środa, 2 października 2019

Dziwactwa

Ostoja, poniekąd, dziwactwami stoi. Dziwactw mamy w bród, podobnie jak grzybów. Grzybów na podwórku, bo przez las przewalają się hordy dzikie. Gdy widzę, że na podwórku wyrasta grzybek, wstawiam koło niego znacznik, aby go nie rozdeptać lub nie rozjechać taczką. Grzybek rośnie sobie, a gdy osiągnie słuszne rozmiary, zrywam go, gdy akurat jest przydatny do gara lub na patelnię. Jeśli nie jest, dożywa swych dni i rozsiewa zarodniki. Grzybowe szaleństwo za płotem jest mi obce całkowicie, nie jestem w stanie pojąć rycia lasu do jego trzewi i mentalności "nie zostawimy ani ogonka od grzybka".

Tak się dziwnie składa, że większość dziwactw w ogrodzie warzywnym to rośliny "wysokiego ryzyka", czyli takie, które potrzebują bardzo dużo ciepła i słońca aby wydać dojrzałe owoce. Ten rok upływa między innymi pod znakiem eksperymentów z bakłażanami. Obawiałem się już, że nic z tego nie będzie, bo Ostoja zanotowała dwie noce z temperaturą około czterech stopni. Tymczasem, gorzej przetrwały południowe odmiany pomidorów, niż bakłażanki. Zacząłem więc zbiory. Najtrudniej zdecydować, kiedy zebrać. Czy to już, czy jeszcze. O ile w przypadku pomidorów i papryk potrafię znaleźć "sweet spot", o tyle bakłażany są dla mnie Enigmą i Hydrozagadką. No ale jak to mówią - nie spróbujesz, to się nie dowiesz. I spróbowałem, i usmażyłem, i lud powiedział, że to jest dobre. Ba, nawet pyszne. I że lepsze niż ze sklepu. No i git.

Włoski fioletowy bakłażan Rosa Bianca zdziwaczał, bo zamiast być bardziej fioletowy jak za młodu, to bieleje. Zaraz zaraz, a może Bianca znaczy biały i powinien bieleć? Nie miałem czasu ani ochoty dociekać przyczyn, a uczciwie mówię, na bakłażanach się nie znam. Cóż było robić, pierwszy okaz poszedł do gara, a ściślej mówiąc na patelnię, ze sporą liczbą dodatków, dla bezpieczeństwa. W tak zwanym międzyczasie, pobrałem kilka nasion, ale sądzę, że nie są wystarczająco dojrzałe, niewiele z nich będzie. Och, trudno, lubię się uczyć na własnych błędach. Bakłażan smakował obłędnie, przyznać mu trzeba. Gdybym się zdecydował na posiadanie tunelu lub szklarni, na pewno wszedłby na stałe do repertuaru Ostoi, ale z powodu braku tychże, zastanowię się, czy kontynuować tą uprawę w przyszłym roku.

O kolejnym bakłażanie Red Ruffle pisałem już w przeszłości, wspomnę więc teraz tylko, że jest to roślina plonująca zdecydowanie najszybciej i najobficiej w warunkach Ostoi. Obecne zbiory są już chyba czwartymi z rzędu, i na tym nie koniec. Problematyczna jest wartość użytkowa tych owoców. Początkowo smakowały nam smażone i duszone, ale na dłuższą metę, są dosyć nudne. Zamarynowałem nieco, próbowałem kiszonych, kolokwialnie mówiąc, "dupy nie urywają". Ale, mają wielkie walory ozdobne. Pięknie wyglądają na grządce i na zdjęciach, a cóż jest ważniejszego w dzisiejszych czasach? Żartuję, w przyszłym roku posadzę jeden krzaczek, i starczy.

