poniedziałek, 21 września 2026

Nadchodzi jesień

Jesień nadchodzi nieubłaganie, piszę to na dwa dni przed jej kalendarzowym nadejściem. Powoli widać towarzyszące temu przemijanie, w którym w tym roku prym wiodą pomidory. Zdecydowana ich większość została niedawno w kolejnym rzucie zebrana, a na krzakach zostało już niewiele takich, które dobrze rokują. Część roślin nadal kwitnie, ale już nie będzie z tego plonu. Robi się chłodniej i teraz dopiero, trochę mokro, co niewątpliwie przełoży się na choroby grzybowe, z którymi nie ma już chyba sensu o tej porze roku wojować. Wyjedliśmy się pomidorów, jak to się mówi, za wszystkie czasy, dla mnie bardziej na przyszłe czasy, albowiem wraz z ostatnim zjedzonym własnym pomidorem kończy się dla mnie czas ich jedzenia. Nie jem innych pomidorów niż swoje. Oczywiście, są te w słoikach, jest własnej roboty passata i zupa pomidorowa, ale przecież to nie to samo, co świeży, prosto z krzaka owoc.

Teraz mogłoby się wydawać, że z pomidorami "pozamiatane", ale nic bardziej mylnego. Piętrzą się one wszędzie w domu - i te dojrzałe, i te, które jeszcze muszą dojrzeć. Rozpoczął się kolejny etap - selekcja i pobieranie nasion z najładniejszych, najbardziej plennych, najzdrowszych, najsmaczniejszych. Ileż pomidorów przy tym trzeba spróbować, ile potem zjeść! Nic dziwnego, że gdy zniknie ostatni, nie tęsknię za pomidorami do następnego sezonu. Rośnie za to liczna maleńkich torebeczek, a w każdej zapowiedź przyszłych roślin i plonów. Własne nasiona, ich zbiór a następnie wybór do siewu sprawiają, że całe to ogrodnictwo jest jeszcze bardziej pasjonujące. 

Widomym znakiem jesieni jest zakończenie uprawy ziemniaków w pojemnikach. Plony były dobre, ale ostatnia donica z rosnącymi w niej purpurowymi ziemniakami całkowicie mnie zaskoczyła. Wiedziałem, że można spodziewać się dobrego plonu, ale nie że aż takiego. To jest gigantyczna ilość ziemniaków jak na taką małą donicę. Nie ważyłem ich jeszcze, ale myślę, że jest tu ponad dwa kilo. Może więcej. Ta donica to efekt posadzenia dwóch sadzeniaków. Sadzeniaki te pochodzą od rośliny wyhodowanej z nasion. Czyli - w zeszłym roku wysiałem nasiona ziemniaka, zrobiłem rozsadę, posadziłem i krzak ten dał plon, który zachowałem. W tym roku posadziłem dwa z tych ziemniaków w donicy i oto efekt.
Krzaki w tej donicy nie zawiązały ani jednego owocu, w związku z tym nie dały nasion. Zachowam więc kilka sadzeniaków i posadzę w gruncie w przyszłym sezonie, zobaczymy czy uda się po raz kolejny uzyskać nasiona.

Natychmiast po "wykopkach" wsypałem podłoże po ziemniakach z powrotem do donic i posadziłem w nim przygotowane wcześniej sadzonki. U mnie każda nisza, jaka się zwalnia na grządce jest natychmiast zapełniana roślinami, które mają szansę dać plon lub chociaż stać się zielonym nawozem. W tym celu od bardzo wczesnej wiosny do późnej jesieni zawsze mam pod ręką nieco sadzonek, by każde miejsce, które się zwalnia, szybko obsadzić. Sadzonka skraca czas do uzyskania plonu, średnio o cztery tygodnie, co nie jest bez znaczenia gdy dni stają się coraz krótsze, a noce coraz chłodniejsze.
Takie postępowanie wpisuje się w główne przesłanie permakultury, którym jest zaspakajanie ludzkich potrzeb z jak najmniejszej powierzchni upraw. "Minimum Nakładów, Maksimum Efektów" - ta zasada jest jedną z kluczowych. Nie sztuką jest bowiem wyżywić się z "hektarów", sztuką jest uzyskiwać relatywnie duże plony nawet z najmniejszych upraw.

Dlatego, gdy zwalniają się nisze nawet w donicach, natychmiast są obsadzane. Gdy kończy żywot mikropomidor w dwulitrowej doniczce, zastępuje go sadzonka szpinaku - jest szansa, że da nieco świeżych listków do zimy, a może i wczesną wiosną. A gdy zwalniają się trzydziestolitrowe donice po ziemniakach, to obsadzam je gęsto sadzonkami, by zbierać z nich tak zwane "baby leaves", czyli małe listki, już za 2-3 tygodnie. Kilka odmian szpinaku, dwie odmiany cykorii liściowej, no i mieszanka włoska, czyli misticanza to tylko niektóre możliwe warzywa liściowe, jakie teraz jeszcze warto posadzić. Gdzie indziej posadzę jeszcze rozsadę szczypiorku sałatkowego, pac-choi i musztardowce.  

Obecność tych roślin to nie tylko potencjalny plon - to również obecność żywych korzeni w glebie, która przekłada się na ciągłą aktywność mikroorganizmów glebowych. To sprawia, że gleba jest "bardziej żywa", a przez to zdrowsza i bardziej żyzna. Nic tak nie cieszy permakulturowego ogrodnika jak sytuacja, gdy patrząc na swoje uprawy nie widzi gleby, a tylko nieprzerwaną okrywę roślin. Nawet, jeśli rosną w doniczkach. No i plon, nie ukrywam, też cieszy. Tam, gdzie po wczesnych ziemniakach posadziłem jakiś czas temu sałaty, liście już zbieramy. Wczoraj podaliśmy je gościom i komentarz "o, ta sałata ma fajny smak, ma w ogóle jakiś smak!" wynagrodził trudy z tym wszystkim związane.

