niedziela, 10 czerwca 2018

Historia jednej grządki

Fala upałów nieustannie trawi Ostoję, a przyroda dostała znaczącego przyspieszenia. Zakwitły lipy, a kwiaty czarnego bzu zdecydowanie zaczynają przekwitać. To ostatni moment, aby nazbierać ich dosyć na wino i "szampana". O ile wino wymaga kilku miesięcy oczekiwania, o tyle "szampan" sporządzić można w niecałe dwa tygodnie. W Ostoi jest on sztandarowym napojem na upalne dni, z reguły sporządzam więc minimum 20 butelek. Przy tych temperaturach jest on gotowy w tydzień, po czym trafia do zimnej piwnicy. Im dłużej stoi, tym bardziej wytrawnym się staje, zwykle jednak nie danym mu jest dotrwać do końca lata.

Grządka sałatowa pomimo upałów nadal plonuje, ten sezon pod względem sałat jest rewelacyjny. W połowie to zasługa lokalizacji grządki (w cieniu), a w drugiej połowie grządki jako takiej - sposobu, w jaki ją zakładałem.

Zwykle wszystko zaczyna się od gleby - choćby takiej jak tu, w Ostoi. Niemal nic tu nie rośnie - gdzieś od czasu do czasu jakaś trawka, kępka mchu lub jakiś porost. Nie ma jednak złych miejsc na ogród, trzeba jedynie wiedzieć, jak się zabrać do sprawy.


Pierwszy krok to wzruszyć widłami lub łopatą glebę, ale nie przewracać jej. Chodzi o usunięcie ubicia i stworzenie kanałów, którymi woda i substancje odżywcze będą mogły wnikać wgłąb gruntu.

Drugi krok, który można wykonać lub nie, to umieszczenie obramowania wokół grządki. Mam jeszcze kilka nadstawek na europalety, wykorzystuję więc je na obramowania.

Grządki najlepiej przygotowywać na jesieni, aby przekompostowały się przez zimę i były gotowe do obsadzania na wiosnę. W Ostoi czasami robię grządki gdy po prostu mam materiał na grządki przydatny. Tym razem takim materiałem są odpady kuchenne zbierane do wiaderka bokashi.

Zlewam glebę bardzo solidnie wodą i czekam chwilę, aż woda wsiąknie w szczeliny. Zawartość wiaderka z bokashi rozsypuję bezpośrednio na glebę. Zamiast bokashi można użyć z powodzeniem odpadków kuchennych owocowo- warzywnych.

Bokashi przykrywam cienką warstwą materiału z wermikompostownika - czyli z hodowli dżdżownic. Dżdżownice i tak same by przyszły, ale ten krok przyspiesza cały proces znacząco. Polewam lekko tą warstwę wodą i obserwuję chowające się dżdżownice.

Moczę sporą ilość starych gazet w wodzie. Wykładam nimi dokładnie całą grządkę, łącznie z bokami. Polewam dodatkowo wodą po zakończeniu. Gazety nie przepuszczą potencjalnych chwastów, zatrzymają wilgoć i stworzą doskonałe warunki dla dżdżownic.

Wypełniam grządkę prawie po brzegi mieszaniną własnej roboty kompostu i wszelkiej materii organicznej jaką w tej chwili posiadam. Zależy mi na tym, aby materiał kompostował się dalej na grządce, stymulując rozwój życia glebowego. Polewam ponownie wodą.

Wypełniam pozostałą przestrzeń cienką warstwą najlepszego, dojrzałego, przesianego kompostu. W warstwę tą sieję nasiona - tym razem jest to karłowa odmiana fasoli szparagowej. Da plon jeszcze tego lata i zwiąże azot z powietrza, co pozwoli grządce lepiej funkcjonować w przyszłym roku. Wyrównuję powierzchnię grządki tak, aby woda nie spływała na boki.

Na koniec ściółkuję grządkę lekko słomą, dodam więcej ściółki gdy fasole wykiełkują. Ostatni raz lekko polewam wodą. Grządka jest gotowa, posłuży wiele lat.

