poniedziałek, 18 marca 2019

Trudne wybory


Przyjechałem na trzy dni do Ostoi, mając w planach trzy prace do wykonania - dosadzenie czosnku niedźwiedziego, dokończenie grządek stopy kwadratowej (SFG) oraz wysianie wszystkiego, czego plonem jest liść i co się nadaje do siewu w marcu. Przyjechałem wczesnym rankiem i choć z pozoru wszystko wyglądało dobrze, zacząłem odczuwać jakiś podświadomy niepokój. Rozpaliłem w piecu, przebrałem się w ciuchy robocze, wyładowałem z auta wszystkie dobra przywiezione z miasta i postanowiłem udać się na obchód "Strefy 1", czyli podwórka.

Nie zaszedłem daleko - tuż obok szopy znalazłem solidną wyrwę w liniach obronnych Ostoi. Przęsło starego płotu runęło pod naporem wiatru, zapraszając do środka wszystkich leśnych mieszkańców. Zamiast więc sadzić czosnki, przystąpiłem do pracy przy płocie. Najpierw odzyskałem wszystkie stare sztachetki, udało mi się nie stracić ani jednej. Belki poziome były niemal całkowicie przegniłe, resztek użyłem jako "ściółki" pod drzewko owocowe. Dobre pół godziny zajęło mi "odgruzowanie" wiaty, gdzie w ciemnych czeluściach spoczywa zapas belek i sztachet. Gdyby go nie było, sytuacja byłaby nie do pozazdroszczenia.

Postanowiłem zrobić nowe przęsło z nowymi sztachetkami, aby w tym miejscu mieć spokój na dłużej. Trzy ulewy później, nowy płotek cieszył oko, wyraźnie odcinając się od dwóch sąsiadów, mniej lub bardziej bliskich zawalenia. Wzrósł natomiast zapas starych sztachet, które (odpukać) wykorzystam, gdy kolejny podobny przypadek zmusi mnie do zmiany planów. Zakończywszy pracę przy płocie, stwierdziłem, że niepokój zmalał, ale całkiem nie ustąpił. Silny wiatr przynosił odgłosy trzeszczenia, dochodzące z okolic lipy - weteranki.

O ratowaniu lipy pisałem wielokrotnie, niestety pisałem też o nieskuteczności tych działań, i wynikających z tego konsekwencjach. Zeszłoroczny upadek części drzewa wyczulił mnie na potencjalne konsekwencje upadku reszty na pobliskie obiekty na podwórku. Resztki potężnego, wypróchniałego pnia wydawały potępieńcze dźwięki gdy silny wiatr hulał w ogołoconej z liści i już  wielokrotnie przycinanej koronie drzewa. Jeżeli wiatr tak miota bezlistną koroną, co będzie, gdy pokryje się ona listowiem? Trudny wybór, ale telefon do arborysty był jedynym wyborem.
Wkrótce na drzewie pojawił się człowiek-mucha i z niezwykłą wprawą dokonał zabiegów chirurgicznych mających na celu przedłużyć żywot drzewa jeszcze choć o kilka lat. Nad każdym cięciem zastanawialiśmy się, dyskutując zawzięcie, ocierając się niemal o doktorat z fizyki z elementami materiałoznawstwa, starając się permakulturowo osiągnąć maksimum bezpieczeństwa przy minimum cięć.

W efekcie, po czwartej na przestrzeni ostatnich lat interwencji, lipa która w przeszłości jak u mistrza Jana z Czarnolasu "choć się najwysszej wzbije", górowała zdecydowanie nad sąsiednimi drzewami podwórka, stała się teraz smutnym karzełkiem, miejmy nadzieję, że nie reakcji. Myślę, że zabiegi jakich dokonaliśmy uchronią resztki pnia przed rozerwaniem, zacznie też teraz odbudowywać koronę. Póki co jednak, wzrok muszę trzymać nieco spuszczony, aby obrazy dokonanego po raz kolejny spustoszenia nie wpędziły mnie w jakiś nałóg groźniejszy niż ogrodnictwo. Pocieszeniem jest tylko to, że każda najmniejsza część ściętej lipy zostanie zagospodarowana - najcieńsze gałęzie zostaną zmielone na zrębki, grubsze nieco zużyte na kołki do ogrodowych obrzeży, najgrubsze (o ile znajdę na to czas) może posłużą do rękodzieła, a wszystko co zostanie i wyschnie porządnie, posłuży za opał, z którego popiół użyźni ogród.

Przy okazji, gdy zajmowałem się uprzątaniem pieńków, gałęzi i gałązeczek, segregując je na pryzmy według zastosowania, przypałętał się Gość. Wsadził głowę przez płot na podwórko, trudno więc go było zignorować. Gdy chytre oczka biegały na prawo i lewo, notując w umyśle wszystko i inwentaryzując niemal podwórko, umysł coś intensywnie przetwarzał, co owocowało rosnącą bruzdą dzielącą czoło w płaszczyźnie zbliżonej do południka. Od słowa do słowa, Gość wreszcie wyartykułował istotę dręczącej go kwestii - dlaczego i po co męczę się ja z tymi gałązkami, wszak nic to nie warte, nie opłaca się i najlepiej to wyp... do lasu. Chcąc szybko wrócić do pracy, stwierdziłem, że dyskusja o Zero Waste może się przeciągnąć, użyłem więc pierwszego argumentu jaki przyszedł mi na myśl ... że żona mi kazała. Gość spojrzał z ukosa, pokiwał głową, uśmiechnął się ze zrozumieniem, pożegnał miło i odszedł, zajrzeć za kolejne płoty na swej drodze do Canossy, która zapewne czekała na niego w domu.

