poniedziałek, 20 maja 2019

Interes jak zawsze


Czterodniowy maraton sadzenia rozsad do gruntu, jak co roku startujący po Zimnej Zośce, zakończył się właśnie w Ostoi, można powiedzieć że sukcesem. Prawie dwie setki roślin zostało posadzonych, teraz pozostaje poczekać i zobaczyć, które się przyjmą. Niektóre, jak "chuchane i dmuchane" bakłażany, wyglądają rewelacyjnie, inne, jak traktowane w tym roku po macoszemu pomidory, nie wyglądają na szczęśliwe. Choć słoneczko pojawia się zza chmur równie często, jak znika za nimi, to gdy jest, pali ostro tegoroczne sadzonki. A z uwagi na to, że po raz pierwszy w historii Ostoi pomidory sadzone są do gruntu wprost z palety, na którą były siane (nie były rozsadzane do indywidualnych doniczek), system korzeniowy roślin jest bardziej niż skromny. Pokładam jednak wiarę w ich chęć do życia i mam nadzieję, że znaczna ich część jednak się przyjmie.

Sadzeniu towarzyszyły obłędne zapachy dochodzące z leśnego ogrodu. Z jednej strony kończy kwitnąć bez lilak, z drugiej po raz pierwszy tak obficie zakwitł głóg. Drzewko jest bialutkie, ziemia pod nim biała od opadłych płatków, a w koronie gwar, szum, bzyk i krzątanina - to tysiące owadów załatwia swe sprawy wśród białego kwiecia. Zobaczymy ile owoców z tego powstanie, miło by było sporządzić wreszcie zimą nalewkę z własnego głogu, choć akurat w okolicznych lasach tego gatunku nie brakuje.

W amoku ogrodniczych prac od świtu do zmierzchu nie bardzo mam czas gotować, z drugiej strony warto się dobrze (czytaj: obficie) odżywiać w trakcie takiego maratonu, aby z sił nie opaść przed końcem roboty. Na szczęście solarna kuchnia ma to do siebie, że wystarczy włożyć do niej co tam się chce, ustawić do Słońca i zapomnieć, a gdy już zacznie się po podwórku unosić zapach jedzenia, zrobić krótką przerwę konsumpcyjną. W trakcie czterodniówki kuchnia serwowała różne dania, pomimo zmiennej pogody udało się wyprodukować nawet coś na kształt frytek.

Ogrodnik wstaje ze Słońcem, i z nim zasadniczo spać chodzi, ale gdy chce posiedzieć wieczorem jeszcze chwilkę, to wrzuca do pieca kawałek brzozy, słucha cichego trzaskania i gapi się w ogień. Zastanawia się, ile tysięcy pokoleń ludzkich tak właśnie przeżywało swe życie - za dnia grzebiąc w ziemi, a wieczorami patrząc się w ogień. Kiedyś "Interes Jak Zawsze" (Business As Usual) znaczył zupełnie co innego, niż znaczy dziś. Tak zwany normalny bieg spraw, w tych nienormalnych czasach, jest symptomatyczny. Wokół nas ekosystemy Ziemi wydają się rozpadać w drobny mak, gatunki giną milionami, ale choć Titanic tonie, orkiestra nie przestaje grać.

Ekologiczne działania z reguły są współczesnym biznesem "as usual", opakowanym w zieloną pozłotkę. Kto gotowy jest zredukować swój ślad węglowy do zera, remontować stare, walące się chałupy zamiast stawiać nowe, zbierać deszczówkę zamiast pić z wodociągu, obywać się niemal bez prądu i gotować na Słońcu, palić własnym drewnem, jeść to, co w ogródku urośnie, będąc wdzięcznym za to co już ma, bez parcia aby mieć cokolwiek więcej? Ech... nie gap się człowieku w ogień po dniu ciężkiej pracy, bo dopadną Cię myśli zawiłe, a trzeba przecież iść spać, żeby rano wstać - fasole siać.

piątek, 10 maja 2019

Gotowość bojowa

Urok Ostoi polega na tym, że wystarczy wyjść za próg, a jedzenie "samo rośnie". Tylko ja wiem, ile to "samo" kosztowało pracy, ale prawdą jest, że coraz więcej roślin wieloletnich od wczesnej wiosny zaczyna dostarczać plonów, bez niemal żadnych zabiegów. Fajne jest to, że czas od zerwania do spożycia jest ultrakrótki - żadne składniki odżywcze nie zdążą się zepsuć. Żywność się nie marnuje, bo zbieram dokładnie tyle, ile jestem w stanie zużyć na jeden posiłek, przecież w każdej chwili mogę sobie urwać więcej na kolejny. Żadnego śladu węglowego, a właściwie to jeszcze sekwestruję CO2 z atmosfery i wiążę w glebie, no i ten smak ....