A po dobrze wykonanej pracy można skosztować czarnobzowego szampana i w ostatnich promieniach zachodzącego słońca obserwować dudki grzebiące w grządkach. Mam nadzieję, że nie dobiorą się do świeżo posadzonej fasoli ...

niedziela, 3 czerwca 2018

Piec na upalne dni

 Fale upałów przetaczają się nad Ostoją, a deszcze omijają ją w miarę skutecznie. Gdy na dworze żar, najmilszym miejscem pracy okazuje się piwnica. Porządkuję więc w niej różniste różności w samo południe i czasami natrafiam na zdumiewające znaleziska. Jedno z nich to zeszłoroczne bulwy topinambura przechowywane w piasku. Zebrało im się na kiełkowanie, te z lewej musiały pokonać jedynie opór pokrywki, ale te z prawej podniosły ważące ponad 3 kilogramy wiaderko, dlatego takie sfatygowane ...

W starym drewnianym domu temperatury są znośne nawet i na parterze, biorę się więc w największy skwar za drobny lifting pieca. Praca z gliną w porze upału jest bardzo komfortowa, o ile tylko uzupełnia się wodę, bo bardzo szybko paruje. Piec z założenia miał plecami grzać łazienkę, a pusta przestrzeń (tak zwane hypocaustum) miała grawitacyjnie wymuszać przepływ powietrza. Niestety, czy to fuszerka, czy ruchy domu i pieca sprawiły, że na złączu wszystko pękało, piec dostał więc gustowny szlaczek z ceglanych płytek, pokrywający wszystkie pęknięcia. Ewidentną fuszerką był tynk na piecu, zdecydowałem się więc dać mu nowy. Przy okazji zniknęły wszystkie okopcenia powstałe przez trzy zimy użytkowania. Postanowiłem też wyssać z trzewi pieca wszystkie popioły, osady i śmieci, przemysłowym odkurzaczem. Okazało się, że wszystkiego nazbierała się niecała szklanka, czyli o ile piec z zewnątrz dalekim był od ideału, o tyle spala dobrze.

Szaleńcze plony sałaty zadają kłam teorii, że źle znosi ona upały. Znosi dobrze, ale gdy się ją posadzi w odpowiednim mikroklimacie. Ta grządeczka umieszczona została od północnej strony domu, bezpośredniego słońca ma może dziennie z godzinę. Przycupnęła sobie pod sosną, i plonuje nieprzerwanie od wielu tygodni. Stale obcinam zewnętrzne liście, a ze środków wyrastają nowe. Sałaty nie obumierają, nie kwitną, rosną sobie radośnie, a całkowity brak chwastów nie dziwi, bo przecież rosną tak gęsto, że nie ma dla nich wolnej niszy.

Gęstwina jest zresztą charakterystyczna dla Ostoi, choć zasadniczo całkowicie odmienna od jej pierwotnego stanu. Tam, gdzie wcześniej straszył piach z odrobiną porostów, doskonale sobie radzi polikultura bobowo-ziemniaczana. Jeśli porównacie ze zdjęciem w poprzednim wpisie, sami zobaczycie jak gwałtowny jest wzrost. Podobnie w ziemniaczanych wieżach, ta z glebą lokalną urosła już do połowy wysokości, a ta z kompostem jest niemal pełna i za chwilę zakończy się dokładanie. Na plony jednakże trzeba jeszcze będzie poczekać.

Tuż obok mała plantacja topinamburu nie tylko że zarosła przeznaczony sobie areał, to stara się skolonizować okolicę. Cieszy mnie to bardzo, bo wszystko, co wyrasta poza ustalone ramy, staje się źródłem ściółki. Z tej powierzchni dwóch metrów kwadratowych oczekuję plonu w ilości dwóch dużych wiader, plus materiału do ściółkowania i na kompost. Kolejna, większa plantacja topinambura założona na Zapłotku powoli pozwoli mi przenosić jego uprawę do stref dalej oddalonych od domu. Tu spełnił już on swoje zadanie, a jego stanowiska można już wykorzystać pod cenniejsze uprawy.

A w leśnym ogrodzie nastał czas zbiorów jagody kamczackiej, mojego ulubionego wiosennego owocu. Naładowane antyoksydantami jagody doskonale smakują i działają prozdrowotnie. W formie mlecznych koktaili doskonale się sprawdza w te upały, dzięki czemu nawet przy piecu da się wytrzymać.

niedziela, 13 maja 2018

Wigilia Zimnych Ogrodników

Ładne mamy lato tej wiosny, i upalne. Wszystko wysycha, a zbiorniki na deszczówkę stoją puste. Trawy na Zajęczej Górce zaczynają się złocić, a wielka zajęczyca tęsknie spogląda przez sztachety na soczyste Ostojowe sałaty rosnące sobie jak gdyby nigdy nic w donicach podsiąkowych. Uzupełniana raz na dwa tygodnie woda w zupełności wystarcza, nawet w przypadku eksperymentalnie i celowo niewyściółkowanych donic. Sprawdzam, czy taka sytuacja sprawi, że pomiędzy sałatą chwasty nie wykiełkują, bo gwiazdnica w tym roku w ściółkowanych donicach szaleje.


