie. Koszenie było masakrycznie trudne, bo Bambi, odwiedzający regularnie Pan Sarna, wygniótł w niej placki w trakcie swych drzemek i kosa "nie chciała brać". W efekcie, łąka wyglądała jak obraz nędzy i rozpaczy, ale cóż, zwiozłem z niej siano (z którego uformowałem pryzmę kompostową) i po upływie tygodnia cała łąka jest w kwieciu białej koniczyny, z czego radują się pszczoły, trzmiele i inne zapylacze. Podobnie, na Grządce Gratisów, kwitną lilie i liliowce, powoli wyłaniają się kwiatostany kolejnych czosnków, a z boku naciera krwawnica, stwarzając dylemat - pozwolić jej na inwazję, czy nie? Na razie niech sobie rośnie - krakowskim targiem, zetnę ją, gdy zacznie przekwitać, aby nie wydała zbyt wielu nasion.

Dbanie o pożytki dla pszczół się opłaca - drugie miodobranie przyniosło "wykonanie zadania", czyli kolejny strategiczny cel został osiągnięty. Nie trzeba będzie już chodzić do sklepu po miód przynajmniej przez rok, a i dla rodziny i przyjaciół wystarczy. Smak miodu został określony jako "unikalny", a "jeszcze takiego miodu nie jadłem" słychać przy niemal każdej degustacji. Przyznam, jest smaczny, jak na miód. Osobiście zdecydowanie wolę z pszczołami pracować niż efekty ich pracy konsumować, ale rozsądek podpowiada, że dobrze mieć pełne zabezpieczenie w temacie słodkości, miód taki albowiem zawsze może i zastąpić cukier, a i w barterze wymienionym być na coś czego u nas akurat brak.

Tymczasem, pomimo wariackich upałów, wydaje się, że zaczęły się grzyby. Na razie są kurki, w sporej obfitości. Uduszone w śmietanie, z własnym rozmarynem, czosnkiem, cebulą, tymiankiem i czym tam było pod ręką, wniosły do Ostoi zapowiedź jesieni (to już?) i powiew świeżości do kuchni, "przezieleninowanej" plonami z ogrodu. Kolejna zapowiedź tygodni tłustych też trafiła do gara - pierwsza tegoroczna cukinia. Poza tym, zebraliśmy ogromną ilość pietruszki naciowej i takiegoż selera do ususzenia, bób, resztki jagody kamczackiej, truskawki, odrobinę poziomek, szczypior, groszek cukrowy .... oj, nie będę zanudzał, wory wszystkiego. A co najśmieszniejsze, w zakamarku piwnicy znalazłem zapomniane wiadro z przechowywanymi w piasku bulwami jakona i okazało się, że są w doskonałym stanie i pyszne nawet na surowo. 

Wszystko to jednak dopiero uwertura, bo o ile pogoda szyków nie popsuje, a grzybowe choróbska nie zaatakują, to nadchodzi czas kwitnącego kopru i ogórków, miechunek, fasolki szparagowej, no i co zawsze u mnie najważniejsze co roku - czas pomidorów. Na razie przyglądam się pilnie zielonym małym owocom i skrzętnie notuję w głowie jak się poszczególne odmiany sprawują i rozwijają, ale pisać o nich będę dopiero wtedy, jak szczęśliwie dociągną do zbiorów. Bo wiecie, jak to bywa ... Jaś nie doczekał, a i Jurandówna również, choć kwiecie pachniało ... 



niedziela, 27 czerwca 2021

W co tu ręce włożyć?

 

Gdy wszystkie pomidory są posadzone, a wszystkie dynie posiane, przychodzi taki moment, że człek myśli, że teraz odetchnie, że pracy będzie mniej, że znajdzie czas, aby usiąść i się polenić. Stan ten trwa mniej więcej dwie doby, a potem znowu zaczyna się orka od poranka do wieczorka. Niejednokrotnie zresztą, nie do końca za sprawą ogrodu, ale tematów pokrewnych. Ot, choćby coroczna nowa świecka tradycja, aby najdłuższy dzień w roku czcić "szampanem" z kwiatów czarnego bzu. Oraz aby nastawić zacne wino z tegoż, obecnie jedyne wino, które robię. Kolejna rzecz, którą zresztą robię raz w roku ... Hmmm, dobrze że nikt nie spyta, jak to u mnie z myciem się jest ...

Zasadniczo i wino, i szampan nie wymagają dużo pracy, ale czasu trochę to pochłania. Po kwiatostany wybieram się raz, i zbieram dość, aby starczyło na oba trunki oraz do ususzenia do domowej apteczki. Kluczem jest tu trafienie z pogodą, nie może być po deszczu, bo kwiatostany muszą być całe w pyłku, który zmywa deszcz. W pyłku żyją między innymi drożdże, dzięki którym fermentuje szampan. Dlatego dwa dni po ostatnim deszczu około południa wybieram się po kwiatostany, wyposażony w wiaderko, sekator i .... góralską ciupagę pamiętającą starożytnych górali. Jest to narzędzie doskonałe, aby sięgnąć po gałąź, przyciągnąć ją w dół i obciąć te kwiatostany, które są w dobrym stadium rozwoju - dopiero co rozwinięte, bez śladów przekwitania. Z tysięcy kwiatostanów w okolicy pobieram tego dnia sto i jest to dość do wszystkich mych celów na rok. Do czarnego bzu wracam raz jeszcze, po owoce. I wtedy zrywam te z kwiatostanów zostawionych nisko ... co wyjaśnia kwestię ciupagi .. chyba.