Kolejne (i obiecuję - ostatnie) bakłażanowe dziwactwo, tajski bakłażan groszkowy. No, to dla mnie było wyzwanie, bardzo, bardzo, bardzo długotrwałe. Gigantyczny krzak zbierał się okropnie długo zanim zakwitł, a gdy już raczył zakwitnąć, z wolna zawiązuje owoce. Nie no ... hurra, mam owoce! Pozwólcie, że zacytuję: "Młode niedojrzałe, bladozielone owoce są używane jako warzywo. Roślina jest uprawiana w południowej i wschodniej Azji i jest szczególnie popularna w Tajlandii. Zielone świeże owoce są jadalne i używane w kuchni tajskiej, jako składnik niektórych tajskich curry i past chili. Są używane w kuchni Laosu i kuchni jamajskiej. Na Wybrzeżu Kości Słoniowej młode owoce są używane w zupach i sosach, siekane są razem z owocami bakłażana lub pomidorami. W Indiach młode owoce są spożywane bezpośrednio lub gotowane w potrawach. Owoce są gorzkie, jednak podczas smażenia gorycz całkowicie znika pozostawiając przyjemny, słodkawy i delikatny smak. "  Maluczko, a spróbuję, i zdam relację, ile w tym prawdy.

No dobrze, dość o bakłażanach. Przejdźmy do papryk. W zasadzie wielką hodowlę papryk prowadzę na warszawskim tarasie, ale i w Ostoi rośnie ich nieco. W tym roku szczególnie obficie w spartańskich warunkach owocuje Chinese Five, odmiana zmieniająca kolory w trakcie dojrzewania. Ta tęczowa papryka na warszawskim tarasie już dawno osiągnęła ostateczną czerwień, tymczasem w Ostoi - sami widzicie, wszystkie kolory tęczy. Niby to tylko 70 kilometrów, a różnica mikroklimatów kolosalna, minimum dwa tygodnie opóźnienia Ostoi w stosunku do Warszawy.

 Tytuł Miss Roku 2019 w kategorii dziwactw zdobywa jednogłośnie miechunka peruwiańska. Zaczęła plonować bardzo wcześnie, plonuje nieustannie i pewnie tak będzie do pierwszych mrozów. W połączeniu z miłością do sosu salsa verde i udoskonaleniem (oraz przyspieszeniem) procedury jego produkcji, miechunki schodzą "na bieżąco" i oficjalnie zapisuję teraz w swoim pamiętniczku, że w przyszłym roku należy posadzić ich więcej, a całość podkreślam szlaczkiem. Dwa aspekty tej zabawy sprawiają, że chce się dalej dłubać w ziemi -kosz obfitych plonów i rozradowane mordki konsumentów. Miechunka w tym roku, spełniła oba te kryteria, przechodzi więc dalej.

Jak już pisałem, szereg spraw odciągnął mnie od ogrodu, a teraz, gdy z jednej strony mam czasu więcej, a z drugiej ustąpiły upały i susze, notuję wysyp dziwacznych niejednokrotnie samosiejek. Wiele z tego, co zbierałem na wiosnę, ale nie dozbierałem, pojawia się ponownie. A to sałaty, a to buraczki, a to jakieś bliżej niezidentyfikowane kapustne (stawiam na brokuł sałatkowy) oraz spory dodatek ziół. Niektóre właśnie zakwitły, jak na przykład ogórecznik. Na  grządkach obsianych poplonami zakwitła facelia, cieszą się zapylacze i sąsiedzkie pszczółki, ale znak to niechybny, że pora ją ściąć. Ścięte pędy posłużą za ściółkę, a grządki w większości pozostaną nieruszone do wiosny.

Myślę, że mnie wykiwano - gdzie nie spojrzę, tam kiwano! Ten częstochowsko-ostojowy rym świadczy o tym, jak plenna to jest roślina. Obsypało tymi kolczastymi owocami, a niska temperatura nocą część roślin ubiła. Owoce z nich zebrałem i dojrzewają w mieszkaniu. Część wisi na krzakach, część wraz z pędem legła na rządce, czy tu dojrzeją - na dwoje babka wróżyła. Aby nie leżały na glebie, podłożyłem pod nie co było pod ręką. I teraz na dwoje babka wróżyła, albo dojrzeją, albo nie. Ale jestem raczej dobrej myśli.

Tam, gdzie na grządce sezon się skończył i nie mam już zamiaru nic w tym roku sadzić, trafiło kilka centymetrów kompostu, nasiona jakiegoś poplonu, i nieco słomianej ściółki. Tymczasem, grządki nie mają zamiaru kończyć sezonu. Spod warstw świeżo dodanych co rusz wyłażą pyszne pieczarki. Za nic mają to, że ogłosiłem koniec sezonu i że grządka w mym zamyśle nie miała już w tym roku plonować. Gdzieniegdzie nadal jeszcze zakorzenione są tegoroczne warzywa, gdzie indziej kiełkują samosiejki, a tuż obok pora sadzić to, co ma przezimować, generalnie z intencji wprowadzenia ładu i porządku jak zwykle nic nie wyszło.

