czwartek, 19 marca 2026

Przegląd lutego i marca

Tegoroczny luty w Ostoi był bardzo zimowy, najbardziej zimowy od 13 lat. Temperatura na podwórku spadła do minus 27 stopni pewnej lutowej nocy, miałem więc pewne obawy co do zimowli moich pszczół. Gdy się jednak ociepliło, oczom naszym ukazał się taki widok:


  

Pszczoły przetrwały zimę dobrze i w ulach jest jeszcze dużo pokarmu. Teraz wszystko zależy od tego, jak zachowa się przyroda i jaka będzie pogoda w nadchodzącym sezonie. Ostatnie lata były ekstremalnie trudne dla pszczół - dwa główne pożytki były dla nich praktycznie niedostępne: robinia wymarzała, lipa wysychała. Jak będzie w tym roku, zobaczymy.

Staw zamarzł solidnie, jak to mówią, można by po nim jeździć czołgiem. Mnie to umożliwiło wygodne zajęcie się olchami, które uprawiam na brzegach stawu. Ponieważ rosną miejscami na dosyć stromych brzegach, dużo wygodniej jest pracować z lodowej tafli, która też ułatwia transport wszystkiego, co zostaje ścięte. Lód zwykle budzi obawy o dostępność tlenu dla ryb, które spędzają pod nim zimę, szczególnie gdy się słucha znajomych opowiadających o tym, jak im ryby w stawach sną z powodu przyduchy. W Ostoi ten temat, odpukać, do tej pory nie istniał, nigdy nie zdarzyło się, by zima rybom zaszkodziła. Jak to możliwe? Po pierwsze, staw jest zaprojektowany tak, by ryby miały rozległe, głębokie miejsce do zimowania, po drugie w stawie nie ma gatunków ryb o wysokich wymaganiach tlenowych, są tylko takie, które świetnie zimują w okolicznych starorzeczach. Mam więc nadzieję, że gdy zejdzie lód, nie zobaczę w stawie tego, co znajomi.

Moja olchowa uprawa nabrała uporządkowanego wyglądu po zimowych porządkach, olchy te uprawiane są "na słupki". Gdy osiągną odpowiednią grubość, zostaną ścięte tak, by mogły odrastać z karpy. Powstanie mini plantacja odroślowa - źródło rzeczonych słupków, palików, podpórek i tym podobnych elementów, potrzebnych w każdym siedlisku. Wszystkie ścięte gałązki stanowią ściółkę, pnie natomiast zmuszony jestem zabezpieczać siatką przed żarłocznością bobrów, które tej zimy są nadzwyczaj aktywne, ale na szczęście nie w moim stawie. "Zintegrowana strategia radzenia sobie z bobrami" przyniosła chyba efekt, bobry widząc, że niemal wszystko warte wysiłku zostało osiatkowane, przeniosły się ze swoją aktywnością tam, gdzie ich miejsce, czyli do nadrzecznego rezerwatu. W tych rzadkich chwilach, gdy jest czas na krótki spacer, odwiedzam je po sąsiedzku i podziwiam ich dzieła.





Wziąwszy pod uwagę, że całość materiały na tą tamę została przetransportowana z lasku odległego o dobre kilkaset metrów, jak tu nie podziwiać tych małych zakapiorów?

Marzec ociąga się w tym roku srodze, dopiero w drugiej połowie miesiąca zakwitły pierwsze krokusy. Nie ma na dzień dzisiejszy niemal wcale pokrzywy, a może to ja nie bardzo mam czas jej szukać. W każdym razie tam, gdzie być powinna na podwórku, pod ręką, jeszcze jej nie ma. Dziś wyszły z ziemi pierwsze zielone czubki liliowców, ale tylko w leśnym ogrodzie nad stawem. Zasadniczo, nie dość że jest nie za ciepło, to jeszcze jest koszmarnie sucho jak na marzec. W zasadzie w ogóle nie ma opadów, a oczywiście, po śniegu od dawna ani śladu...

Przez trzy kolejne tygodnie usiłowałem uprzątnąć kostki słomy, w których uprawiałem przez dwa lata warzywa. Niestety. były wciąż tak przymarznięte do ziemi, że nie sposób było oderwać je w całości. Dziś wreszcie się udało, aczkolwiek nadal w każdej z kostek, we wnętrzu, tkwi spora bryła lodu. Wszystkie kostki wyniosłem poza podwórko, by zużyć je tam jako ściółkę. W miejscu gdzie stały natomiast... ziemia zmieniła się diametralnie. No przesadzam nieco, tylko jej wierzchnia warstwa, ale za to jak! Z piaseczku jak na plaży na Helu, miejscami niemal w czarnoziem. Niestety, zwiedziały się o tym pobliskie drzewa i cały ten obszar jest dosłownie przerośnięty ich  korzeniami. Nie chcąc wojować z drzewami, kolejne kostki postawię na grubej warstwie kartonu, będzie to chronić kostki przed "inwazją drzew" przez jakieś trzy miesiące. Później, myślę że dadzą sobie radę z kartonem, wspomagane z góry przez warzywa rosnące na kostkach. Nie mam jednak za bardzo innego miejsca na tą uprawę, a nie chcę z niej rezygnować.