Uporawszy się z niezaplanowanymi zadaniami, zacząłem sadzić czosnki, co pozwoliło mi podziwiać krokusy. Co roku dosadzam zwykle 50 cebulek, plus nieco żonkili i co się tam jeszcze pod rękę nawinie, dzięki czemu (i permakulturowej regule "Zaczynaj od rzeczy małych i powoli") z każdym rokiem wiosna wita mnie  "szlaczkami" kwiecia, z każdym rokiem rozciągającymi się dalej wzdłuż ścieżek. Wolę takie podejście niż jednorazowe posadzenie tysięcy i monotonię na następnych lat wiele.

W nowym ogródku stopy kwadratowej uzupełniłem wierzchnią warstwę o najlepszy posiadany kompost, bo jednak w świeżo założonych grządkach wszystko z czasem osiada. Pierwszy raz zaobserwowałem takie zjawisko, że podłoże osiadając unosi górną nadstawkę, przez co traci ona poziom. Pozostaje się z tym pogodzić i zadbać, aby podłoże było w miarę poziome. Myślę, że wraz z upływem czasu (po sezonie) wszystko się ułoży, i wtedy przyjdzie czas na korekty. Na razie należy przygotować wszystko do tegorocznych nasadzeń i postarać się, aby pierwszy sezon, ten najtrudniejszy, był udany. Potem już będzie z górki, jak sądzę.

Moja lista rzeczy do zrobienia w Ostoi od jakiegoś czasu stale się wydłuża, wybory stają się zatem coraz trudniejsze. Dobrą wskazówką są zawsze i niezmiennie zasady projektowania permakulturowego, w tym ta, która mówi, że jeśli nie wiesz od czego zacząć, zacznij od wody. Resztki pozostałego mi po walce z płotem, lipą i grządkami czasu poświęcam na wykorzystanie zeszłorocznego systemu nawodnienia do zmienionego w tym roku układu grządek. Okazuje się, że w części słomianokostkowego ogródka aż 75% zeszłorocznej instalacji pasuje jak ulał.  Dodam jeszcze jeden rządek taśmy kroplującej i ta część Ostoi będzie gotowa, aby czekać na maj.

"Rzutem na taśmę" zaglądam do przechowywanych w piwnicy ziemniaków Sarpo Mira. Okazuje się, że kiełkują na potęgę, pomimo że w piwnicy zimno jak w przysłowiowej psiarni (nota bene, co za głupie porównanie?!). Postanawiam więc zaryzykować, pomimo prognoz zapowiadających nocne mrozy na koniec marca), umieszczam po dwa ziemniaczki w wieżach ziemniaczanych, oraz kilka w ogrodzie upraw głównych, w Strefie 2, poza podwórkiem (tak zwany Zapłotek). Sukcesywnie, przy każdej wizycie w Ostoi, będę w różnych miejscach teraz sadził po kilka tych ziemniaków, eksperymentując i obserwując. Jak stali czytelnicy pamiętają, z sześciu otrzymanych sztuk w pierwszym roku udało mi się uzyskać niemal 60, a celem na ten rok jest pomnożyć tych 60 sztuk do sześciuset i osiągnąć ziemniaczaną samowystarczalność. Cel bardzo ambitny, wziąwszy pod uwagę, że wychodzimy ze strefy komfortu na podwórku, ale jak to mówią, kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, i nie je oczywiście własnych kartofelków.
Żywot permakulturowego ogrodnika w moim wykonaniu jako żywo przypomina rosyjską ruletkę, w której na szczęście amunicją są nasiona, bulwy, sadzonki i kłącza. Strach przed porażką jest zawsze paraliżujący, ale lepsze są trudne wybory niż bezczynność. Jak uczy nas statystyka, im więcej wiemy, tym mniej się mylimy, a nigdzie tak szybko nie nabiera się wiedzy i doświadczenia, jak we własnym ogrodzie, testując najbardziej szalone hipotezy. Choć ogrodnicze klęski nasze wiążą się z reguły ze śmiercią części naszych podopiecznych, czyli sadzonych roślin, pamiętajmy o tym, że trudne wybory jakich dokonujemy są niezwykle tożsame z procesami ewolucji, jakimi posługuje się natura. Tylko w taki sposób, balansując na granicy życia i śmierci, ryzyka i rozsądku, wykorzystujemy permakulturowy efekt krawędzi i możemy tworzyć ekosystemy zbliżone w swoim funkcjonowaniu do tych, jakie tworzy natura - bioróżnorodne, stabilne i darzące obfitymi plonami.

