sobota, 6 lipca 2019

Reanimacja

Choć od ostatniego wpisu nie minął nawet tydzień, to moja nieobecność w Ostoi trwała dłużej niż zwykle. Czas w tak zwanym realu płynie inaczej niż na blogu. Zdążył się zmienić miesiąc, zdążyłem dać się pokroić, a nawet zszyć po fakcie, poprowadzić zajęcia, zamknąć ważny projekt i dopełnić multum nieogrodniczych obowiązków. Zdążyły też nie sprawdzić się prognozy pogody na podstawie których, opuszczając Ostoję, zaplanowałem automatyczne podlewanie. Jechałem więc odrobinę z duszą na ramieniu, niepewny co zastanę.
Naczelną regułą jakiej staram się trzymać jest podlać za mało, a nie za dużo. Tym razem mało brakowało, a zasada ta zemściłaby się okrutnie. Ostoja wyschła na przysłowiowy wiór i jeszcze dzień czy dwa, straty byłyby poważne.

Włączyłem nawadnianie i zabrałem się za porządki na grządkach. Na pierwszy ogień poszły sałaty rzymskie, wiszące smętnie jak szmaty i idące w kwiat. Zebrałem co się dało i starym zwyczajem natychmiast umieściłem w misce z lodowatą wodą ze studni. Po kwadransie liście odżyły, oddzieliłem je od głównych, pełnych już goryczy pędów i zapełniłem nimi 1/3 lodówki. Na pewno warszawscy obdarowani się ucieszą, sałata po tych zabiegach wygląda i smakuje doskonale. W międzyczasie patrzyłem, jak nabierają wigoru inne sałaty, jak prostują się zwinięte od upału liście pomidorów, jak podnoszą się smętnie wiszące ogromne liście dyń. Chyba tym razem uciekliśmy grabarzowi z pod łopaty.

Porządkowanie grządek postanowiłem połączyć z uzupełnieniem zapasów prądu. Wyniosłem zestaw fotowoltaiczny do ogrodu i zacząłem ładować akumulatory. Jednocześnie zająłem się przesiewaniem ostatniej partii kompostu. W Ostoi nigdy nie ma go dość, a wiosenne urządzanie grządek Parszywej Dwunastki pochłonęło niemal wszystkie zapasy. Kompostowniki albo świecą pustkami, albo zawierają produkt jeszcze niegotowy. Oj, będę się musiał przyłożyć do kompostowania, bo jak zawsze, pragnę funkcjonować w oparciu o to, co jestem w stanie sam wytworzyć i co Ostoja zechce mi podarować, a nie w oparciu o materiały sprowadzane z zewnątrz. Trzymam się tej zasady jak tylko mogę, kompostowanie będzie więc drugim po zbiorach zadaniem tego lata w hierarchii ważności. Na razie jednak, jednym okiem obserwując wyświetlacz kontrolera ładowania baterii, przesiałem resztki kompostu jakie mi zostały i przystąpiłem do renowacji pustych miejsc po zebranej właśnie sałacie.

Jedna z głównych zasad jakim hołduję mówi, że na grządkach cały czas powinno coś rosnąć. Dzięki temu mikroorganizmy glebowe mają partnerów do współpracy w postaci korzeni roślin. Dlatego stare sałaty ściąłem równo z ziemią, pozostawiając w niej korzenie. Dodałem na wierzch świeżą warstwę kompostu. Obmyśliłem co posiać, aby zebrać kolejny plon do jesieni. W każdy wolny kwadrat, o wymiarach mniej więcej 30 x 30 cm wysiałem jedną dużą roślinę pośrodku i 4 mniejsze w rogach. Są to różne kombinacje - marchew z brokułem czy fasola z rzepą. Obszary obsiane oznaczyłem korkami po winie nadzianymi na patyczki do szaszłyków, aby w ataku sklerozy za kilka chwil nie obsiać ponownie. Gdy liczba grządek przekroczy wartość krytyczną, trudno sie tego typu błędów ustrzec, szczególnie gdy każda z grządek składa się jeszcze z 12 identycznych kwadratów. Na szczęście zdecydowana większość z  nich jest nadal zajęta, co zadania takie nieco upraszcza.