Dla ilustracji frustracji, ot taka dziwaczna grządka. Na lewym skraju rośnie jeszcze cukinia, owocująca na ścieżce. Tuż przy niej, wysyp pieczarek. Poprzez ściółkę przebija się poplon - żyto ozime. U góry wyrosła samosiejka - sałata Lollo Rosso. Nabite na patyczki korki od wina oznaczają miejsca, gdzie posadziłem pierwsze ząbki ozimego czosnku. Będę dosadzał więcej na innych grządkach w kolejnych tygodniach. Dziwacznie to wygląda w porównaniu do nieprzejrzystej bujnej zieleni jaka jeszcze miesiąc temu dominowała na rządkach, ale cóż, koniec sezonu nieubłaganie nadchodzi, pora zacząć się do tego przyzwyczajać.

Na osłodę dodam, że nieustannie zbieram plony. Niesamowicie polubiliśmy smażone zielone pomidory i obżeramy się nimi nieprzyzwoicie. Tyle cukinii, ile my i obdarowywani nimi przyjaciele zjedli w tym roku, nie było jeszcze nigdy. Jeszcze się sypią pomidory, jeszcze jest dość buraków naciowych na chłodniki, nadal plonują fasole, a dyń celowo jeszcze nie zbieramy, bo mogą poczekać. Od czasu do czasu urwiemy makaronową lub kabaczka, ale bardziej myślimy o tym, jak je przechować na długie, zimowe dni, które choć dopiero zaczęła się jesień, czają się za rogiem. Rosną stosy słoików, zapełniają się półki - nie ma w tym nic dziwnego, wszak jesień to czas obfitości w permakulturowym ogrodzie.

czwartek, 26 września 2019

Zalew

Druga połowa sierpnia to istny zalew plonów. Ostoja obdarza hojnie, odwdzięczając się z trudy i znoje. Co tydzień dokonuję planowych zbiorów głównych, którym towarzyszą małe zbiory codzienne, na bieżący użytek. Chce mi się wyjść do ogrodu na chwilę przed posiłkiem i zerwać dokładnie tyle, ile w danej chwili potrzebuję. Smak i wartości odżywcze warzyw i owoców natychmiast po zerwaniu są bowiem najlepsze. A gdy od własnego jedzenia w ogrodzie dzieli Cię mniej niż dziesięć kroków, nie jest to ani czasochłonne, ani uciążliwe.

 Bioróżnorodność plonów jest teraz niesamowita. Do typowo letnich zaczynają dołączać plony jesienne. Coraz więcej jemy dyń, wysypały też grzyby wszelkiej maści. Pomidorów obfitość jest wielka, wszelkich kolorów, kształtów, smaków i wielkości. Kończą się definitywnie ogórki, a w ich miejsce wchodzi coraz więcej fasoli. Maliny zaczynają sypać się obficie, z każdej porcji robimy sok i syrop dla naszych seniorów, którzy je uwielbiają. Co tydzień świeża porcja malinowego smaku, zapachu, witamin. Jeszcze obficie plonują cukinie, co jakiś czas odkrywam jakąś cukinię-monstrum której nie dojrzałem i która osiągnęła gigantyczne rozmiary. Największe potrafią ważyć ponad pięć kilo.

Pomidorowych rekordów wagi w tym roku nie będzie, miało być 500+, a jest równo pięćset. A to z powodu opisywanych wiosną eksperymentów i perypetii z produkcją rozsady. Dla odmian wymagających naprawdę długiego sezonu późny start w połączeniu z nocnymi temperaturami zeszłego tygodnia na poziomie czterech stopni to zdecydowanie za duży stres aby dalej rosnąć. Najbardziej wrażliwe odmiany kończą więc sezon, a na placu boju pozostają te najbardziej wytrzymałe, w tym te z własnych nasion. Ważą się losy bakłażanów i kiwano, czy zdążą dojrzeć? Jak to mówią - pożyjemy, zobaczymy. Na szczęście teraz nieco się ociepliło, co nastraja optymistycznie. Przy okazji, rośnie ilość słoików z przetworami, płynnie przechodzimy od zielonych do czerwonych pomidorów. Królem tego sezonu są jednak sosy z ostrych papryczek chilli, w rozmaitych wersjach oraz sos salsa verde z własnych peruwiańskich miechunek.