czwartek, 28 lutego 2019

Dwanaście metrów kwadratowych

Ostatnie dwa dni lutego udało mi się spędzić w Ostoi, bardzo pracowicie. Kontynuując likwidację starych upraw w kostkach słomy, uprzątnąłem ogródek dyniowy. Położony w jeszcze większym cieniu, zaskoczył mnie pozytywnie przepiękną warstwą żyznej gleby pod kostkami i aktywnymi dżdżownicami. Zdecydowanie szybciej zaszły tu procesy glebotwórcze niż w ogródku poprzednio opisywanym, otrzymującym więcej słońca. O ile tamten ogródek zdecydowałem się jeszcze przez dwa lub trzy sezony prowadzić na kostkach, o tyle tutaj pora na zmiany. Najpierw jednak pieczołowicie odkładam na bok zużyte kostki, jak zwykle w Ostoi, posłużą za ściółkę na innych grządkach i jako źródło "węgla" w kompostowaniu.

Na miejscu słomianych kostek postanowiłem zainstalować grządki wyniesione z obrzeżami z nadstawek na europalety. W odróżnieniu jednak od poprzednich grządek tego typu, te będą miały podwójną wysokość. Zamiast jednej nadstawki na grządkę, użyję dwóch. Tak czy inaczej, pracę trzeba było zacząć od rozplanowania grządek. Teren podwórka delikatnie opada w kierunku północnym, a co za tym idzie, tak też spływa woda deszczowa. Ustawiłem grządki długim bokiem w poprzek spływu wody, co umożliwi lepsze wsiąkanie wody w grunt i zapobiegnie erozji.

Najwięcej czasu zajmuje poziomowanie grządek, chcę, aby każdy rząd idący ze wschodu na zachód był poziomy, ale również aby wierzch grządek trzymał poziom. Aby to osiągnąć, muszę podkopać podłoże pod każdą z nadstawek i pracowicie sprawdzać poziomicą jaki to efekt daje. Przy odrobinie wprawy idzie to dość szybko, ale wymaga cierpliwości, a z tą u mnie różnie. Wiem jednak, że każda minuta spędzona na poziomowaniu zwróci się oszczędnościami czasu i wody przy przyszłym podlewaniu grządek. Jak to mówią "strzelać się z tego nie będzie", jednakże nie dopuszczam do różnic poziomów większych niż centymetr. W kopnym piasku Ostoi i tak jest ryzyko, że obrzeża grządek przesuną się nieco, podczas nierównomiernego osiadania.

Po dwóch dosyć pracowitych dniach w Ostoi, gdy z wolna zapada zmierzch, spoglądam na dwanaście metrów kwadratowych żyznych, głębokich, wygodnych w obsłudze grządek. Obecnie wypełnione są one na zasadzie "lasagna" - warstwami materii organicznej - liści, odpadów kuchennych, słomy, siana, kompostu bokashi, kompostu z kompostownika. Będą się "układać" przez kilka tygodni, po czym otrzymają dwie ostatnie warstwy - przesianego kompostu i ściółki. Planuję zacząć obsadzać te grządki dopiero po 1 maja, także będą miały czas nieco "wewnętrznie się przetrawić, choć nie jest to niezbędne. Mam nadzieję, że będą to jedne z lepiej plonujących grządek w Ostoi, ale oczywiście jak zwykle, życie te nadzieje zweryfikuje.

Na grządkach tego samego typu, ale pojedynczych, założonych w zeszłym roku, zaczynają wychodzić czosnki. Przetrwały nocne mrozy do minus siedmiu z lekkimi tylko uszkodzeniami. Na innych zaczyna się plenić gwiazdnica, smaczna zielenina wczesnowiosenna, samoczynnie rosnąca. O ile pamiętacie opisywane w zeszłym roku grządki obsiane koniczyną i żytem ozimym, to te koniczynowe są przepięknie zarośnięte, podczas gdy te z żytem ozimym wyglądają w przybliżeniu tak, jak jesienią. Jak to mówią, nic to, jeszcze to żyto może ruszy...

W leśnym ogrodzie wychylił się pierwszy krokus, pokazując siłę mikroklimatów. W glebie Ostoi są setki cebulek, niektóre od lat, niektóre ostatniej jesieni sadzone. Przeważnie te starsze pokazują się jako pierwsze, ale tutaj wystawił się do słonka egzemplarz posadzony jesienią. Jest w miejscu, gdzie pada więcej słońca i ziemia rozmarza najszybciej. To dobra wskazówka, aby miejsce to w upalne lato częściej lub mocniej podlewać, o ile zajdzie taka konieczność. Bo krokus nie jest oczywiście "sobie a muzom", jest częścią gildii drzew owocowych w leśnym ogrodzie. I podczas gdy niemal cała gildia jeszcze śpi, to krokus już cieszy oko i czeka na pierwsze trzmiele i pszczoły.

