środa, 6 września 2017

Niespodzianki

Wrzesień zaczął się w Ostoi tak pracowicie, że na pisanie brak czasu, ale jeśli teraz nie odnotuję, to myśl ulotna umknie. Bez dalszego więc ociągania się - do rzeczy.
O niespodziankach jest ten wpis, a pierwsza z nich to smak fioletowych ziemniaków. Kupiłem ich kilka rok temu. Posadziłem, a na jesieni nie zachwyciły smakiem. Postanowiłem dać im drugą szansę. Przechowałem sadzeniaki w torfie i posadziłem wiosną. Kilka, tradycyjnie już, pozostawiłem na zimę pod ściółką. Obie partie wykiełkowały, a teraz nadszedł czas degustacji. Ich wygląd po ugotowaniu jest dla mnie dosyć odstręczający, ale smak ... rewelacja! Co się więc stało, że smak się poprawił? Ano pewnie pierwsze pokolenie ostojowe jest lepiej przystosowane do warunków, a każde następne będzie jeszcze lepsze.

Wszyscy już wiedzą, że Ostoja pomidorem stoi. Kilka pomidorowych newsów musi więc się się i dziś pojawić. Pierwsza niespodzianka to jakość pomidorów z kostek słomy. Zarówno koktailowe, jak i większe, smakiem po prostu zniewalają. Goście Ostoi zawsze dostają je do skosztowania i zachwytom nie ma końca. Ja również nabieram wprawy, ucząc się co roku nowych trików. W tym roku po raz pierwszy przyciąłem końcówki pędów dużych pomidorów pierwszego września, po to, aby krzaki nie traciły już energii na wzrost, a wszystko szło w owoce. Po kilku dniach widzę, że to działa, owoce zaczynają szybciej dojrzewać, pomimo niesprzyjającej pogody.

No a wielkie pomidory? Rozpychają się totalnie, rozginając druty podpór! Ten gagatek będzie musiał być rozcięty, aby trafić na talerz. Przewiduję, że ważyć będzie ponad 70 deka. Jest takich więcej, a najpiękniejsze rosną na krzakach z sadzonek odpadowych, które żal mi było wyrzucić. Z braku miejsca na kostkach, zostały one osadzone w workach, ale miejsca na więcej worków też nie było. Powędrowały więc pod zachodnią ścianę domu, gdzie słońce jest dosłownie przez godzinę, ale za to pali mocno. W teorii, te pomidory nie miały prawa tak ładnie wyglądać. Tymczasem nie tylko że owoce piękne, ale mają i tą zaletę, że później niż inne dojrzewają, co wydłuża sezon. W przyszłym roku pod tą ścianę domu powędruje na pewno więcej pomidorów.

No a żeby mieć co sadzić, to zacząć trzeba od zebrania nasion. Zbieram więc pieczołowicie, opisując nasiona w torebeczkach i prowadząc selekcję. A to nasiona z owoców najwcześniejszych, a to z najładniejszych, po kilkanaście sztuk prima sort. Ale poza tym, zbieram po raz pierwszy masówkę - setki, jeśli nie tysiące nasion, jak leci. Robię to głównie przy sporządzaniu przecieru z pomidorów. Idzie to błyskawicznie. A po co mi tyle nasion? A po to, aby siać je wszędzie i spróbować dochować się samosiejek w leśnym ogrodzie. Tegoroczne "leśne pomidory", bez podlewania i opieki przeżyły, pora więc rozszerzyć ramy eksperymentu.

Skoro jesteśmy już w leśnym ogrodzie, to zobaczcie, co pnie się po młodej jabłonce. Poznajecie? Brawo, to fasola - a konkretnie moja ulubiona odmiana tyczna szparagowa, Goldmarie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie wielkość tego strąka. Ma nieco ponad 35 centymetrów i jest to bez wątpienia największy strąk tej odmiany, jakiego się kiedykolwiek dochowałem w Ostoi. A fasola ta wyrasta z gęstwy innych roślin - koniczyn, fasoli karłowych, łubinów, żywokostów i pnie się po młodym drzewku ku słońcu. Nie wymagała opieki, nie była nawożona, podlana minimalnie w największe upały, a jednak dała taki strąk. Powstaje teraz dylemat, czy z jej nasion wyrosną rośliny dające równie duże strąki? Odpowiedź zapewne już za rok.