Miejsca świeżo obsiane ściółkuję cienko, dodam ściółki gdy rośliny wykiełkują i podrosną. Zbieram inne plony - brokuły i kalafiory, w ich miejsce dokładnie w taki sam sposób sieję inne warzywa. Zapełniłem pół lodówki, a w ogrodzie jest nadal morze sałat, które wyraźnie zaczynają odżywać. Nieubłaganie jednak ubywa wody w zbiorniku z deszczówką. Oglądam grządki z kostek słomy oraz tradycyjne grządki ziemne, okazuje się, że ziemne są najbardziej przesuszone. Z jednym wyjątkiem. Na Zapłotku, w nowym ogródku wykonanym metodą Ruth Stout (wyściółkowanym jesienią ogromnie grubo, głównie sianem, i nigdy jeszcze w tym roku nie podlewanym) jest dostatecznie wilgotno. Postanawiam kontynuować eksperyment i nie podlewać. Rekord suchości pobiła natomiast spirala ziołowa, wystawiona na słońce, ze swymi głazami gromadzącymi ciepło, odparować musiała masę wody, o czym świadczą podwiędnięte rozmaryny.

Ostoja ma to do siebie, że otaczający ją las i drzewa na podwórku rzucają cień na różne fragmenty ogrodu o różnych godzinach. Gdy tylko jakaś grządka znika z zasięgu bezpośrednich promieni słonecznych, odżywa w ciągu kwadransa. Wszystko nabiera jędrności i koloru, aż trudno uwierzyć, że jeszcze niedawno nie wyglądało to dobrze. Gdy Słońce chowa się za lasem, a dzień powoli dobiega końca, mogę wreszcie stwierdzić, że reanimacja się powiodła i że pacjent będzie żył, przynajmniej do następnej dłuższej nieobecności mej.

Ochłonąwszy przez noc, i ja i ogród jesteśmy gotowi do dalszych działań. W programie przycinanie, podwiązywanie, zapylanie, obserwacja i szereg innych atrakcji. Na pierwszy ogień idą pomidory, przycinane w zależności od formy - samokończące ledwo, ledwo, a te o ciągłym wzroście mocno, na jeden pęd. Przy okazji obserwuję znowu wybitną przewagę pomidorów z własnych nasion nad tymi z nasion kupnych. Podczas gdy te kupne przeważnie kwitną, to moje mają już całkiem nieźle wykształcone owoce. Co więcej, ta przeklęta susza spowodowała, że dwa-trzy pomidory na kupnych krzakach wykazują objawy suchej zgnilizny wierzchołkowej (BER), choroby związanej z niemożnością pobierania wapnia przez rośliny w wyniku braku wody, podczas gdy na moich krzakach, pomimo że owoce są zdecydowanie większe, jakichkolwiek objawów choroby (odpukać) brak.

 Pięknie się prezentują grona pomidorów z własnych nasion. Jak dla mnie, to jest niezmiennie najładniejszy widok ogrodniczy, niech się schowają kwiatki-rabatki. Nie pora jednak podziwiać te zdrowe, trzeba pomóc tym chorym. Nalewam do wiadra 10 litrów wody i wrzucam trzy garści dolomitu - mielonej naturalnej skały wapniowej, z dodatkiem magnezu. Mieszam aż w wiadrze utworzy się zawiesina i podlewam każdy krzak szklanką takiego roztworu. Osobno przygotowuję oprysk dolistny, gdzie źródłem wapnia są skorupki z jaj kurzych rozpuszczone w occie jabłkowym własnego wyrobu. Zawiera on wapń w formie rozpuszczalnej, który nie wiem czy pomoże, ale na pewno nie zaszkodzi. Skąd wątpliwości czy pomoże? Niektórzy twierdzą, że wapń w roślinach jest transportowany wyłącznie z dołu do góry (od korzeni do owoców) , nie ma więc jak dostać się z oprysku do celu, inni z kolej daliby się, jak to mówią, pociąć, za skuteczność tej metody. Takie niewiadome czynią życie ogrodnika niezwykle ciekawym, nieprawdaż?