Jak co roku, ściółka ze starych kostek trafiła na Zapłotek, ale w tym roku także trafiła do Mai. Maja to była jedyna grządka, jedyne miejsce w siedlisku, które nie miało nazwy. Utworzyłem tą grządkę w kwietniu zeszłego roku, w lesie, w szczerym piachu. Zapomniałem nazwać. Grządka spisała się dobrze, dała ładny plon ziemniaków, pomidorów, cukinii. Zawiodła w kwestii kukurydzy, ale ta w sumie w zeszłym roku przez upały i suszę zawiodła niemal wszędzie. Dziś odświeżyłem grządkę po zeszłym sezonie i po zimie. Przykryłem ją cienko słomą, przeciągnąłem grabiami po ścieżce i to koniec porządków. Teraz, gdy tylko zakwitnie mniszek lekarski, posadzę tu ziemniaki. W końcu maja dodam inne warzywa. A co z tą Mają? Myśląc o nazwie, wpadł mi do głowy wers "Tą grządkę, którą tu widzicie, zowią Mają", no i przez moment był to tylko żart, ale teraz... niech już ta grządka nazywa się Maja.

Ostatnie poważne wczesnowiosenne zadanie, z którym się jeszcze nie uporałem, to napełnienie grządek Stalowej Ósemki. Ile bym do nich nie wsypał, wszystko mało. No cóż, widziały gały co brały, to jedno, ale drugie, to przykra prawda, że wszelkie podłoża nasypane i nieubite, niezwykle szybko osiadają. Oczywiście, w grządkach w obecnym stanie można by już sadzić, ale wolę napełnić je poprawnie teraz i mieć spokój przez cały sezon, niż interweniować w trakcie. Myślę, że grządki te z powodzeniem przyjęłyby jeszcze ze dwa metry sześcienne kompostu, ale dam im już tylko ostatnią dawkę, po 150 litrów na grządkę, czyli nieco ponad metr w sumie. Później trzeba się brać za montaż treliaży przy północnej ścianie każdej z grządek, to też będzie wymagało nieco czasu, bo swoim zwyczajem, będę chciał przetestować nowe, nieco inne niż poprzednio rozwiązanie, ale o tym już kiedy indziej.

środa, 28 stycznia 2026

Prawdziwa zima

 Wreszcie do Ostoi przyszła prawdziwa zima. Mróz skuł lodem staw i spadło nieco śniegu. Nie tyle wprawdzie, ile by się przydało - ale nie wybrzydzajmy, dobre i to. To największe opady od 2013, jest więc nadzieja, że po wiosennych roztopach staw po raz kolejny napełni się po brzegi. Cierpiał bardzo przez ostatnie dwa lata, osuszany przez prowadzące w piach bobrowe nory i przez ekstremalne, długotrwałe upały, miejmy nadzieję, że w tym roku odżyje i się odrodzi. Pracujące w okolicy stawu fotopułapki jasno pokazały, że okolice stawu są ostoją leśnej zwierzyny - no cóż, nazwa miejsca zobowiązuje. 

W ostatnim czasie zwierzyna nie ma tu jednak łatwego życia - a to wielki odyniec wpadnie pod auto na leśnej drodze, a to polowania z naganką przewalają się przez lasy jedno za drugim. Usiłujące schronić się zwierzęta wpadają na coraz liczniejsze ogrodzenia, a nawet te, które dotarły w pobliże ludzkich siedzib nie są w stanie uniknąć swego losu - resztki wypatroszonej zwierzyny, wytężając wzrok, dostrzec można z okna. W innych miejscach pisałem już wielokrotnie o niezbędnej reformie polskiego łowiectwa, a wydarzenia takie, jak ostatnio jedynie utwierdzają mnie w tym, że reforma taka jest niezbędna i musi być radykalna.

W mroźny, słoneczny dzień można wybrać się na spacer nad rzekę i nabrać nieco optymizmu. Niosą go ze sobą bardzo liczne szlaki i tropy bobrowe, a i śladów obecności innej zwierzyny jest sporo. Starorzecza są oczywiście pod lodem, ale co najfajniejsze, miejscami zamarzła również i rzeczka, cienko ale jednak. Na wolnych od lodu fragmentach żerują kormorany - zjawisko w miarę nowe, dawniej niewystępujące. W tym roku jednak nie ma na moim odcinku łabędzi, no ale to i dobrze, mam nadzieję, że znalazły sobie cieplejsze miejsca do zimowania.

Podwórkowe grządki śpią snem zimowym i w praktyce wszelkie prace umownie mówiąc grządkowe zamarły. W poprzednich latach o tej porze roku likwidowałem stare kostki słomy, w lutym układałem nowe, w tym roku być może wszystko wreszcie wróci do normy i prace takie wykonywać zacznę wiosną. Na pewno do wiosny poczekać musi dopełnienie nowych grządek kompostem, bo póki co wypełnia je śnieg. Termometr powieszony na północnej ścianie jednej z grządek pokazał minimalną temperaturę stycznia na poziomie minus 17 stopni, bijąc zeszłoroczny rekord o 3. 

W takich okolicznościach przyrody wykonałem nieco prac leśnych, a następnie przystąpiłem do drobnych porządków w leśnym ogrodzie. Czekam jeszcze z cięciami drzew owocowych, ale myślę, że przytnę je w przyszłym tygodniu. Przerzedziłem jednak  krzewy owocowy, wycinając nieco martwych, połamanych i krzyżujących się pędów. Pracę tą będę kontynuował pewnie do wiosny, tyle się tych krzewów narobiło. Przy tej okazji, zaparzamy herbatki z zimowych gałązek, ciesząc się aromatem porzeczki, jeżyny i malin w długie zimowe wieczory. Napoje te traktujemy jako sezonowe i nawet nie myślimy o tym, by gałązki suszyć na później. Każda pora roku ma swoje specjały i swoje rytuały - wszak gdy tylko puści zima, pojawi się młoda pokrzywa, a kto wtedy by pił wywary z gałązek?