Po około tygodniu drogi wina i szampana się rozdzielają - wino spokojnie bąbluje sobie w balonach, szampan natomiast trafia do staromodnych butelek, gdzie intensywnie puszcza gazy. Raz lub dwa razy dziennie należy gazy uwolnić. Jeżeli się tego nie zrobi, przy próbie konsumpcji cała zawartość butelki może wylecieć z niej jak z gaśnicy. Po kilku dniach fermentacja słabnie i wtedy można szampana przenieść w chłód, a najlepiej do lodówki, gdzie już zdecydowanie wolniej nabierać będzie wybuchowych właściwości. Jest to jednak trunek, który z czasem zmienia swoje cechy - im dłużej stoi, tym bardziej się staje wytrawny. Dlatego też spożywać trzeba go szybko i dlatego służy nam głównie w okresie letniego przesilenia.

Zupełnie inaczej jest z kolejnym produktem, na którym teraz się koncentruję - a mianowicie z miodem. Pierwsze ostojowe miodobrania za mną i muszę powiedzieć, że wszystkie książki pszczelarskie kłamią. Absolutnie żadnej złości czy agresji ze strony pszczół, żadnej chęci obrony spiżarni. Pszczoły grzecznie zgodziły się podzielić owocami swej pracy. Jak to mówią - pierwsze koty za płoty, i wilk syty, i owca cała. Oczywiście pozostawiłem pszczołom dość, aby nie musiały martwić się o jedzenie, co więcej, za moment jest szansa na kwitnienie lip. Mówię szansa, bo w zeszłym roku w ogóle lipy moje nie kwitły, z powodu suszy, zobaczymy, jak będzie w tym roku.

Tymczasem, pyszny, bo własny, miód wiosenno-akacjowy złoci się w słoikach, a tak zwane odsklepiny, czyli mieszanina wosku i miodu pozostała po odsklepianiu plastrów, podobno najcenniejsza, bo najbardziej zasobna w olejki eteryczne, pyłki i wydzieliny pszczół część plastrów nurza się w kąpieli alkoholowej i z wolna przekształca w leczniczą nalewkę. Musi postać tak podobno pół roku, aby nabrać właściwych cech, czyli czas jej zlewania zbiegnie się w czasie mniej więcej ze zlewaniem wina z kwiatów bzu ... czy widać tu już przyczynę, dlaczego nie będzie nudy tuż przed Bożym Narodzeniem?

A skoro już jesteśmy przy leczniczych alkoholach, to z wyjątkowo obfitych tegorocznych plonów jagody kamczackiej też się takowa nalewka sporządza. Nie znoszę zbierać tej jagody, bo owoce dojrzałe spadają przy najlżejszym dotyku. Ciągle obiecuję sobie wziąć ze sobą parasol, podstawiać pod gałęzie, potrząsać nimi i zbierać do taczki opadłe owoce, ale ciągle jakoś o tym zapominam i zbieram ręcznie do pudełka, o ile nie udaje mi się do tego zagnać jakiegoś członka rodziny. Podpowiem, że kot odmawia współpracy, a i reszta się miga. Na szczęście udało się zebrać dość, aby powiedzieć, że zbiory się odbyły, a resztą niech się cieszą ptaki, które jednak chyba w tej jagodzie nie gustują.

Od lat wszystkim powtarzam, i tu też o tym piszę, że choć na początku być może plony w permakulturowym leśnym ogrodzie wyglądają mizernie, to z upływem lat nabierają rumieńców. Tak się dzieje i teraz w przypadku świdośliwy. Mam jej dwa gatunki i gdy plonował jeden, to pauzował drugi, a w tym roku oba są pełne owoców. Mieliśmy już okazję nieco owoców świdośliwy zjeść w latach poprzednich, ale dopiero teraz (albo już teraz, zależy jak na to patrzeć) podjemy świeżych a może nawet i zrobimy przetwory. Uwielbiam smak świdośliwy o świcie, i nie tylko o tej porze dnia czy nocy. Jagoda kamczacka jest pierwsza w sezonie, ale na świdośliwę warto poczekać.

Na Grządce Gratisów przeminął czas czosnków, a zaczyna się czas liliowców. Pierwszy rozkwitł biały, w bardzo deszczowy poranek. Za nim teraz podążają inne kolory, losowo posadzone na dawnej grządce warzywnej. Nie żałuję zmniejszenia areału uprawy warzyw - gdy patrzę na te liliowce, oddycham z ulgą, to o jedno miejsce mniej, w które trzeba ręce włożyć. Czasami odjęcie sobie zajęć to najlepsza możliwa decyzja. Może jest w tym nawet coś więcej, może jest to manifestacja jednej z permakulturowych zasad - stawiania sobie limitów konsumpcji? Wszak nie ma sensu produkować więcej, niż jest się w stanie wykorzystać. Jedno jest pewne - trudno się wyrwać z pędu do większej liczby grządek, uli, drzewek, ryb w stawie ... 