Idąc po "śniadanie" można wymienić pozdrowienia z mieszkańcami Ostoi. Tu dudki grzebią w ściółce, tam przy płocie kica zając, sójki drą się w niebogłosy, a w promieniach słonecznych opala się żmija. Kot niecnota upolował niestety padalca, który z niewiadomych powodów wybrał się na spacer w kocie rejony ... Biedny padalcu, gdybyś w kompoście siedział ... Ptaszory rozmaite toczą jakieś kłótnie o zamontowane dla nich budki, w krzakach jakieś trele, zaloty, ptasie kłopoty, rejwach i gwar momentami niewąski. Do tego jeszcze żurawie wydzierają się na łące, o nie pośpisz z rana, nie pośpisz ...

Przy śniadaniu można przemyśleć plan prac na dzisiejszy dzień. Trzy zadania wymagają ukończenia przed 17 maja, aby osiągnąć stan gotowości bojowej, czyli taki, kiedy będę mógł posadzić rozsady roślin ciepłolubnych na zewnątrz. Data 17 maja jest datą roboczą, pewnie będzie to zresztą proces kilkudniowy, ale zamiarem moim jest wysadzić większość rozsad pomidora oraz posiać bezpośrednio do gruntu dyniowate i ogórki pomiędzy 17 a 20 maja, o ile pogoda nie pokrzyżuje tych planów. Wedle kalendarza księżycowego 17 maja to najlepszy dzień w tym miesiącu, jak dla mnie nie ma to większego znaczenia, ale fajnie, że jest taka zbieżność (a nie z dniem najgorszym na przykład).

Jako były informatyk doceniam konieczność posiadania backupu - zawsze więc przygotowuję nieco rozsad dyniowatych i ogórków po to, aby wypełnić puste miejsca tam, gdzie rośliny albo z nasion nie wykiełkują, albo gdzie spotka je jakiś ślimakowy, ptasi, koci, pogodowy, pomyłkowy, mój* kataklizm (*-niepotrzebne skreślić). Stosuję od lat regułę, że na grządkach w pełni sezonu nie ma prawa być wolnego miejsca, zawsze i wszędzie powinno coś rosnąć. Dzięki temu z jednej strony mikroflora glebowa ma zawsze partnera do współpracy w postaci korzeni, z drugiej nie ma na grządkach wolnych nisz dla chwastów.

Zadanie numer jeden to zakończenie przygotowań kostek słomy do obsadzania. Od jakiegoś już czasu moczę kostki obficie, dodając przy okazji szereg substancji bogatych w azot i / lub życie biologiczne. Celem tych działań jest rozpoczęcie procesu kompostowania kostek od środka, który jest warunkiem powodzenia w tej metodzie uprawy. Nie oszukujmy się - z pustego i Salomon nie naleje, a z samej słomy dynie czy ogórki nie urosną. Bakterie muszą słomę rozkładać, aby korzenie roślin mogły z substancji odżywczych skorzystać. Dlatego też wraz z wodą w kostki wsiąka nawóz od dżdżownic, nieco gnojówek z pokrzyw i żywokostu oraz herbatka kompostowa. Znakiem, że proces przebiega poprawnie jest podwyższona temperatura we wnętrzu kostek oraz zmiana ich koloru na zdecydowanie ciemniejszy.

Drugie zadanie to porządki na grządkach z zielonym nawozem. Obsiewałem je żytem ozimym, koniczyną, lub mieszanką tych dwóch. Zasadniczo większość tych grządek jest już obsadzona i obsiana, ale jeśli teraz nie zrobię z tym porządku, wszystko niebywale zarośnie i warzywa będą miały trudne warunki wzrostu. Ścinam więc zielony nawóz i od razu wykorzystuję na ściółkę na grządce, z której pochodzi. Korzenie zostają w glebie, a łodygi i liście trafiają pomiędzy młode warzywa. Jak na razie wszystko wydaje się iść po mojej myśli, warzywa wyglądają na zadowolone.