Pomiędzy jedną pracą na dworze a drugą, zajmuję się nasionami. Wiele z zebranych nasion wymaga jeszcze a to oczyszczenia, a to segregacji, a to wyłuskania, a to spakowania. Korzystając z mrozu wziąłem się za fasole, po to, by wyłuskane wystawić na mróz. To sprawi, że potencjalne ryzyko strąkowca - "robaków" w fasoli - zniknie. Moja pasja uprawy fasoli karłowej co roku przynosi efekty w postaci innej kompozycji wielkości, kształtów, deseni i kolorów zebranych nasion - pomyśleć, że zaczynałem od czterech różnych odmian.

W mieście natomiast, posiałem testowe rozsady. Najtrudniej kiełkujące papryczki chili, w tym Rocoto o czarnych nasionach, powschodziły ekspresowo, podobnie jak i moje ulubione pomidory micro-dwarf, których selekcję od kilku już lat prowadzę. Okazuje się, że dokładnie tak samo, jak w poprzednich latach, nie ma żadnego sensu się spieszyć z siewami i produkcją rozsady. Choć oczywiście - świerzbią rączki, oj świerzbią, żeby już siać. Ale spokojnie, jeszcze troszeczkę poczekajmy. Moja "Klinika Rozsad" ruszy pełną parą po Walentynkach, z cebulami, porami, rzodkiewkami i sałatą na początek, a do pomidorów i papryczek wrócimy w końcu marca. A na razie, cieszmy się prawdziwą zimą, póki możemy.

poniedziałek, 22 grudnia 2025

Lekcje roku 2026

 

Aniśmy się obejrzeli, a minął kolejny rok i znowu pora podsumować minione 12 miesięcy. Najbardziej istotna obserwacja i lekcja jest taka, że klimat i pogoda oszalały, zimy w praktyce w Ostoi nie ma, a lato ustanowiło absolutny rekord termiczny (47,2 stopnia Celsiusza na termometrze zawieszonym po północnej stronie grządki podwyższonej). W połączeniu z rekordowo niskimi opadami oraz stale spadającym poziomem wód gruntowych, nie tylko nie rokuje to dobrze, ale wręcz wygląda to źle. W przyszłym roku dbanie o zmniejszenie parowania, a tym samym zapotrzebowania na wodę może okazać się kluczowe i nie wiem jak gdzie indziej, ale w mojej okolicy najprawdopodobniej błogosławić będziemy cień otaczających drzew, ciesząc się wręcz, że nasze grządki nie mają książkowych sześciu do ośmiu godzin słońca dziennie.

Druga niezwykle ważna lekcja jest tylko pośrednio z Ostoi. Uczy ona, że nie tylko pogoda się radykalizuje, radykalizują się też i ludzie. Czy to pokazując swoją "Klinikę Rozsad", czy nowe grządki, czy uprawę w kostkach słomy, czy cokolwiek w sumie, rok 2025 przyniósł wielką obfitość negatywnych komentarzy, najczęściej pozbawionych treści merytorycznej, ale wróżących mi nieurodzaj i klęskę. Na szczęście ani moje nasiona, ani sadzonki, ani pomidory, ani nawet buraki nie mają smartfonów i nie siedzą w Internecie po całych dniach, nie czytały więc tego wszystkiego, i w większości, na przekór pobożnym życzeniom, dały całkiem przyzwoite efekty. Zjawisko to jednak, najwyraźniej narastające, stawia pod znakiem zapytania sensowność dzielenia się tym co robię z tak szeroką i losową publicznością, trzeba będzie o tym pomyśleć serio w nadchodzącym roku.

Niezłą lekcję dały mi w 2025 ziemniaki uprawiane z nasion. Morał z tej lekcji jest taki, że aby natura działała, należy wyluzować i odpuścić. Gdybym bowiem moją małą armię ziemniaczanych maleństw niańczył, podlewał, pielęgnował i leczył, zapewne dochowałbym się dużej liczby krzaków, w większości ledwo żywych pod koniec sezonu, a zebrawszy z nich nasiona, w kolejnych latach musiałbym znowu niańczyć, podlewać, pielęgnować i leczyć. Tymczasem, natura sama odsiała słabe rozsady, następne odsiała słabe krzaki, w kolejnej rundzie wypadły te nieodporne na choroby, a na koniec te, które nie dały plonu, nie wytworzyły owoców i nasion. Jaka w tym była moja rola? Żadna, stałem sobie z boku i przyglądałem się temu. Na koniec, zebrałem nasiona z ocalałych roślin i mam nadzieję, że gdy wysieję je w nadchodzącym roku, ziemniaki będą jeszcze bardziej bezproblemowe, i bardziej plenne.

Doskonałą lekcją była w tym roku uprawa w wiadrach. Przeniosłem tu doświadczenia nabyte na warszawskim tarasie do realiów Ostoi. Nawet skrawek nigdy niewykorzystanego chodniczka z kostki Bauma może być miejscem takiej uprawy. Każde z wiaderek może zawierać inne nasadzenia, ba - nawet mini gildie, a dzięki podporom wszystko może rosnąć w pionie, często na znaczną wysokość. Wiadra wypełniłem nie do końca przerobionym kompostem i poza podlewaniem oraz wiązaniem do podpór nie zajmowałem się nimi zbytnio. Dochowałem się pięknych pomidorów, cukinii, słoneczników i małych dyń, jak i odrobiny fasoli. W przyszłym roku mam zamiar dodać kolejne wiadra w "strategicznych" punktach podwórka. Mają one tą zaletę, że na czas upałów łatwo je przenieść w cień, co może być niestety ważne i potrzebne. Poza tym, z biegiem lat zaczynam sobie cenić coraz mniejsze formy, łatwe w obsłudze i nie tak ciężkie, jak na przykład wielkie donice podsiąkowe. 