Zabawiając się z pomidorami dostrzegam nieco plonów, zakończmy więc ten wpis krótką fotorelacją. Pojawiły się pierwsze zielone cukinie i jest ich sporo. Żółte i innych maści na razie są w powijakach.








Z wyjątkiem kulistych - cukinia One Ball też daje radę i wygląda ciekawie.









Wyłaniają się pierwsze ogórki, jeśli nie będzie (tfu, tfu) kataklizmu, zapowiada się dobry ogórkowy rok. Mam kilka odmian testowych, zobaczymy, które sie najlepiej sprawdzą.







Kolejne kalafiory "schodzą z taśmy". Myślę, że w siewie jesiennym posadzę zielone, żółte i purpurowe, dla urozmaicenia.








Słonecznik biją rekordy wysokości, a dziewanna stoi na straży ogrodu.











W uprawie na kostkach słomy niektóre rośliny osiągnęły czubki tyczek, przy okazji następnej wizyty trzeba będzie rozpiąć linki jako dodatkowe podpory. Jest też ogromna ilość cięcia - zbędne liście, pędy, kwiaty ... Kompostownik napełnia się szybko, przekładam warstwy świeżej zieleniny starymi jesiennymi liśćmi, aby zminimalizować straty azotu do czasu, gdy będę w stanie zająć się kompostem i go regularnie poprzerzucać.







Rośliny w workach uprawowych przetrwały suszę dobrze, woda w kuwetach i duża ilość torfu w podłożu sprawiły, że nie wymagały one reanimacji. Wyjeżdżając, uzupełniam im wodę i pozostawiam w dobrym stanie.






Przed odjazdem wypraszam jeszcze z domu takiego dzikiego lokatora. Ma anteny długie jak moje palce u dłoni, nadałby się na łazik marsjański lub antenę LTE ;)
I to tyle w telegraficznym skrócie, teraz znowu czeka mnie kilka dni w mieście. Przed wyjazdem nie zapominam jednak ustawić nawadniania na bardziej "konserwatywne" parametry, no i .... liczę, że wreszcie zacznie padać deszcz!

wtorek, 2 lipca 2019

Świętojańska Ostoja - fotorelacja

W okolicy Nocy Świętojańskiej tak zwane życie przyspieszyło i wyrzuciło mnie poza krąg Ostoi. Zdążyłem jeszcze zrobić to, co każdy szanujący się ogrodnik zrobić powinien przed dłuższą nieobecnością - zebrałem plony, podlałem wszystko i opryskałem prewencyjnie przeciw chorobom wszelakim. Włączyłem też automatyczne nawadnianie, w nadziei, że da radę utrzymać ogród przy życiu w czasie mojej nieobecności. Następnie przebiegłem między grządkami z aparatem, aby uwiecznić stan upraw w najdłuższym dniu w roku, czego efektem jest ta krótka, poniższa fotorelacja.

Nie do wiary, ale jest to opisywana wcześniej grządka gdzie rosło żyto ozime. Bób już niemal gotów do zbiorów, a gdy go zbiorę, wyłoni się podrośnięta już marchew. Dymka była i jest zbierana na bieżąco, czosnki szykują się do zbioru.
Kolejna z poplonowych grządek, żyto z koniczyną. Z powodu upałów koniczyna nie odbija, ale warzywa się trzymają.
Gęsto, jak na klasę gleby VIz ;) No dobrze, tu dodałem 10 cm różności, a potem rosła tu koniczyna.
Parszywa Dwunastka rozrasta się nieziemsko - nie ma się co dziwić, tutaj jest niecałe 30 cm podłoża.
Gęsto i różnorodnie.
Różnica pomiędzy pomidorami z własnych nasion, a tymi z nasion zakupionych jest kolosalna. Te z własnych nasion zawiązały już ładne owoce.
Pomidory z nasion kupionych w zdecydowanej większości dopiero kwitną.
Kwitnie też miechunka peruwiańska, czyli rodzynek brazylijski.
Samotny nagietek w gąszczu pomidorów.
Bakłażany wciąż kwitną, ale owoców jeszcze nie widać.
W tym roku sałaty "czerwone" rosną dwa razy wolniej niż zielone.
Do buraków naciowych białych i czerwonych dołączyły żółte.
Liście tych sałat przypominają mi nieco morskie fale.
Kapusta najwyraźniej komuś smakuje, chyba trzeba zrobić oprysk.
Zeszły rok był ogórkowo marny, ten zapowiada się nieźle.
Mija 30 dni od posadzenia malutkiej rozsady, większość już kwitnie, a część ma owoce. Jak widać, pomidory potrafią nadgonić.
Sałaty się tłoczą jak pasażerowie w autobusie, w towarzystwie ozdobnych słoneczników i pomidorów. Z ukrycia spogląda w obiektyw bazylia.
Polikultura dwunastu gatunków i odmian na 1 metrze kwadratowym.
Nie ma żadnego porównania pomiędzy zerwanym chwilę temu brokułem z własnej grządki a kupionym w sklepie. Smak jest wyraziście słodki, a nawet gruba łodyga miękka i pełna soku.
Słoneczniki już zaczynają przerastać ogrodnika.