Podobają mi się te polikultury wiosenne - bób, cebule, sałaty, czosnki i truskawki, w różnorodnych konfiguracjach. Jedne, jak truskawki, pozostaną tu na lata, inne, jak sałaty czy bób, znikną niedługo, a ich miejsce zapełnią warzywa na zbiór jesienny. A jeśli poczuję, że nie mam co już z tą obfitością robić, to po prostu sypnę ziarnem - odrobina żyta ozimego, albo koniczynki, i niech sobie grządkę porasta kolejny zielony nawóz. Pamiętam, że patrzę na miejsce, gdzie do niedawna jeszcze absolutnie nic nie rosło, poza rachityczną trawką, mchem i porostami oraz że pod stopami mam kilka metrów piachu jakby z nadmorskiej wydmy rodem ...

Trzecie zadanie dotyczy "Parszywej Dwunastki", czyli nowych grządek wyniesionych. Do pełni szczęścia (poza warzywami) brakuje im podpór, po których będą się mogły piąć pomidory i inne wspaniałości. Biorę się więc do pracy i instaluję plastikowe siatki, sprawdzone już na innych grządkach. Wielokrotnie puryści oburzali się, że stosuję plastik, że w miejscu takim jak Ostoja powinienem korzystać z drewnianych tyczek z lasu, tudzież z bliżej niesprecyzowanych "naturalnych" tyczek (bambusów?), jednakże  tu wierny jestem siatce, gdyż pierwsza taka, założona 6 lat temu, nadal służy. I posłuży pewnie jeszcze wiele lat, w odróżnieniu od "tyczek z lasu" żyjących w Ostoi góra dwa sezony. Leśna wilgotność, cień i ogólnie mikroklimat sprawiają, że naturalne tyczki są ekspresowo konsumowane przez grzyb i rozpadają się w proch.

Gdy tuż przed zmierzchem kończę instalację siatek, Parszywa Dwunastka wreszcie wygląda tak, jak miała wyglądać. Siateczki (od północy każdej grządki oczywiście) za kilka miesięcy tworzyć będą zielone ściany, całkowicie pokryte roślinnością. Wtedy też okaże się, czy ten element Ostoi dobrze się w nią wpisze, czy aby nie za gęsto grządki posadowiłem, jak wszystko to zafunkcjonuje. Tymczasem, nadchodzi historyczna chwila uzyskania pierwszego plonu z Parszywej Dwunastki, oto bowiem ruszyły ostro sałaty posadzone gdzieniegdzie tuż po napełnieniu grządek podłożem. Zasadniczo można by już zbierać listki, ale pozwolę im nieco podrosnąć. Przedpremierowo zbieram komosę białą, która masowo wyrasta z podłoża, a jest jak najbardziej jadalna.

Sałatę jak zwykle sieję w transzach, żeby nie zostać obdarzonym klęską obfitości, a raczej mieć stałe, niewielkie plony. Gdy więc jedna sałata zbliża się do terminu zbiorów, inne dopiero kiełkują, niejednokrotnie towarzyszą różnym kapustnym, które potrzebują zdecydowanie więcej czasu aby urosnąć, dojrzeć i dać plon. Zasadniczo nic z rodzaju Brassica nie rośnie dobrze w Ostoi, kapusty lubią zupełnie inne warunki glebowe i mikroklimaty. Jeżeli w grządkach Parszywej Dwunastki uda mi się uzyskać jakieś ciekawe plony tych roślin, to będzie to kolejny milowy krok w orce na ugorze.

I tak, po dniu od świtu do nocy uczciwie na świeżym powietrzu przepracowanym, stan gotowości bojowej niezbędny do sadzenia pomidorów, dyniowatych, ogórków i innych wspaniałości uroczyście mogę uznać za osiągnięty i zameldować wykonanie zadania. Teraz z czystym sumieniem mogę wracać do miasta, aby zająć się czekającymi tam rozsadami, a uwierzcie, jest się czym zajmować ....

niedziela, 28 kwietnia 2019

Nie samym ogrodem człowiek żyje

Podest przed gankiem w Ostoi zawalił się w końcu zeszłego lata. Aby wejść na ganek, a przez ganek do chatki, trzeba było dokonywać cyrkowych sztuk, uważając aby nie połamać nóg. Sosnowe deski dawno temu zaimpregnowano jakąś chemią (w domyśle Drewnochron), a z wierzchu pokryto farbą olejną. Wszystko z wierzchu wyglądało jako-tako do chwili, gdy stąpnąwszy energicznie nie wpadłem pod podest. Spód desek okazał się być siedliskiem grzybni, jak to zwykle w lesie sosnowym bywa - wszak naturą grzybów jest rozkładać martwe drewno, w tym i takie zaimpregnowane.