Bywają jednak prace, których nie wolno sobie odpuścić. Nawet, a szczególnie w deszcz i wiatr, trzeba podwiązać pomidory i dynie, które porosły podczas mojej nieobecności i którymi teraz miota wiatr. Odpukując w niemalowane drewno, muszę powiedzieć, że choć bardzo późno sadzone, to i pomidory, i dyniowate, rosną pięknie. Myślę, że decyzja o późniejszym siewie, oraz o późniejszym wysadzaniu rozsady była rozsądna i słuszna. Być może będę miał przez to plony o tydzień czy dwa później niż inni, ale mi się nie spieszy. Ten sezon znowu pokaże, na ile moje różne teorie są słuszne i każdą z nich życie zweryfikuje. I to właśnie sprawia, że każdy rok jest inny i że dziecięca ciekawość wciąż pali się iskierką pod mokrym kapeluszem.

Na szczęście, nie każda uprawa woła o pomoc i niektóre można pozostawić sobie samym. Tak jest z ziemniakami na Zapłotku, które zadają kłam wielu "prawdom". Po pierwsze, od wielu lat rosną w tym samym miejscu, nie znając płodozmianu. Nie są podlewane. Nie są nawożone. Nie są pielone. Czasami pojawiają się na nich pojedyncze stonki, ale nie tyle, aby interwencja była potrzebna. W zasadzie zajrzę do nich na dłużej dopiero w dniu zbioru. Jak i w poprzednich latach, zapewne nornice kilka ziemniaków zjedzą, a kilka uszkodzą, może nawet kilkadziesiąt. Dlatego, zamiast 66 krzaków potrzebnych aby dać plon, jak jest mi potrzebny, aby mieć własne ziemniaki do następnych zbiorów, posadziłem 100. Taka polisa ubezpieczeniowa. I znowu, jeden dzień pracy w roku na sadzenie, i jeden na zbiory. A to wszystko po to, by móc w inne prace ręce wkładać ...

A tymczasem Bambi, bo takie imię dostał ten codzienny gość, przychodzi na gotowe. Czuje się u mnie jak na wczasach all inclusive, już nie żre moich upraw tylko nocą, ale przychodzi regularnie na trzy posiłki dziennie. Jesteśmy w stanie utrzymywać dystans dziesięciu kroków bez paniki z jego strony, chyba że jestem z kotem, wtedy zrywa się do biegu szybciej. Zdarzają się chwile, gdy pije wodę z mojego stawu, dosłownie kilka metrów ode mnie, o ile zdążę usiąść, zanim mnie zauważy. Myślę, że gdybym miał na to czas, można by się z nim zakumplować na tyle, że może i by jadł z ręki, no ale to akurat nie jest teraz moim priorytetem.

Kończąc ten przydługi wpis, pokażę Wam jeszcze moje grzybienie, zwane też nenufarami. Dedykuję je tym, którzy pisali, abym pisał. Świadomość tego, że ktoś to czyta i uznaje, że warto było poświęcić na tą lekturę coś, co na tym świecie najcenniejsze i nie do odzyskania - czyli czas, jest bardzo budująca. 

wtorek, 15 czerwca 2021

Dziwactw ciąg dalszy

Pisałem o Dziwactwach w 2019, a dziś znowu - czyżby już zapas inwencji w zakresie tytułów wpisów był na wyczerpaniu? Tak czy inaczej - do rzeczy! Czerwiec w Ostoi obfituje w dziwactwa, których skala jest bardzo zmienna - raz są to maleńkie, wywołujące uśmieszek sprawy, kiedy indziej, całkiem spore "afery", zmuszające do zadania sobie pytania: co ja tak właściwie robię? Dziś właśnie o tych różnych sytuacjach napisać pragnę, a pierwsza z nich to dziwna sytuacja podwójnie, bo nie pamiętam - czy ja już o tym pisałem, czy nie? Tak czy inaczej, napiszę, najwyżej przeczytacie raz jeszcze. Otóż chodzi o tzw. Grządkę Gratisów, gdzie postanowiłem sadzić rośliny, które dostawałem jako na przykład gratis do zamówienia, albo od kogoś w prezencie i nie miałem w planie ich sadzić, a musiałem. Grządka Gratisów zaczyna wyglądać fajnie, zakwitły bowiem czosnki olbrzymie. Nie robią one tak spektakularnego wrażenia jak setki czy tysiące takich na warszawskich trawnikach, no ale Ostoja to nie Bizancjum. Cieszę się więc z tych, które mam. Wkrótce, już to widzę, zakwitną kolejne gratisy, o czym nie omieszkam donieść. Tymczasem, jak to w Ostoi, nie może być tak, że grządka tylko stoi i pachnie lub wygląda. Wśród gratisów są też czosnki jadalne, truskawki i poziomki, oraz najcenniejszy mój na tej grządce eksperyment - mięta jako roślina okrywowa. Póki co, wygrywamy z trawą bezapelacyjnie, ale jeszcze nie mówmy hop ...