Pamiętacie urodlin, czyli słynny amerykański pawpaw? Najbardziej się obawiałem letnich upałów, bo jak już pisałem, najwięcej urodlinów ginie od nadmiaru słońca, a nie od zimowych mrozów. Moje wszystkie przeżyły, nieco nawet urosły, jesteśmy więc na dobrej drodze. A jak to się stało? Ano przeżyły dzięki temu, że rosły w gęstwie ... bobu, momentami wyższego od nich. Teraz, gdy bób zebrany ostatecznie, pocięty i zużyty na ściółkę, a ryzyka nadmiernej solaryzacji brak, urodliny mogą cieszyć oko swoją, pomimo bobowych zasłon, zbyt jednak jasną barwą. Im bowiem urodlin zdrowszy, tym ciemniejsza zieleń jego listowia. Podobno, bo nie mam z nimi innych doświadczeń, niż właśnie teraz nabywane. Mam nadzieję że teraz urodliny są bezpieczne do następnego lata, a czy je przed nim osłonić, zdecyduję na wiosnę.

Tam, gdzie jeszcze niedawno rosły fioletowe ziemniaki, czyli w skrzyni od palet, teraz już kiełkują jesienne rzodkiewki. Posadzone w dniu zbioru ziemniaków, na warstwie świeżego kompostu z odrobiną ściółki nie stroją żadnych fochów tak jak wiosenne, tylko po prostu wschodzą i rosną. To już drugie pokolenie rzodkiewek w Ostoi po lecie, albowiem zebrałem właśnie te z donic podsiąkowych. Żadnych niespodzianek - zdrowe, ładne i smaczne, normalnie nudy.  Polecam jesienną uprawę rzodkiewek, dużo mniej stresująca niż wiosenna, przynajmniej w Ostoi.

Niby żadna niespodzianka, ale co roku tak samo cieszy - chodzi o grzyby z podwórka Ostoi. Nie z lasu, z podwórka. Co roku wyrastają, z początku skromnie, jak na zdjęciu, im dalej w jesień, tym obficiej. Grzyby to jeden z powodów braku czasu, zbieram i marynuję w słoikach, smażę wielkie kanie, duszę i suszę, generalnie jest z tym sporo pracy, ale i sporo zadowolenia. Odkryciem tego roku jest potrawa przypadkowo skomponowana - kasza gryczana smażona z grzybami i cebulą, a w wersji wypas - takaż kaszanka. Gorąco polecam.

Wpis ten kończę fasolowym tipi, niewidocznym spod fasoli. Miało nic nie wyrosnąć, bo posiane zdecydowanie za późno. Miało wyschnąć, bo przyszły upały, a nie było podlewane. Teraz ma nie obrodzić, bo dopiero we wrześniu całe w kwiatach, ale jak to w Ostoi - pożyjemy, zobaczymy, a o efektach nie zapomnimy napisać. Fajne jest to, że życie w Ostoi jest tak pełne niespodzianek. Może i małych, może i niewielkiej rangi, ale suma ich cieszy tak, że warto poświęcać tu swój czas i energię, obserwując efekty. Jak tłumaczył bowiem Bill Mollison, permakultura to próba uczynienia naszego miejsca na Ziemi lepszym, i to właśnie się dzieje dzięki ostojowym niespodziankom.

środa, 23 sierpnia 2017

Deszcz, leśny ogród i witaminy


Kilka dni pod rząd pada w Ostoi - raz kilkanaście minut ulewy, raz kilka godzin mżawki. Momentami wychyli się słońce i w dolinie rzeki pokaże się tęcza. Powietrze jest przesycone wilgocią, dni jeszcze gorące a noce już zimne.
System do zbioru wody deszczowej działa bez zarzutu. W trzy deszczowe dni udało się zebrać około 2500 litrów wody - trzy dolne zbiorniki są prawie pełne. Maluczko, a będą napełnione, będzie można je zamknąć i zbierać wodę do trzech górnych. Woda jeśli nie do podlewania, to przyda się do poziomowania rowów konturowych, których kopanie planuję na jesień.

Pamiętacie Lotnisko? Nie rosło tu nic poza rachitycznymi kępkami trawy. Teraz ani śladu tektury, a pas Lotniska ładnie się zieleni. Z kilkunastu drzewek nie przyjęły się w pierwszym roku dwa, to dosyć dobry wynik jak na miejsce całkowicie niemal zacienione i szczery piach. Grzybnia pierścieniaka uprawnego jak na razie nie zaowocowała, ale nie tracę nadziei, że tak się stanie. W pasie lotniska tryumfuje bioróżnorodność -  jest zapełnione gildiami roślinnymi, jak zwykle w Ostoi, różnorodnymi i eksperymentalnymi.

Klasyczna gildia permakulturowa z jabłonią w centrum znajduje się również na najmniejszej chyba wysepce ogrodu leśnego tuż koło Lotniska - powierzchnia tego skrawka to jakieś dwa metry kwadratowe. Obok jabłoni rośnie tu żywokost (akumulator dynamiczny), koniczyna biała, łubin trwały, bób i fasole (gatunki wiążące azot z powietrza), truskawki (roślina okrywowa), topinambur (osłona przed wiatrem) i kilka innych drobiazgów. Gdy jabłoń się rozrośnie, planuję puścić po niej pnące kiwi. Takich gildii w Ostoi jest kilkanaście, i stale ich przybywa. Dodanie kolejnej gildii to najłatwiejszy sposób poszerzania areału leśnego ogrodu. Pierwsza gildia stanowi zalążek większej przyszłej całości, tak zwane jądro, od którego życie zaczyna promieniować na okolicę.