Jeszcze "rzutem na taśmę"postanawiam zajrzeć do donic podsiąkowych. Wiem, że one odmarzają najszybciej i że dla nich zasadniczo nadchodzi czas pierwszych siewów. Już w pierwszej czeka mnie niespodzianka - plon marchewek we wcale dobrej kondycji. Miałem je zebrać w ... październiku, ale cóż, nie dałem rady. Zbieram więc marchewki teraz, oczyszczam lekko wierzchnią warstwę gleby i bez jakiegokolwiek uzupełniania kompostem, już niemal po ciemku, wysiewam kilkadziesiąt nasion rzodkiewki. Uda się, albo nie w zależności od pogody. Nic mnie to nie kosztuje, poza dwoma minutami pracy, warto więc zaryzykować.

Podsumowując dwa ostatnie dni mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że przepracowałem je solidnie. Dwanaście metrów kwadratowych nowych grządek wydaje się niezbyt oszałamiającą powierzchnią, jeśli się jednak weźmie pod uwagę, że mieszczą one prawie 4 metry sześcienne materiału, to troszkę jest przy ich zakładaniu roboty. Odpocząłem psychicznie i od internetów, posłuchałem żurawi i kruków, skomasowałem ze dwa tygodnie wizyt na siłowni w nieco mniej niż dwie doby, no i znalazłem figlarną marchewkę, a to nie byle co!

piątek, 15 lutego 2019

Za kwadrans wiosna

Nie, nie, na zdjęciu obok to nie Ostoja w lutym 2019, to przełom lipca i sierpnia 2018 i tak zwane "Kostki Północne", czyli jedna z trzech upraw w kostkach słomy na podwórku Ostoi. Dwa rzędy kostek stały tu dwa lata, trzeci rząd rok, dostarczając pięknych plonów, dwuletnie rozpadły się jednak na tyle, że pora je wymienić. Przekonałem się, że o ile kostki wytrzymują trzy sezony w uprawie pomidorów, o tyle przy uprawie dyniowatych dwa sezony to szczyt ich możliwości. Zwykle wymianę taką przeprowadzałbym w pierwszej dekadzie marca, w tym roku jednak kostki w połowie lutego nie były już skute lodem, zabrałem się więc niezwłocznie do roboty, bo dzień jednak jeszcze krótki.

Kostka po kostce, usuwam sznurki, i "spulchniam" słomę widłami. Nic się tu nie marnuje, cała słoma trafia jako ściółka na pobliskie grządki wyniesione i wał permakulturowy. Praca idzie bardzo szybko, gdy elementy rozmieszczone są strategicznie, czyli blisko siebie. Machając widłami w lutowe południe oddaję się refleksji nad mocami natury, ewidentnie ujawniającymi się pod kostkami słomy, jak również nad tym, że praktycznie wszystko, czego nauczyli mnie moi nauczyciele permakultury, sprawdza się w praktyce na mazowieckich piachach, równie dobrze jak w dalekiej Australii.

"Dajcie mi gołą skałę pośrodku oceanu, a założę na niej ogród" - miał mawiać Bill Mollison, twórca permakultury. Zapewne zaraz po zapewnieniu sobie zbiórki wody deszczowej, zacząłby tą skałę ściółkować, pewnie morskimi glonami. Wróćmy jednak na ziemię, dosłownie. Moc ściółki jest wielka - pozwala organizmom glebowym przekształcać ugór w żyzną glebę. Po lewej moja "gleba" rodzima, czyli niemal czysty piasek. Postawiłem na nim kostki słomy, w których uprawiałem warzywa. Część kostek stała rok, część dwa lata. Efekt widać gołym okiem - pod kostkami zaczęła powstawać ciemna, żyzna, bogata w materię organiczną gleba. Nie jest to proces szybki, ale niewątpliwie widoczny. Pokazuje nam, że bez zwożenia ziemi, kompostu, obornika, torfu czy innych materiałów, można założyć ogród nawet na najmniej urodzajnym ugorze, byle się dogadać z naturą.

Maluczko, a wszystkie stare kostki zostały rozebrane na czynniki pierwsze i trafiły na grządki. Jak zwykle w Ostoi, która eksperymentowaniem stoi (tak, wiem, czerstwy rym), jedne grządki są ściółkowane grubo, inne ledwo-ledwo. Są grządki ściółkowane, zrębkami, sianem, słomą, są też mieszane. Konkluzja jest jedna - każda ściółka działa, zatrzymuje wodę, chroni glebę, żywi mikroorganizmy. Lepsza ściółka byle jaka niż jej brak. W zdecydowanej większości przypadków, oczywiście. Bo jeśli nie radzisz sobie ze ślimakami, to ściółkowanie może tą bezradność znacząco wzmóc. Ale, kończmy dygresje i do rzeczy ...

Tam, gdzie stały stare kostki, za chwilę postawię nowe. Aby mikroflora glebowa nie miała mi za złe urządzonej jej demolki (ostatecznie ich poprzedni dach leży rozrzucony po innych grządkach), zasilam glebę kompostem bokashi, pieczołowicie gromadzonym w kuchennym wiaderku. Ilość odpadków jest symboliczna, ale jakość znacząca. Bokashi zawiera bardzo wiele łatwo przyswajalnych składników odżywczych, powstałych w wyniku beztlenowego rozkładu i fermentacji. Glebę posypuję również popiołem, nie na znak pokuty, a przeciwnie, w nadziei na grzeszne (czyli nieprzyzwoicie obfite) plony.