Kwietna łąka robi sobie jaja i udaje jakąś monokulturę. Złocień na złocieniu jak na razie. Zapytałem Łukasza Łuczaja i pocieszył, że to tak tylko dwa lata, a potem złocień się wycofa - okay, mnie się nie spieszy. Tym bardziej, że pod spodem, pod baldachimem złocieni już widać gotowe do kwitnienia koniczyny, a biała jak się dobrze przyjrzeć, to już całkiem ładnie kwitnie. Nie myślałem o tym wcześniej, ale dziwić to mnie nie powinno - nie może jak w zeszłym roku dominować jednoroczny żmijowiec, bo zmienił się rok - proste. Oczywiście, to takie łąkowe heheszki, ale prawdą jest, że to pouczające nowe doświadczenie, i fajnie, że się wydarzyło. Prawdą jest, co zawsze podkreślał Geoff Lawton, pewnie cytując Mollisona, że permakultura sprawia, iż ludzkie życie wydłuża się niesamowicie. Co dzień dzieje się tyle nowych rzeczy, że sekundy rozciągają się w minuty, minuty w godziny, a godziny w dni, a każda z nich wypełniona jest czymś, o czym wiemy, że ma sens, w odróżnieniu od dupogodzin za biurkiem. Ale o czym to ja miałem pisać? Acha, o dziwactwach, no to kolejne ...

Co roku testuję nowe, dziwne rośliny, mniej lub bardziej odjechane. W tym roku padło między innymi na jadalne cibory. Są to rośliny terenów wilgotnych, błotnych i wodnych, a w dodatku głównie z klimatów ciepłych, dlatego ich uprawa w Ostoi to pewna ekstrawagancja. No ale cóż, jak się bawić, to na całego. Zakupiłem nieco bulwek w znanej firmie i posadziłem w marcu, aby wydłużyć sobie sezon. No cóż, absolutnie nic nie wykiełkowało. Napisałem więc grzecznie do sprzedawców, ani nie prosząc o zwrot, ani się nie skarżąc, tylko po prostu informując, że taki dostałem towar. W odpowiedzi, otrzymałem informację, że to towar pierwsza klasa, ale trudne rośliny w uprawie, a ja pewnie dupa nie ogrodnik (to ostatnie sobie dopowiedziałem). Moje ego jak wulkan gorące kazało mi natychmiast nabyć bulwki z innego źródła. I co? I to! Posadziłem i 100% wzeszło. Czyli - nie należy się od razu zniechęcać, czasami warto trwać w uporze.

To jest ta pora roku, kiedy w litoralu starorzecza mego pojawia się wylęg różnych gatunków ryb. Pojawia się też masa wodnych stworzeń, a ich cykle rozwojowe są ze sobą niesamowicie powiązane. Płoć odbywa tarło tak, aby świeżo urodzone szczupacze dzieci miały co jeść. Okrutna ta natura, prawda? I za to ją kocham. Nie obija się w tańcu i ma gdzieś polityczną poprawność. Tak czy inaczej, odkąd tylko zejdzie lód, staram się co jakiś czas spędzić choć kwadrans nad wodą, aby zobaczyć, co w niej piszczy, a ściślej, pływa. Czasami widzę wylęg, a to płoci, a to okonia, słonecznicy czy szczupaka, a później w sezonie karasia czy lina, pobieram więc odrobinę do wiaderka i niosę do swojego stawu, gdzie trudno by sobie wyobrazić bardziej naturalną formę zarybienia, no chyba że jak to mówią, kaczki by przyniosły na łapach. Moje brodzenie w czasami lodowatej wodzie uznawane jest na pewno za jedno z większych dziwactw - wszak można pojechać i kupić karpia, wrzucić do stawu i będzie na święta. A u mnie świętem jest, gdy widzę jak przyniesione jako miniaturowe przecinki zeszłoroczne okonie polują na małe słonecznice z zeszłorocznego tarła.

Skoro jesteśmy już nad stawem, to wreszcie znalazłem czas, aby skonstruować prototyp uprawy, którą zawsze chciałem wypróbować, ale nigdy nie miałem czasu założyć. Chodzi o uprawę na pływającej tratwie. Pokryta jutą konstrukcja zawiera trochę ziemi, w której posiałem nasiona wilca wodnego - najszybciej rosnącej rośliny "sałatkowej" świata, znanej bardziej pod nazwą kangkong. Roślina ta jest fundamentalnym zielonym składnikiem azjatyckich potraw stir-fry, ale jest też jedzona na surowo. Uprawiałem ją dotąd w doniczce, teraz przyszła pora na większą skalę. Moje obawy budzi zbyt niska dla wilca temperatura wody i silny dosyć wiatr wiejący w osi stawu, ale musiałem spróbować. Wilec bowiem dodatkowo oczyszcza wodę stawu, pobierając z niej nadmiar składników odżywczych i zamieniając w swą biomasę, co na pewno wyjdzie wodzie na zdrowie.