Skoro o życiu mowa, to kwitnie ono w najlepiej widocznej formie w warzywnikach. Pomidory, ogórki i fasole są wszak dużo lepiej widoczne, niż strzępki grzybni w zrębkach leśnego ogrodu. Ostoja co roku dostarcza lepszych plonów, i więcej, choć daleko jej jeszcze do wydajności profesjonalnych upraw. Nie martwi mnie to w ogóle - warzywa i owoce z Ostoi pachną i smakują bez porównania lepiej. Nie waga produktu, a jego bogactwo odżywcze, zawarte w nim witaminy, mikro i makroelementy są tym, co staram się wyhodować. Nie pusty balast, a prawdziwe żywienie.

Zjadamy to, co za moment ma spaść z krzaka i jest w pełni dojrzałe. Zrywamy tylko tyle, ile zjadamy. Od zerwania, do spożycia, mijają minuty, a czasem sekundy. Najbogatsi ludzie świata nie mają takiego komfortu, o ile nie uprawiają własnej żywności w swoim ogródku. Warzywa i owoce zaczynają tracić wartości odżywcze wkrótce po zerwaniu, a czasami droga od ogrodu do stołu daleka. I co nie bez znaczenia, żaden pomidor nie smakuje tak dobrze, jak ten prosto z krzaka, nawet w strugach deszczu zerwany i spożyty.

PS. Film o bezpiecznym zbiorze wody deszczowej znajdziesz tutaj.


środa, 16 sierpnia 2017

Plony, pogoda i Perseidy

 Jeżeli pamiętasz Drogi Czytelniku wpis o tytule Reset, to śpieszę Cię poinformować, że w donicach po upływie nieco ponad miesiąca znowu jest zielono. Pierwsze zdjęcie jest z 10 lipca, a drugie z 15 sierpnia. Wykiełkowało niemal wszystko, ale czy będą z tego plony, to się okaże. Ostojowe upały zaczynają dawać się we znaki w dzień, ale w nocy osnuwają nas mgły i dosyć przejmujący chłód. Rośliny nie mogą się zdecydować - rosnąć czy kwitnąć. Wygląda na to, że może być problem z rzodkiewkami, zbyt wcześnie wysiane pójdą w kwiat od razu. No ale nie ma co narzekać, wszak to trzecia fala upraw w tych donicach w tym sezonie, co się uda, to się uda, a co nie, stanowić będzie naukę na sezon przyszły i następne. Ciekaw jestem czy uda się dochować marchewek, bo jeśli chodzi o wschody, to dużo lepsze one niż wiosną. Donice nie mają zbyt dużo słońca, praktycznie nie są już podlewane, a ich obsługa ogranicza się do usunięcia (i zjedzenia) nadmiaru samosiejki-gwiazdnicy. Zaglądam do nich od przypadku do przypadku, i jak na ilość pracy jakiej wymagają, są bardzo efektywne.

Na kostkach słomy dobiega z wolna końca czas pomidorów, a swoją potęgę zaczynają pokazywać dynie. Kostki ustawione na szczerym piachu podwórka potrzebowały więcej czasu aby stworzyć roślinom optymalne warunki, ale wydaje się, że wreszcie zaczynają nadrabiać stracony czas. Wiele sadzonek, które tkwiły niemal bez ruchu od końca maja nagle zaczyna dostawać wigoru - rosną, kwitną i owocują. Nauka stąd taka, że nie należy się zniechęcać i trzeba pozwolić roślinom iść ich własnym rytmem. Wielokrotnie mijając trzylistkowe krzaki kabaczków czy patisonów rozważałem czy ich nie usunąć i nie zastąpić czymś innym, ale okazało się że przetrwały i teraz odbijają. Dzięki temu i plony rozłożą się w czasie, zamiast jednorazowej klęski urodzaju, będzie rozciągnięty w czasie, mały ale stały, dopływ świeżych dyniowatych.

Jeśli o stałym dopływie mowa, to do rzeki plonów właśnie zaczęły dołączać fasole, głównie szparagowe. Siane były celowo po trochu, co tydzień lub dwa, aby właśnie nie wszystkie naraz wydały plon. Było to przyczyną wielu rozterek i źródłem dodatkowej pracy wiosną, ale teraz widać, że na jednej siatce są gotowe do zbioru, na drugiej podrastają, a na trzeciej dopiero kwitną. Ba, jest nawet taka siatka, na której fioletowa fasola dojrzała i niedługo się skończy, ale po niej pnie się fasola zielona, która zaowocuje dopiero za kilka tygodni.


