sobota, 27 stycznia 2018

Raport o śniegu i przyległościach

Długo nieodwiedzaną Ostoję udaje mi się wreszcie nawiedzić w styczniową odwilż. Po drodze śnieg gdzieniegdzie jeszcze zalega na polach, na wielu jednak stoi woda, a przydrożne rowy jej pełne. Im bliżej Ostoi jednak, tym wody mniej, a śniegu i lodu więcej. Na miejscu senna atmosfera - nie słychać żurawi, ptasia drobnica nie odwiedza karmników, wszystko tkwi w zawieszeniu między zimą a wiosną. Najstarsze grządki warzywne śpią pod grubą warstwą słomy, od południa gołe, od północy pod cienką warstwą śniegu. W mikrosadzie, wyściółkowanym zrębkami, ani śladu białości, wszystko roztopione i wsiąknięte w glebę. Podwórko za to, skute lodem całkowicie. 


W kompostowniku, tym gdzie farma dżdżownic, życie trwa w najlepsze. Bardzo spowolnione, ale trwa. Pod warstwą liści, w kuchennych resztkach, dżdżownice ospale, ale jednak, przerabiają wszystko na kompost. Nie zeszły wgłąb co wróży, że raczej wielkich mrozów nie będzie. Dokładam im kolejną porcję odpadków, które rozkładając się podniosą nieco temperaturę. Przysypuję dokładnie liśćmi i suchą trawą, niech dalej w spokoju pracują.

Worki uprawowe zimują na zewnątrz, a że bardzo szybko się nagrzewają choćby od odrobiny słońca, to nie dość że ani śladu śniegu na nich, to jeszcze niemal w każdym coś samorzutnie postanowiło rosnąć - a to jakiś jarmuż, a to portulaka. Zadziwia upór mchu porastającego dół worków - miałem nadzieję, że zimą zmarnieje i odpadnie, a on ma się w najlepsze. Do wiosny jeszcze nieco czasu, ale jeśli mrozy nie pomogą, to trzeba będzie worki oskrobać.

Na tak zwanym lotnisku, czyli w wąskim podwórkowym leśnym ogrodzie odbywa się jakieś szaleństwo. Oczywiście ani śniegu, ani lodu, wszystko się zieleni w najlepsze. Cały bufet sałatkowy - gwiazdnice i marchewki, a gdzieniegdzie rzodkiew daikon. Obok truskawki (nie będę kłamał - tylko się zielenią, nie owocują oczywiście), a obok nich żywokost. Przepięknie też rośnie koniczyna biała, po łubinach natomiast nie ma ani śladu. To, że nawet w zimie grządki się zielenią to wielka radość, bo świadczy to o tym, że w glebie, gdzie do niedawna nic nie rosło, teraz kwitnie życie, cały okrągły rok.

Donice podsiąkowe oraz drewniane wypełnione zrębkami zamarznięte natomiast z lekka i cienką warstwą śniegu przykryte. Ciekawe, że swoje naprawdę mikro mikroklimaty tworzą korki, znaczące miejsca gdzie pozostawiłem niewykopane topinambury. Każdy koreczek to krąg roztopionego śniegu. Spróbuję to wykorzystać wiosną do przyspieszenia kiełkowania, eksperymentalnie. Oczko wodne skute lodem, bobrowe bajorko również, lód jednakże zbyt cienki, aby po nim przejść. Rzeczka płynie sobie wartko, stan wody nieco ponad średni, starorzecza pod cienkim lodem przypominają stare zaśniedziałe lustra. Im dalej od Ostoi łąkami się oddalam, tym śniegu mniej, aż nie ma go wcale tam, gdzie łąki opadają ku zachodowi.

Śnieg, nie śnieg, trzeba nieco popracować. Robię przegląd zebranych nasion. Przygotowuję te na wymianę, segreguję te do siewu, odsiewam ziarna od plew tych, których wcześniej nie zdążyłem. Najwięcej zostało nasion cebul i czosnków. Wiatr by się przydał, a tu jak na złość nie wieje. Dmucham więc, na zimne, dosłownie i w przenośni, bo chłodno się robi - mimo śnieżnego kryzysu i niedomogów to styczeń jednakże, i gdy słonko schowa się za lasem, to wieje chłodem. Dmucham w plewy, a nasiona ciężkie zostają w misce, następnie trafiają do woreczków i do prywatnego banku Ostojowych nasion, czyli mówiąc po ludzku, do skrzyni w piwnicy...