Po drugiej stronie stawu młody ogród leśny wprawia mnie w zakłopotanie. Nie mogę się zdecydować, w jakim kierunku go poprowadzić, nie myślę w nim racjonalnie i wykonuję nerwowe ruchy, zupełnie do mnie niepodobne. To pewnie dlatego, że zaczynam mieć do niego stosunek emocjonalny. Staw i ogród leśny to elementy, które naprawdę mnie rajcują, niech się schowają wszelkie grządki (szepcę to wam do ucha, aby nie usłyszały). Jednakże, jest jeszcze kwestia skali. Z jednej strony marzy mi się wzorcowe, unikalne u nas agroleśnictwo z polikulturową uprawą alejową, z drugiej ... po co? Już i tak zaczynamy mieć za dużo wszelkich plonów i pracy przy ich zbiorze. A nawet, gdyby się znalazła odpowiedź na pytanie po co, to pojawia się pytanie kto, kiedy i jak ma się tym zajmować?  I choć zacząłem przygotowywać pas w leśnym ogrodzie pod alejową uprawę jednorocznych polikultur, to już jego część zamieniłem w polikulturę wieloletnią, ze szparagami na czele. Ale to dopiero początek, ten leśny ogród pokazuje, że nadmiar możliwości może stanowić dopust boży dla ogrodnika i że najtrudniej jest się zdecydować, które z nich wybrać, a potem to już z górki.

I złożyło się tak, że pewnej soboty, zjawiła się u mnie grupa młodych ludzi głodnych permakulturowej wiedzy, wraz ze swoimi opiekunkami. Miło mi było niezwykle gościć to znamienite towarzystwo, szczególnie po bardzo długim okresie abstynencji od prowadzenia jakichkolwiek warsztatów. Uległem jednak namowom i ten jeden raz, poprowadziłem grupę przez Ostoję, dzieląc się moimi pasjami i pracą. Potwierdziło się po raz kolejny to, że człowiek ucząc kogoś, sam się również uczy, choćby znał miejsce i temat jak zły szeląg. Będąc zmuszonym mówić do kogoś o czymś, patrzy na przedmiot ze zgoła innej perspektywy niż prowadząc dialog wewnętrzny czy pracując nad projektem. Dziwne to trochę, ale o ile przy doradzaniu klientom w sprawie ich ziemi zdecydowanie lepsza jest wręcz niemal medytacyjna koncentracja, o tyle w odniesieniu do własnej ziemi każde niestandardowe spojrzenie gościa może stać się kluczem otwierającym nowe możliwości. Mam nadzieję, że kiedyś uda się powrócić do dawnych planów i że jeszcze niejedni goście odwiedzą Ostoję, aby popatrzyć, dotknąć i posmakować permakultury.







sobota, 29 maja 2021

Maj w pigułce

Święto Pracy, pierwszy dzień maja, niczym nie różnił się od pozostałych dni tutaj - pracy po kokardę. Nareszcie zakwitł mniszek lekarski, to znak, że pora sadzić ziemniaki. Sadzeniaki przechowywałem w wiadrach z piaskiem, w piwnicy. Porosły w tym roku niebywale, ale przezimowały wszystkie co do sztuki. Wysypawszy delikatnie wszystko do kastry, rozplątałem te ziemniaczane węzły gordyjskie i pracowicie posadziłem na Zapłotku, czyli dokładnie tam, gdzie rok temu. Albowiem zaprawdę, powiadam wam, nie wierzę w płodozmian tu i teraz. W takim trybie uprawy, jak w Ostoi, można sadzić ziemniaki w to samo miejsce, i ani nie ma chorób, ani nie ma szkodników, a plony nie maleją, a raczej rosną. Kluczem jest bardzo grube ściółkowanie jesienią i sadzenie w tą ściółkę właśnie. Teraz pozostaje czekać, aż wyjdą ze ściółki (a ponieważ piszę to w końcu maja, to potwierdzam, że wyszły i jak na razie mają się dobrze.

Siewy zimowe wreszcie ruszyły z kopyta i powoli sałaty i szpinak zaczynają się nam nudzić. Zagęszczenie i rozmiar szpinaku pokazuje, że metoda się sprawdza. Skrzętnie wszystko notuję, w specjalnym pliku o nazwie "Co się udało i co powtórzyć". Powiedzieć co zanotowałem w pliku o nazwie "Co się nie udało i czego nie powtarzać?" No dobrze, powiem. Pietruszka się nie udała, nie wzeszła ani jedna. Za to pięknie wzeszła marchew i seler naciowy, ale tych oczywiście jeszcze nie jemy, bo są za malutkie. Zapowiadają się jednak dobrze, a szczególnie cieszy mnie marchew, bo w Ostoi bywa z nią bardzo różnie.

Hitem maja była niewątpliwie rójka pszczelej rodziny, która opuściła ul i usiadła na sośnie. Sporo czasu zajęło mi wykombinowanie, jak ją stamtąd zdjąć i osiedlić w nowym ulu. Ekwilibrystyka na szczycie drabiny z kilkoma kilogramami pszczół nad głową nie jest taka prosta, ale w ostatecznym rozrachunku udało się całe towarzystwo zapakować do pudła, znalazła się też matka, rodzina w komplecie trafiła więc do nowego domu. I tym sposobem, choć tego zupełnie nie planowałem, mam o jeden ul więcej, no i w związku z tym nieco więcej pracy, ale na szczęście takiej, która cieszy.

Ogrodniczo, sezon się spóźnia i przez cały maj rozważałem, kiedy przystąpić do sadzenia pomidorów i dyniowatych, odkładając tą decyzję. W międzyczasie, pogoda sprzyjała wielce leśnemu ogrodowi, który zaczął się pięknie zielenić bez najmniejszych zabiegów i podlewania. Drzewa i krzewy zdążyły zakwitnąć i przekwitnąć, a pomidorów jak nie posadziłem, tak czekam dalej. Dopiero gdy nadszedł ostatni weekend maja, ruszyła machina dyniowo-pomidorowa. Sadziłem i siałem przez dwa dni, od świtu do zmierzchu, obsadzając większość miejsc na podwórku sadzonkami, a w wolne siejąc nasiona. Do obsiania cukiniami i dyniami pozostał mi jeszcze fragment Zapłotka, miejsce z najgrubszą ściółką z liści. Mam nadzieję, że uda się to zrobić w przeciągu najbliższych kilku dni.