W najdzikszej części siedliska odkryłem piękne stanowisko boczniaków, kolonizujących stare drzewo. Żyje ono, ale jego żywot chyli się ku końcowi - u podstawy rośnie krąg opieniek miodowych, a boczniaki piętrzą się po północnej stronie pnia na wysokości od niemal dwóch, do czterech metrów. Kolejne zbiory z drabiny się zapowiadają, bo z kolej przydomowe fasole, jak co roku sięgnęły dachu. Uciekły grabarzowi spod łopaty, po w trakcie tegorocznych upałów wyglądało na to, że nic z nich nie będzie. Już jednak zebrałem sporo, a jeszcze cała masa strąków dojrzewa sobie na roślinach. Identycznie ma się sprawa z moimi ulubionymi fasolami karłowymi, które odżywają właśnie dopiero we wrześniu i już widać, że będzie z nich ładny plon. Częściowo są już zresztą zbierane. Nie za dobrze wygląda natomiast kukurydza, no ale może zbiorę nieco więcej niż wysiałem.

Cukinie nadal przyprawiają o zawrót głowy, a przecież o mało nie spłonęły w żarze w początku lata. Wciąż kwitną, wciąż rosną, wciąż zawiązują owoce, ale wszystko mi mówi, że koniec jest bliski. Dlatego pozostawiam po jednym owocu na najlepszych krzakach i nie zbiorę ich tak długo, jak się da. Niech mają czas zawiązać przyzwoite nasiona, te z tegorocznych cukinii naprawdę powinny być wysokiej jakości. Dynie z kolei zachowują się dziwnie - na grządkach Stalowej Ósemki biją rekordy, pną się po podporach wręcz szaleńczo, owoce mają ogromne, natomiast te w gruncie wytworzyły owoce średniej wielkości i już zaczynają zamierać. Myślę, że po deszczu i chłodzie jakie właśnie panują, pod koniec tego tygodnia, trzeba będzie część dyń zebrać.

Za każdym razem, gdy otwieram teraz okiennicę, znajduję co najmniej jednego nietoperza. Uparły się tu mieszkać, choć kilka metrów dalej mają do dyspozycji powieszony dla nich domek. Ba, dwa domki do wyboru, po dwóch stronach domu. Przenoszenie ich do domku sprawia, że pobędą w nim do wieczora, ale po nocnych łowach znowu wracają za okiennice. W Sorku nad stawem mieszka koziołek sarny, a na podwórkowej lipie i klonie ganiają się wiewiórki. Dzięcioł zapamiętale obrabia szyszki, które umieszcza w swojej "kuźni", na czubku piorunochronu. Lis ryje w ziemniakach za nornicami, a w kompostowniku powstaje małe miasteczko padalców. Auta zaparkowane na skraju lasu i smutne, przygarbione postacie szwędające się po moim lesie ze wzrokiem wbitym w ziemię ewidentnie wskazują, że jesień tuż, tuż.

sobota, 29 sierpnia 2026

Co słychać?

 

Co słychać? Takie zdawkowe pytanie, które rzuca i spotkana osoba, i wirtualny Facebook, czasami skłania do refleksji. Najpierw jednak, by tradycji stało się zadość, opowiem nieco o uprawach w Ostoi, bo to zwykle czytelników najwięcej interesuje. 
Sezon nie jest łatwy, ale ma swoje "gwiazdy". Należą do nich niewątpliwie niektóre ziemniaki uprawiane z nasion, szczególnie te purpurowe, które "jakbym się nie starał", nie chorują. To kolejny już rok, w którym bez żadnych starań jestem w stanie wybrać do dalszej hodowli krzewy absolutnie zdrowe, pogoda jednak sprawiła, że być może w ogóle nie uzyskam z nich nasion i będę zmuszony skorzystać z tradycyjnych sadzeniaków. Ekstremalne upały i susza sprawiły, że ziemniaki straciły kwiaty i raczej już tego nie odrobią, choć być może będą jeszcze próbować.

Na nowych grządkach Stalowej Ósemki zgodnie z przewidywaniami wszystko rośnie wspaniale, ale jedna uprawa wprawiła mnie po prostu w osłupienie - rzodkiewka na strączki wyrosła kolosalna, rośliny mają po półtora metra i każda wydaje dosłownie setki strączków. Już szczerze mówiąc przejadły mi się one, już je kiszę i kombinuję, jak wykorzystać, a one dalej rosną i stale ich przybywa. Oczywiście, znaczną część pozostawię na nasiona i zrobię sobie mentalną notatkę - nigdy, ale to nigdy więcej nie sadzić tej rzodkiewki na grządkach podwyższonych. Zamiast tego, sprawdzić, czy da sobie radę w ogródku upraw głównych, wśród cukinii i kukurydzy.

Posadzony w "chińskich wazach" dziki ryż to kolejny sukces tego sezonu, pięknie wyrósł i zaczął kwitnąć, a teraz wydaje nasiona. Cel został osiągnięty - jestem w stanie pokazać, że roślina ta daje się uprawiać nawet w bardzo małych "akwenach". Część waz trafi na pewno na warszawski taras, gdzie będzie niezłą atrakcją. Przewiozę je jednak dopiero zimą, po ścięciu roślin. 
O ile jednak uprawa dzikiego ryżu w pojemnikach nie sprawia mi już żadnych problemów, o tyle wciąć nie chce on porządnie rosnąć w stawie, choć radzi sobie w przydomowym oczku wodnym. Podejrzewam, że to kwestia odczynu wody, bardzo bogatej w leśne garbniki. Jeśli znajdę na to czas, przyłożę się lepiej do ryżu w stawie w przyszłym sezonie, tym razem jednak nie siejąc nasion, a przesadzając sadzonki ryżu do stawu właśnie z chińskich waz. A do nich, jak poprzednio, wrzucę kilka nasion, i za rok będę miał kolejne sadzonki. Ryżowe perpetuum-mobile normalnie! :P 
 
Przepięknie udały się w tym roku ziemniaki w donicach szkółkarskich, uprawiałem w nich pięć odmian plus własne ziemniaki z nasion. Przeciętny plon z jednej donicy to 566 gram kartofli, co nie brzmi imponująco w tej formie, jednakże daje to ponad 40 ton z hektara, gdyby się znalazł jakiś wariat i obstawił hektar siedemdziesięcioma dwoma tysiącami takich donic, tyle bowiem na hektarze się zmieści. Uprawa ta pokazuje, że mała przestrzeń może mieć naprawdę duży potencjał produkcyjny, bo podwórko, dach, balkon czy taras to doskonałe miejsca na takie uprawy. Co więcej, gdybym miał opisać te ziemniaki jednym słowem, byłoby to:
nieskazitelne. Zdrowe, równe, bez śladów chorób, uszkodzeń czy deformacji. Na pewno uprawę w tej formie będę kontynuował.