Przy okazji zbiorów rośnie bank własnych nasion oraz ilość notatek z bieżącego sezonu. Pieczołowicie notuję, które odmiany są smaczne a które nie bardzo, jak plonują, jak bujne są krzaki, czy wymagają podpór czy nie, oraz inne przydatne moim zdaniem informacje. Zbieram nasiona już tylko z tych odmian, które zamierzam hodować dalej. Solennie sobie obiecuję posadzić w przyszłym roku mniej, bo tegoroczny zalew plonów z lekka zaczyna mnie przytłaczać, a w gęstwinie ogrodu trudno się poruszać. Czy wytrwam w tym postanowieniu? Okaże się wiosną.

środa, 4 września 2019

Sierpień we wrześniu

Sierpień był tak przepełniony wydarzeniami w Ostoi, że każda doba miała chyba 48 godzin, a a miesiąc zamienił się w kwartał. Zawsze to podkreślam, że gdy człek zajmuje się sensownymi, konstruktywnymi, dającymi widoczny i wymierny efekt pracami, życie rozciąga się jak guma w majtach, czas zwalnia, a poziom oksytocyny rośnie niepomiernie. Ubocznym skutkiem, stety lub niestety, było zaniedbanie bloga, spróbuję więc to nadrobić w niniejszym wpisie.
Druga połowa sierpnia to czas, kiedy testujemy pomidory, ale już nie pod względem wzrostu, a smaku. Zawsze staram się próbować równolegle dwie odmiany, lepsza przechodzi do "następnego etapu", czyli ma szansę być posadzona ponownie w kolejnym roku.

Podobnie z ogórkami, nie mam do nich specjalnie serca, ale w tym roku przetestowałem wiele odmian. Próbowaliśmy je na wszelkie sposoby, i o ile nadal nie trafiają one na listę moich ulubionych plonów, to udało się wyłonić wielkich faworytów i wielkich przegranych. Zdecydowanie rezygnuję z uprawy odmiany białej i czerwonej, choć obie uatrakcyjniają zdjęcia, to smakiem nie powalają. Na plus wybiły się dwie odmiany - moja "eko" z własnych nasion i pierwszy raz spróbowana odmiana Marketmore.

Cukinie zasadniczo wszystkie są w tym roku smaczne, jeżeli chodzi o plonowanie, to jeszcze nie pora decydować, które wygrają. Jedno w temacie cukinii jest pewne - rewelacją sezonu jest "pryszczatka" czyli włoska odmiana Rugosa Friulana, góruje nad innymi smakiem i plennością. W kategorii dyń odkryciem roku jest Muscat de Provence, pyszności!

W tym roku zasadniczo odpuściłem sobie zioła, bo okazało się, że z zeszłorocznych zapasów zużyliśmy tylko jedno - kwiat lipy, a moja biedna lipa w tym roku nie zakwitła. Nic dziwnego, to "kobieta po przejściach". Czasu nie mając na odwiedzanie innych, dałem spokój. Nie powstrzymało mnie to jednak od tradycyjnej wyprawy w łąki, po to, co akurat kwitnie, w święto Matki Ziemi - Matki Boskiej Zielnej. Tradycyjny bukiet został sporządzony, przy czym wyszło na to, że z innych gatunków niż rok temu, co jest ewidentnym znakiem zmian klimatu, przesuwających okresy kwitnienia określonych roślin. Smutne jest to, że w najbliższej okolicy wyginęły praktycznie gatunki takie jak wierzbówka kiprzyca czy wrotycz, choć tego ostatniego jest sporo zaledwie kilka kilometrów dalej. W krajobrazie dominuje nawłoć i kocanki piaskowe (których nie zrywałem), z dodatkiem wiesiołka i dziurawca. Inne gatunki spotkać można raczej tylko na mokrych łąkach nad rzeką, natomiast piaszczyste, wyżej położone tereny ewidentnie pustynnieją.