Po dwudniowym maratonie sadzenia rozsad pozostała już tylko taczka koszyczków i doniczek do umycia. Nie zgadniecie, ile ich jest w tej taczce ... a może ktoś zgadnie? W każdym razie, jest to moment wyzwolenia - najważniejsze rozsady poszły do gruntu, kości zostały rzucone. Teraz pozostaje czekać, pilnie obserwując pogodę, albo ... nie obserwować i wrócić za miesiąc, bo i cóż z tej obserwacji? Jeżeli tak jak w zeszłym roku w czerwcu przyjdzie grad (tfu, tfu), to nie ma zmiłuj. Może więc lepiej zająć się czym innym?


Jak powiedział, tak zrobił. Włażę do stawu, sadzę nowe rośliny wodne. Im grad niestraszny. Jak zawsze, sadzę większość w dno stawu, ale kilka sadzę w koszykach, aby sobie poobserwować, co się z nimi w stawie dzieje. A gdy to robię, patrzę i śmieję się sam do siebie - tam, przy dnie, w zeszłorocznym koszyku, wschodzi dziki ryż. Głęboko pod powierzchnią coś się zieleni. Trzymajcie kciuki, aby wyrósł, dojrzał i obsypał ziarnem. Pokażę go wam gdy wyjdzie nad wodę, bo teraz nie wygląda zbyt efektownie, no ale pomimo to, bardzo mnie cieszy, że wykiełkował.

Maj obfitował w tyle pięknych zachodów słońca, że nie bardzo wiedziałem, który pokazać. Uzbierała się ich spora kolekcja, odkąd nieco ponad rok temu regularnie je fotografuję. Ktoś zapytał o sprzęt, technikę i tym podobne detale - no cóż, jak wszystkie zdjęcia tutaj, robione są "z marszu", małym, kieszonkowym, na dzisiejsze standardy wiekowym Olympusem, z którym się nie mogę rozstać, bo jest niezniszczalny i wodoodporny. Nie ma czasu na ustawki, statywy, pozowania, poprawiania. Cyk, myk - wyszło, to dobrze, nie wyszło to trudno. Zupełnie tak samo, jak z tymi rozsadami ....




 

piątek, 23 kwietnia 2021

Tuż przed

 

Trzecia dekada kwietnia to w tym roku czas, gdy wiosna w Ostoi zachowuje się jak przyczajony tygrys i ukryty smok - niby jest, ale tak do końca to jej nie widać. Są za to jej zwiastuny i wszystko wskazuje na to, że maluczko, a objawi się w pełnej krasie. Ten ostatni moment tuż przed nadejściem wiosny, a za takie uznaję tu czas, gdy wszystko rozkwitnie i się zazieleni, jest czasem wyczekiwania. Na dobrą pogodę i dłuższe ocieplenie czekają rośliny, zwierzęta i ja. Tymczasem, podziwiam pąki świdośliwy, szczególnie obfite w tym roku i oczyma wyobraźni widzę uwijające się na nich pszczoły, które teraz z uwagi na ochłodzenie mają przymusową odsiadkę w ulach. Ale maluczko, a je ujrzycie na świdośliwie.

Pierwsze kwiaty jak zwykle zaczynają się otwierać na wiśni ptasiej, która wyprzedziła w tym względzie nawet mirabelkę. Tym samym udało mi się wydłużyć dostępność pożytków dla pszczół o jakieś ... dwa, trzy dni? Dobre jednak i to. Oczywiście, kwitną już też jagody kamczackie, ale na nich jak co roku ucztują trzmiele, a moich pszczół nie widać, kwiaty te są nieodpowiednie dla ich krótkich języczków. Na szczęście, liczba trzmieli jest w tym roku imponująca, jagody mają więc szansę być solidnie zapylone. Jak zwykle kwitnie też już kokorycz oblatywana przez trzmiele, no a gdzie siedzą te wszystkie pszczoły, gdy pogoda pozwala im latać? Ano na wierzbach. Okazuje się, że przy tej pogodzie i porze roku to bez wątpienia najważniejszy dla nich pożytek.

Omawiając w sąsiedzkim gronie o zachodzie słońca wydarzenia przyrodnicze ostatnich dni i wsłuchując się w głos łozówki, wyraziliśmy swoje obawy o nietoperze. Powinny już być, a ich nie ma. Następnego poranka pierwszy gacek objawił się za moją okiennicą, leniwy, zaspany, jakiś taki wyliniały, ale witany z wielką radością. Od razu oczywiście pojawiają się zapytania, czy aby nie przyleciał z Wuhan i ostrzeżenia, abym z niego nie gotował rosołu. Ot, taka "prawda czasu, prawda ekranu". Mam jedynie nadzieję, że złe odium towarzyszące nietoperzom przez wieki nie dotknie ich w zupełnie nowej odsłonie.