W ogródku na ugorze, zwanym Maja, mam w tym roku wspaniałe cukinie oraz dobrze zapowiadające się dynie. Ziemniaki też dają radę, rosnąc w szczerym piachu, grubo wyściółkowanym. Pojawił się nowy problem - pies, lis, borsuk czy inny zwierz, kopiący głębokie doły w tym ogródku, będę musiał się tym zająć w jakiś sposób, by w przyszłym sezonie nie miało to już miejsca. Jak zawsze, wzdragam się przed ogradzaniem czegokolwiek, ale tu stawką jest naprawdę fajny plon, więc skonstruuję coś, może z europalet tym razem? Pożyjemy, zobaczymy. Tymczasem, zainstaluję leśną fotopułapkę, by zidentyfikować intruza, bo zawsze warto wiedzieć, z kim ma się do czynienia.

Z kostek słomy i worków uprawowych na podwórku też płynie struga plonów, w zasadzie wszystkie uprawy z wyjątkiem fasoli tycznej i kukurydzy już teraz mogę uznać za udane. Rok jest wybitnie cukiniowy (trudno być może w to uwierzyć, ale nie każdy taki jest), pomidorom też nic nie można zarzucić, poza tym, że te na kostkach słomy źle znoszą tak wysokie temperatury, z jakimi mieliśmy w tym roku do czynienia. Czterdzieści jeden stopni w cieniu pozbawiło mnie niemal wszystkich pierwszych gron w uprawach na kostkach, podczas gdy te na grządkach podwyższonych i w workach uprawowych jakoś to zniosły. Podsumowując można powiedzieć, że po raz kolejny udało się uciec grabarzowi spod łopaty, mimo pogodowych horrorów, wstydu nie ma. 

Pora na zapowiedzianych kilka słów refleksji. Pamiętam pierwszą wizytę w Ostoi, kiedy jeszcze nawet przez myśl mi nie przechodziło, że będę miał z tym miejscem coś więcej wspólnego. Wody wylanej rzeki toczyły się po łąkach, starorzecza połączyły się z nurtem. W żółci kaczeńców pod stopami przepływały trące się szczupaki, a słychać było tylko wiejący doliną wiatr, krzyki czajek i rechot żab. Godzinami nie dochodził żaden dźwięk pochodzący z cywilizacji, a jeżeli już coś zmąciło tą ciszę, było to muczenie krowy domagającej się dojenia. Z rzadka, w porze sianokosów, odezwał się jakiś ciągnik, zaszczekał pies, zapiał kogut, ale z czasem to zanikło, i nastał okres przejściowy - kiedy już nie było starych gospodarzy, a nowi jeszcze nie zaczęli swoich porządków.

W okresie przejściowym bywało tak cicho, że człowiek słyszał krew płynącą w głowie. Cisza była przejmująca, a mąciły ją głównie żurawie i inne ptaki, chorały żab czy amory zwierzyny płowej. Nie trwało to jednak długo. Niedaleko powstała autostrada, zaczęła powstawać droga przez las, powyrastały budowy (przez ostatnich 10 lat trwające nieprzerwanie gdzieś w pobliżu, i końca nie widać), miejsca rozrywki, okoliczne festiwale, masowe wycinki lasów, tartaki, grille, quady i motocykle, dorośli nie umiejący mówić cicho i dzieci, które dają z siebie wszystko, bo przecież w domu słyszą "nie drzyj się, nie jesteś w lesie". Cisza w Ostoi stała się towarem deficytowym, tak rzadkim jak czarny bocian czy orlik nomen omen krzykliwy, który kiedyś gniazdował w moim lesie. Kiedyś. Kiedyś to były czasy, teraz to nie ma czasów.

Ostoja jest enklawą, gdzie naprawdę słychać, jak jedzenie rośnie ;) I widać. Niewiarygodnym jest, jak wiele można uzyskać zajmując tak niewiele pod grządki, kostki słomy i uprawy w pojemnikach. Do tego spiżarnię może uzupełniać i woda, i łąka, i las, jeśli tylko ktoś umie z nich skorzystać. A jednak, pomimo że to takie oczywiste, w najbliższym sąsiedztwie niemal nikt niczego nie uprawia, poza uparcie koszonymi trawnikami, które trudno nazwać uprawą tak czy inaczej. Wieś nie musi, wieś ma Dino. Takie czasy nastały tam, gdzie dawniej, jeszcze 50 lat temu, niemal w każdym obejściu był warzywnik, i koń, i krowa... no dobrze, nie było drogi na Ostrołękę ;)

W samym kącie działki, wciśnięty między las, staw, a miskantową granicę z sąsiadem, jest zakątek dzikiej łąki, gdzie dumnie się prężą wysokie na chłopa ostrożenie, osty, krwawnice i inne kwitnące rośliny - pożytki dla zapylaczy. Słychać tu wyraźnie buczenie owadów i jest to jedno z ostatnich miejsc w najbliższej okolicy, gdzie takiego buczenia można codziennie posłuchać. Sąsiednie łąki, wygolone do cna, ubożeją z każdym rokiem. Sądzę, że na przestrzeni dekady zamienią się w piaszczyste ugory. Wszystko wokół się zmienia, w większości dla mnie na niekorzyść, ale jak może być inaczej, gdy w powszechnej opinii właściwa troska o ziemię manifestuje się w postaci ogrodzonego siatką, przystrzyżonego na zapałkę klepiska. Ład i porządek, a nie jakieś tam eko-sreko. Znowu słychać piłę łańcuchową - po ciszy i spokoju pozostały wspomnienia, dobrze, że choć one są.

wtorek, 7 lipca 2026

Po żarze

 

Niespotykana fala upałów spadła na Polskę, nie omijając oczywiście Ostoi. Moje termometry odnotowały absolutny rekord - 40.4C w cieniu. Część upraw broniła się jak mogła - zwieszała smętnie liście, by ograniczyć parowanie. Szczególnie dynie i cukinie wyglądały fatalnie w lejącym się z nieba żarze. W miejscach najbardziej nasłonecznionych, suchych i eksploatowanych przez korzenie drzew uprawy się poddały i po prostu uschły. Zebrałem suszony groszek i bób, w kilku miejscach nie zbiorę fasolki szparagowej. Wiele roślin, szczególnie kapustnych, zareagowało na ten upał pójściem w kwiat, co też w zasadzie w większości wyłącza je z plonowania.