Zdecydowaną większość Ostoi porasta sosna, będąc więc wiernym zasadzie korzystania z lokalnych surowców postanowiłem odtworzyć podest z desek sosnowych. Sosna poszła do tartaku w początku jesieni i wróciła w formie desek. Schła do teraz pod wiatą i mogłaby (a nawet powinna) poschnąć jeszcze, ale nowy podest potrzebny na gwałt, by goście wejść mogli i nóg nie połamali. Na moim ulubionym stole z europalety który za warsztat nadworny służy już od kilku lat, przystąpiłem do obrabiania sosnowych dech, heblując je zawzięcie.

Deski zaczęły nabierać "cywilizowanego" wyglądu dość szybko, jednakże sporo czasu upłynęło, zanim wszystkie były gotowe. Gdy nabrały gładkości, trzeba je było zaimpregnować. Tym razem użyłem impregnatu olejowo-woskowego z pigmentem i zobaczymy jak długo przy takiej impregnacji deski wytrzymają. Zasadniczo przyrost drewna w Ostoi jest tak duży, że można by sobie pozwolić na nowe deski kilka razy w roku, ale rzecz w tym, ile to wymaga czasu i pracy, no i ściętych drzew. Dlatego też nawet spośród tych starych, sosnowych desek zdjętych z podestu pieczołowicie wybrałem wszystko, czego jeszcze grzyb nie spożył i co do użytku się nada. Nadżarte zębem grzyba fragmenty (Geoff Lawton zawsze powtarza, że grzyby są zębami puszczy) ułożyłem przy płocie w miejscach, gdzie zwierz leśny mógłby spodem przenikać i w szkodę na podwórku wchodzić. Tam się spokojnie do końca rozłożą i maluczko, a ich nie ujrzycie.

Kilka wiader wiórów i trocin z wygładzania nowych desek też się oczywiście nie zmarnuje. Zużyję nieco do zakładania nowych hodowli grzybni (mam zamiar w tym roku zaszczepić rydze), nieco trafi jako ściółka pod amerykańską borówkę, a co zostanie, zużyję dosyć prozaicznie - w toalecie kompostowej. Tym sposobem, praktycznie całość materiału wróci do obiegu materii i energii, zasilając ostojowy ekosystem. Zasadniczo nie lubię trocin, wolę zrębki, słomę, siano, ale gdy już są, trzeba z nich zrobić dobry użytek. Gdybym ich miał nadmiar, pomyślałbym o produkcji brykietów, choć tak naprawdę las na spółkę z bobrami dostarczają takich ilości opału, że brykiety są zbędne.


Gdy zaimpregnowane deski schną, oczyszczam przestrzeń pod podestem. Przez lata nazbierało się tu co niemiara śmiecia. Najpierw bardzo silnym magnesem przejeżdżam wśród śmieci i wybieram tym sposobem wszystkie gwoździe, śruby, nakrętki, druciki, kapsle i inne atrakcje które przez dekady wpadły pod podest. Potem wygarniam kastry liści, zeżartego przez grzybnię drewna, brudnego piasku i innych organicznych szczątek. Wszystko to uzupełni ściółkę w nasadzeniach na obrzeżach Ostoi, gdzie posadziłem robinie i rokitniki.

Remont starej chałupy jest gorszy niż budowa trzech nowych domów, wiem co mówię. Z drugiej strony jednak, wmawiam sobie, że stare domy mają jakąś tam duszę i że warto wkładać w nie trzy razy więcej pracy aby je ocalić. Czy jest sens permakulturowy, ekologiczny, ludzki po prostu próbować wycisnąć co się da z domu starego, źle posadowionego i sypiącego się z każdej ze stron? Wierzę, że jest. Przekładam więc i impregnuję stare legary, poziomuję, daję nową izolację z papy. Podziwiam konstrukcję na której stoi doczepiony do chatki ganek. Jakim cudem to się wszystko trzyma na tych ostojowych ruchomych piaskach?