Nie jest to jednak efekt błyskotliwego projektowania permakulturowego, ale ... błędu. Po prostu, myślałem, że fioletowa już nie wykiełkuje, więc kilka tygodni później wysiałem w tym samym miejscu zieloną. Okazało się, że fioletowa wkrótce wyłoniła się z pod ziemi, a zielona dopiero niedawno. I  tak przypadkowo "odkryłem" nową technikę sadzenia fasoli, którą już celowo, na pewno w przyszłości będę stosował. Nauczony poprzednimi doświadczeniami, zacząłem również "polować" na najpiękniejsze strąki, aby zapobiec temu, iż skończą w garnku. Zbiór własnych nasion jest kluczowy dla funkcjonowania Ostoi, z roku na rok dzięki własnym nasionom możliwe jest osiąganie lepszych wyników mniejszym nakładem pracy. Wypatruję więc i oznakowuję strąki, z których nasiona pragnę zachować, pozwolę im całkowicie dojrzeć i wyschnąć na krzaku, o ile tylko pogoda pozwoli.

Pogoda pozwoliła pozbierać nieco ziół, jak na święto Zielne przystało, cztery pęczki ziół którymi Ostoja stoi zostały zawieszone na ganku, aby "strzec wejścia" do domku, a ściślej, zniechęcać owady do wlatywania do środka. Te pęczki jednak to zioła głównie dekoracyjne, bo te użytkowe suszą się na stryszku. W miarę wysychania trafiają do słoików, lub prosto do użytkowników w mieście. W Ostoi na miejscu póki co jedynymi ziołami z jakich korzystam są świeże ze spirali ziołowej - jako surowiec do "herbaty" i napojów. I nie miałbym nic przeciwko temu, aby tak pozostało, ale na wszelki wypadek zapasy rosną.

A skoro o pogodzie, to oczywiście w Noc Perseidów niebo było tak pokryte chmurami, że nie było mowy o żadnych obserwacjach. Za to następnej nocy, niebo nagrodziło niezwykłym spektaklem. Widać było meteoryty doskonale, trafiły się nawet eksplodujące tuż przed zniknięciem. Aparat pozostawiony na noc po zakończonych obserwacjach złapał tylko jednego delikwenta, ale dobre i to. Perseidy "odhaczone", można jak normalni ludzie spać, a nie gapić się w niebo jak sroka w gnat przez pół nocy .... aż do następnej Nocy Perseidów oczywiście.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Dzieci Słońca

Wszystko w Ostoi jest na Słońce. I drewno, którym palę w piecu to jego zmagazynowana energia, i warzywa które uprawiam również, i chmury, z których pada deszcz i gromadzi się w zbiornikach, i zając wredny, co po podwórku hasa, wszystko to nie istniałoby, gdyby nie Słońca blask. W nim czerwienią się pomidory, w nim praży się piach Zajęczej Górki. Słońce napędza gigantyczny silnik planety Ziemi, a także kilku innych planet, nie będąc wszakże żadnym wyjątkiem - wszak wokół nas jest niezliczona liczba słońc.

Pomidory w powszechnej opinii uchodzą za dzieci Słońca, wydaje się że rzadko mają go dosyć. Szczególnie w takim miejscu jak Ostoja, otoczonym lasem i zacienionym, wydawałoby się, że tęsknić za nim będą szczególnie. I tak się zwykle dzieje, ale nie w tym roku. Ostatnie upały sprawiły, że odmiany pomidorów o dużych owocach najlepiej czują się w cieniu. Wolniej tam wprawdzie dojrzewają, ale już bez wątpienia wiem, że tegoroczny rekord wielkości owocu padnie w miejscu, gdzie Słońce niemal nie dochodzi, a ściślej, jest tylko przez godzinę lub dwie. Jest szansa, że wiele owoców przekroczy pół kilograma, a rekordzista być może 700 gram. Całkiem nieźle jak na uprawę "nadworną", choć kudy tam do szklarniowych czy foliakowych rekordów. Pierwszy raz w tym roku zaobserwowałem też niepokojące zjawisko, polegające na tym, że pomidor prosto z krzaka parzy w usta, a sok jest zbyt gorący aby go spożyć. Tak Słońce potraktowało koktajlówki, a szczególnie ich ciemną odmianę Black Cherry, smaczną skądinąd. Pomidorki te dosłownie gotowały się na krzaku i w części najlepiej nasłonecznionych lokalizacji w Ostoi zakończyły już swą tegoroczną karierę.