Na tak przygotowany grunt trafiają trzy rzędy nowych kostek (postanowiłem też wymienić te, które miały rok). Na razie kostki przycisnąłem tylko kilkoma kostkami zapasowymi, po to aby te na spodzie ładnie osiadły i nawiązały łączność z gruntem, co umożliwi ich szybszą kolonizację przez mikroorganizmy glebowe. Do kostek tych wrócę dopiero w połowie kwietnia, aby zacząć przygotowywać je pod ... no właśnie, jeszcze nie wiem. Może nie będą to tym razem dynie, może ogórki? Muszę to przemyśleć, zaplanować, zaprojektować, czasu jest dosyć. Kostki Północne narażone są najbardziej na wiatr i mało słońca mają, tak więc na pewno nie posadzę na nich pomidorów. 

Z kronikarskiego obowiązku śpieszę donieść, że zaczynają z ziemi wychodzić czosnki, zdecydowanie w mojej opinii za wcześnie. Jeszcze będzie mróz w tym roku, zobaczymy jak to zniosą. Klucz ponad trzydziestu gęsi przeleciał nad podwórkiem, nie zdążyłem jednak ich uwiecznić. Żurawie drą dzioby nieustannie, a w leśnym ogrodzie zaczynają się pokazywać miniaturowe, pierwsze tegoroczne pokrzywy. Będzie z nich jak co roku bomba witaminowa w postaci zaparzonej herbatki. Kruki noszą gałęzie na gniazda, w oczku wodnym brak lodu, czyżby jednak wiosna pukała do drzwi?

niedziela, 27 stycznia 2019

Styczeń, styczeń i po styczniu

Obserwując Ostoję na przestrzeni lat, z przykrością muszę stwierdzić, że styczeń jest coraz mniej zimowy. Śniegu jak na lekarstwo, praktycznie w tym roku nie zdarzyło się, aby śnieg przykrył wszystko na podwórku. Z rozrzewnieniem wspominam zimę 2013, kiedy to nawet krzewów owocowych nie było widać spod grubej warstwy puchu. Każdy rodzaj zimy wolę od mroźnej i bezśnieżnej, po takiej zimie straty w ogrodzie są największe, gdyż gleba bez śnieżnej kołderki zdecydowanie głębiej przemarza. No ale cóż zrobić - sorry, taki mamy klimat, coraz cieplejszy.

Łąki w dolinie Rawki też straszą zeschłą trawą i badylami, jedynie zamarznięte starorzecza odcinają się bielą od szarego nieba. Na dziewiczym śniegu widać świetnie tropy, ze smutkiem jednak stwierdzam, że głównie psów. Stara zajęczyca kryje się w moim młodniku, zerka na mnie ciekawie i dopiero po dłuższej chwili niespiesznie się oddala. Brak tropów dzików, a w grudniu było ich mnóstwo. Czyżby efekt weekendowych masakr? Chcę wierzyć, że to tylko chwilowe, że pogoda skłoniła zwierzynę do ukrycia się w głębi lasu, że gdy pogoda się zmieni, powróci na łąki.

Znajduję ślad bobra, który wyrył w śniegu korytarz od rzeki do jeziorka. Sprytnie wykopał też tunel w ziemi, pozwalający mu wsunąć się pod taflę lodu. Do tej pory bobry utrzymywały raczej niezamarznięte otwory w tafli, ten budowniczy jednak wybrał ciekawsze rozwiązanie. Spore grupki sikorek buszują po krzakach, z wigorem atakują też karmniki w Ostoi, szczególnie te napełnione nasionami czarnego słonecznika. Dzięcioł założył "kuźnię" na lipie, rośnie pod nią stos znoszonych przez niego szyszek. Gdy za bardzo nie pada, zajmuję się przycinaniem drzew i budową bardzo prowizorycznego ogrodzenia, które ma zasadniczo jedynie poinformować grzybiarzy, że nie są u siebie, musi natomiast pozwalać poruszać się swobodnie zwierzynie.

Spacerując, rozglądam się za wiszącymi jeszcze na drzewach, krzewach i innych roślinach nasionami. Tym sposobem zebrałem między innymi spora ilość nasion wiesiołka i wierzbówki kiprzycy. Pierwszy raz w tym roku zwróciłem uwagę na surmię, czyli katalpę, drzewo bardzo ładne i cenne. Przyniosłem garść jego strąków, pozwoliłem im przeschnąć, a następnie wyłuskałem całą masę nasion. Podobno wymagają chłodnej stratyfikacji, poleżą więc w zimnej piwnicy do marca, a potem spróbuję wyhodować z nich sadzonki surmii. Mam w Ostoi tylko jedną, jak na razie nie chce rosnąć, ale jak niemal prawie wszystko tutaj - pierwszych kilka lat słabuje, a dopiero później daje czadu.