Pamiętacie wpis o zawalonym płocie? Przyszedł teraz czas na odzysk starych sztachet. Pieczołowicie wyciągam z nich pordzewiałe gwoździe i odkładam do osobnego pojemnika. Zapewne pomyślicie - po co mu te stare gwoździe? No cóż, głównie po to, aby mieć pewność, że nie trafią na wysypisko wraz z workiem śmieci. Czy ich użyję kiedykolwiek? Szczerze mówiąc, na pewno nie wszystkich. Jeden czy dwa co jakiś czas trafiają do butelki z wodą do podlewania miejskich roślin - taki zardzewiały gwóźdź uzupełnia żelazo, którego brak daje się we znaki na przykład moim warszawskim awokado. Mówią, że gdy liście brązowieją to znak, że czas na gwóźdź. Czasami pomaga. Gdybym hodował hortensje, to zakopany w glebie koło nich gwóźdź zmienia kolor kwiatów na niebieski, podobno. No ale nie mam hortensji ... Ani pewności, że oba te pomysły nie są mitem. Tak czy inaczej, jedno jest pewne - zebrane, nie przedziurawią ani bosej stopy, ani opony.

I tak, gawędząc o gwoździach i hortensjach przybijam nowe deski, dzięki czemu nowy podest nabiera ostatecznej formy. Już mi nie będą goście wpadać do dziury. Wiele miesięcy upłynęło od czasu "katastrofy, czyli zawalenia się starego podestu. Zapewne szybciej byłoby podest zrobić z gotowej deski tarasowej, albo dać komuś zarobić i zamówić usługę. Wtedy jednakże nie wziąłbym udziału w jednoosobowych prywatnych warsztatach piłowania, heblowania i prymitywnej stolarki, których efekt przez jakiś czas będzie cieszył  me oko i łechtał me ego (wszak "jam ci to uczynił"). Myślę, że osiągnąłem maksimum efektów przy minimum nakładów wszelakich, z wyjątkiem mojego czasu, ale tego akurat nie żałuję. Każda przepracowana w Ostoi chwila przepełniona jest głębokim poczuciem zasadności, dzięki czemu czas płynie wolniej, a życie wydłuża się znacząco.

Wprawdzie nie samym ogrodem człowiek żyje, ale nie sposób nie wspomnieć o synergii na grządce bobu. Bardzo, bardzo późno zaczął on się właśnie wyłaniać ze ściółki, a wraz z nim masa miseczkowatych grzybów. Są ich po prostu kilogramy. Nie wiem czy to uchówka, dzierżka czy czarka, najważniejsze że na pewno rozkłada słomianą ściółkę i zwiększa żyzność gleby. Gdy dowiem się, kto to taki, nie omieszkam Was poinformować - może okazać się, że to jakiś smakołyk .... Surowe czarki z solą są podobno pycha, ale wiecie jak to mówią w zielarskim światku - "Nie znasz chaszczy? Nie pchaj do paszczy!"

PS. Mądre głowy podpowiedziały, że te grzyby to kustrzebki (Peziza sp.).

piątek, 19 kwietnia 2019

Ogród leśny się budzi

W Ostoi wiosna przychodzi relatywnie późno. Wciąż prześladują ją nocne przymrozki. Na grządkach jeszcze dzieje się niewiele, postanowiłem więc przejść się po miniaturowym leśnym ogrodzie i zarejestrować obiektywem aparatu co już rośnie. 