Niespiesznie, powoli, nadchodzi czas fasoli. Pnie się ona do Słońca, wspinając się niemal na wszystko. Raczyła opanować nie tylko fasolowe tipi, podpory i siatki, ale także wspina się po owocowych drzewkach i krzewach czeremchy nawet. Pomimo usilnych starań nie mogę skłonić jednak żadnej fasoli do pięcia się po topinamburze, a tak bardzo bym tego pragnął. Jego wysmukłe łodygi wydają się do tego celu idealne. No właśnie, wydają się, ale wcale tak nie jest. Czy to zapach, czy ostre włoski powodują, że fasole wolą się poniewierać w ściółce niż po topinamburze piąć. Z tej między innymi przyczyny będę stopniowo wyprowadzał topinambury z przydomowych ogródków do nowej lokalizacji w Zapłotku, czyli na duże grządki poza podwórkiem. Zwolni to nieco miejsca dla innych roślin, które potrzebują zdecydowanie więcej opieki niż topinambur-samograj, który rośnie bez żadnego wsparcia z mojej strony, miejscami nawet zbyt intensywnie.

Upały przyspieszają dojrzewanie plonów i wymuszają częstsze zbiory. Są różne teorie na temat tego, kiedy najlepiej plony zbierać, zwykle słyszymy że o świcie, bo wtedy się lepiej przechowują. Ja lubię zbierać wszystko w pełnym słońcu, i starać się nie przechowywać zbyt długo. Nadmiar znika błyskawicznie, rozchodząc się wśród rodziny i znajomych, staramy się tym wszystkim cieszyć, póki trwa, bo maluczko, a będzie można sobie już tylko zaśpiewać "Adios Pomidory".

Wdzięcznym obiektem do zbiorów w samo południe są również niektóre zioła. Gdy Słońce nie daje popracować ciężej, wyprawiam się na spacery lub rowerowe wypady, z których wracam może nie objuczony, ale z solidną porcją ziół. Wysychają one na stryszku rozgrzanym jak piec przez Słońce grzejące w dach, ale jednocześnie nie w słonecznych promieniach. Gdy wsunie się głowę na stryszek zapach suszonych ziół przyprawia o zawrót głowy.

Przeciętnie tydzień wystarcza, aby zioła były suche. Gdy wyschną, zamykam je szczelnie w słoikach i podpisuję. Kolekcja ziół sukcesywnie rośnie, ale bez szaleństw. Zbieram tylko to, co znam, co wiem do czego służy, i w ilości tylko takiej, jaką przewiduję zużyć. Zeszłoroczne słoiki, a ściślej to, co z nich pozostało, stanowią dobrą wytyczną do tego, ile ziół zużywamy. Poszedł cały wrotycz, szałwia i mięta, zostało natomiast sporo nawłoci czy lebiodki. Skoryguję to w tym roku, przygotowując odpowiednio więcej lub mniej.

Wracając z ziołowej wyprawy, widzę na Zajęczej Górce dojrzewające jeżyny. Migiem wracam po pudełko i zbieram pieczołowicie. W sypkim piachu oprószonym z lekka sosnowymi igłami, rosną miniaturowe krzaczki, całkiem niepozorne, rodzące małe ale niezwykle aromatyczne owoce. Trzeba się natrudzić aby uzbierać ich litr, a tyle minimum co roku potrzebuję do sporządzenia przeboju Ostoi - nalewki jeżynówki. Nalewka ta cieszy się słuszną sławą, wykraczającą już poza granice Ostoi. Jest to trunek dla cierpliwych - nie tylko dlatego, że zbieranie miniaturowych owoców długo trwa, ale również dlatego, że proces przygotowania nalewki trwa minimum siedem miesięcy, w czasie których można się jedynie oblizywać, lub ... sięgnąć po zeszłoroczną butelkę.

I tak też się dzieje - Słońce zaklęte w rubinowym płynie, słodycz i moc, zapach jeżyn oraz ciepło rozgrzanych Słońcem dech ganku sprawiają, że na kilka minut poczuć się można dzieckiem Słońca,  poczuć je na sobie i w sobie. Dla takich drobnych przyjemności i takich krótkich chwil warto pocić się w Ostoi. Zagospodarowywać energię Słońca, zamykać ją w warzywach, owocach, ziołach, słoikach i butelkach, korzystać z niej i dzielić się nią z rodziną i bliskimi. Czynić świat ociupinkę lepszym, na swoim własnym podwórku.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Zapłotek

 W Ostoi niemal wszystko ma swoją nazwę. Piaszczyste wzniesienie za furtką od strony rzeki to Zajęcza Górka, a długi pas wzdłuż płotu pod brzozami to Lotnisko. Dziś swoje imię otrzymał ogródek na Zajęczej Górce - z racji tego, że jest za płotem podwórka, oraz ma swój własny "płot", został Zapłotkiem. Dzięki posiadaniu własnej nazwy, łatwiej będzie objaśniać, o które miejsce w Ostoi chodzi, miejscowym i przyjezdnym. Zapłotek, a ściślej ostatnia jego nieurządzona część, otrzymał niewielką dawkę kompostu liściowego oraz siana, bez wykładania kartonami. Zobaczymy, czy trawy zdołają w takich warunkach odrosnąć. Jeśli tak się stanie, nie ma problemu - siano na bok, i do kosy! A potem się "wykartonuje" i przykryje ponownie sianem. Jeśli natomiast nie odrosną, to .. tym lepiej.