W ogrodzie, gdy przez kilka dni dodatnie temperatury w dzień topi śnieg, a w nocy przychodzi mróz, pokazują się udekorowane kryształkami lodu jarmuże. To resztki zeszłorocznej uprawy, których nie zebrałem, lub które wykiełkowały tuż przed zimą z samosiewu. Zobaczymy, czy przetrwają do wiosny i co będą warte. odnotowuję aktywność kreta, co ciekawe, na ubitym piaszczystym podwórku, a nie w grządkach., Czyżby odstraszyła go duża ilość zimującego pod ściółką czosnku?

W mieście natomiast, styczeń upływa pod znakiem eksperymentów z produkcją rozsady ostrych papryczek. Mało o tym do tej pory pisałem, bo jest to raczej działanie "nieostojowe", ale doszedłem do wniosku, że doświadczenia z papryczkami bardzo łatwo przełożyć na uprawę innych roślin, szczególnie pomidorów. Rewelacyjne rezultaty kiełkowania, wielokrotnie szybszego niż opisują ogrodnicze podręczniki, uzyskałem kiełkując nasiona na bibule, w temperaturze podwyższonej przy użyciu maty grzewczej. Gd tylko nasiona pokazały korzonki, przesadziłem je do miniaturowych koszyczków. Uprawa taka jest mało permakulturowa, pochłania bowiem sporo energii, traktuję ją jako swoistą ekstrawagancję i oddech od ciągłego myślenia o audycie energii i śladzie węglowym. Jedynym usprawiedliwieniem może być niezrównany smak ostrych papryczek, potraw i przetworów z nich sporządzanych, a szczególnie sosów. Praktycznie jeden metr kwadratowy uprawy w pojemnikach zapewnia dość "ostrości" dla mnie, rodziny i przyjaciół na rok, nie jest to więc aż tak wielki wyłom w praktykowaniu permakulturowości.

wtorek, 11 grudnia 2018

Podsumowanie 2018

To był dla mnie rok koszmarnie zły, pełen bardzo trudnych okresów, co zaowocowało dużo rzadszą niż zwykle obecnością w Ostoi oraz dużo mniejszą niż planowana ilością wykonanych prac. Jak było źle, niech świadczy o tym stan mojej listy projektów, gdzie przy 25 zaplanowanych, słowo "zrobione" pojawiło się tylko dwukrotnie (w latach "normalnych" proporcje zazwyczaj bywały odwrotne).  Pomimo to, Ostoja zdaje się samoczynnie rozwijać, przysparzając mi radości i satysfakcji. Jak zawsze w permakulturze, raz zainicjowane działania przyroda kontynuuje na własny rachunek, a jeśli podąża w dogodnym dla nas kierunku, wystarczy jej nie przeszkadzać.

Mijający rok obfitował w niewiele porażek czynnych (czyli takich, gdzie coś zrobiłem, ale nie wyszło), był za to przebogaty w porażki bierne (czyli wynikające z niezrobienia czegoś). W tym roku chyba najsłabiej zagospodarowałem plony, oceniam że około połowa warzyw i owoców zmarnowała się na grządkach. Nie wykorzystałem potencjału wszystkich grządek, a szczególnie tzw. Zapłotka, czyli nowego ogródka poza terenem podwórka. Nie byłem w stanie zagospodarować drewna ściętego przez bobry oraz zużyć poprawnie wody deszczowej gromadzonej w zbiornikach. Część grządek pozostała nieobsadzona po wczesnoletnich zbiorach, na szczęście niemal wszystko udało się przed zimą wyściółkować.

Największą początkowo radością, która jednakże okazała się w końcu swoistą porażką były samosiejki pomidora. Cieszyłem się nimi niezwykle gdy się pojawiły, gdy pięknie rosły i gdy kwitły, ale gdy zaowocowały, zawiodłem się srodze. Okazało się, że musi to być kolejne pokolenie heterozyjnej odmiany Sungold F1, ich owoce nie odziedziczyły cech "rodziców" i były po prostu niesmaczne. Temat "wieloletnich" pomidorów z samosiewu pozostaje więc nadal otwarty, nie będę się poddawał i nadal będę skrzętnie polował na wyrastające samosiejki. Mam nadzieję, że nadejdzie dzień, gdy znajdę właściwą - samodzielnie się rozsiewającą, dobrze plonującą i o smacznych owocach odmianę.

Pomimo wszelkich niedogodności, udało się jak co roku posadzić nieco nowych drzew i krzewów, a moment gdy nie będzie już w obrębie podwórka miejsca na kolejne jest tuż tuż. Doskonale powiodła się próba hodowli sałat w upalne miesiące, z wykorzystaniem wystawy północnej i ocienionych mikroklimatów, podobnie jak uprawa pomidora pnącego się po linkach aż do dachu domu, przy nagrzanej przez cały dzień zachodniej ścianie. Te dwa eksperymenty wejdą już na stałe do kanonu technik uprawowych stosowanych w Ostoi.