W okresie największych upałów Ostoja pozostawiona była samej sobie, na tydzień. Bez jakiegokolwiek podlewania. Podlana "na odchodne" w czwartek, opuszczona do kolejnego czwartku. W międzyczasie, padały te rekordy temperatur, notowane przez termometry. Pomimo, że jak już wspomniałem, straty wystąpiły, to zadziwiająco wiele ocalało. Powiedziałbym, że ponad 90%. Nie straciłem ani jednej rośliny ciepłolubnej - ani jednego pomidora, dyni czy cukinii. Odżywały one rychle gdy sięgnął ich cień. Zdumiewająco zareagował dziki ryż, rosnąć wyśmienicie, choć opadł mu znacząco poziom wody. Rzodkiewki wydały pyszne strąki, napiszę o tym zapewne w kolejnym wpisie, bo jest o czym pisać. Tam, gdzie panuje niemal absolutny cień (pozdrawiam specjalistów, którzy piszą, że warzyw nie można uprawiać w cieniu), przetrwały i groszki, i tyczne fasole. Co ciekawe, niezależnie od miejsca, świetnie się mają fasole karłowe, ziemniaki i kukurydza.

Na metalowych grządkach Stalowej Ósemki wszystko w opinii internautów miało się w upał usmażyć, tymczasem to właśnie tu kondycja roślin jest najlepsza. Myślę, że zawdzięczam to niezwykle gęstemu sadzeniu, dającemu cień oraz temu, że w tych grządkach jest najświeższa i najlepsza gleba w całej Ostoi. Poza sałatami, które po prostu się usmażyły, nie ma w praktyce na tych grządkach innych strat. W teorii, każda z grządek powinna dostać tygodniowo 40 litrów wody, a przy takich upałach pewnie jeszcze więcej, tymczasem ja podlewam każdą z nich 10 litrami wody raz na tydzień, a w te upały hojnie wylałem po 15 litrów na grządkę. Jak widać, a zdjęcie zrobione jest o poranku po najbardziej upalnych dniach, wystarczyło to, by wszystko przetrwało.

Największym zmartwieniem jest poziom wody w stawie, który sukcesywnie opada. Jest to spowodowane nie tylko pogodą i upałami, ale także tym, co dzieje się na sąsiednich działkach. Bezmyślne koszenie w upały, do gołej ziemi, kopanie niezacienionych stawów, wycinanie drzew i krzewów, wszystko to sprawia, że obniża się drastycznie poziom wód gruntowych, a parowanie zdecydowanie dominuje nad opadami. Sąsiedzi w klasyczny sposób zamieniają krajobraz w pustynię i trzeba się liczyć z tym, że z czasem osiągną sukces w swych działaniach. Jest to niezwykle przykre, ale cóż - żadna argumentacja nie wydaje się docierać do ludzi, nie nauczą się, dopóki się nie sparzą. Szkoda tylko, że wtedy będzie już dla drzew, krzewów i stawów za późno.

Poza tym, życie w siedlisku toczy się jak zwykle. Starą suszarkę do naczyń powiesiłem na tylnej ścianie szopy, by służyła jako półka.
Na półkę odkładam sznurki z kostek słomy, zużytych do ściółkowania. Znajomy odbiera te sznurki co jakiś czas, wykorzystuje do podwiązywania pomidorów w swojej szklarni. Przez jakiś czas z nich nie skorzysta, bo na półce gniazdo uwił kos, centralnie na sznurkach. Trzeba poczekać aż lokatorzy opuszczą gniazdo. 
Kiedy piszę te słowa, żar ustąpił, ale nie jest powiedziane, że nie wróci. Sądzę, że wracać będzie regularnie, silniej i na dłużej. Trzeba będzie się przyjrzeć wszystkiemu i zastanowić się poważnie, co jeszcze zacienić, lub co przenieść w cień. Rzadziej ale obficiej podlewać i grubiej ściółkować. Zbierać nasiona z tego, co przetrwało żar. Kto wie, może niedługo będziemy pisać o sobie "my, ogrodnicy klimatu gorącego i suchego"? Całe szczęście że nieco wiemy, jak sobie z tym radzić. Damy radę.

niedziela, 14 czerwca 2026

Loteria

 

We wszelkich dziedzinach zajmujących się czymkolwiek ożywionym, występuje element loterii. Nauki nieożywione są uprzywilejowane - metr zawsze ma metr, a kilogram waży kilogram. Ale taka gałąź na przykład - wczoraj miała 97 centymetrów, a dziś ma 101.. Ale to jeszcze nic - w kilku poprzednich sezonach rozregulowane przymrozki biły w ogród jeszcze między 5 a 7 czerwca, w tym roku nie pojawiły się po 10 maja, Zimni Ogrodnicy nie przyjechali. Praktycznie od chwili wysiania nasion na rozsady człowiek siedzi i myśli - kiedy będę mógł je posadzić? Sadzić wcześniej, i ryzykować, czy jednak grać zachowawczo, i czekać? Co roku na takiej loterii można wygrać, ale też można ponieść klęskę spektakularną.

Doświadczenie coś tam oczywiście podpowiada, ale gwarancji nie ma żadnych do czasu, gdy ryzyko przymrozków minie ostatecznie. W tym roku zalicytowałem ostro i przystąpiłem do sadzenia w... Zimnych Ogrodników, obstawiając, że anomalią tego roku będzie... brak anomalii w postaci przymrozków w czerwcu, no i ciepli Zimni Ogrodnicy. W połowie czerwca, gdy pisze te słowa, wygląda na to, że obstawiłem właściwe konie i że termin wysadzenia do gruntu, na kostki słomy oraz na grządki podwyższone tych wszystkich pomidorów, cukinii i dyń był najlepszy z możliwych. Jak to mówią, kolejny raz udało się uciec grabarzowi spod łopaty.