Im bardziej zagłębiam się w Trwałą Kulturę, tym więcej osób uważa mnie za dziwaka. I wiecie co? Super! :) Tym razem uwolniłem sąsiada od ścinków cegły szamotowej pozostałych po budowie pieca - praktycznie każdy kawałek innej wielkości. W przeciągu pół godziny ułożyłem puzzla - mini "piecyk" rakietowy w wersji "deluxe", do gotowania na dworze. Zastąpił on stary piecyk z 18 czerwonych cegieł, który służył sześć lat. Co się stało ze starymi, czerwonymi cegłami spękanymi od temperatury? Pieczołowicie odłożone zostaną użyte do spowolnienia spływu wody i zapobieżenia tworzeniu kolein od taczki na dróżce do tylnej furtki.

Nie lubię plastiku, ale skoro już jest ... pierwszy kompostownik przerobiłem już dawno. Stoi na europalecie, żyją w nim dżdżownice, a "sok" który ścieka, zbieram do kuwet i używam do podlewania. Teraz przerobiłem podobnie i drugi  kompostownik. Ostatki szamotowych cegieł posłużyły za rusztowanie, na to poszła kratka z odzysku. Aby utrudnić korzeniom wnikanie do kompostu, przestrzeń dookoła wypełniłem pyłem powstałym przy cięciu czerwonej cegły. Kto dziś myśli o tym, jak nadać drugie życie pyłowi z cegły ...? Przestrzeń wokół kratki wyłożyłem kilkucentymetrową warstwą ... starej korespondencji, namoczonej przez kilka dni w wodzie. Dzięki temu pozbędę się jej, a dżdżownice na pewno to docenią. Na to już idą odpadki z ogrodu, przykrywane starą ściółką słomianą co jakiś czas. Mam nadzieję, że będzie to kolejne źródło żyzności dla mojego ogrodu.

A skoro o żyzności mowa, to na grządkach Parszywej Dwunastki wyrosła mnogość pysznych brązowych pieczarek. Gdzieniegdzie rosły tak gęsto, że wzajemnie deformowały sobie kapelusze. Tak intensywny rozwój grzybni cieszy mnie bardzo, grzybnia na pewno pomoże rozłożyć materię organiczną którą napełniałem wiosną grządki. Widać zresztą, jak poziom "ziemi" w grządkach gwałtownie opada, przez moment zastanawiałem się, czy nie zaszkodzi to roślinom pnącym się po siatkach. Jak na razie radzą sobie jednak, a ubytek ziemi to pożyteczna okoliczność - łątwiej mi będzie nawieźć grządki przed zimą świeżym kompostem.

Przez cały ten sezon staram się zbierać z Parszywej Dwunastki tak zwane "tygodniówki", czyli to, co przyrosło przez tydzień. Co tydzień publikuję zdjęcie tygodniówki na Facebooku, aby uświadamiać ludziom, jak łatwo jest produkować własną żywność. Co tydzień zdjęcie jest inne - rozmaitość gatunków i odmian oraz ich różne proporcje świadczą o tym, jak bioróżnorodny i cenny żywieniowo (a w zasadzie odżywczo) może być choćby maleńki ogródek permakulturowy. Ostatnia tygodniówka sierpnia pokazała, że cukinie zaliczają dwa oczka w dół, pomidory dwa oczka w górę. Fasola skromniutko. Chyba ostatnie ogórki. Niezerwane "zielska" - sałaty, jarmuże, kapusty liściowe i inne botwinki nie znalazły się na zdjęciu. Jeżyny i maliny pożarte zostały "na pniu". Jakby na to nie patrzeć - udany to był tydzień pod względem zbiorów.

Nieubłaganą konsekwencją zbiorów jest przetwórstwo. Pakuję w słoiki różności, czasami zadziwiające, jak tajskie bakłażany czy super ostre papryczki. Co słoik, to inna kompozycja bez mała, a już na pewno bez przepisu. Jedyne czego się trzymam, to stężenie soli w wodzie. Daję od 2,5 do 4%. Wiem, że są różne szkoły, ale w kuchni ja lubię polot i eksperymenty a nie matematykę i formułki. Dlatego zapewne nigdy nie piekę ciast ;) Tak czy inaczej, we wrzesień wchodzimy z rosnącą górą  pełnych słoików, mając nadzieję, że uda się nieco spowolnić, odetchnąć i choć chwilkę nacieszyć się końcówką lata.

poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Wielkie porządki w Sorku

Jest taka część Ostoi, którą zwiemy Sorkiem. Oddziela ją od innych części coś, co zwykliśmy zwać "starorzeczem. Ponad trzydzieści lat temu był to łukowaty akwen pełen wody, do którego wpuszczałem karasie i liny. Z upływem lat wypłycał się, wysychał, a dzieła zniszczenia dokończyły bobry, ryjąc nory, zwalając drzewa z Sorku do wody, powodując gnicie mas liści i drewna, w efekcie zamieniając starorzecze w cuchnące bagnisko. Nie pomogły też susze ostatnich lat, w obecny dziesięcioleciu woda całkowicie niemal zniknęła, pojawiając się efemerycznie wczesną wiosną jedynie.