Grządki podniesione w nadstawkach europalet wyściółkowane są jednak tradycyjnie, aczkolwiek cienko - bo skończyła się słoma. Dostaną więcej ściółki po Ostojowych sianokosach. Sałatom to raczej nie przeszkadza, bo akurat te grządki mają słońca bardzo mało i na krótko, radzą więc sobie dosyć dobrze. Tradycyjnie obcinam pojedyncze listki, pozwalając małym rosnąć. Dzięki temu mam nadzieję dłużej sałatami się cieszyć bez konieczności sadzenia następnych.

W bardzo grubej ściółce natomiast kryje się skarb - odmiana ziemniaka Sarpo Mira, której 6 sztuk otrzymałem od Igora Bokuna, znanego z projektu "Przez rok nie kupię jedzenia". Szukałem tej odmiany długo, a pragnę ją wypróbować w wieżach ziemniaczanych, bo czytałem, że jest jedną z lepszych do tego celu. Umieściłem w dwóch wieżach po dwa kartofelki, a dwa ostatnie w specjalnej grządce, aby je tam namnożyć i mieć ich więcej na kolejne lata. Wykiełkowały pięknie, radośnie rosną w towarzystwie bobu, nienawożone, niepodlewane, no ale naprawdę grubo wyściółkowane własnym łąkowym sianem z zeszłego roku.

Leśny ogródek przy szopie zieleni się niebywale, obrodził czosnek niedźwiedzi z którego robię najlepsze pesto świata. Przynajmniej ja je tak oceniam, nie wiem jak inni. Odbił nawet biedny kasztan jadalny, który zmaga się z wszechobecnymi korzeniami trzmieliny pod ziemią, a cieniem wszechogarniającego dębu nad nią. Urodliny, o których pisałem wielokrotnie, moje oczka w głowie, zimę przetrwały i zaczynają wypuszczać listki, opóźnione one są w rozwoju jak zwykle, ale najważniejsze że żyją. Podszyt ogrodu leśnego wymagać będzie interwencji, gdyż bluszczyk kurdybanek postanowił zdobyć go blitzkriegiem, w tewarzystwie jeszcze czegoś, czego nazwy nie znam. Będzie więc odrobina "chop & drop", czyli cięcia i rzucania bluszczyka, tam gdzie rósł.

Pamiątkowa morwa Billa Mollisona cała obsypana owocami, pomimo młodego wieku przecież. Widocznie Mistrz czuwa z zaświatów nad tymi drzewami, które w jego imieniu posadzono. Jagody kamczackie zapowiadają zdrowy urodzaj, o ile ta susza nie potrwa zbyt długo. Z dwóch świdośliwek, zaowocowały nareszcie obie. Jedna do tej pory nie przejawiała żadnych chęci do reprodukcji, podczas gdy druga zawiązywała owoce ochoczo, no ale teraz przyszedł czas na obie. Nieco ruszyły się porzeczki, nieco jeżyny, tradycyjnie najsłabiej z agrestami, ale sądzę, że potrzebują one po prostu czasu, aby nauczyć się życia w Ostojowym piachu. Bardzo mocno przycięte czeremchy amerykańskie, kiedyś jedyne, a więc najstarsze krzewy owocowe w Ostoi potrzebowały wielu lat, aby zacząć intensywnie owocować, teraz jednak kwitną jak szalone, oszałamiając zapachem i wabiąc tysiące owadów.