Idąc podobnym tropem, wymieniłem część grządek podwyższonych na wyższe i trwalsze, aby się w kolejnych latach nieco mniej narobić. Praca z tymi grządkami nauczyła mnie, że oszczędność pracy wynika nie tylko z tego, co się robi, ale również z tego, jaką się ma w tym wprawę i jak się pracę usystematyzuje. Czas wykonania ostatniej grządki był niemal o połowę krótszy niż pierwszej, a to dlatego, że nabrałem wprawy, nie musiałem się nad niczym namyślać, oraz dzięki temu, że podzieliłem proces budowy na jednakowe, powtarzalne fazy - najpierw skręcanie wszystkich boków, później montaż dwóch osobnych połówek grządki, a na koniec złączenie ich w całość. Taki "modus operandi" okazał się najbardziej efektywny i tylko dzięki temu że go wprowadziłem, dało mi się skończyć te prace w tym roku.

Ten rok jest pierwszym od lat, kiedy to na sosenkach przy wejściach na podwórko nie zawisły świąteczne bombki. Nie miałem po prostu czasu się tym zająć, spędzając w Ostoi maksimum 6-8 godzin w tygodniu. Gospodarowanie w tak krótkich ramach czasowych jest niewątpliwie wyzwaniem, lekcją tegoroczną, ostatnią już jest jednak to, że mimo wszystko da się coś tam zrealizować i w takich warunkach. Jeżeli miałbym sobie czegoś życzyć na rok przyszły, to tylko dwóch rzeczy - zdrowia i czasu, a o resztę zadbam sam.

Wszystkim, którzy czytają tego bloga życzę Szczodrych Godów, Wesołych Świąt i wszystkiego, co najlepsze w 2026.

sobota, 29 listopada 2025

Rzutem na taśmę

W tym roku Dzień Liścia, czyli doroczne sprzątanie liści z przed chatki "przebiegło w miłej atmosferze". Piękny, słoneczny dzionek sprawił, że liście były w miarę suche, a przez to lżejsze do noszenia. Jak zawsze zdecydowana większość liści trafiła na Zapłotek, gdzie spełniać się będą jako ściółka. Co mnie jednak zaniepokoiło, to fakt, że liści było dużo mniej niż zwykle, przeciętnie z trzech wielkich drzew przed domem zbierałem w poprzednich latach ponad 20 trzystulitrowych koszy, a w tym roku zaledwie piętnaście. Zapewne to efekt ekstremalnych upałów i suszy w tym roku, no i tego, że część liści właśnie w trakcie letnich upałów spadła. Ostatki liści, 16 małych koszyków 50-litrowych, przeznaczyłem na inny cel.  

Każdy dosłownie pobyt w Ostoi, poza Dniem Liścia, poświęciłem na zastąpienie drewnianych grządek Parszywej Dwunastki, nowymi grządkami Stalowej Ósemki. Wkręciłem 560 śrubek i ułożyłem 160 cegieł. Wyciąłem całą darń spomiędzy starych grządek i ułożyłem ją w nowych. Przerzuciłem całość starego podłoża w nowe obramowania. Na koniec, do każdej z ośmiu grządek wrzuciłem dwa kosze, łącznie 100 litrów liści, już dobrze mokrych, bo tuż po Dniu Liścia zaczęły się opady, można więc powiedzieć, że rzutem na taśmę posprzątałem podwórko. Grządki w tym stanie pozostaną do wiosny, no, może do końca zimy, kiedy to dopełnię je kompostem i wyściółkuję. Potrzeba będzie z półtora metra sześciennego kompostu, który w części jest, a w części się robi.

Ledwo wrzuciłem ostatni kosz liści, a spadło nieco śniegu, skutecznie uniemożliwiając mi pracę nad wyrównaniem ścieżek między grządkami i ich gruntownym wyściółkowaniem zrębkami. I ledwo wyjechałem, a śnieg się stopił w ciągu doby. No a ja, będę w stanie się tym zająć za tydzień, najwcześniej. Czy po raz kolejny, rzutem na taśmę, uda mi się skończyć to przed zimą? Czas pokaże. Równolegle, myślę już nad podporami, do zamontowania na każdej z grządek od północy, oraz nad nawadnianiem. Na pewno trzeba to będzie zrobić przed sadzeniem letnich warzyw, czy znowu rzutem na taśmę? Tak to już widać chyba jest, że nic nie można zrobić "jak ludzie", normalnie", "na luziku". Ech, życie...

Nie byłem w tym roku praktycznie na grzybach, co nie znaczy, że nie nazbierałem. Grzyby wyrosły sobie na podwórku i pewnego dnia ich ilość była taka, że wziąłem koszyk i je do niego powrzucałem, mimochodem, w trakcie innych prac. Nie zacząłem porządków w leśnym ogrodzie, nie wykopałem nawet jeszcze wszystkich ziemniaków, tak absorbujące było skręcanie, stawianie, napełnianie nowych grządek. Myślę jednak, że jest to dobra inwestycja i że lżej będzie mi ogrodniczyć, gdy już Stalowa Ósemka będzie gotowa. Muszę teraz znaleźć dobry moment, by wziąć się za kostki słomy - wywieźć stare na ściółkę, by zrobić miejsce dla nowych. 

Wszystko to sprawia, że pewne plany eksperymentalne nie doczekały się realizacji, jedną jednak rzecz postanowiłem zrobić obowiązkowo. Od lat toczą się nomen omen spory o to, czy zaraza ziemniaczana przeżywa na martwych szczątkach roślin, czy nie. Najnowsze badania dość jasno pokazują, jak przetrwać umie ona zimę. Najwięcej dowodów wskazuje na zainfekowany, wciąż żywy materiał ziemniaczany jako główne zimowe schronienie patogenu. Pozostawione w glebie bulwy, samosiejki pojawiające się wiosną, nasiona roślin psiankowatych czy pryzmy odpadów, które nigdy całkiem nie zamarzają, a zawierają powyższe - działają jak inkubatory. Gdy tylko zrobi się cieplej, patogen ponownie produkuje zarodniki (spory) i zaczyna nową falę infekcji. Martwe resztki roślinne są natomiast zwykle kiepskim schronieniem. Gdy zakażone łodygi i liście wyschną, delikatne zarodniki szybko tracą żywotność w prawdziwie zimowych warunkach. W chłodnym klimacie martwa masa roślinna rzadko przenosi infekcję na kolejny sezon — chyba że zima jest wyjątkowo łagodna i wilgotna.