Wyłącznie w kwestii siewów jednak, bo loteria trwa dalej. Teraz obstawiamy kwestie wody, i stawki są wysokie. Otóż, wody brak. Nie pada, a jak pada to nie dość. Ziemia i kostki słomy obsychają, a zbiorniki na deszczówkę świecą pustkami. Poziom wody w stawie opada. Ziemniaki w grubej ściółce, uprawiane bez podlewania, ledwo rosną, w porównaniu z tymi podlewanymi, uprawianymi w pojemnikach, są karzełkami. Najbardziej cierpią dynie i cukinie na słomianych kostkach, tu nie ma mowy o liczeniu na siły natury - jak do tej pory, co tydzień trzeba kostki podlać, a i tak wzrost roślin jest wolniejszy niż tych w pojemnikach, podlewanych częściej.

Wymiana drewnianych grządek Parszywej Dwunastki na metalowe grządki Stalowej Ósemki też byłą loterią, i nadal przecież jest, dopiero się okaże, jak będą się sprawować w dłuższej perspektywie. Na razie, jak to się mówi - so far, so good - wszystko rośnie dobrze i z grubsza bezproblemowo, nie licząc oczywiście problemów z wodą. Wielce sobie chwalę wysokość grządek, jednak schylanie się o 30 centymetrów mniej ma swoje zalety. Tylko ja jeden jednak wiem, jak wiele wysiłku kosztowało, by tak wysokie grządki napełnić. No ale coś za coś... 

Wraz z nowymi grządkami pojawiły się całkiem nowe siatki, nad którymi myślałem sporo i sezon pokaże, czy się sprawdzają lepiej niż poprzednie. Na razie jestem dumny sam z siebie, iż wpadłem na pomysł zrobienia siatek nie do ziemi, a około 20-30 centymetrów nad nią. Co za komfort! Nie wchodzą w paradę przy sadzeniu roślin, a przecież rozsady pomidorów jeszcze podpór nie potrzebują, jak zaczną potrzebować, to już przecież dorosną do siatki. Drugi patent jaki sobie wymyśliłem, to przewleczenie drutu przez siatkę u dołu i solidne jego napięcie. Dzięki temu siatka jeszcze mniej się pałęta gdzie nie trzeba gdy na przykład usuwam nieliczne chwasty czy coś dosadzam. Po raz kolejny przekonuję się, że małe drobiazgi, racjonalizacje, patenty ułatwiające życie ogrodnika i oszczędzające czas są o wiele bardziej istotne niż sądzimy. Mądrym pomysłem było też nałożenie na krawędzie blachy osłonek, wykorzystałem tu silikonowe rurki, jakie kierowcy zakładają na krawędź drzwi w swoich autach, by przy ich otwieraniu nie obijać aut parkujących obok.

W dalszej części sezonu mam zamiar poeksperymentować ze ściółką z owczej wełny, podarowanej mi przez Asię. Dostałem też w pakiecie podkarpacką biedronkę! Mówiąc jednak serio, pogodowa klapa z opadami sprawiła, że eksperyment nie zaczął się od razu wiosną. Doszedłem do wniosku, że te mikroskopijne ilości opadów, jakie się w Ostoi zdarzają, powinny jednak trafiać na grządkę, a nie zatrzymywać się, na jednakże hydrofobowej wełnie. Woda z wełny w części spływa, chyba że jest całkowicie przemoczona. A na to jak na razie nie ma widoków. Wełna czeka więc na swoją kolej - gdy wszystkie rośliny ukorzenią się porządnie, przed nadejściem letnich upałów, wyściółkuję runem ze dwie grządki i zobaczymy jak się to sprawdzi.

Tymczasem, grządki produkują już niebywałą obfitość warzyw liściowych, nie do przejedzenia. Chyba nieco przesadziłem z nasadzeniami, trzeba było tego posadzić połowę. Z drugiej strony jednak, są i porażki. Największa to całkowite rozczarowanie nasionami z wymiany. Namówił mnie do niej pewien zagraniczny hodowca z kilkudziesięcioletnim stażem, z dalekiego kraju. Chciał, bym wypróbował jego nasiona, efekt pracy selekcyjnej. Ja również wysłałem mu swoje. O ile moje nasiona dały radę, to na tych jego zawiodłem się strasznie. Sto procent rzodkiewek od razu poszło w kwiat, podczas gdy moje dały piękny plon. Z fasoli wykiełkowała co trzecia, na szczęście, posiałem też swoje. Krzaki ogórków są jak na razie o połowę mniejsze od moich. Jak widać, wymiany nasion z innymi ogrodnikami, nawet tymi znanymi, to też jest loteria. 

Widomy znak nadchodzącego lata, szampan z kwiatów czarnego bzu został właśnie zabutelkowany, by być gotowy na świętowanie Letniego Przesilenia. Za chwilę korki zostaną zamknięte i przez następne dni wszyscy będą w duchu spekulować - wybuchnie, czy nie wybuchnie?  Te same półlitrowe butelki służą mi kilkanaście lat, nie wybuchła żadna. Nowe, litrowe, testowane w zeszłym roku, potrafiły wybuchnąć. Prosty sposób pozwala mi jednak spać spokojnie - butelki trzymam w wiadrze z pokrywką, jeśli mają chęć wybuchać, to wolna wola, szkód nie poczynią. Jeśli ktoś ma dużą lodówkę i sporo miejsca w niej, to chłód również pomaga - nigdy żadna butelka nie wybuchła mi w lodówce, a wypiliśmy tego przez lata setki i sporo też rozdaliśmy. A sam "szampan" - jak to szampan - im chłodniejszy, tym lepszy.