Postanowiłem zrewitalizować tą część Ostoi, tym bardziej, że w Sorku gniło ponad 30 metrów przestrzennych drewna, a 90% drzewostanu stojącego uszkodzonego było przez bobry nieodwracalnie. Drzewa groziły zawaleniem, jeszcze by mi ubiły jakiegoś wścibskiego grzybiarza ...
Przyjechała więc wielka kopara i zaczęła od wyjmowania z bagna zwalonych drzew, które pracowicie cięliśmy na bale i układaliśmy w sąg. Nie doceniliśmy "potęgi" bobrów, niedoszacowaliśmy objętości drewna czterokrotnie. Ponad doba zeszła na walce z plątaniną pni i gałęzi, w trakcie której wszystkie piły odmówiły posłuszeństwa dwukrotnie, łańcuchy wielokrotnie ostrzono, a stosy drewna rosły "pod niebiosa". Rosły też stosy "drobnicy" - cienkich gałęzi, karp, listowia, które na razie odsunęliśmy na bok i postanowiliśmy zagospodarować, gdy przyjdzie na to pora.

Kolejnym etapem było zebranie wierzchniej, żyznej warstwy gleby z terenu prac na pryzmę numer 1, oraz równie żyznego osadu ze starorzecza na pryzmę numer 2. Tego cennego za nic nie chcieliśmy tracić, pod spodem bowiem straszy niemal jałowy piach. Pryzmy, a szczególnie ta z osadem ze stawu oddawały wodę i dotleniały się przez dwie doby, zanim ponownie zostały użyte. Materiału tego użyliśmy do przykrycia terenu w ostatni prac etapie.
Gdy tylko wierzchnie warstwy zostały zabezpieczone, rozpoczęło się kopanie.

Nie kopaliśmy ani głębiej, ani szerzej niż oryginalny rozmiar starorzecza, co stanowiło spore wyzwanie. Musieliśmy znaleźć kompromis pomiędzy kątem nachylenia burt a głębokością, na szczęście, dość dobrze było widać jak ukształtowane było starorzecze w czasach, gdy było pełne wody. Ziemia z wykopu trafiała na osobną pryzmę, a koparka poruszała się zadziwiająco szybko - jak się okazało, zarówno prace przygotowawcze, jak i sprzątanie po całej akcji, zajmują dwukrotnie więcej czasu niż samo formowanie dna i burt wykopu.

Co począć z karpami ściętych przez bobry drzew? Jak uporać się z plątaniną gałęzi? Gdzie upchnąć nadmiar ziemi z wykopu? To wszystko są źle zadane pytania :) Mając pod ręką takie bogactwo zasobów, można pokusić się o ich kreatywne wykorzystanie. Spytajmy, co z tego możemy zbudować :) Drewno ułożone na granicznej miedzy i przysypane ziemią utworzy wał, stanowiący naturalną osłonę posesji przed wiatrem czy wścibskim gościem. Dodatkowo stworzy ciekawe mikroklimaty, przydatne do przemyślanego umieszczenia nowych nasadzeń. Będzie miał też walory użytkowo-widokowe, z korony wału fajnie będzie widać staw. Wały wypełnione drewnem weszły do kanonu permakultury, spopularyzowane przez Seppa Holzera, ale są rozwiązaniem znanym od tysiącleci. Nie są w mojej opinii (jak niektórzy twierdzą) idealnym miejscem uprawy roślin jadalnych bez podlewania i nawożenia, ale pozwalają wykorzystać absolutnie każdą materię organiczną na wypełnienie, przez co nic się nie marnuje. Co więcej, rozkładające się w głębi wału drewno tworzy z czasem żyzną glebę, czyż, nie jest to lepsze od palenia gałęzi?