W największy żar południowy staram się wybierać prace w cieniu. Po zeszłotygodniowych porządkach w piwnicy, teraz przyszła pora na szopę. W szopie  gratów pod sufit i bałagan nieziemski, dach już nieco przecieka, krótko mówiąc Sodoma i Gomora. Jednakże, wszystkiego bym się spodziewał, ale nie takiej ilości jaj bezskorupowych ślimaków. Pomrowy urządziły sobie z szopy porodówkę, ich jaja są praktycznie pod każdą rzeczą leżącą na podłodze. Ślimacze żłobki otrzymały nakaz natychmiastowej eksmisji do lasu, choć niektórzy twierdzą, że jaja takie smakują jak kawior, to jakoś nie miałem chęci próbować.

 Przed wieczorem wróciłem na Zapłotek celem dokończenia ogrodzenia. No bo cóż, bez ogrodzenia szanse wychodowania czegokolwiek na Zajęczej Górce, gdzie ów Zapłotek się mieści, są zerowe. A wiecie przez kogo? Tak, oczywiście przez zające. Wczoraj jeden znowu wdarł się na podwórko po nocy, wpadł w pozostawione do umycia wielodoniczki, narobił hałasu i zbiegł w panice. Na Zajęczej Górce natomiast, czują się one jak u siebie w domu. Rolka siatki plastikowej nie domknęła obwodu (jak zwykle niemal wszystko w ogrodzie robię bez pomiarów, czyli na tak zwane Bolka Oko), postanowiłem więc, że Zapłotek otrzyma .. płotek, zrobiny z tego, co znajdę w odległości 20 kroków od Zapłotka. I tak oto stanął płotek drewniany, z furteczką a jakże, z sosnowych żerdek i patyków. Gdybym miał moce przerobowe, od razu cały Zapłotek bym tak obtańcował, rezygnując z siatki, ale na razie nie ma na to szans, doba ma tylko tyle godzin, ile ma. Rzutem na taśmę dodałem do płotka domek dla ptaszków, i na razie temat uważam za zamknięty.

 A na pierwszej zapłotkowej części, przygotowanej temu kilka tygodni, wykiełkowały fasole i mają się dobrze. Miałem oczywiście nic tam nie uprawiać do przyszłego roku, ale nie byłbym sobą, gdybym kilku nasion nie wetknął, eksperymentalnie. No i z dwunastu osiem wykiełkowało, i wydaje się mieć dobrze na tej rozgrzanej słońcem górze piachu, absolutnie bez podlewania i jakiejkolwiek innej troski. Gorzej, że widać ślady obecności ślimaczej, co jest ewenementem na Zajęczej Górce, no ale to pewnie efekt uboczny mokrej wiosny i ściółki z łąkowego sianka.

 W innym miejscu zupełnie, koło kompostownika, znajduję kolejne jaja pomrowów, a w nich o ile mnie wzrok nie myli, widać już małe ślimory. Te też otrzymują nakaz eksmisji, lądują w zaroślach nad rzeką, gdzie wilgoć i cień powinny pozwolić im przetrwać. Coraz mocniej główkuję, jak tu by zwabić jeża do Ostoi, bo zasadniczo nie widuję jeży w okolicy. Myślę, że na podwórku czułby się dobrze i byłby sporym wsparciem dla ptaków, płazów i gadów zamieszkujących Ostoję. Póki jednak jeża nie ma, wychodzę co wieczór z latarką, zbieram skrzętnie ślimaki z kostek słomy i eksmituję do lasu.

Dzisiejszy poranek był pierwszym wyraźnie chłodnym od wielu dni, pora więc zacząć przygotowania do zimy. Tak, tak, do zimy, w początku sierpnia. Niektóre działania dobrze zacząć już, a jednym z nich jest przygotowanie hodowli dżdżownic do przezimowania. Teraz zamieszkują one duży, osiemsetlitrowy kompostownik, ale gdy zima będzie sroga, większość z nich nie przeżyje. Zapewniam więc części z nich lokum na zimę, w postaci małej "farmy dżdżownic" zwanej też wermikomopstownikiem, którą przed nadejściem mrozów zabiorę do domu. Na razie farma musi nabrać rozpędu, czyli w świeżym podłożu muszą rozwinąć się bakterie. Szykuję wszystko, i wstawiam do piwnicy, zajrzę do farmy za dwa tygodnie i wtedy też może dodam pierwsze dżdżownice. Kończąc te prace, uporczywie powracam myślami do Zapłotka ... a może coś jeszcze tam w tym roku posadzić?