Kalafior niedługo trafi do garnka. W spartańskich warunkach Ostoi jego jakość można uznać za sukces.
Tęczowa kapusta wielkolistna zaczyna napierać kolorów od środka.
Rośliny zaczynają zagradzać przejście między grządkami, aż trudno uwierzyć, że 110 dni temu nie było tu nic poza piachem.
Od południa sałaty, które dawno powinny być przerzedzone i zebrane, od północy pomidory, które dopiero zaczynają wzrost.
Dyniowate zaczynają się rozpychać na grządkach.









I tak oto Ostoja pozostawiona 21 czerwca przywita mnie zapewne jakoś w początku lipca. Ciekaw jestem, jak przetrwała upały, burze, porywiste wiatry. Jestem pewien, że jak zawsze, czymś mnie zaskoczy. Trzymajcie kciuki, aby były to same zaskoczenia pozytywne.

poniedziałek, 17 czerwca 2019

Przekrój czerwca

 W Ostoi z jednej strony czas płynie powoli, bo każdy dzień wypełniony jest po brzegi konstruktywną pracą, z drugiej dni uciekają nie wiadomo kiedy, i ani się obejrzałem, a mamy połowę czerwca. A i miesiąc ten, i rok generalnie, obfituje w, nazwijmy to, ciekawostki. Pierwszą z nich jest urodzaj kleszczy, zaginających parol głównie na naszą kotkę. Dzięki temu do perfekcji opanowałem ich usuwanie - kleszcz nawet nie tyle, że jest usuwany, co sam wychodzi, cały i zdrowy, można by to tak ująć. Wystarczy odrobina cierpliwości i opuszka palca. Rozgarniam kotu futro, kładę opuszkę palca na odwłoku kleszcza i obracam go w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Po kilkudziesięciu sekundach kleszcz ma dosyć tej karuzeli i sam się odczepia.

Niejednokrotnie pisałem, jak to źle wszelkie kapustne rosną w Ostoi, tak było aż do dziś. W tym roku udało się wyhodować pierwsze kalafiory i brokuły, a i kapusty zapowiadają się dobrze. Widomy to znak, że gleba w Ostojowych grządkach zaczyna się poprawiać i że dotychczasowe działania przynoszą wymierne skutki. Zastanawiam się jednak nad sensem uprawy tych warzyw, bo trwa ona długo, zajmuje dużo miejsca, a efekt - cóż, jedna roślina na jeden posiłek. Wolę jednak coś, co szybciej lub dłużej plonuje. Nie umniejsza to jednak faktu, że kolejna bariera została przełamana, no i że taki własny brokuł smakuje zupełnie inaczej niż ze sklepu.

A skoro już przy pierwszych razach jesteśmy, to w tym roku popis dają motylkowe - pierwszy raz zakwitła amorfa krzewiasta. Zdumiewające, wziąwszy pod uwagę, że jest to roślina siedlisk położonych zwykle wzdłuż strumieni, posadziłem ją jednakże z uwagi na to, że dobrze rośnie i na piaszczystych glebach. Wiążę z nią pewne plany - na liściach amorfy występują gruczołki żywiczne produkujące substancję owadobójczą. Czy da się z tego wyprodukować domowy insektycyd? Zobaczymy za kilka lat. Na razie, niech rośnie i nabiera sił.