Wielokrotnie doskonalony i powtarzany w tym roku algorytm zakładania grządek typu SFG (Stopy Kwadratowej) sprawdził się również doskonale, a dzięki nabraniu wprawy czas zakładania takiej grządki skrócił się do około pół godziny. Wiedza o tym, ile, czego i kiedy dokładnie potrzeba, wcześniejsze zgromadzenie materiałów oraz dobra logistyka (a nie latanie w tą i z powrotem po narzędzia, podłoża, ściółkę, wodę) sprawiają, że zakładanie takich grządek jest teraz niezwykle efektywne czasowo. Liczba takich grządek w Strefie 1 przy domu będzie sukcesywnie rosnąć.

Świetnie w tym roku sprawdziły się siewy motylkowych i żyta na nawóz zielony, rozpocząłem także eksperyment którego wyniki poznamy dopiero w przyszłym roku - w zielony nawóz posadzony tej jesieni będę sadził przyszłoroczne rozsady. Co z tego wyniknie - zobaczymy.

W ogrodzie leśnym praktycznie bez mojego udziału wystąpił tak gwałtowny wzrost i obfite owocowanie malin, że obok jagód kamczackich urosły one do rangi lidera Ostojowego owocowania. Jeżeli ten trend się utrzyma, w sezonie 2019 powinienem mieć setki darmowych sadzonek, które o ile tylko czas pozwoli wykorzystam do tworzenia jadalnego żywopłotu na obrzeżach działki.

Po raz kolejny okazało się, że ogrodnictwo w sąsiedztwie lasu to niestety ciągła walka z okolicznymi drzewami, które potrafią w rok zapuścić korzenie w każde zasobne w wodę lub składniki odżywcze miejsce. Ponieważ nie mam serca ich ścinać, to musiałem raz jeszcze przerobić kompostownik. Ustawienie go na europalecie i podstawienie pod niego tac, na które ściekają "soki" z kompostu okazało się strzałem w dziesiątkę. Mam nadzieję, że tym razem korzenie do kompostownika nie wejdą, a jednocześnie mam w bonusie stałe źródło "herbatki kompostowej" bez jej nastawiania.

Niewątpliwym sukcesem był eksperyment z uprawą w pionie wszystkich praktycznie roślin sadzonych na kostkach słomy. Pomidory, dynie i ogórki to żadna sensacja, ale cukinie i kabaczki pierwszy raz w takiej formie uprawiałem. Niektóre odmiany nadają się do tego celu lepiej, inne gorzej, wszystkie jednak zaowocowały i dały mniejszy lub większy plon, rosnąc w zagęszczeniu dużo większym niż zalecane.

Cieszę się, że udało mi się zrealizować opisany wcześniej eksperyment z uprawą ziemniaków odmiany Sarpo Mira oraz że spiżarnia pomimo wszystko zapełniła się własnymi przetworami.

Z kronikarskiego obowiązku wspomnę też o uprawach na warszawskim tarasie, które w tym roku udały się jak nigdy, obdarzając mnogością ziół, pomidorów i papryk, a nawet tak "egzotycznym" tarasowym plonem jak kształtne główki kapusty.  W tej dziedzinie zamierzam Was w przyszłym roku zaskoczyć, ale na razie o tym cicho sza ;)

Wszystkim, którzy w mijającym roku odwiedzali ten blog serdecznie dziękuję. Życzę Wam wszystkim i Waszym bliskim Wesołych Świąt i wszelkiej pomyślności w Nowym Roku!

poniedziałek, 26 listopada 2018

Yacon i fasola

Odrobina słońca Peru zajrzała do Ostoi, a to za sprawą Yacona, zwanego również jakonem. Ta andyjska roślina wytwarza chrupiące, słodkawe bulwy, dość rzadko jeszcze w Polsce dostępne. O próbach uprawy yacona pisałem już tu wielokrotnie, przypomnę więc tylko, że wymaga on żyznych, głęboko uprawionych i wilgotnych gleb, czyli przeciwieństwa tego, co w Ostoi. Z uporem maniaka jednak wykopuję kłącza po pierwszych przymrozkach, aby przechować je do następnej wiosny w piwnicy, oraz zbieram tych kilka bulw z każdej rośliny, aby posmakować oryginalnej tekstury i słodyczy yacona. Zasadniczo, kosztuje mnie to 10 minut pracy wiosną (sadzenie) i 5 minut pracy jesienią (wykopki), sądzę więc, że warto. Yacon jest blisko spokrewniony zarówno ze słonecznikiem, jak i topinamburem, podobnie jak ten ostatni gromadzi w swych bulwach inulinę, ale w ilościach nie powodujących tak drastycznych skutków jakie potrafi wywołać topinambur. Yacon w tym roku spożywamy w surówkach, głównie w "szokującym" połączeniu z własnymi suszonymi pomidorami w oliwie oraz piekielnie ostrymi papryczkami.