Loteria więc jak widać trwa - od sadzonek (zmarzną czy nie zmarzną) po szampana (wybuchnie czy nie) - w permakulturowym siedlisku nie ma nudy. Oby na naszej loterii życia, w naszych rodzinach, ogrodach, siedliskach padały tylko same, pozytywne wygrane.
Wszystkiego najlepszego z okazji nadchodzącego Letniego Przesilenia i pięknego lata!

niedziela, 10 maja 2026

Wiosenne slow-motion

 

W tym roku wszystko w Ostoi toczy się jakby w spowolnionym tempie. Wegetacja jest opóźniona o dobre dwa tygodnie w porównaniu do nie tak przecież dalekiej Warszawy. Susza, jakiej jeszcze nie było, ale zapowiadana tu wielokrotnie i przewidywana, nie pomaga również. Oczywiście, cały czas są jakieś plony - od marcowych szczypiorków, i roszponek, dzikich pokrzyw i chmielów, poprzez kwietniowe rzodkiewki i podagryczniki, po majowe brokuły sałatkowe, czosnki niedźwiedzie i sałaty. Nie jest jednak łatwo i jak kraczę od lat - łatwiej nie będzie. Poziom wód gruntowych jest niższy o metr niż rok temu i nie widzę żadnych znaków na niebie i na ziemi, które by wskazywały, że ta sytuacja zmieni się na lepsze. Przeciwnie - myślę, że z każdym kolejnym rokiem będzie coraz gorzej i że wkrótce zostaniemy wszyscy ogrodnikami klimatu suchego. Warto więc myśleć o tym już teraz, by za jakiś czas mieć co jeść.

Deszcz tej wiosny jest wielką rzadkością. Ziemia jest sucha jak popiół. Za mojej bytności w Ostoi przez dwa miesiące padało raz, byle jak, kwadrans. Staw, który zwykle był pełen wody w kwietniu po brzegi, ma poziom typowy dla czerwca, o niemal metr niższy. Całe szczęście, że grzybienie białe, które w czasie zeszłorocznej suszy rosły na lądzie, teraz są pod wodą, czyli przeżyły. Patrząc na to wszystko z rozrzewnieniem wspomina człowiek zimne wiosny, kiedy to dwa tygodnie padało i towarzyszył temu ogłuszający rechot żab. Teraz nie ma żab. Nie słyszałem ani jednej w tym roku.

Jest za to bogactwo gadów. Do Ostoi przybyły gniewosze plamiste, wcześniej tu nie widziane. W dni słoneczne, od wczesnego popołudnia, nie jest żadną sensacją spotkać na podwórku żmije, zazwyczaj kilka razy dziennie. Jest multum jaszczurek i padalców, a wszystko to znowu potwierdza, że powoli, ale nieubłaganie, idziemy w kierunku klimatu suchego. Zajrzyjcie do dawniejszych wpisów tutaj, a przekonacie się, że o tej orze roku zawsze pisałem tu o wężach wodnych - zaskrońcach. Dziś te wodne to wyłącznie te do podlewania.

Profilaktycznie, jak tylko mogę, grubiej wszystko ściółkuję. Chcę ograniczyć straty wody do minimum. W najnowszym ogródku o wdzięcznej nazwie "Maja" dodałem zrębki na ścieżki, dzięki czemu szczery piach na którym znajduje się ten ogródek nie będzie tak szybko obsychał. Na same grządki dołożyłem słomy ze starych kostek i zacząłem sadzić pierwsze rośliny. Dominować tu będą w tym roku ziemniaki z dodatkiem dyń, przy czym w łuku po lewej posadziłem rozsadę ziemniaków z nasion, a po prawej sadzeniaki. Pośrodku chcę mieć tzw. Survivors, czyli pomidory z nasion zeszłorocznych, zebranych z roślin które przetrwały cały sezon i nie zmogła ich żadna zaraza, ziemniaczana w szczególności. 

Zacząłem powoli przygotowywać kostki słomy do uprawy, ale jestem pełen obaw, czy w obliczu suszy jest to mądre. Normalnie, deszcze moczyły mi kostki i mogłem zacząć przygotowania bez lania wody, w tym roku są one suche jak przysłowiowy pieprz. A kostka musi być mokra, żeby zaczęła się w środku kompostować. Musi się zacząć w środku kompostować, by można było w niej sadzić rośliny. Czy uda się to osiągnąć do końca maja? Myślę, że tak, ale nie obejdzie się bez lania wody. No a później, w sezonie? Czy podlewanie nie częściej niż raz w tygodniu wystarczy? Jak to mówią - jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz. Robię więc swoje, jak zwykle i - pożyjemy, zobaczymy.

Tak czy inaczej, podstawowe sprawy są na bieżąco, można więc nieco zwolnić i pójść na spacer. Oczywiście z siateczką i wiaderkiem. W dołkach łąkowych i przesmykach pomiędzy starorzeczami woda opada i gdy pogoda jest ładna, nie wieje i jest w miarę ciepło, można "uratować" nieco rybek, odławiając je z takich miejsc i przenosząc do stawu. Przy okazji zawsze przynoszę też nieco rzęsy wodnej, którą mieszkańcy mojego stawu tak skutecznie zjadają, że jej naturalnie nie ma. Można więc powiedzieć, że dokarmiam nią staw. Zawsze też złapie się cała masa drobiazgu - a to larwy ważek, a to komarów, a to jakiś pająk topik czy inna kałużnica. Wszystko, co żywe, trafia do stawu, jak to się mówi, the more the merrier. Ubolewam jedynie, że w kałużach od kilku lat nie ma przekopnic, zwanych też cudownie - nieborakami. Kiedyś było ich pełno, tych prehistorycznych stworów w miniaturze. Mam wielką nadzieję, że jeszcze kiedyś wrócą, ale wiadomo, czyją matką nadzieja jest.

Jedno, co napawa optymizmem, to z wolna pokazujący się dziki ryż i to nie tylko w mojej od lat plonującej kastrze, ale także w nowych nasadzeniach, wykonanych w tzw. chińskich wazach na jesieni. Pokazuje to, że wystarczy wrzucić do wypełnionego błotem i dopełnionego wodą po brzegi pojemnika świeże nasiona ryżu z własnego krzaczka, a w kolejnym roku rozpocznie swój żywot kolejna mikro plantacja. Jeśli nie w opadającym wciąż stawie, to może właśnie w pojemnikach, basenikach i tym podobnych zbiornikach, tuż przy domu, uda się wyhodować dość ryżu dla całej rodziny? Jestem przekonany, że jest to jak najbardziej możliwe - to tylko kwestia powierzchni pojemników i bardzo ważnej regularności zbiorów. Dziki ryż też się nie spieszy - codziennie, w każdym kłosie dojrzewa kilka nasion i jeśli się ich nie zbierze, wpadną do wody i będą stracone. Idealna roślina, by uczyć ludzi permakulturowej zasady, że najlepsze są małe i powolne rozwiązania.

czwartek, 19 marca 2026

Przegląd lutego i marca

Tegoroczny luty w Ostoi był bardzo zimowy, najbardziej zimowy od 13 lat. Temperatura na podwórku spadła do minus 27 stopni pewnej lutowej nocy, miałem więc pewne obawy co do zimowli moich pszczół. Gdy się jednak ociepliło, oczom naszym ukazał się taki widok:


  

Pszczoły przetrwały zimę dobrze i w ulach jest jeszcze dużo pokarmu. Teraz wszystko zależy od tego, jak zachowa się przyroda i jaka będzie pogoda w nadchodzącym sezonie. Ostatnie lata były ekstremalnie trudne dla pszczół - dwa główne pożytki były dla nich praktycznie niedostępne: robinia wymarzała, lipa wysychała. Jak będzie w tym roku, zobaczymy.