Pierwszy raz zakwitły moszenki południowe. Nie mam szczęścia do tego krzewu, sadzonki zwykły mi obumierać. W końcu jednak któraś się przyjęła i nawet zakwitła. Zaczęły też kwitnąć moje ulubione karagany syberyjskie, w zamyśle głównie źródło masy zielonej w leśnym ogrodzie, do czasu gdy nie urosną robinie i glediczje. Mój romans z karaganą był bardzo burzliwy, nie chciała mi ulec przez długie lata. Naczytałem się bowiem, że jest łatwa, i tak też ją traktowałem (miała rosnąć "wszędzie" i "nie mieć wymagań"), tymczasem okazało się, że w Ostoi nic nie przychodzi tak łatwo. Włożyłem więc nieco pracy w troskę i opiekę nad karaganami i w tym roku pierwszy raz nie tylko zakwitły, ale również zostały solidnie przycięte, a materiał z cięć uzyskany trafił na glebę w leśnym ogrodzie.

Kontynuując temat motylkowych, to po raz pierwszy mam też przyjemność pokazać groszek fioletowy. Rośnie ładnie, ale niestety tylko część strąków jest takowa - połowa z nich jest zielona. Pojawia się więc pytanie - zbierać nasiona ze strąków fioletowych, czy nie? Bawić się w tą uprawę? Tym bardziej nie wiem czy warto, gdyż strąki tracą kolor w obróbce cieplnej, zasadniczo więc najlepiej jest je konsumować na surowo. Znając siebie, pewnie zostawię kilka najładniejszych strąków aby zobaczyć, czy i ile fioletowych będzie w przyszłym roku. Sama roślina do zbyt plennych nie należy, na szczęście puszczona w pionie po siatce zajmuje bardzo mało miejsca w ogrodzie. Problemem, jak w przypadku wszystkich motylkowych w Ostoi, są leśne ptaki, które mają zwyczaj wyjadania świeżo posadzonych nasion grochu, fasoli czy bobu z chirurgiczną precyzją, dlatego też odchodzę od bezpośredniego siewu na rzecz przygotowania rozsady, a to kolejna nadprogramowa praca.

Motylkowe tematy zamykając, pragnę donieść, że odkryłem w wiacie zimowisko motyli. Niewiele wiem o motylach generalnie, ale myślę, że chroniły się tu przez cały okres zimowy. Upodobały sobie przestrzenie między papierowymi workami, niektóre zamieszkały nawet w otwartym worku z perlitem. Musiało im być u mnie dobrze, skoro siedziały tam do otwarcia wiaty na sezon letni. Maluczko, a jak co roku Ostoja stanie się rajem dla motyli - do kwitnienia szykuje się ich ulubiona lebiodka oraz magnes na motyle - trojeść bulwiasta.

Najwięcej w ostatnim czasie pisałem o grządkach zwanych "Parszywą Dwunastką" i nie dziwcie się temu - sprawdziły się one wybornie. Do tego stopnia, że zastanawiam się, czy wcześniej budowanych grządek o połowę niższych nie podwyższyć. Muszę sobie powtarzać, że Ostoja nie produkcją stoi, a raczej ma mieć walor pokazowy i eksperymentalny, zostawię więc je chyba takimi, jakie są. Będzie można obserwować różnice pomiędzy 15 a 30 centymetrami głębokości podłoża, zobaczę też, czy poprzez nieco większy wkład pracy i opieki uda mi się poprawić produktywność płytszych grządek do poziomu tych głębszych.

Inne grządki też mają się dobrze, choć upały potężnie dają się im we znaki. Wydawałoby się, że gorąca końcówka wiosny sprawi, iż wszystko zacznie rosnąć szybciej, tymczasem nie - porównując zdjęcia z 2018 i 2019 widzę, że "jesteśmy w plecy" około 10 dni. Niemniej jednak, na nowych tegorocznych kostkach słomy, cukinie, dynie, kabaczki i patisony, z lekką domieszką pomidorów, mają się dobrze. Nadchodzi pora, gdy trzeba będzie zacząć profilaktyczne opryski rozcieńczonym mlekiem oraz instalację podpór. Mogę się pochwalić (odpukując jednocześnie w niemalowane), że nie straciłem ani jednej sadzonki, choć jedna czy dwie (na 80 w tym zestawie kostek) nie wyglądają na razie zbyt pięknie.