Prawdziwy zwrot akcji pojawia się tam, gdzie występują oba typy kojarzeniowe Phytophthora infestans. W takich regionach patogen może tworzyć długowieczne oospory — grubościenne struktury przetrwalnikowe w glebie, zdolne do przeżycia wielu miesięcy. W kilku częściach Europy badacze obserwują wiosenne infekcje, które wyglądają na pochodzące właśnie z tych oospor, a nie z pozostawionych bulw. Oznacza to, że lokalnie zaraza ziemniaczana zaczyna przekształcać się z choroby „bulw i samosiejek” w chorobę „odglebową”. By przekonać się, jaką zdolność przeżycia ma "moja" zaraza, zebrałem odlotowy plon - całe wiadro resztek krzaków pomidorów, które przeszły za zielony most pod wpływem zarazy. Pomieszam je z ziemią, a wiosną w tym wiaderku posadzę pomidora. Stawiam hipotezę, że będzie miał się świetnie, że zaraza nie przezimuje na tych szczątkach. Czy ta hipoteza się potwierdzi? Dowiemy się w przyszłym sezonie.

Działania "pożarnicze", czyli zajmowanie się głownie tym, co "się pali", czyli jest pilne, sprawiają, że inne sprawy na tym cierpią. Nie zdążyłem rzutem na taśmę związać miskantów i mokry śnieg położył je na linię granicznego elektropastucha. Teraz nie tylko trudniej będzie miskanta zebrać, ale także wymienić trzeba będzie kilka słupków, pogrzebanych pod zaśnieżonymi trawami. Sytuacja ta sprawiła, że rozładował się też akumulator zasilający pastucha, na szczęście sarny, łosie czy dziki nie skorzystały z okazji. Jednej zresztą z ostatnich, bo jak widać, w granicy stoją już nowe słupki, na nowy płot sąsiada. Zamiast żurawi, jak bywało przez dekady, będą więc na łące za siatką pląsać człowieki. Pół biedy gdyby pląsały, zobaczymy, co nam zgotują. Póki co jednak, rzutem na taśmę, pora finalizować przygotowania do Piątej Edycji Kursu Projektowania Permakulturowego, niewykluczone, że w takiej formie ostatniej. Początek zapisów 15 grudnia, a więcej na ten temat dowiedzieć się można TUTAJ. Serdecznie zapraszam.

poniedziałek, 6 października 2025

Pa pa, Parszywa Dwunastko!

  

Parszywa Dwunastka, czyli zestaw 12 grządek wybudowanych wczesną wiosną 2019 z nadstawek paletowych był jednym z częściej wspominanych elementów Ostoi. Nic dziwnego, wszak grządki te sprawdziły się rewelacyjnie, dając w każdym sezonie setki kilogramów niezwykle zróżnicowanych plonów. Powierzchnia uprawy wynosząca zaledwie 12 metrów kwadratowych, plus ścieżki, była jednym z najbardziej wydajnych systemów, który wydajnością "z jednostki powierzchni" pokonać mogły jedynie uprawy w pojemnikach. Stosowany przez lata na grządkach Parszywej Dwunastki system "Grządki Stopy Kwadratowej", autorstwa Mela Bartholomew, polegający na uprawie każdego z warzyw w kwadracie 30 x 30 cm. pozwalał zmieścić na tych grządkach tak jakby 144 osobne uprawy, tworzące bujną, barwną i wydajną polikulturę.

Grządki tego typu jednakże, mają swoje potrzeby i wymagania, a także nieco wad. Nie bez znaczenia jest też ich lokalizacja, począwszy od typu gleby na jakiej stoją, poprzez nasłonecznienie, wilgotność, po otoczenie - na przykład obecność i bliskość drzew. Patrząc na nie pod kątem projektowania permakulturowego, można zaprojektować je tak, że będą idealne, "niezniszczalne", będą służyć i plonować długie lata, ale... nie zawsze to jest możliwe. I wtedy stajemy przed dylematem - nie robić takich grządek? Robić je, ze świadomością ich niedoskonałości? A może wszystko pod ich kątem przygotować tak, aby było blisko ideału? Na te trudne pytania każdy musi sobie odpowiadać sam, gdy projektuje i zakłada swój ogród, bo każda z tych opcji ma swe wady i zalety.

Grządki Parszywej Dwunastki nie były pierwszymi grządkami tego typu, jakie założyłem i wiele lat wcześniej pisałem już o takich grządkach. Gdy zakładałem pierwsze, zapłaciłem za nadstawki paletowe 12 złotych za sztukę, a dziś, ich ceny są astronomiczne. Mądry Polak po szkodzie, trzeba było tego nie opisywać, i nie propagować ;) Żartuję oczywiście, ale prawda jest taka, że nadstawki paletowe z czasem ulegają degradacji i trzeba je wymieniać. Obecne ceny czynią to absurdalnym. Ponadto, z wielkim zdziwieniem musiałem przyjąć do wiadomości fakt, że z każdym rokiem nie robię się coraz młodszy i że sił nie mam już tyle co w latach, gdy zakładałem pierwsze grządki Ostoi. Co ważne, w tamtych czasach, byłem w stanie poświęcić Ostoi minimum 2-3 dni w tygodniu, a przy spiętrzeniu prac zostać nawet na tydzień, podczas gdy w ostatnich latach jestem szczęśliwy, jeśli spędzę tu (no dobra, nie siedzę, pracuję) osiem godzin tygodniowo. A niestety - grządki podwyższone z nadstawek paletowych wymagają opieki, na którą czasowo mnie obecnie nie stać. Opieki wymaga też otoczenie grządek - ścieżki przez dwa lata nieodświeżane zamieniają się w dżunglę, a w podłoże grządek wdzierają się silnie korzenie okolicznych drzew, które bardzo porosły. 