Staw zamarzł solidnie, jak to mówią, można by po nim jeździć czołgiem. Mnie to umożliwiło wygodne zajęcie się olchami, które uprawiam na brzegach stawu. Ponieważ rosną miejscami na dosyć stromych brzegach, dużo wygodniej jest pracować z lodowej tafli, która też ułatwia transport wszystkiego, co zostaje ścięte. Lód zwykle budzi obawy o dostępność tlenu dla ryb, które spędzają pod nim zimę, szczególnie gdy się słucha znajomych opowiadających o tym, jak im ryby w stawach sną z powodu przyduchy. W Ostoi ten temat, odpukać, do tej pory nie istniał, nigdy nie zdarzyło się, by zima rybom zaszkodziła. Jak to możliwe? Po pierwsze, staw jest zaprojektowany tak, by ryby miały rozległe, głębokie miejsce do zimowania, po drugie w stawie nie ma gatunków ryb o wysokich wymaganiach tlenowych, są tylko takie, które świetnie zimują w okolicznych starorzeczach. Mam więc nadzieję, że gdy zejdzie lód, nie zobaczę w stawie tego, co znajomi.

Moja olchowa uprawa nabrała uporządkowanego wyglądu po zimowych porządkach, olchy te uprawiane są "na słupki". Gdy osiągną odpowiednią grubość, zostaną ścięte tak, by mogły odrastać z karpy. Powstanie mini plantacja odroślowa - źródło rzeczonych słupków, palików, podpórek i tym podobnych elementów, potrzebnych w każdym siedlisku. Wszystkie ścięte gałązki stanowią ściółkę, pnie natomiast zmuszony jestem zabezpieczać siatką przed żarłocznością bobrów, które tej zimy są nadzwyczaj aktywne, ale na szczęście nie w moim stawie. "Zintegrowana strategia radzenia sobie z bobrami" przyniosła chyba efekt, bobry widząc, że niemal wszystko warte wysiłku zostało osiatkowane, przeniosły się ze swoją aktywnością tam, gdzie ich miejsce, czyli do nadrzecznego rezerwatu. W tych rzadkich chwilach, gdy jest czas na krótki spacer, odwiedzam je po sąsiedzku i podziwiam ich dzieła.





Wziąwszy pod uwagę, że całość materiały na tą tamę została przetransportowana z lasku odległego o dobre kilkaset metrów, jak tu nie podziwiać tych małych zakapiorów?

Marzec ociąga się w tym roku srodze, dopiero w drugiej połowie miesiąca zakwitły pierwsze krokusy. Nie ma na dzień dzisiejszy niemal wcale pokrzywy, a może to ja nie bardzo mam czas jej szukać. W każdym razie tam, gdzie być powinna na podwórku, pod ręką, jeszcze jej nie ma. Dziś wyszły z ziemi pierwsze zielone czubki liliowców, ale tylko w leśnym ogrodzie nad stawem. Zasadniczo, nie dość że jest nie za ciepło, to jeszcze jest koszmarnie sucho jak na marzec. W zasadzie w ogóle nie ma opadów, a oczywiście, po śniegu od dawna ani śladu...

Przez trzy kolejne tygodnie usiłowałem uprzątnąć kostki słomy, w których uprawiałem przez dwa lata warzywa. Niestety. były wciąż tak przymarznięte do ziemi, że nie sposób było oderwać je w całości. Dziś wreszcie się udało, aczkolwiek nadal w każdej z kostek, we wnętrzu, tkwi spora bryła lodu. Wszystkie kostki wyniosłem poza podwórko, by zużyć je tam jako ściółkę. W miejscu gdzie stały natomiast... ziemia zmieniła się diametralnie. No przesadzam nieco, tylko jej wierzchnia warstwa, ale za to jak! Z piaseczku jak na plaży na Helu, miejscami niemal w czarnoziem. Niestety, zwiedziały się o tym pobliskie drzewa i cały ten obszar jest dosłownie przerośnięty ich  korzeniami. Nie chcąc wojować z drzewami, kolejne kostki postawię na grubej warstwie kartonu, będzie to chronić kostki przed "inwazją drzew" przez jakieś trzy miesiące. Później, myślę że dadzą sobie radę z kartonem, wspomagane z góry przez warzywa rosnące na kostkach. Nie mam jednak za bardzo innego miejsca na tą uprawę, a nie chcę z niej rezygnować.

Jak co roku, ściółka ze starych kostek trafiła na Zapłotek, ale w tym roku także trafiła do Mai. Maja to była jedyna grządka, jedyne miejsce w siedlisku, które nie miało nazwy. Utworzyłem tą grządkę w kwietniu zeszłego roku, w lesie, w szczerym piachu. Zapomniałem nazwać. Grządka spisała się dobrze, dała ładny plon ziemniaków, pomidorów, cukinii. Zawiodła w kwestii kukurydzy, ale ta w sumie w zeszłym roku przez upały i suszę zawiodła niemal wszędzie. Dziś odświeżyłem grządkę po zeszłym sezonie i po zimie. Przykryłem ją cienko słomą, przeciągnąłem grabiami po ścieżce i to koniec porządków. Teraz, gdy tylko zakwitnie mniszek lekarski, posadzę tu ziemniaki. W końcu maja dodam inne warzywa. A co z tą Mają? Myśląc o nazwie, wpadł mi do głowy wers "Tą grządkę, którą tu widzicie, zowią Mają", no i przez moment był to tylko żart, ale teraz... niech już ta grządka nazywa się Maja.