 Krwawnik i koniczyna biała to moje ulubione rośliny okrywowe. Staram się, aby rosły niemal wszędzie pomiędzy roślinami użytkowymi. Gdy u niektórych rosną jak chwasty i stanowią problem, w Ostoi trzeba się nieco napracować aby raczyły rosnąć. Ogród leśny zakładałem na całkowicie jałowym ugorze w cieniu starych brzóz, pod którymi nie rosło nic poza porostami, rachityczną trawą, z dodatkiem grzybów jesienią. Obecnie w leśnym ogrodzie rośnie bioróżnorodność i mam nadzieję, że z każdym rokiem będzie tylko lepiej.
 Glistnik jaskółcze ziele to bardzo cenna roślina lecznicza, posadziłem go podobnie jak kilka innych ziół aby zawsze go mieć pod ręką. Gdy nie służy do wyrobu medykamentów, doskonale nadaje się na ściółkę.
 Rabarbar jest wspaniałą rośliną jadalną dającą jednocześnie dużo biomasy i cienia. Właśnie zaczyna się przebijać z pod grubej warstwy zrębek. Raz posadzony plonuje wiele lat.
 Kwitną drzewa owocowe, w chwili obecnej na malutkim terenie jest ponad 40 gatunków i odmian. Nie wszystkie przeżyją i nie wszystkie zaowocują, ale te które przetrwają będą żywić latami. W ogrodzie leśnym jakiekolwiek zabiegi ograniczam do absolutnego minimum.
 Polikultury, czyli koegzystencja wielu gatunków jest podstawą urządzania ogrodu leśnego. Agrest, malina, rabarbar, żywokost, przegorzan, pokrzywa  i mniszek.
 Święte zioło Słowian, bylica pospolita, jest doskonałym surowcem nie tylko leczniczym, ale również ogrodniczym. Można z niej sporządzać preparaty stymulujące wzrost innych roślin.
 Chrzan zapuszcza głeboko korzeń palowy, a pokrzywa "działa" korzeniami w płytszych strefach gruntu. Razem zamieniają piasek Ostoi w żyzną glebę, choć zapewne jeszcze nieco lat upłynie zanim będzie można ją nazwać naprawdę żyzną.
 Czosnki niedźwiedzie odstraszają od młodych drzewek nornice, a przy tym smakują doskonale.
 Pokrzywa, gdy zakwitnie, ale zanim wyda nasiona, zostanie ścięta i użyta jako ściółka pod drzewkiem, pod którym rośnie.
 Niektóre drzewka po raz pierwszy zakwitają, czasami nawet te posadzone na jesieni. W tym roku owoców z nich na pewno nie będzie, ale cierpliwie poczekam.
Ciekawa odmiana żywokostu sercolistnego, wśród kokoryczy, bardzo cennego zioła leczniczego i jednego z pierwszych pokarmów trzmieli.
Czosnek niedźwiedzi  - raz posadzony, rośnie latami.
 Barwinek i kokorycz.
Ni to lubczyk, ni to arcydzięgiel, ni to kozłek lekarski, pytałem ekspertów ale jak do tej pory nikt mi nie odpowiedział co to dokładnie jest. Najprawdopodobniej jakaś krzyżówka kozłkopodobna.
 Chyba melisa, choć może być i kocimiętka ;)
 O tej porze roku gdzieniegdzie niebiesko jest od szafirków, przy których uwijają się pszczoły.
Niebieskie oczka niezapominajek przy oczku wodnym.
 Narcyzy, żonkile, normalne i miniaturowe zdobią Ostoję każdej wiosny, szkoda że tak szybko przekwitają.
 Ideałem w leśnym ogrodzie jest sytuacja gdzie ani skrawka ziemi nie widać z pod roślinności. No chyba że jest to ścieżka na której butwieją jesienne liście.
 Wszystkie rośliny okrywowe są pożądane, a jeśli któraś za wysoko wyrasta, automatycznie staje się ściółką - jest przycinana i rzucana pod najbliższe drzewko lub krzew. Jest to tak zwana metoda "chop & drop" czyli potnij i upuść.
Truskawki czują się w pokrzywach doskonale.
 Równie dobrze truskawki czują się w koniczynie.
Truskawka, koniczyna, żywokost, pokrzywa całkowicie wypełniają przestrzeń pod młodą jabłonką.
 Czosnki mają odstraszać krety i nornice, wabić zapylacze no i też trafiać do kuchni.
Łubin schwytał cenną kroplę wody, od bardzo dawna nie padało i jest niezwykle sucho.
 Zagubiona rudbekia doda temu zakątkowi koloru gdy zakwitnie.
 Mini ogród leśny założyłem pod szpalerem brzóz, obecnie przy tych mniejszych staram się zadomowić pnącza, aby stworzyć kolejną warstwę leśnego ogrodu.