Bluszczyk skurczybyk zaatakował też spiralę ziołową, pierwszy więc raz od 2013 roku postanawiam coś na niej zrobić innego poza zbiorami. Wyrywam dwa wiadra kurdybanka i miejsce po nim ściółkuję resztkami zrębek. Dodaję nasiona ziół różnych i zobaczymy, czy coś wykiełkuje. Graniczyłoby to niemal z cudem, bo spirala smaży się w słońcu, a nie ma nawadniania. Ja w rozjazdach, więc nie podlewana musi radzić sobie sama. Jeśli sobie nie poradzi, to jej dopomogę, ale dopiero pewnie w czerwcu. Może trzeba mieć więcej wiary w moc spirali, bo przykładowo taki piołun luizjański, który podobno nie ma prawa u nas przezimować, zimuje na niej, wiosną odbija, i ma się coraz lepiej. Wykorzystuje ciepło głazów, ukrywa pod nimi korzenie i jak na razie nie ma zamiaru oddawać terytorium bez walki.

Trzy osobne ogródki z kostek słomy czekają na nowych mieszkańców - pomidorowy, dyniowo-ogórkowy i nie-wiadomo-jeszcze-jaki. Postanowiłem w tym roku nie sadzić pomidorów w jednym ogródku z dyniami, i nie ma to nic wspólnego z dobrym czy złym sąsiedztwem roślin, ale po prostu ułatwia obsługę. Mając pomidory w prawie tuzinie miejsc, musiałem się strasznie nalatać, teraz przynajmniej te na kostkach słomy postanawiam "usystematyzować". Gotowe są też worki uprawowe, a wielka akcja sadzenia pomidorów już w przyszłym tygodniu. Póki co, Ostoja tam gdzie zwykle, a ja zupełnie gdzie indziej, mam nadzieję że sobie poradzi do mojego przyjazdu i znowu mile zaskoczy czymś, co urosło, zaowocowało, lub po prostu przetrwało.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Dwudniówka

Jeszcze w środę rano Ostoja była nieco zaspana, ale już w czwartek obudziła się do życia na dobre. Obrzeża ścieżek w młodym leśnym ogrodzie zażółciły się solidnie, a male drzewka zaczęły nieśmiało otwierać pąki, ukazując zieloną zawartość. Na pierwszy rzut oka dwa drzewka z dwudziestu nie przyjęły się, co tragedii nie stanowi. Koniczyny i łubiny, truskawki i poziomki, żywokosty i pokrzywy rozpoczęły swój bój z trawą, której nieco za dużo pojawia się tu i ówdzie. Nie wiadomo jeszcze kto wygra, ale lepiej wspomóc tą bitwę kolejną porcją ściółki ze zrębek.

Czosnki niedźwiedzie, dziki szczypiorek, kurdybanki, portulaki i inne dobroci pojawiają się "znikąd" dosłownie pod stopami, i niemal nie ma możliwości, aby nie chodzić po "jedzeniu". Szczypiorek upodobał sobie fragment podwórka przy szopie, ale nie gardzi też miejscem pod starą lipą. Czosnki z kolei dominują w dzikiej części podwórka, i nie straszny im ani północny cień, ani jałowy piach. Te swoje 2-3 liście wypuszczają co roku. A im starsze są, tym liście większe. Smaczne i aromatyczne bardzo, no i zapewne zdrowe. Jagody kamczackie jak zwykle "odpaliły" znienacka - w środę liście, w czwartek kwiaty. Przesadzam trochę. Jeden kwiat. Na jednym krzaku. Ale jest! I to się liczy.

Kokorycz delikatnym fioletowym dywanem pokrywa resztki trawnika, szkoda, że szybko przekwita i znika, ustępując miejsca mniszkom. Póki co jednak, roi się na niej od trzmieli, których takiej ilości jeszcze nigdy wcześniej w Ostoi nie widziałem. Myślę, że to dobry znak. Pracowicie uwijają się wśród kwiatów, od czasu do czasu nawiedzając też spiralę ziołową, na której jednak jeszcze nic nie kwitnie. Świdośliwy w lasach po drodze w kwieciu, a moje dopiero się przymierzają, ale maluczko, a zakwitną.


Skoro o pracowitości mowa, pierwszy dzień pobytu w Ostoi poświęcam wodzie deszczowej - czyszczę wszystkie rynny, podłączam zbiorniki, rury i beczki, sprawdzam, czy wszystko dobrze przetrwało zimę. Okazuje się, że odpukać, przetrwało. Na koniec dnia wszystkie systemy są czyściutkie i gotowe na pierwszy deszcz. Drugi dzień pobytu to dzień ogrodniczy - sianiu i sadzeniu nie było końca, aż do wyjazdu. A zaczęło się od sporządzenia podłoża do wysiewu, którego oczywiście akurat musiało zabraknąć. Receptura od lat ta sama i sprawdzona - 2/3 (2 wiadra) torf odkwaszony, 1/3 (1 wiadro) kompost, perlit lub wermikulit (1-2 litry), wermikompost (0,5-1 litr), dolomit (0.5 - 1 szklanka), mączka bazaltowa (łyżka stołowa) + woda.