Wszystko to, i szereg innych czynników, których nie mam możliwości tu opisać sprawiło, że postanowiłem pożegnać Parszywą Dwunastkę. Zdecydowałem się dokonać poważnej rewolucji i odsunąć ten ogródek od najbliższych drzew i krzewów o dodatkowy metr, co ma pozwolić mi ograniczyć wnikanie korzeni do grządek. Postanowiłem, że usunę całą nawierzchnię ścieżek do gołego, rodzimego piachu, jaki zastałem przybywając po raz pierwszy do Ostoi. Podjąłem decyzję, że spróbuję zrobić grządki takie, aby był cień szansy, że posłużą mi do końca moich orodniczych dni w tym miejscu, a jeśli nie, to przynajmniej wymiana obrzeży będzie lżejszą i mniej częstą pracą niż w przypadku nadstawek paletowych. Wymyśliłem, że wykorzystam luźno ułożoną cegłę rozbiórkową jako mikro fundament, na którym ustawię metalowe grządki z blachy falistej, kupione "z odrzutów" jako wybrakowane.

W pierwszym tygodniu października przystąpiłem do pracy. Procedura jest taka - zdejmuję stare nadstawki paletowe z grządki i jeśli są dobre, wykorzystam je w innych miejscach lub jako kompostowniki. Oczyszczam obrys grządki i fragmenty ścieżki do gołego piachu, układam luźno ceglany fundamencik. Na nim skręcam z blach nową grządkę. Na koniec, wszystko co usunąłem ze ścieżki trafia do wnętrza grządki, gdzie znajduje się oczywiście całe podłoże z grządki starej. Trafia tam również darń wycięta z obszaru, na który ogródek odsuwa się od drzew. Dodatkowo, korzystając z okazji, podwyższam grządki o dodatkowe 20 centymetrów, co być może pomoże mi w "walce" z korzeniami moich drzew, albo chociaż oszczędzi mi pracy.

Do grządek trafiają też wszystkie chwasty, stare ściółki, zrębki ze ścieżek, a i tak udaje mi się zapełnić tylko około połowy ich objętości. Materiał ten niech sobie osiada, a ja późną zimą, lub wczesną wiosną, lub kiedy tam będę miał czas, dopełnię grządki po brzegi nowym podłożem. Najprawdopodobniej będzie to ziemia i kompost, bez udziwnionych dodatków. Na razie jednak nie jest to istotne, teraz ważnym jest aby grządka po grządce, zamieniać stare na nowe, dbając dosłownie i w przenośni, o poziom. Zarówno bowiem grządki powinny go trzymać, jak i całe to dzieło chciałbym zrobić tak, aby warte było pracy, jaką w nie wkładam.

Nowe grządki mają tą samą szerokość, ale inną długość niż stare. Zamiast 120 centymetrów, są długie na 180. A ponieważ nie chcę większego ogródka, i powierzchnia grządek ma być taka sama jak była, 12 metrów kwadratowych, to poprzednich 12 grządek zastąpić musi osiem. Poznajcie więc Stalową Ósemkę - godnego następcę Parszywej Dwunastki. Oczywiście, oznacza to, że do każdej z nowych grządek trafi podłoże z półtorej grządki starej, co pracę komplikuje, ale tylko troszeczkę. Pierwsze koty za płoty - pierwsza grządka "pokazowa" stoi, teraz tylko trzeba znaleźć czas, aby przerobić kolejne. Nie wiem kiedy uda mi się to zrobić, mam jednak wielką nadzieję, że na sezon 2026 wszystko będzie gotowe. A czy to się sprawdzi? Mam nadzieję że tak. No i przede wszystkim - pomimo wszystkich przeciwności, Ostoja jest nadal siedliskiem doświadczalnym, moim prywatnym poligonem, nic mnie więc tak nie cieszy jak możliwość porównania tych nowych grządek ze starymi, które w innych rejonach Ostoi na razie pozostają bez zmian. Trzymajcie jednak kciuki, aby było dobrze.

piątek, 19 września 2025

Historia z morałem

Nieco ponad dziesięć lat temu, w początkach 2015, zapytano mnie czy nie poprowadziłbym warsztatów permakulturowych dla grupy młodzieży, jakoś tak w połowie roku. Zapytałem, jaki dokładniej miałby być temat warsztatów, i wtedy okazało się, że odbyć się one by miały w ramach cyklu zajęć o recyclingu. Główne zadanie jakie mi postawiono to pokazać, jak konstruktywnie, i permakulturowo, wykorzystać plastikowe butelki po napojach.

Musiałem się wtedy zastanowić, jak to ugryźć. Rozejrzałem się po Ostoi i znalazłem sporo butelek półtoralitrowych, głównie po wodzie Żywiec, pozostawionych tu przez gości. Stwierdziłem, że jeśli zużyję je w ramach warsztatów, to i wilk będzie syty, i owca cała. W szopie stały też duże kastry budowlane, wtedy nieużywane, a w Internecie krążył filmik o tym, jak permakultura pomaga uchodźcom na Bliskim Wschodzie, ucząc ich konstruowania tak zwanych wicking beds, czyli po naszemu donic podsiąkowych. To wszystko razem złożyło się na pomysł, aby ze zbędnych rzeczy plastikowych skonstruować taką właśnie donicę.