O ile yacon to ekstrawagancja, o tyle fasolą Ostoja stoi. Jak by nie było, to motylkowe od zarania Ostoi pomagają budować jej glebę, jednocześnie pozwalając nam podjeść zdrowo. Gdy na dworze wcześnie zapada zmrok, nadchodzi czas łuskania. Rosną góry suchych łuskwin, ziaren też przybywa. Łuskam "jak leci", nie bacząc na kolor, wielkość, odmianę. Nasiona na przyszłoroczny siew są już dawno odłożone. Teraz suchymi nasionami napełniam po brzegi pojemniki, fasolki będziemy użytkować kulinarnie aż do następnych zbiorów, lub jak to się mówi, do wyczerpania.

Pomimo iż nadal sadzę wiele odmian, to trzy zaczynają w plonach suchych nasion dominować. Tradycyjna polska fasola z orzełkiem, równie tradycyjna irlandzka czarna fasola, oraz biała drobna fasola tyczna wydają się najlepiej przystosowane do lokalnych warunków i dają największe plony. W nadziei wyhodowania lokalnej odmiany nie rezygnuję jednak z genetycznego misz-maszu i jeśli trafiają się nasiona nietypowe, odmienne od wszystkich, to zachowuję je do siewu. Oczywiście, jak to w permakulturowym siedlisku, nawet łuskwiny się nie marnują - dawniej stanowiły one cenny dodatek paszowy dla przeżuwaczy, ja z braku takowych umieszczam je w spodnich warstwach ściółki, aby tam żywiły bakterie glebowe. Trafiają też na ścieżki między grządkami, pod warstwę zrębek. Ścieżki to bardzo niedoceniane miejsca, gdzie przecież korzenie roślin mogą sięgać z grządek i korzystać z wody oraz substancji odżywczych. Mam nadzieję, że rośliny odwdzięczą się za to lepszymi plonami w przyszłym sezonie.

sobota, 17 listopada 2018

Fotorelacja listopadowa

Aby tradycji stało się zadość, Ostoja i w listopadzie musi mieć swój choćby jeden wpis na blogu, choćby w formie krótkiej fotorelacji. Bez zwlekania więc - zaczynamy.

W pierwszej dekadzie listopada grządki Ostoi zielenią się głównie tam, gdzie posiałem nawóz zielony. Stara grządka całkowicie porośnięta koniczyną będzie tak trwać do wiosennego siewu.



Gdzieniegdzie wśród koniczyn kiełkują sałaty - samosiejki.









 Na tradycyjnych grządkach permakulturowych, pozostawionych samym sobie miesiąc temu, nadal rosną mizuny, mibuny i inne dalekowschodnie zieloności.
Pac-choi rośnie dziwnie, rozpłaszcza się po grządce, zapewne po to, aby łapać więcej ostatnich promieni Słońca.








Jarmuże i buraczki nadal w akcji, wyglądają dość malowniczo.









Podobnie opisywana wcześniej grządka stopy kwadratowej - cały czas plonuje. Ciekaw jestem, jak jarmuż zachowa się w zimie.








 Na nowych grządkach zielony nawóz dopiero niedawno zaczął wschodzić. Podoba mi się jak robi to żyto ozime, nie stroi fochów, tylko sobie ładnie rośnie.







A ponieważ Ostoja eksperymentami stoi, to na sąsiedniej nowej grządce wschodzi koniczyna biała. Czy to był zbytni optymizm siać ją tak późno? Przekonamy się wiosną.







Aby wyczerpująco temat zgłębić, nie mogło zabraknąć grządki obsianej mieszanką żyta z koniczyną, no i oczywiście grządki niczym nie obsianej. Wklejanie jej zdjęcia sobie daruję.








Ostatni pomidor koktailowy w dwudziestolitrowym pojemniku osiągnął pięć metrów wysokości, nadal kwitnie, a ponad setka owoców już na pewno nie zdąży dojrzeć.








Cały czas jednak coś z tego krzaka da się uszczknąć, jego żywot zakończy pierwszy nocny mróz.










Skoro jesteśmy przy pomidorach - krąg z siatki zbrojeniowej usytuowany poza podwórkiem napełniłem częściowo rok temu odpadkami, głównie opadłymi liśćmi, ale i resztkami z ogrodu i kuchni. Nie odwiedzałem go przez rok. Teraz, gdy chciałem dorzucić tegorocznych liści, zobaczyłem na siatce pomidory. Nasionko z odpadków musiało samo wykiełkować, krzak urosnąć, zakwitnąć, zaowocować i obumrzeć. A wszystko to, bez udziału ogrodnika. Pomidory okazały się jak najbardziej jadalne.


Na wydeptanych przez sezon, a nieużywanych od miesiąca ścieżkach w najstarszej części ogrodu odbija koniczyna.










Tak zwany Zapłotek, ogród "zewnętrzny" na piaszczystym ugorze, otrzymał na zimę kołderkę z liści. Poleżą tu do wczesnej wiosny. Pod grubą warstwą ściółki kryją się topinambury i ziemniaki - bo kto by tam sadził wiosną, skoro można w dniu zbiorów.

Jak na miejsce, któremu poświęciłem około ośmiu godzin w listopadzie, Ostoja trzyma się nieźle. Mam nadzieję, że może grudzień będzie łaskawszy, pozwoli spędzić więcej czasu na miejscu i podgonić robotę.