W ostatecznym rozrachunku obsiałem różnościami siedem wielodoniczek, a następnie z otchłani Ostojowej piwnicy wyjąłem przechowywane w torfie kłącza jakona. Pisałem kilkakrotnie o jego uprawie, i braku mrozoodporności. Kłącza zimowały więc w piwnicy, a teraz trafiły do doniczek po pelargoniach, z odzysku. Gdy jakony wykiełkują, trafią na grządki, ale nastąpi to dopiero po 20 maja. Bardzo powoli idzie mi rozmnażanie tej rośliny, jednakże nie poddaję się i cóż, z każdym rokiem jest tych kłączy odrobinę więcej.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w donicach podsiąkowych, tu ledwo wysiane rzodkiewki kiełkują na potęgę. Za nimi pójdą wkrótce i inne dobroci, a póki co widzę, że znowu będziemy mieli w donicach "epidemię" gwiazdnicy. Raz wprowadzona z "nieswoim" kompostem, nie chce się zgodzić na eksmisję. Z drugiej strony nie nalegam, lubię ją, jako dodatek do sałatek.


Gdzie ta potęga rzodkiewek, zapytacie. Na razie jest malutka, bo ledwo wygląda ze ściółki. Jednakże już widać, że formują się rzędy, jak wojska na paradzie. Za około trzy tygodnie, jeśli, odpukać, nic się nie wydarzy, będziemy mieli pierwsze młode rzodkiewki. Zostawiam teraz Ostoję na kilka dni, ale wiem, że gdy wrócę, to zmiany będą kolosalne. To ten czas roku, gdy wszystko zieleni się najszybciej, wczoraj goły krzew jest dzisiaj cały w kwiatach. Chciałoby się być, i obserwować, i nie uronić ani listka, ale cóż - obowiązki inne wzywają, żegnaj więc Ostojo - dziękuję, to były udane dwa dni.






środa, 4 kwietnia 2018

Eksplozja

 Długo nie pisałem, takie były okoliczności. Marzec upłynął nie wiadomo kiedy, na podróżach, pracy i obowiązkach. Ostoja, nieco zaniedbywana, przetrwała jednak bez szwanku, przygotowała nawet na mój przyjazd kilka niespodzianek.
Zanim o Ostojowych niespodziankach jednak opowiem, to zgodnie z obietnicą chwalę się - tak dziś wyglądają pomidorki, o których pisałem w poprzednich wpisach. te warszawskie. Na Ostojowe poczekać trzeba będzie nieco, ale przede wszystkim, trzeba przygotować pod nie grunt, dosłownie i w przenośni.

 Ostoja powitała mnie eksplozją krokusów, które okalają większość młodych drzewek owocowych. Nie tylko cieszą oko, ale odstraszają też nornice, żywią pierwsze pszczółki, a nade wszystko, pokazują mi, gdzie trzeba ściółki ze zrębek dosypać. Po prostu między pień a krokusy. I trzeba zrobić to szybko, krokusy alarmują - skoro my ruszyłyśmy, to za chwileczkę, za momencik ruszy też trawa, a trawy tutaj nie chcemy. Pora więc szybciutko zakręcić się i zrębki zdobyć, bo wszystkie zużyte do cna. Jest nieco gałęzi z zimowej przycinki do zezrębkowania, zmielę je wkrótce, ale to kropla w morzu potrzeb.

A z morza ściółki w ogrodzie leśnym i w każdym z ogródków, oraz w trawie pod lipą, wszędzie coś się wynurza, eksploduje życiem przez mniej lub bardziej grube pokłady czy to liści, czy to słomy, czy zrębki, czy siana, a gdzieniegdzie przez mieszaninę tego wszystkiego. W trawie jest już i dziki szczypior, i gwiazdnica, i moja ulubiona kokorycz, a w leśnym ogrodzie wychylają się ze zrębki malutkie białe koniczynki. Zielone oczywiście, białe będą, gdy zakwitną. Trzeba jeszcze poczekać na czosnki niedźwiedzie, ale są inne atrakcje.