Etapem końcowym było wielkie sprzątanie - burty stawu "przyprószone" żyzną ziemią pracowicie przegrabiliśmy ręcznie i obsialiśmy mieszanką własnej roboty, złożoną z traw i roślin motylkowych. Oczyszczony fragment Sorku wybronowaliśmy i również obsialiśmy. Przywróciliśmy stan oryginalny tej przestrzeni, mniej więcej taki, jaki tu istniał 30 lat temu. Zlikwidowaliśmy zagrożenia, które mieliśmy obowiązek zlikwidować. Teraz będziemy tworzyć tu ekosystem o wiele bogatszy, niż kiedykolwiek tu istniejący. Przywrócimy las w formie dzikiego, leśnego ogrodu. Jednocześnie poprawiamy retencję wody, zapobiegamy erozji gleby i tworzymy nowe nisze dla bardzo wielu gatunków, które zechcą tu razem z nami zamieszkać. Rezygnujemy z produkcji komarów, próchna i smrodu na rzecz uzyskiwania plonów przydatnych dla wszystkich mieszkańców tej okolicy - dwunogich, czworonogich, skrzydlatych, płetwiastych. Pozostawiliśmy jednak nietknięty obszar 30% Sorku, gdzie poprzedni ekosystem będzie mógł kontynuować dalej to, co do tej pory czynił, z wyłączeniem bobrów. Im pozostawiamy cały rezerwat, z którym graniczymy, oraz nasze nadrzeczne tereny.

Eliminacja kluczowych gatunków drapieżników oraz nieprzemyślane i niekontrolowane (aczkolwiek dokonywane w dobrej wierze) reintrodukcje gatunków takich jak bóbr, w połączeniu z utratą ich naturalnych siedlisk, powodują że bóbr z gatunku ginącego stał się problematycznym w ekosystemach, szczególnie tam, gdzie człowiek odsuwa od siebie obowiązek pełnienia roli drapieżnika stojącego na szczycie łańcucha pokarmowego, nie zastępując w tej roli gatunków, które eksterminował. Staramy się pogodzić "interes" bobra z "interesem" człowieka, stawiając jednak ponad nimi "interes" ekosystemu jako całości. Mamy takie czasy, że człowiek musi sprzątać po bobrach aby uzdrowić Matkę Naturę. Gdyby tego nie zrobił, działałby na niekorzyść Ziemi i ludzi.

środa, 7 sierpnia 2019

Egzotyka Mazowsza

Ostoja leży na granicy mazowieckiego i łódzkiego, gdzie jak to mówią, laski, piaski i karaski. Pamiętam pierwsze obserwacje, lata temu, gdy rozmyślałem o "bogactwie" gatunków na moim podwórku. Zasadniczo, nie licząc tego, co przylatywało na własnych skrzydłach, byłbym je w stanie policzyć na własnych palcach. Dziś, po kilku latach pracy dorywczej, kilka setek gatunków wnikliwy klasyfikator znalazłby na podwórku, a towarzyszy im kilka setek odmian owoców i warzyw uprawianych w sezonie. Sucha góra piachu zamieniła się w dosyć zróżnicowany biologicznie obszar.

Czasami na styku ogrodu i kuchni dochodzi do humorystycznych scen - uśmiałem się ostatnio nad garnkiem, przyrządzając na bazie własnych plonów "niezwykle mazowiecką potrawę": klasyczny sos Salsa Verde. Tomatillos (owoce miechunki), japalenos i habaneros (ostre papryczki), bazylia tajska, cebula francuska szalotka i rodzimy czosnek Harnaś, hej! Wszystkie produkty z własnej grządki, jedyny dodatek ze sklepu to sól (z Kłodawy).  Do dipu z gotowego sosu dołączyły czerwone bakłażany Red Ruffle, pasujące do okolicznych sosen jak pięść do nosa ...

Zadziwiające, jak zmiany klimatu odbijają się na naszym życiu codziennym.  Ten rok jest tak gorący, że owoce w ogrodzie biją rekordy szybkości dojrzewania. Jeszcze nigdy w dniu 1 sierpnia nie miałem tylu dojrzałych miechunek, nie mówiąc już o ostrych parykach, dla których niejednokrotnie polski sezon okazywał się za krótki. Myślę, że za kilka lat może się okazać, że palma daktylowa będzie widokiem powszednim w kraju nad Wisłą. Drogie dzieci, uczcie się pilnie o permakulturze tropików i pustyń! To może być bardzo przydatne w tworzeniu trwałej kultury ....