Prototyp powstał w czerwcu 2015, i miał docelowo powędrować na warszawski taras, by tam oszczędzać mi wodę oraz wysiłków przy podlewaniu. Został jednakże najpierw wypełniony podłożem i obsiany rzodkiewkami, by upewnić się, że to dobre rozwiązanie, oraz by na nadchodzących warsztatach pokazać, co mamy budować i jak to działa. Chciałem też, by uczestnicy spróbowali plonów z takiej donicy, z niepokojem więc obserwowałem wschodzące rzodkiewki.

Gdy nadeszły warsztaty, pierwsze chyba takowe, o takich donicach, w naszym kraju, zbudowaliśmy więcej takich donic. A ponieważ w międzyczasie na strychu Ostojowej chatki znalazłem rulon naturalnego filcu, zdecydowałem, że położymy go na agrowłókninę, jakiej użyłem w prototypie by oddzielić podłoże od rezerwuaru wody. Filc poprawił właściwości podsiąkowe donic i sprawił, że woda stała się łatwiej dostępna dla roślin. Począwszy od wiosny 2016 donice te służyły w Ostoi, dając nawet do trzech plonów w roku.

Klasycznie, zaczynały sezon rzodkiewką, następnie rosły w nich karłowe fasole, a po nich zimowe sałaty. Donice nigdy nie trafiły na warszawski taras, stwierdziłem bowiem, że napełnione ważą za wiele, abym je targał z auta do bloku, przez mieszkanie, na taras. Ponadto, na tarasie w międzyczasie ustawiłem już inne donice, i nie bardzo byłoby gdzie te podsiąkowe postawić.

Z upływem lat, eksperymentując z innymi formami uprawy - w workach, w kostkach słomy, w grządkach podwyższonych - donice podsiąkowe zacząłem obsadzać inaczej. W jednej posadziłem truskawki, inną przeznaczyłem na szczypiorek, jeszcze inną na mini plantację kłosowca fenkułowego dla moich pszczół... Zwolniło mnie to od obowiązku zajmowania się donicami do tego stopnia, że nie tylko w nich już niczego nie siałem, ale nawet nie podlewałem i nie napełniałem podziemnych rezerwuarów wody - kiedy padało, robił to deszcz.

No właśnie, kiedy padało. Ostatnio jednak, od dwóch lat jest tu z tym problem. Pada tak mało, że drzewa umierają stojąc. A donice podsiąkowe do szczętu wysychają. Rośliny w nich ledwo zipią, podłoże się kurczy, przy ścianach kastry pojawiają się szczeliny, którymi resztki wody parują. Donice zaniedbane zaczęły przypominać obraz nędzy i rozpaczy, doszedłem więc do wniosku, że należy się nimi zająć.
Obmyśliwszy sobie plan działania, już miałem przystąpić do pracy, gdy uświadomiłem sobie, że coś, co zaraz sprawdzę, jest odrobinę unikalne, że chyba nikt i nigdzie tego nie zrelacjonował, że warto to udokumentować. Jak wygląda zawartość donicy po dziesięciu latach jej użytkowania? Czy filc i agrowłóknina nie rozłożyły się? Co z butelkami, rozpadły się w drobny mak i rezerwuar się zawalił? Jak wygląda podłoże w donicach, przez 10 lat niewymieniane, a jedynie gdy było trzeba, dopełniane z wierzchu kompostem? Na ile trwała okazała się ta plastikowo-butelkowa permakultura, którą, nieco z musu, pokazałem na warsztatach?

Przystąpiłem do opróżniania pierwszej donicy, wykopując najpierw rosnące w niej truskawki. Posadziłem je na grządce aby zobaczyć, czy takie, co najmniej sześcioletnie, a może i starsze się przyjmą. Usunąłem chwaściory do wiaderka, na koniec wyniosłem na kompost. Zacząłem łopatką usuwać podłoże, jednocześnie napełniając nim "chińskie wazy", doszedłem bowiem do wniosku, że stare, pełne nasion chwastów podłoże z donic będzie idealne do tego, co chcę w wazach zrobić.

Mniej więcej do połowy wysokości donicy podłoże było pełne korzeni wszystkiego, co w tej donicy rosło. Poniżej jednak, korzeni było już mało, a im głębiej, tym mocniej zbite było podłoże. Przy dnie wyglądało niemal dokładnie tak, jak dziesięć lat temu, w dniu, gdy donice pierwszy raz napełniałem. Widać było jedynie, że ubyło "czarnego" - materii organicznej z podłoża zrobionego z kompostu i torfu, a przez to przybyło "białego" - nierozłożonego perlitu. Podłoże, pomimo ubicia, dzięki perlitowi pozostało jednakże przepuszczalne - nie zagniwało, nie śmierdziało, wyglądało niemal doskonale - ot, dodać kompostu i jazda, znowu w nie siać i sadzić.

Filc i agrowłóknina, które oddzielają podłoże od rezerwuaru, zaskoczyły mnie najbardziej. Poza tym, że oczywiście były "brudne", to były jak nowe. Ani jednej dziury, zero oznak rozkładu filcu, żadnego rozpadu agrowłókniny na drobne kawałki, jak to się często dzieje "na powietrzu". Uniosłem jeden róg "rezerwuaru" - butelki pod przykryciem okazały się mieć dokładnie taki sam kształt, jak w dniu, w którym je tam umieściłem. Po opróżnieniu z podłoża i umieszczeniu rezerwuaru z powrotem tam gdzie był, donica okazała się być gotowa do ponownego napełnienia podłożem, by dalej służyć uprawie i dawać plony.