We wspomnianych już krokusach praca wre - to pszczoły, trzmiele i murarki, oraz inne drobne tałatajstwo, ogłosili początek sezonu. Uwijają się jak w ukropie, bo to i ukrop jest, jak na tą porę roku, dobrze ponad dwadzieścia stopni w południe. Jakież jest moje zdziwienie, gdy grzebiąc w ściółce znajduję .. bryłę lodu, w doskonałym stanie. Na wierzchu taka wiosna, a pod ściółką lód. Nie poganiam, nie przyspieszam, pozwalam rozmarznąć tam, gdzie najmniej odparuje, a najwięcej wsiąknie.

W ogródku "wieloletnim", tam, gdzie topinambur i szparagi głównie, jak co roku manifestują swą obecność jako pierwsze tulipany. To jedna z mocniej zacienionych grządek w Ostoi, a jednak już przebiły się przez grube warstwy słomy. Do kwitnienia im jeszcze daleko, ale zawsze podziwiam je o tej porze roku, jak dzielnie wyciągają się do Słońca. Po nich, za kilka tygodni, wyjdą szparagi, a jako ostatnie leniwe topinambury, które jednak wszystkich przegonią i najdłużej postoją.

Miniaturowe żonkile, strażnicy leśnego ogrodu, rosnący na pograniczu grządek i ścieżek, też wychylają się z trawy. Ambitny plan dosadzania każdej jesieni stu sztuk poległ w ogniu obowiązków innej natury, nie odkładam go jednak do lamusa. Chciałbym, aby każda ścieżka w leśnym ogrodzie zaznaczała na wiosnę swój kontur żonkilami. I pas ściółkowania wyznaczą, i krety zniechęcą, same korzyści z tych żonkili.


Opowiadam o eksplozji wiosennych roślinek, a tymczasem główny cel dzisiejszej w Ostoi wizyty, to rozprawienie się z pozostałościami po uprawie pomidorów na kostkach słomy i jak już wspomniałem, przygotowanie kolejnych na ten sezon. Uprawa pomidorów w kostkach słomy jest jednym z bardziej udanych Ostojowych przedsięwzięć i po kilku latach mogę powiedzieć, że jest jedną z najbardziej niezawodnych. Przygotowania są proste, a kostki, w zależności od surowca i jakości, wytrzymują dwa-trzy sezony.

Wygarniam więc stare kostki, które się rozpadły, podziwiając jednocześnie cienką warstwę pięknej gleby w miejscu, w którym stały. To już nie jest jałowy niemal piasek Ostoi, to dużo ciemniejsza, wilgotna, pełna materii organicznej, żywa gleba. Pomimo, że przecież mrozy były jeszcze tak niedawno, pod kostkami pełzają niemrawe dżdżownice. Na miejscu starych kostek ustawiam nowe, kombinując, jakby tu na tej samej powierzchni zmieścić ich więcej. Kostkowy Tetris udaje się - zamiast 22, będzie w tym roku, w tym ogródku, 25 kostek.


Kręcąc się po podwórku, dostrzegam najlepszą wiosenną bombę witaminową, czyli poczciwą pokrzywę. Może pokrzywa to określenie na wyrost, bo są to ledwo wyrosłe maleństwa. Ale takie najlepsze. Tradycyjnie zrywam tuzin i zaparzam w szklance wody. Witaminizuje i energetyzuje doskonale, po zimie jak znalazł. Od teraz małe pokrzywki wchodzą na stałe do wiosennego jadłospisu, na razie w powyższej formie, ale już niedługo także wylądują w jajecznicy, w sałatkach oraz zostaną skonsumowane pod postacią pokrzy-szpinaku, czyli duszone.

Maluczko, a wszystkie kostki są na swoich miejscach. Teraz trzeba się modlić o deszcz, aby nie trzeba było ich moczyć. Kostki muszą zacząć się kompostować, aby pomidory miały co jeść. Na razie na to za wcześnie, ale za około dwa - trzy tygodnie rozpocznę dokładanie do pieca, czyli nasycanie kostek azotem, co zdecydowanie przyspiesza proces kompostowania. Przefermentowany obornik będzie do tego najlepszy, wraz z dodatkiem herbatki kompostowej i gnojówki z pokrzyw, którą zacznę nastawiać natychmiast, gdy pokrzywy nieco urosną.