środa, 2 sierpnia 2017

Fala upałów


Jak cały kraj, tak i Ostoja nie ustrzegła się fali upałów. O ile jednak gdzie indziej towarzyszą im niejednokrotnie gwałtowne burze i ulewy, o tyle w Ostoi, tradycyjnie już, sierpień oznacza pustynną niemal suszę. Najbardziej cierpią uprawy w kostkach słomy, wysychające najszybciej i one wymagają najwięcej podlewania. Najlepiej zdecydowanie znosi upały ta część Ostoi, gdzie w listopadzie założyłem nowe grządki i obsadziłem roślinnymi gildiami. Wszystko tu zieleni się ładnie pomimo upału. i choć drzewka wzrastają bardzo powoli, to teren ten zaczyna się zmieniać diametralnie na korzyść.

Grządki zaczynają wchodzić w fazę szczytu produkcji, dostarczając sporych ilości super zdrowych warzyw i owoców. Mam pełnię sezonu na pomidorki koktajlowe i ogórki, na większe pomidory trzeba będzie jeszcze kilka dni poczekać. Pomidory prosto z krzaka są tak gorące, że sok niemal parzy usta, ale ich smak i zapach wart jest ryzyka. Podrastają też dyniowate, pierwsze cukinie gotują się na parze dosłownie w kilka minut, tak są miękkie i delikatne. Lada moment zacznie się też czas fasoli, coraz więcej strączków wychyla się z zielonego gąszczu.

Większość roślin cały czas jeszcze kwitnie, ale upały sprawiają, że kwiaty schną, lub opadają zawiązki owoców. Druga połowa lata może nie być tak dobra, jak jego początek. Wszędzie za to tętni życie - głównie owadzie, bo tylko owady zdają się nie zwracać uwagi na upał. Ptaki są bardzo rzadko widoczne w środku dnia, zajęcy w ogóle ani śladu, wydaje się, że "wszystko" funkcjonuje do dwóch godzin po świcie, a następnie dopiero zaczyna harcować na dwie godziny przed zmierzchem. Tylko owady niezrażone upałem, są cały dzień aktywne, ale też i z większym zapałem piją ze specjalnego poidełka żwirowego jakie dla nich zrobiłem przy spirali ziołowej. Dzięki temu drobnemu dodatkowi mniej ich tonie w oczku wodnym przy próbie zaspokojenia pragnienia.

A gdy słońce chowa się za lasem i Ostoję z wolna zaczyna ogarniać mrok, ludzie, zwierzęta i rośliny przyjmują to z ulgą. Ptaki wznawiają swoje trele, zwiędłe pozornie liście roślin nabierają wigoru, a ludzie nadrabiają to, czego nie pozwolił im zrobić upał. Nocą, gdy niebo całe w gwiazdach, praca w Ostoi się jednak nie kończy. Z zakamarków dziennych ukryć wychodzą jej nocni mieszkańcy - nietoperze, lelki czy ropuchy. Te ostatnie upodobały sobie szczególnie kuwety z wodą, w których stoją rośliny uprawiane w workach. Jeżeli jeszcze przy kuwecie stoi lampka solarna wabiąca nocne owady, to możecie być pewni, że nocą napotkacie tam takiego właśnie rechoczącego pomocnika.

niedziela, 23 lipca 2017

Czyste szaleństwo

 Całkiem niedawno pisałem o "resecie" donic w Ostoi, a tu proszę - już w nich kiełkują rzodkiewki, buraki, kapusty pac-choi i nie wiadomo jeszcze co. Upały i deszcze przyspieszają kiełkowanie i wszystko rośnie jak zwariowane, miecz to jednakże obosieczny. Rośliny mogą od razu "iść w kwiat", jeśli wysokie temperatury utrzymają się dłużej, a przed nami, tuż za rogiem, bezlitosny sierpień - miesiąc, w którym zawsze w Ostoi jest najcieplej i najbardziej, przeraźliwie wręcz sucho.