 Wrotycz, zioło lecznicze i "magiczne", bardzo rzadko występuje w najbliższej okolicy, choć już kilka kilometrów dalej jest pospolity. Cieszę się, że zechciał się u mnie zadomowić.
 Ci, którzy znają książki o Anastazji zapewne rozpoznają co tu rośnie - to Dzwoniące Cedry Ostoi, czyli świerk syberyjski. Przez dwa lata urosły może dwa centymetry. Nie sądzę abym doczekał ich cedrowych orzeszków, ale może następne pokolenia doczekają ...
 Grusze niedługo rozkwitną. Trochę tu dla nich za zimno i za ciemno, ale trzymają się dzielnie.
 Dla leszczyny z kolei zbyt sucho, ale też się powoli zadomawia. Jak wielokrotnie pisałem, fenomen Ostoi polega na tym, że wszystko co się posadzi nie rośnie kilka lat, ale i nie zamiera, po czym mniej lub bardziej gwałtownie zaczyna rosnąć. To oczekiwanie to czas kiedy rośliny wieloletnie budują korzenie, starając się dotrzeć do jakiejkolwiek wilgoci, a wziąwszy pod uwagę wielometrowej grubości pokłady piachu, nie jest to takie proste.
 Łubin trwały jest cenną rośliną motylkową, wiąże azot z powietrza, służy za ściółkę i pięknie kwitnie na niebiesko. Absolutnie nie chciał tu rosnąć, ale po dwóch latach prób chyba się dogadaliśmy i zaczyna się rozrastać.
 Żywokost z nadrzecznych podmokłych łąk źle się czuje w suchym piachu, ale o dziwo bardzo gruba ściółka ze zrębek trzyma go przy życiu. Jest elementem podwórkowej apteki, służy też do sporządzania nawozów i gnojówek.
 Przytulia o tej porze roku to towar spożywczy, nieco później w sezonie to materiał do ściółkowania i kompostowania. To jedna z nielicznych roślin które wynoszę z leśnego ogrodu do kompostownika.
 Karagana syberyjska to krzew pomocniczy, który wiąże azot z powietrza, dostarcza ściółki i ma jadalne strąki, za którymi podobno przepadają kury. Staram się rozmnażać karaganę i sadzić ją w wielu miejscach ogrodu.
Maliny przez jakiś czas nie chciały tu rosnąć bez intensywnych zabiegów, w zeszłym roku jednak nawiązały chyba wreszcie współpracę z ekosystemem leśnego ogrodu, bo wystrzeliły i zaowocowały obficie. Teraz też młode pędy malin są jednymi z pierwszych jakie się pokazują.
 Najlepsza roślina okrywowo-jadalna, czyli po prostu truskawka. Mam jej wiele odmian, puszczonych "na żywioł", radzić sobie muszą same. W odróżnieniu od tych z grządek wyniesionych, te z ogrodu leśnego dają mniej owoców, nieco mniejszych, ale zdecydowanie bardziej aromatycznych.
 Borówka amerykańska to wielkie wyzwanie przy uprawie w piachu, jak na razie nie owocuje zbyt dobrze, ale nic w Ostoi od początku dobrze nie owocowało, więc jeszcze jakaś nadzieja jest. Nie będę szedł w kierunku stworzenia czemukolwiek idealnych warunków do owocowania, chcę raczej wyłonić te gatunki i odmiany drzew i krzewów, które są naturalnie stworzone do życia w Ostoi, lub takie, które potrafią się do tutejszych warunków zaadaptować.
 Kilka odmian szczawiu pełni funkcję kulinarną i okrywową.
 Świdośliwy kwitną pięknie, a smakują jeszcze lepiej.
 Zabłąkany samotny szafirek, zwykle rosną one w grupach.
 Królowa mojego leśnego ogrodu, jagoda kamczacka, którą cenię za bardzo wczesne kwitnienie i owocowanie. Są to zwykle pierwsze owoce, jakie mam w każdym sezonie. W leśnym ogrodzie rośnie jej sześć odmian, a zapewne jeszcze ich przybędzie.
Z kronikarskiego obowiązku nadmienię, że wieloletnie odmiany cebul, czosnków i szczypiorków też się obudziły, nawet w donicach podsiąkowych. 
 Pod ogromnymi drzewami na środku podwórka żółto od narcyzów.
Na grządkach pierwszy kwiat truskawki, dość dobrze ukryty. Przy okazji testuję teorię o dobrym sąsiedztwie truskawek i czosnków, gdzie czosnki służą za materiał do ściółkowania truskawek i odstraszania od nich szkodników. Porównam też smak truskawek z tymi z leśnego ogrodu, mam szczerą nadzieję, że nie będzie to smak czosnkowy.