Przełom września i października zaskoczył w Ostoi taką obfitością, jakiej nic nie zapowiadało. Początki tego sezonu były bardzo trudne, środek męczący, za to końcówka wynagrodziła to z nawiązką. Nie było oczywiście tak całkiem różowo - upały i susze zdecymowały fasolkę szparagową i kukurydzę, a jakony wystartowały tak późno, że nie wiem, czy będzie co zbierać. Jeszcze jednak rosną, a nadzieja u ogrodnika umiera ostatnia - po ostatnim jakonie. Wracając jednak do pozytywów, we wrześniu otrąbiłem koniec pomidorów, będąc przekonanym, że lada moment przymrozki położą im definitywny kres. Tymczasem, ostatnie zebrałem 20 października i to też tylko dlatego, że nie warto już było czekać na ostatki, których szanse na dojrzałość malały z każdym dniem, a wraz z tym tracić czas na przygotowanie grządek do zimy.Do trzeciej dekady października dociągnęły też cukinie, co dla Ostoi jest chyba rekordem. Najbardziej cieszą mnie pozostawione na nasiona kolosy, wyhodowane w szczerym piachu ogródka o nazwie Maja. Trzy krzaki plonowały zawzięcie, lepiej niż na kostkach słomy i lepiej niż w ogrodzie upraw głównych, który tym samym daje znać, że wymaga interwencji i odświeżenia. Przez lata okoliczne sosny przeniknęły do niego korzeniami i obawiam się, że zabierają warzywom już prawie wszystko, co te powinny mieć do dyspozycji. Skuteczne w poprzednich latach grube ściółkowanie, czy to warstwą jesiennych liści, czy starej słomy, przestaje już wystarczać. Gdy zbiorę ostatnie warzywa z tego ogródka, pomyślę, co z nim dalej robić.
W tym roku dynie zbierałem nie jak zawsze niemal jednorazowo, a w kilku etapach. Poprzednio, czy to 10 września, czy 10 października, przychodził przymrozek, po którym konieczny był zbiór wszystkiego. W tym roku takowego nie było. Była jedna noc z dwoma- trzema stopniami poniżej zera, ale to dyniom nie zaszkodziło. Krzaki w tym roku zamierały naturalnie na przestrzeni półtora miesiąca, a jak jakiś zamierał, to zbierałem owoce. Ostatnie usuwam właśnie teraz, bo już i tak żaden owoc nie urośnie ani bardziej nie dojrzeje. W mieście dynie odrobinę pobyły na tarasie, by załapać jeszcze nieco ciepła i słońca, a teraz piętrzą się w mieszkaniu i wydaje się, że będziemy je jedli przez długie miesiące.
Mini projekt uprawy dyń piżmowych na kostkach słomy przyniósł zadowalające efekty - jego celem było wyłonić rośliny, które dadzą małe owoce, takie do kilograma, o jak najbardziej wyrównanej wielkości, no i o dobrym smaku. Smak będzie testowany w miarę ich zjadania i przy tej okazji będą pobierane nasiona. Dynie które mają małe owoce mają tą przewagę, że łatwiej je się prowadzi na podporach, a jak tak uprawiam większość swoich dyń. W tym roku największa z nich osiągnęła 11,5 kilograma, co naraziło na szwank metalowy łuk, po którym się pięła między grządkami. Zdecydowanie nie zamierzam tego powtarzać, musiałem nałożyć na tą, i kilka innych dużych dyń raszlowe worki i dodatkowo uwiązać, by przy silnych wiatrach to wszystko się przedwcześnie nie oberwało.Posiane w donicach po ziemniakach szpinaki, sałaty i misticanza - mieszanka włoskich warzyw liściowych, powoli zaczynają dawać plon. Jak zawsze, zbieram najstarsze, zewnętrzne liście, a rośliny puszczają nowe ze środka. Ciekawe są szpinaki - przy tych temperaturach niektóre już zaczynają iść w kwiat i zapewne ich żywot zakończy się zimą. Inne z kolei rosną w najlepsze bez chęci kwitnienia, budują zieloną masę liści, która sukcesywnie zbierana da plon, a roślina będzie miała większe szanse przetrwać do wiosny, no ale oczywiście - to zależy, od tego, jaka będzie zima. Tu nie ma zmiłuj - nie będę tych roślin niańczył i okrywał, wszak jest to tylko bonus po ziemniakach. No i doświadczenie - donice są ponumerowane, tak samo jak torebki z nasionami. Obserwując w której donicy szpinaki kwitną, będę wiedział, czego już raczej więcej nie siać.
W trzeciej dekadzie października grządki wyglądają jeszcze miejscami tak, jak w końcu lata, nie ma więc mowy o końcowym sprzątaniu, o sadzeniu czosnku, o dawaniu kompostu czy ściółki. Wszystko "opóźnia się", ale nie traktuję tego w ten sposób. Raczej widzę to jako wydłużenie czasu, kiedy można wyjść do ogrodu i po chwili wrócić z solidną porcją jedzenia. W tym sezonie chodzimy najedzeni "nowalijkami" bardzo, ale to bardzo długo. Wczoraj zerwałem ostatniego ogórka. Na zbiór czeka masa marchwi i selery. Niewykorzystane są jeszcze buraczki, pietruszki, fasole na suche ziarno. Zebrałem jeszcze teraz masę miechunek i cucamelonów, a ze wstydem muszę się przyznać, że tu i ówdzie są jeszcze niewykopane ziemniaki, oczywiście o topinamburach i chobotach nie wspominając. Tych ostatnich chyba w ogóle nie wykopię, bo nie przejemy. Zostaną na czarną - oby nigdy nie nadeszła - godzinę.






















