No dobrze, a co ze słomą ze starych kostek uważny czytelnik może zapytać. I słusznie że pyta, bo w Ostoi nie marnuje się żadna materia organiczna. Słoma ze starych kostek trafiła na ściółkę do najstarszego ogródka. Tu będzie pełnić kolejną funkcję przez kolejne lata, aż wreszcie organizmy glebowe rozłożą ją całkowicie. Zanim jednak to nastąpi, kolejne warstwy ściółki przykryją stare grządki, nieustannie formując kolejne mikrowarstewki gleby. Bo nie ma mowy o permakulturze, gdy gleby ubywa. Lub nie przybywa. Lub jej zgoła nie ma. Tylko w glebie życie eksploduje i ujawnia się we wszystkich swoich formach, nad nią, pod nią i w niej. Dlatego teraz jest ten czas, aby o glebę zadbać. Choćby się potem człek czuł jak koń po westernie, czyli tak jak ja teraz. Dobrej nocy!




poniedziałek, 26 lutego 2018

Luty

Mróz w lutym nie powinien nikogo dziwić, a minus 16 o dziewiątej rano to nie żadna anomalia - taki mamy klimat. Anomalia jest to, że śniegu brakuje, Ostoja przyprószona odrobinkę jedynie, jak faworki cukrem-pudrem. Nie lubię takich zim, i wiem, że nie lubią ich rośliny, dużo lepiej śpiące pod śnieżną kołderką. Nie mając jednak na to wpływu, trzeba zimę brać taką jaka jest. Szczególnie, gdy akurat przydarzyła się okazja aby zaopatrzyć Ostoję w słomę na następny sezon. Siedemdziesiąt kostek przyjechało i spoczęło na podwórku, mam nadzieję, że będzie to jedyny "importowany" składnik Ostojowych upraw w tym roku, nie licząc kupnych nasion.

A skoro o nasionach mowa, to po przeglądzie tych własnych, pora przyszła na przegląd tych kupnych właśnie. Strategiczne zapasy spoczywają w Ostojowej piwnicy i z grubsza pozwoliłyby na obsadzenie wszystkiego przez kilka sezonów. Stąd konieczność sprawdzenia, którym nasionom kończy się termin ważności i zdecydowania, czy je wymienić na świeże. Nasiona bliskie przeterminowania zostaną zużyte w pierwszej kolejności, a ich nadmiar zostanie wysiany "na dziko" w ogrodzie leśnym - wyrośnie coś z tego, to dobrze, a jeśli nie - trudno.

Mróz skuł starorzecza, ale woda w rzece płynie. Wszędzie u brzegu cieszą oczy lodowe igiełki i kryształki.

Gdzieniegdzie lód tworzy malownicze "meduzy", rzeźbione przez płynącą wodę.







Bobry dokładają starań, aby ich lodowe jacuzzi nie zamarzło, ale chwilowo chyba dały za wygraną. Cienka tafla lodu już nie jest tak cienka, a z każdą chwilą staje się grubsza.







A w cieple i pod diodami LED zakwitły miniaturowe pomidorki. To te same, które pokazywałem niecały miesiąc temu w poprzednim wpisie, w formie kiełkujących drobin. Tak działa "magia" uprawy pojemnikowej - gdy zaprzęgnie się do pracy własny kompost, bakterie i dżdżownice, wszystko rośnie "jak na drożdżach". Zapowiadają się obfite zbiory, którymi oczywiście nie omieszkam się pochwalić.

sobota, 27 stycznia 2018

Raport o śniegu i przyległościach

Długo nieodwiedzaną Ostoję udaje mi się wreszcie nawiedzić w styczniową odwilż. Po drodze śnieg gdzieniegdzie jeszcze zalega na polach, na wielu jednak stoi woda, a przydrożne rowy jej pełne. Im bliżej Ostoi jednak, tym wody mniej, a śniegu i lodu więcej. Na miejscu senna atmosfera - nie słychać żurawi, ptasia drobnica nie odwiedza karmników, wszystko tkwi w zawieszeniu między zimą a wiosną. Najstarsze grządki warzywne śpią pod grubą warstwą słomy, od południa gołe, od północy pod cienką warstwą śniegu. W mikrosadzie, wyściółkowanym zrębkami, ani śladu białości, wszystko roztopione i wsiąknięte w glebę. Podwórko za to, skute lodem całkowicie. 