Monokultura pomidora w kostkach słomy, jedna z nielicznych monokultur w Ostoi, zlokalizowana od lat w tym samym miejscu, też radzi sobie dobrze. Pięćdziesiąt roślin na dwudziestu pięciu kostkach, wymienianych co trzy lata, wymaga w tym roku nieco więcej troski, gdyż kostki już są stare i tam, gdzie rosły w zeszłym roku pomidory, świecą dziurami. Ponapełniałem te dziury podłożem, ale nie więcej niż dwie szklanki na jedną roślinę, w związku z tym niektóre krzaki rosną w głębokich dołach. Sprawia to wrażenie jakby w tym roku pomidory rosły gorzej, ale jak jest naprawdę, przekonamy się w lipcu. Pamiętajmy też, z jak po macoszemu traktowanej rozsady rekrutuje się to całe towarzystwo (pisałem o tym poprzednio).

A tak prezentuje się grządeczka, która powstała w miejscu, gdzie wiele lat temu ustawiłem swój pierwszy słomiany ogródek - całe sześć kostek! Dziś, w Ostoi jest ich ponad 60. Ten pierwszy zestaw kostek rozłożył się całkowicie, zgarnąłem jego pozostałości w formę wału i od tej pory traktuję jak normalną grządkę. Otrzymała ona pieszczotliwą nazwę "Grobek". Zamierzam uprawiać na niej kilka kabaczków i pomidorów, w bardzo grubej ściółce ze starej słomy. Grządkę od lewej atakują topinambury, które gdy tylko wlezą na grządkę, ścinam przy ziemi i używam do ściółkowania ścieżki. Staram się dbać o to, aby ścieżki były przestrzeniami gdzie mogą wnikać korzenie roślin z grządek, dlatego też materia organiczna dodana wprost na ścieżkę wcale się nie marnuje.

Poza niespodziankami ogrodniczymi, Ostoję prześladują ostatnio wyłączenia prądu. Zasadniczo, moje zapotrzebowanie na prąd jest bardzo niewielkie i takie jak ostatnio dziewięciogodzinne wyłączenia nie są specjalnie dokuczliwe. Aby mieć światło, zasilić lodówkę, laptop i ładowarki, naładować baterie elektronarzędzi, ustawiam mój przenośny zestaw solarny, złożony z dwóch paneli, kontrolera, inwertera i akumulatorów. Ustawienie zestawu (opartego o sita do przesiewania kompostu, co pozwala płynnie regulować kąt nachylenia) zajmuje mniej niż 5 minut, co godzinę przekręcam panele odrobinę, aby podążały za słońcem. Dzięki umieszczeniu ich w ogrodzie eliminuję problem cienia z okolicznego lasu i o tej porze roku mogę skutecznie ładować akumulatory od ósmej do osiemnastej. Ponadto, gdyby los rzucił mnie gdzie indziej, mogę swój prąd zabrać ze sobą, co nie jest bez znaczenia. W przyszłości zapewne będę ten system rozbudowywał, na pewno wzbogacę go o silniejszy inwerter, w zamiarze zasilenia pompy w studni, ale nie jest to ani pilne, ani niezbędne.

Na koniec, kilka obrazków "kulinarnych". Czerwiec dla mnie to kolor jagody kamczackiej. Zbiory były obfite, objedliśmy się, a słoiki z dżemem trafiły do piwnicy.



Nie może być czerwca bez wina i szampana z kwiatów czarnego bzu. Wino nastawione, szampan zabutelkowany i skosztowany również - wyszedł wyśmienicie.


Czerwiec to czas obcinania pędów kwiatowych czosnku po to, aby główki większe rosły.


Z pędów robię super proste pesto, łącząc je tylko z bazylią, solą morską i oliwą z oliwek - jest to doskonały dodatek do potraw włoskich na bazie makaronu, no i oczywiście do pizzy. 


Palce lizać, czego i Wam życzę :)