Ale powoli, może... tym razem... wniosę ją najpierw na warszawski taras? A potem spokojnie, powoli, przyniosę składniki podłoża, wymieszam i napełnię donicę? I na koniec dopiero naleję wody? Tak trzeba było zrobić dziesięć lat temu, żeby później nie "jutrać" patrząc na sto kilo do wniesienia... No cóż, człowiek się całe życie uczy, lepiej jednak późno, niż wcale.

By mieć pewność, że jest jak jest, że w innych donicach sytuacja jest identyczna, wziąłem się za drugą donicę. Padło na tą, w której rosły kłosowce fenkułowe głównie. Wykopałem je i przeniosłem w pobliże pasieki, sadząc pod karaganami i robiniami. I jak to mówią - kto przeżyje, wolnym będzie. Życzę im wszystkiego najlepszego, ale łatwo nie będzie.

W drugiej donicy sytuacja była identyczna - dobre podłoże, świetnie zachowany filc, nienaruszony rezerwuar z butelek. 

A co z "chińskimi wazami" i starym podłożem? Pomysł na nie jest taki - posadzić dziki ryż. Ponieważ rośnie on w wodzie, przygotowując dla niego donice, muszę nalać jej tyle, by podłoże znalazło się całkowicie pod wodą. Wszystkie nagromadzone w podłożu korzenie, wszystkie nasiona chwastów, wszystko co zbędne, pod wodą zgnije do wiosny i nie tylko podłoże się "oczyści", ale jeszcze użyźni.

Jak to mówią, jak pomyślał, tak zrobił - ale tym razem nieco mądrzej. Najpierw ustawiłem wazy w miejscu docelowym, by nie nosić ciężarów bez potrzeby. Stoją przy wjeździe na podwórko, w miejscu gdzie naprawdę ciężko by było coś uprawiać innym sposobem niż w pojemnikach. Do waz nie do pełna wypełnionych podłożem nalałem po brzegi deszczówki. Z radością obserwowałem jak z podłoża woda wypycha powietrze, całkowicie je przesycając. Zebrałem nasiona dzikiego ryżu rosnącego, no popatrz, też w starej kastrze (co za zbieg okoliczności), dwa metry obok. Namoczyłem je w deszczówce, by stały się cięższe. Po jakimś czasie, posiałem je w "breję" w wazach w nadziei, że wiosną wykiełkują i że moja podwórkowa plantacja dzikiego ryżu powiększy się trzykrotnie. Co z tego wyjdzie, dowiemy się w przyszłym roku, a tymczasem, przy bramie, stoją też dwie puste, dziesięcioletnie donice podsiąkowe, które czekają, abym je zabrał do Warszawy, gdzie na tarasie będą mogły służyć uprawie jeszcze przez wiele długich lat. 

Morał z tego jest taki – rzeczy, które traktujemy jako jednorazowe, nietrwałe czy wręcz szkodliwe, mogą się okazać zadziwiająco wytrzymałe i użyteczne, jeśli tylko umieścimy je w odpowiednim kontekście i nadamy im sens. Plastikowe butelki, które w naturalnym środowisku byłyby problemem, w donicy podsiąkowej służyły dziesięć lat bez uszczerbku i bez szkody. Filc, który mógł się rozpaść, zachował swoje właściwości, a całe rozwiązanie okazało się nie tyle eksperymentem, co pełnoprawną technologią, działającą w zgodzie z permakulturową zasadą wielokrotnego wykorzystania i projektowania trwałej kultury.

A z drugiej strony – morał jest też taki, że nie ma systemów nieożywionych samowystarczalnych w nieskończoność. Donice są nieożywione, działały więc tak długo, jak długo towarzyszyła im moja uwaga i troska, a kiedy je zaniedbałem, woda przestała być gromadzona, a rośliny zaczęły marnieć. Natura w donicach wymaga opieki i współpracy, a nie tylko sprytnych rozwiązań. Najlepszy nawozem jest oko i dłoń ogrodnika.

Można więc powiedzieć, że ta historia to lekcja o czasie i cierpliwości. O tym, że warto eksperymentować i wprowadzać innowacje, ale też o tym, że trzeba pamiętać o prostych, praktycznych rzeczach – takich jak nie wnosić stu kilogramów podłoża na taras w gotowej donicy, tylko zrobić to mądrzej i wygodniej.

Wreszcie – to przypomnienie, że każdy projekt ma swój cykl życia. Dziesięć lat temu butelki znalazły nowe zastosowanie i przestały być odpadem, a dziś nadal mogą służyć, jeśli tylko zechcę dać im trzecie już życie. Systemy jakie budujemy, tak jak i my sami, starzeją się i czasem wymagają poprawek – ale wciąż pozostają wartościowe, jeśli tylko spojrzymy na nie z odpowiedniej perspektywy.

A więc morał ostatni? Projektujmy tak, by nawet „śmieci” mogły stać się zasobami, ale nie zapominajmy, że bez naszej obecności, troski i współpracy z naturą żaden system nieożywiony, zbudowany ludzką ręką, nie będzie trwały.

I na koniec - czasem to, co tworzymy z myślą o szybkim i prostym rozwiązaniu, może przetrwać znacznie dłużej i lepiej niż się spodziewamy, jeśli tylko poświęcimy temu trochę uwagi i szacunku. Trzeba też pamiętać, że nauka przez doświadczenie i cierpliwość przynosi efekty, a praktyczne podejście do permakultury uczy nas, jak wykorzystać zasoby, które już mamy, minimalizując straty i marnotrawstwo. Z czasem z małych pomysłów mogą wyrosnąć trwałe rozwiązania, które służą nie tylko nam, ale może i tym, którzy przyjdą po nas.