Póki co jednak, po porannym kapuśniaczku, zbieram co tam urosło - a to urwę kabaczka, a to ogórka, a to pierwsze dojrzałe pomidorki, a to się potknę  grzyba prawdziwego lub takiego co kozaczy, a to zioła ze spirali urwę i w słonecznej kuchni zaparzę na orzeźwiającą nawet w upał herbatę. Generalnie jednak jeszcze zielono mi - setki niedojrzałych pomidorów codziennie na deszczu mokną. Nie pamiętam takiego roku, aby tyle opadów nawiedzało Ostoję, zapewne wynika to z faktu, że system do zbierania deszczówki gotowy i sprawny jest, ot, zwykła złośliwość przyrody (a raczej efekt zmian klimatu, miotających nami od ekstremum do ekstremum),

 A skoro o spirali ziołowej mowa, to wydaje się, że zaczęła pełnić ona nową rolę - azylu dla zapylaczy. Okoliczne łąki wykoszone niemal do gołego i całe bzykające towarzystwo oraz majestatyczne motyle nie mając się gdzie podziać, wylądowały na podwórku w Ostoi. Zagęszczenie pszczół, trzmieli, motyli, chrząszczy jest ogromne, niemal nie ma kwiatka bez kilku owadów. Szaleńczy taniec nad spiralą trwa od świtu do zmierzchu, ze szczególnym natężeniem w okresie, kiedy na spiralę pada bezpośrednie światło słoneczne.


Ciągle sobie obiecuję znaleźć czas, aby pogapić się na to rojowisko przepięknych owadów, ale robota goni. Kontynuuję prace nad grządkami poza podwórkiem - syzyfowe prace. Kolejny fragment terenu przygotowuję nieco inaczej niż poprzedni, wszak głównym zadaniem Ostoi jest eksperymentowanie i sprawdzanie, co działa, a co nie. Tym razem najpierw koszę trawę, pozostawiając ją na miejscu. Kosiarka, podobnie zresztą jak i inne narzędzia "samobieżne" w Ostoi jest elektryczna. Nie używam żadnych narzędzi spalinowych.

Próbuję "podziubać" glebę widłami, ale zagłębiają się one na 4-5 centymetrów. Ubicie gleby jest zadziwiające, jak na tutejsze piaski. Wywożę taczką kompost liściowy i rozsypuję cieniutką warstwą, bo nie mam go za dużo, Kompost ten powstawał latami ze zbieranych jesienią liści i pozostawiony samemu sobie przekształcał się w mniej lub bardziej jednorodną masę, bogatą w kwasy humusowe i zasiedloną głównie przez grzybnię, ale i sporą ilość większych stworzeń, wliczając w to dżdżownice.

Kompost wraz ze skoszoną trawą polewam obficie wodą, przykrywam mokrymi kartonami i gazetami, a następnie całość ściółkuję sianem zebranym z nadrzecznej łąki. Warstwę siana daję grubą, na 20-25 centymetrów, i tak z czasem osiądzie. Tu nie robię ścieżek w stylu "dziurki od klucza", postanawiam, że ta część będzie poletkiem testowym dla uprawy ziemniaków, nie będzie więc konieczności wchodzić na tą część grządki częściej niż dwa-trzy razy w roku. Materiału starczyło na kolejną jedną trzecią terenu, pozostała więc ostatnia już, na szczęście, jedna trzecia do zagospodarowania. Mam już pewien pomysł, jak do sprawy podejść, ale o tym już po jego realizacji.

"Rzutem na taśmę", na wyścigi ze zmrokiem, postanawiam ogrodzić teren nowego ogródka, aby ochronić go przed dziką zwierzyną. Udało mi się zrobić 80%, gdy zapadła noc. Rano, obudzony przez żurawie wyjrzałem przez okienko poddasza i ujrzałem to - las napierający ze wszystkich stron na skrawek ziemi, który mu właśnie wyrwałem. Jak zwykle, opadły mnie wątpliwości, czy "pracuję z przyrodą a nie przeciw niej". Może lepiej byłoby oddać lasom co leśne i z podkulonym ogonem wrócić na warszawski taras?

A na tarasie tym, łatwiutko i czyściutko, hodować można również własne jedzenie, o czym świadczy niewyobrażalna obfitość pomidorów, papryczek, fasolek, ziół i innego tałatajstwa, które zaczynają go zarastać. Nie trzeba się użerać z dzikiem, zającem czy łosiem, kosy nie wyjadają nasion od razu po posadzeniu, ot, czasami kot sąsiadów coś rozgrzebie lub obsika. Użeranie się z lasem ma jednak (chyba ...) ukryty cel - jeżeli mnie się uda i wśród tych sosen i piachów Ostoi powstanie kiedyś prawdziwa oaza obfitości, bioróżnorodności i zrównoważonego rozwoju, oznaczać to będzie, że każdy i wszędzie dokonać tego potrafi. Bo w tym szaleństwie jest metoda - jak pisał nieodżałowany Bill Mollison, projektant permakulturowy potrafi zrobić Ogród Edenu z pustej skały sterczącej pośrodku oceanu, wymaga to jedynie czasu, wytrwałości i ... odrobiny szaleństwa.