Debiut swój w Ostoi ma też pustynnik, dziwaczna roślina klimatów, nomen omen, pustynnych. W teorii świetnie powinien się czuć w Ostoi, w tych bez mała lotnych piaskach. Jak będzie, zobaczymy, na razie wystawił swój czubek z gruntu i udaje wielkiego czerwia z planety Arrakis. Zobaczymy co powie na zapowiadane na najbliższe dni nocne przymrozki. Obok moje wielkie obawy na chwilę obecną budzi posadzony w zeszłym roku figowiec, nie wygląda on dobrze, ale pamiętajmy, że w tym miejscu odnotowałem tej zimy minus dwadzieścia trzy stopnie o ósmej rano. Czekam więc cierpliwie, czy odbije z korzeni, czy też powiększy grono moich roślinnych aniołków.

Nic za to z zimy i mrozów nie robiły sobie maliny, a przeciwnie, całą zimę pracowały pod ziemią, aby swoimi rozłogami rozejść się wszędzie. Teraz, młode rośliny wyrastają ponad ściółkę w odległości kilku metrów od oryginalnych nasadzeń. Nie ma prawie grządki w Ostoi na którą nie chciałyby wskoczyć, nawet jeśli jest ona podniesiona na 40 centymetrów ponad poziom gruntu, dają radę wejść dołem i wyjść górą. Bardziej przedsiębiorcza ode mnie osoba mogłaby pewnie sporo zarobić wykopując, przesadzając i sprzedając te roślinki, ja i owszem, część gdy muszę wykopię i przesadzę do leśnego ogrodu, ale większość służy mi jako ściółka lub idzie na kompost. Z jednej strony wygląda to na marnowanie zasobów, z drugiej jednak jest nieuniknione w sytuacji, gdy zasobem którego najbardziej brakuje jest czas i nie ma go na wszystko. Tak czy inaczej, przypadek malin potwierdza to, co pisał Mollison i wielu jego permakulturowych następców - w kilka lat po założeniu, permakulturowe siedlisko zaczyna wchodzić w fazę obfitości i zamiast kupować cokolwiek do posadzenia, można zacząć swoje rośliny masowo sprzedawać.

Niech to, co piszę, potwierdzą truskawki. od zaledwie kilku tuzinów, do wielu setek, namnożyły się same. Byłyby ich pewnie tysiące, gdybym dbał o przesadzanie wszystkich odrostów. Ale i tak jest dobrze. Pokazują się teraz w bardzo wielu miejscach, wychodząc spod warstwy świeżych zrębek, którymi je przysypałem jesienią. Liście starych krzaków, wraz z ich choróbskami zostają pod spodem, a na powierzchnię dają radę wychynąć tylko młode listki. Taki zabieg odmładzający pomaga uprawiać truskawki dłużej bez odnawiania "plantacji". W wielu miejscach pojawiają się też młodziutkie rośliny, dzieci tych starczych. Dążenie do pokrycia "wszystkiego" truskawką jako rośliną okrywową zaczyna się materializować, bez jakichkolwiek już zakupów roślin z zewnątrz.

Tej roślinki na pewno nie kupowałem, to ona sama przyszła i zaczyna się panoszyć w kątach podwórka. Glistnik jaskółcze ziele, jedno z najpotężniejszych polskich ziół, zaczyna tworzyć spore kępy w wielu miejscach leśnego ogrodu. Jak uczą nas mądre książki, glistnik lubi wilgotne grądy i żyzne buczyny, co więc robi na górze piachu w suchym sosnowym lesie? Ano potwierdza, że mikroklimat Ostoi zmienił się diametralnie odkąd powstał mój ogród, i że mu tu teraz dobrze. Zakończył etap nieśmiałej obecności i zaczyna rozpychać się łokciami. I świetnie, zielonego nigdy nie jest za wiele. 

Jak słusznie zauważył niedawno jeden z czytelników bloga, z uporem maniaka nazywałem swoją roszponkę portulaką. No cóż, pomerdało mi się lata temu, i tak zostało. Postaram się to naprawić, ale za powodzenie nie ręczę, stare nawyki najtrudniej wykorzenić. A więc, roszponka, ta mikro sałata, też pleni się wszędzie, nie siana nigdy od lat. Smakuje doskonale, pozwalam jej więc na ekspansję i zbieram od czasu do czasu "do gara". Fajne jest to, że upodobała sobie szczególnie spadziste, boczne ściany grządek i swą obecnością umacnia je a mnie zwalnia od obowiązku ich ściółkowania. Jeśli bym budował nowe grządki ziemne, obsiałbym ich ściany boczne portulaką ... ekhm ... roszponką, aby tym razem był to efekt przemyślany i zamierzony. 