W kompostowniku, tym gdzie farma dżdżownic, życie trwa w najlepsze. Bardzo spowolnione, ale trwa. Pod warstwą liści, w kuchennych resztkach, dżdżownice ospale, ale jednak, przerabiają wszystko na kompost. Nie zeszły wgłąb co wróży, że raczej wielkich mrozów nie będzie. Dokładam im kolejną porcję odpadków, które rozkładając się podniosą nieco temperaturę. Przysypuję dokładnie liśćmi i suchą trawą, niech dalej w spokoju pracują.

Worki uprawowe zimują na zewnątrz, a że bardzo szybko się nagrzewają choćby od odrobiny słońca, to nie dość że ani śladu śniegu na nich, to jeszcze niemal w każdym coś samorzutnie postanowiło rosnąć - a to jakiś jarmuż, a to portulaka. Zadziwia upór mchu porastającego dół worków - miałem nadzieję, że zimą zmarnieje i odpadnie, a on ma się w najlepsze. Do wiosny jeszcze nieco czasu, ale jeśli mrozy nie pomogą, to trzeba będzie worki oskrobać.

Na tak zwanym lotnisku, czyli w wąskim podwórkowym leśnym ogrodzie odbywa się jakieś szaleństwo. Oczywiście ani śniegu, ani lodu, wszystko się zieleni w najlepsze. Cały bufet sałatkowy - gwiazdnice i marchewki, a gdzieniegdzie rzodkiew daikon. Obok truskawki (nie będę kłamał - tylko się zielenią, nie owocują oczywiście), a obok nich żywokost. Przepięknie też rośnie koniczyna biała, po łubinach natomiast nie ma ani śladu. To, że nawet w zimie grządki się zielenią to wielka radość, bo świadczy to o tym, że w glebie, gdzie do niedawna nic nie rosło, teraz kwitnie życie, cały okrągły rok.

Donice podsiąkowe oraz drewniane wypełnione zrębkami zamarznięte natomiast z lekka i cienką warstwą śniegu przykryte. Ciekawe, że swoje naprawdę mikro mikroklimaty tworzą korki, znaczące miejsca gdzie pozostawiłem niewykopane topinambury. Każdy koreczek to krąg roztopionego śniegu. Spróbuję to wykorzystać wiosną do przyspieszenia kiełkowania, eksperymentalnie. Oczko wodne skute lodem, bobrowe bajorko również, lód jednakże zbyt cienki, aby po nim przejść. Rzeczka płynie sobie wartko, stan wody nieco ponad średni, starorzecza pod cienkim lodem przypominają stare zaśniedziałe lustra. Im dalej od Ostoi łąkami się oddalam, tym śniegu mniej, aż nie ma go wcale tam, gdzie łąki opadają ku zachodowi.

Śnieg, nie śnieg, trzeba nieco popracować. Robię przegląd zebranych nasion. Przygotowuję te na wymianę, segreguję te do siewu, odsiewam ziarna od plew tych, których wcześniej nie zdążyłem. Najwięcej zostało nasion cebul i czosnków. Wiatr by się przydał, a tu jak na złość nie wieje. Dmucham więc, na zimne, dosłownie i w przenośni, bo chłodno się robi - mimo śnieżnego kryzysu i niedomogów to styczeń jednakże, i gdy słonko schowa się za lasem, to wieje chłodem. Dmucham w plewy, a nasiona ciężkie zostają w misce, następnie trafiają do woreczków i do prywatnego banku Ostojowych nasion, czyli mówiąc po ludzku, do skrzyni w piwnicy...

A na przeciwległym od Ostoi biegunie, w miejskim cieple i świetle diod LED właśnie wykiełkowały absolutnie pierwsze w tym roku miniaturowe pomidorki. Dwa nasionka na worek, z których los na loterii życia wygra jedno. Chcę sprawdzić, jak w workach rosnąć będą pomidory siane wprost do worka, a nie uprawiane tradycyjnie, z rozsady. Do tego, wbrew wszelkim regułom, w worku z zeszłoroczną ziemią, z dwucentymetrowym jedynie dodatkiem kompostu na wierzch. Braki żywieniowe zamierzam nadrobić podlewaniem herbatką kompostową, a czy i co z tego wynikło, to dowiemy się już za jakieś pięć miesięcy.