Ostatnie poważne wczesnowiosenne zadanie, z którym się jeszcze nie uporałem, to napełnienie grządek Stalowej Ósemki. Ile bym do nich nie wsypał, wszystko mało. No cóż, widziały gały co brały, to jedno, ale drugie, to przykra prawda, że wszelkie podłoża nasypane i nieubite, niezwykle szybko osiadają. Oczywiście, w grządkach w obecnym stanie można by już sadzić, ale wolę napełnić je poprawnie teraz i mieć spokój przez cały sezon, niż interweniować w trakcie. Myślę, że grządki te z powodzeniem przyjęłyby jeszcze ze dwa metry sześcienne kompostu, ale dam im już tylko ostatnią dawkę, po 150 litrów na grządkę, czyli nieco ponad metr w sumie. Później trzeba się brać za montaż treliaży przy północnej ścianie każdej z grządek, to też będzie wymagało nieco czasu, bo swoim zwyczajem, będę chciał przetestować nowe, nieco inne niż poprzednio rozwiązanie, ale o tym już kiedy indziej.

środa, 28 stycznia 2026

Prawdziwa zima

 Wreszcie do Ostoi przyszła prawdziwa zima. Mróz skuł lodem staw i spadło nieco śniegu. Nie tyle wprawdzie, ile by się przydało - ale nie wybrzydzajmy, dobre i to. To największe opady od 2013, jest więc nadzieja, że po wiosennych roztopach staw po raz kolejny napełni się po brzegi. Cierpiał bardzo przez ostatnie dwa lata, osuszany przez prowadzące w piach bobrowe nory i przez ekstremalne, długotrwałe upały, miejmy nadzieję, że w tym roku odżyje i się odrodzi. Pracujące w okolicy stawu fotopułapki jasno pokazały, że okolice stawu są ostoją leśnej zwierzyny - no cóż, nazwa miejsca zobowiązuje. 

W ostatnim czasie zwierzyna nie ma tu jednak łatwego życia - a to wielki odyniec wpadnie pod auto na leśnej drodze, a to polowania z naganką przewalają się przez lasy jedno za drugim. Usiłujące schronić się zwierzęta wpadają na coraz liczniejsze ogrodzenia, a nawet te, które dotarły w pobliże ludzkich siedzib nie są w stanie uniknąć swego losu - resztki wypatroszonej zwierzyny, wytężając wzrok, dostrzec można z okna. W innych miejscach pisałem już wielokrotnie o niezbędnej reformie polskiego łowiectwa, a wydarzenia takie, jak ostatnio jedynie utwierdzają mnie w tym, że reforma taka jest niezbędna i musi być radykalna.

W mroźny, słoneczny dzień można wybrać się na spacer nad rzekę i nabrać nieco optymizmu. Niosą go ze sobą bardzo liczne szlaki i tropy bobrowe, a i śladów obecności innej zwierzyny jest sporo. Starorzecza są oczywiście pod lodem, ale co najfajniejsze, miejscami zamarzła również i rzeczka, cienko ale jednak. Na wolnych od lodu fragmentach żerują kormorany - zjawisko w miarę nowe, dawniej niewystępujące. W tym roku jednak nie ma na moim odcinku łabędzi, no ale to i dobrze, mam nadzieję, że znalazły sobie cieplejsze miejsca do zimowania.

Podwórkowe grządki śpią snem zimowym i w praktyce wszelkie prace umownie mówiąc grządkowe zamarły. W poprzednich latach o tej porze roku likwidowałem stare kostki słomy, w lutym układałem nowe, w tym roku być może wszystko wreszcie wróci do normy i prace takie wykonywać zacznę wiosną. Na pewno do wiosny poczekać musi dopełnienie nowych grządek kompostem, bo póki co wypełnia je śnieg. Termometr powieszony na północnej ścianie jednej z grządek pokazał minimalną temperaturę stycznia na poziomie minus 17 stopni, bijąc zeszłoroczny rekord o 3. 

W takich okolicznościach przyrody wykonałem nieco prac leśnych, a następnie przystąpiłem do drobnych porządków w leśnym ogrodzie. Czekam jeszcze z cięciami drzew owocowych, ale myślę, że przytnę je w przyszłym tygodniu. Przerzedziłem jednak  krzewy owocowy, wycinając nieco martwych, połamanych i krzyżujących się pędów. Pracę tą będę kontynuował pewnie do wiosny, tyle się tych krzewów narobiło. Przy tej okazji, zaparzamy herbatki z zimowych gałązek, ciesząc się aromatem porzeczki, jeżyny i malin w długie zimowe wieczory. Napoje te traktujemy jako sezonowe i nawet nie myślimy o tym, by gałązki suszyć na później. Każda pora roku ma swoje specjały i swoje rytuały - wszak gdy tylko puści zima, pojawi się młoda pokrzywa, a kto wtedy by pił wywary z gałązek?

Pomiędzy jedną pracą na dworze a drugą, zajmuję się nasionami. Wiele z zebranych nasion wymaga jeszcze a to oczyszczenia, a to segregacji, a to wyłuskania, a to spakowania. Korzystając z mrozu wziąłem się za fasole, po to, by wyłuskane wystawić na mróz. To sprawi, że potencjalne ryzyko strąkowca - "robaków" w fasoli - zniknie. Moja pasja uprawy fasoli karłowej co roku przynosi efekty w postaci innej kompozycji wielkości, kształtów, deseni i kolorów zebranych nasion - pomyśleć, że zaczynałem od czterech różnych odmian.

W mieście natomiast, posiałem testowe rozsady. Najtrudniej kiełkujące papryczki chili, w tym Rocoto o czarnych nasionach, powschodziły ekspresowo, podobnie jak i moje ulubione pomidory micro-dwarf, których selekcję od kilku już lat prowadzę. Okazuje się, że dokładnie tak samo, jak w poprzednich latach, nie ma żadnego sensu się spieszyć z siewami i produkcją rozsady. Choć oczywiście - świerzbią rączki, oj świerzbią, żeby już siać. Ale spokojnie, jeszcze troszeczkę poczekajmy. Moja "Klinika Rozsad" ruszy pełną parą po Walentynkach, z cebulami, porami, rzodkiewkami i sałatą na początek, a do pomidorów i papryczek wrócimy w końcu marca. A na razie, cieszmy się prawdziwą zimą, póki możemy.