Niepostrzeżenie nadeszła najbardziej przeze mnie oczekiwana pora roku - pora na pomidora. Pierwsze egzemplarze zaczynają dojrzewać, pierwsze owoce zaczynają trafiać na talerz, a pierwsze nasiona do banku nasion. W tym roku różnorodność kolorów, kształtów i smaków zapowiada się oszałamiająco, natomiast smutna prawda jest taka - najbardziej niezawodne, najmniej kapryśne, najszybciej i najlepiej plonujące odmiany to te które ... smakują zwyczajnie... czyli jak .. pomidor. Czy dobrze to, czy źle? Może pora przestać uganiać się za oryginalnym smakiem i po prostu trzymać się klasyki? Rozwiązaniem mogą być odmiany koktailowe, które łączą w sobie te dwie cechy - z jednej strony "nie marudzą", z drugiej potrafią smakiem zadziwić.

Zadziwił mnie w tym roku również wilec, bo długo bardzo go nie było, a teraz pnie się po bardzo różnych płaszczyznach i kwitnie w odrobinę innych odcieniach. Miałem nadzieję, że będzie pnączem "inwazyjnym", wciskającym się wszędzie, które będę mógł puszczać na wszystko co pionowe, lub ciąć i używać jako ściółki, ale jak na razie nie wykazuje tyle wigoru. Co prawda, cudem mniemanym jest, że w ogóle wyrósł, przy braku wspomagania podlewaniem i temperaturach rodem z Kairu. Wilca rozmnażam z nasion, niedbale rzucanych tu i tam, dziękuję mu więc, że raczył się objawić.

Największym spóźnialskim jest jednak groszek szparagowy. Sadziłem go, jak na groszki przystało - w marcu. Siedział w ziemi do lipca i dopiero teraz wystrzelił pięknymi, łódeczkowatymi kwiatami. Zasadniczo w Ostoi nie bawię się w rośliny ozdobne nie pełniące innych funkcji, groszek ten jednak, poza tym że ładnie wygląda, to jeszcze wiąże azot z powietrza i ma podobno jadalne strąki, po ugotowaniu. Jeżeli doczekam się strąków, to będzie to również potrawa z lekka egzotyczna. Pojawi się jednak dylemat - zeżreć, czy zebrać nasiona, aby mieć więcej na przyszły rok. W takiej sytuacji z reguły mania kolekcjonerska zwycięża i nasiona wędrują do mojego "banku" a nie do brzucha.

 Pierwszy w historii Ostojowy arbuz nabiera kształtów, co cieszy mnie niepomiernie. jeszcze dużo deszczówki w rynnach upłynie zanim będzie w rozmiarze XXL, czyli zdatnym do spożycia, ale sam fakt, że jest, sprawia mi satysfakcję. Jest też spora ilość melonów rokujących dobrze - jak uczą poprzednie doświadczenia, nie będą powalać rozmiarem, ale smakiem być może. Wszystkie takie rośliny prowadzę w pionie, przy tyczkach, kijkach lub siatkach, aby jak najlepiej wykorzystać miejsce na grządkach. Z reguły działa to doskonale, ale nauczyłem się, że wymaga również ostrożności i przezorności - ciężar rosnących owoców potrafi zniszczyć roślinę, konieczne jest regularne podwiązywanie.

Wśród tej całej egzotyki, dominuje proza życia - klęska urodzaju cukinii, kabaczków i ogórków. Jemy, przerabiamy, rozdajemy torbami, a one wciąż rosną. Oby więcej takich klęsk! Towarzyszą temu plony poboczne, a to buraki liściowe, a to kapusty, a w kwestii sałat poddałem się, nie mogę już patrzeć na sałatę, a na grządkach jeszcze jej wiele. Postanowiłem wykorzystać to i pozwolić sałatom zakwitnąć, zebrać ich nasiona, a w przyszłym roku posadzić mniej. Dwadzieścia procent. Dziesięć procent ... tak, dziesięć będzie w sam raz. Tymczasem, pod pretekstem wyprawy po żywokost na gnojówkę roślinną podziwiam egzotykę mazowiecko-łódzkiej rzeczki, która jak zwykle, coś kręci ...