Tuż przed tym, gdy wszystko wybuchnie, zakwitnie i się zazieleni, szczególnie miło patrzy się na to, co ocalało z zeszłego roku. prym wiodą jarmuże, odbijające teraz po zimie. No mam je, mam je przyznam, ale pomimo całego "fejmu" jakim cieszą się w pewnych kręgach, ja je po prostu nie bardzo lubię kulinarnie. Oczywiście, korzystam z nich i zjadam, ale niechętnie. Szczerze mówiąc, wolę sobie zrobić młodych pokrzyw niż bawić się z tą "włoszczyzną". Sytuacja ta rodzi pytanie - czy warto uprawiać coś, czego się tak naprawdę nie lubi jeść? U mnie wynika to z głębokiej wiary, że na grządkach zawsze powinno coś rosnąć, aby mikroorganizmy w glebie miały z kim współpracować. Dowolne żywe korzenie spełniają to zadanie, tutaj więc jest to jarmuż, gdzie indziej żyto ozime, jeszcze gdzie indziej koniczyna. Istnieje też pewne prawdopodobieństwo, że któregoś dnia przekonam się jednak do jarmużu ...

Przezimowanym sałatom natomiast można zarzucić jedynie, że ich liście nie są tak miękkie jak nowalijek. Smak za to mają dobry, bez cienia goryczy. Zaczynają teraz szybko rosnąć i spożyć trzeba je będzie pewnie równie szybko, bo mogą mieć tendencję do szybkiego kwitnienia. Obok sałat, z ziemi wyłaniają się na wszystkich grządkach kępy wieloletnich cebul i szczypiorów i tutaj już nie ma dyskusji, posiekany szczypior czy dymka pasuje niemal do wszystkiego, wypróbowaną więc metodą z każdej rośliny ścinam starsze liście, pozostawiając jedynie po dwa najmłodsze na dymkach, a nieco więcej szczypiorkom. Tym sposobem będę zbierał plony moich dymek i szczypiorków jeszcze przez długie tygodnie.

Wszystkie wysiane eksperymentalnie jesienią warzywa zdają sie jeszcze czekać na nadejście wiosny, albo w stanie ledwo widocznym nad ziemią, albo tuż pod nią w postaci nasion. Chlubnym wyjątkiem jest szpinak, który ruszył i zaczyna pokazywać swoje pierwsze własne listki. Ten szpinak to kolejny eksperyment szalonego ogrodnika - sprawdzam, czy może stanowić ... żywą ściółkę. Dlatego posiałem go gęsto jesienią, a między nim wsiane są inne warzywa, których na razie nie widać. Plan jest taki, że zanim te inne warzywa urosną, szpinak będzie je niańczył i osłaniał, a gdy go zbiorę, stworzy to innym warunki do szybkiego wzrostu. Czy coś z tego wyjdzie, to się jak zwykle okaże.

A skoro o okazywaniu się mowa, to okazało się, że bobry zrujnowały kolejny fragment Ostoi, tym razem bobrowy czołg przejechał przez najlepsze siedlisko dzikich jeżyn z którego co roku zbierałem co najmniej wiaderko owoców najlepszych na nalewkę. Takich owoców nie dają żadne hodowlane odmiany. No cóż, mam nadzieję, że jeżyny odbiją i ponownie zaowocują. Po raz kolejny jednak przekonuję się, że bobry chyba głodują, skoro chce im się przebijać przez pas jeżyn po to, aby żreć półżywe sosny w zbyt gęstym młodniku. Wieczorny spacer wzdłuż rzeczki zdaje się potwierdzać, że bobrów jest tu niestety za dużo w stosunku do pojemności siedliska. Pokarmu dla nich widzę niewiele, spotykam natomiast cztery sztuki na odcinku kilometra.

Tama bobrowa na mojej łące rozrasta się w kierunku rzeki, a powyżej tworzy się sporej głębokości bajorko. Bajorko cieszy, możliwość całkowitej utraty łąki mniej. Wszystko zależy od tego, jak szybko ten proces będzie przebiegał, ale być może jeszcze "za mojej kadencji" rzeka popłynie innym korytem, przez miejsce, gdzie teraz jest bobrowa tama. Obserwuję to sobie wszystko ze stoickim spokojem i w niczym nie przeszkadzam. Gorzej z tymi, dla których moja łąka jest jedyną drogą dojazdową do ich własnych łąk, które koszą dwa razy w roku. Jeżeli rzeka zmieni koryto, będą musieli znaleźć sobie inny dojazd.

Tymczasem rzeka płynie wypełniona wodą po brzegi i przewiduję, że w tym roku solidnie wyleje na łąki. Po drzewach stabilizujących kiedyś brzegi zostały jedynie nieliczne kikuty, które każdy przybór może zwalić. Za mojej pamięci zaszła tu tak daleko idąca transformacja, że ogromnie żałuję iż nie robiłem tu zdjęć przed reintrodukcją bobra, byłby przepiękny poglądowy materiał "przed i po". Wyobraźni bowiem trudno jest sobie uzmysłowić, że jeszcze czterdzieści lat temu, w tym miejscu co kilka metrów rosła olcha, a rzeka płynęła zwartym tunelem stykających się koronami drzew.

Nie ma jednak co płakać nad zjedzonym drewnem - zmiana jest integralną częścią życia, które czy tego chcemy, czy nie zmienia się nieustannie, a ludzkie próby utrzymania status quo, a czasem jego przywrócenia za wszelką cenę nie zawsze dają takie efekty, jakich oczekiwano. W miejscach takich jak okolice Ostoi ideałem jest się nie wtrącać, nie niszczyć i nie chronić ponad miarę, pozwolić sprawom toczyć się swoim biegiem, korzystać z zasobów rozsądnie i w sposób zrównoważony, starając się działać zgodnie z naturą, a nie przeciw niej.