A na przeciwległym od Ostoi biegunie, w miejskim cieple i świetle diod LED właśnie wykiełkowały absolutnie pierwsze w tym roku miniaturowe pomidorki. Dwa nasionka na worek, z których los na loterii życia wygra jedno. Chcę sprawdzić, jak w workach rosnąć będą pomidory siane wprost do worka, a nie uprawiane tradycyjnie, z rozsady. Do tego, wbrew wszelkim regułom, w worku z zeszłoroczną ziemią, z dwucentymetrowym jedynie dodatkiem kompostu na wierzch. Braki żywieniowe zamierzam nadrobić podlewaniem herbatką kompostową, a czy i co z tego wynikło, to dowiemy się już za jakieś pięć miesięcy.

niedziela, 7 stycznia 2018

Bezzimie


Ostatni wpis w starym roku zatytułowałem "Przedzimie", a pierwszy w nowym roku muszę nazwać Bezzimiem. No bo jakże by inaczej, gdy 31 grudnia tuż obok Ostoi wylądowała para żurawi i od tego dnia drą się ciągle wniebogłosy? Bo jak nazwać, gdy wszystko co nie trzeba rośnie na potęgę? Grządki, zamiast zimowo odpoczywać, zielenią się wiosennie. Jakieś pandemonium traw na grządkach, gdzie ich nigdy nie nie było, a traw akurat to w wielu miejscach nie toleruję.

Pisałem o grudniowych rzodkiewkach, obecnie zielenią się styczniowe. Pojedyncze nocne przymrozki sprawiły, a być może i wiek rzodkiewek, że smakiem to nie powalają. Decyduję się z ciężkim sercem przerwać ich egzystencję na tym łez padole i grubo wyściółkować grządki, i te rzodkiewkowe, i wszystkie pozostałe. Sytuacja bowiem jest patowa - z jednej strony brak szans na to, aby mieć jakiś realny plon, z drugiej bez szans na zielony nawóz. No chyba że wiosna naprawdę nadeszła ... ale ja w to nie wierzę.

Aby jednak oddać sprawiedliwość plonom, muszę dodać, że nadal, w styczniu, raczymy się szczypiorami i czosnkami, selerem naciowym, ziołami ze spirali ze szczególnym uwzględnieniem mięty, a także łanami dosłownie portulaki. A każda praca "podziemna" wydobywa na powierzchnię a to topinambura, a to ziemniaczka. Do ziemniaczka, to jeszcze w tym wpisie wrócę, ale teraz wróćmy do ściółkowania. Ponieważ słomiane kostki na których rosły dynie rozpadły się niemal, posłużą teraz za ściółkę. Prawdziwy jednak zysk z nich to gleba, jaka przez jeden sezon powstała w miejscu, gdzie, stały - nieomal czarnoziem. Szkoda, że w tak małej ilości, ale i tak cieszy.

Nad rzeką z kolej, gdzie rezerwat i łączka moja dzika, zadomowił się najprawdopodobniej karczownik, bo kopiec imponujących rozmiarów zdobi środek łączki. Ze dwie-trzy taczki świetnej gleby, w odróżnieniu od piasków Ostoi, o sporej zawartości gliny. Postanawiam udać się tam w ten piękny styczniowy dzień. aby pobrać trzy wiaderka tego skarbu do przyszłych rozsad. Normalnie, przeszedłbym na łączkę po lodzie, teraz brodzę w wodzie po skraj kaloszy.

Gdy wrzucam ziemię z kopca do wiaderek, widzę, że ziemny stworek wydobył na powierzchnię ponury ślad ludzkich działań - pocisk karabinowy. Ostoja była na linii frontu Pierwszej Wojny Światowej, o czym świadczą okopy i pobliskie cmentarze. Nie sądzę jednak, aby ten pocisk był tak wiekowy. Wszak miałby teraz sto lat. Na terenie zalewowym, w gruncie mokrej łąki, jest chyba zbyt dobrze zachowany. Tak czy inaczej, zwierzowi, który go wydobył na światło dzienne, składam serdeczne podziękowania.

Bezzimie charakteryzuje się również tym, że wszelkie nornice i krety, oraz Pan Karczownik Od Pocisków aktywizują swoje działania. Tylu kopców, co w tym roku i o tej jego porze, nie było nigdy. Kopce pokazują zawartość trzewiów Ziemi (tych raczej płytkich), które zwierz raczył wywlec na wierzch, aby do refleksji nas nakłonić. A refleksja w moim przypadku jest taka jak na zdjęciu - po lewej "gleba" z kretowiska, na jakiej przyszło mi gospodarzyć, po prawej gleba spod słomianej kostki po jednym sezonie. Da się? Da!

A gdy już zapada wczesny zmierzch - jedyny zimowy przejaw bezzimia - to pora wsadzić do pieca te ziemniaczki przypadkowo wykopane, przy okazji ziemnych prac na grządkach. Tym razem trafiły się fioletowe, o których już kiedyś pisałem. O ile ich wygląd w stanie ugotowanym nieco odstręczał, o tyle upieczone w piecu, z odrobiną morskiej soli, komponują się i smakują wyśmienicie. Ziemniaczki w Ostoi zawsze były elementem długich jesienno-zimowych wieczorów, ale jak widać i na bezzimiu dają radę.
Nowy rok zaczyna się niespodziewanie, ale bądźmy dobrej myśli. Obserwując przyrodę i przystosowując się do zmian, jesteśmy w stanie mieć zawsze przysłowiowego kartofelka, i coś do niego ekstra. Tego właśnie, wszystkim Wam, którzy tu czasami zaglądacie i czytacie, życzę. Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

sobota, 9 grudnia 2017

Przedzimie

Poprzedni "szary" wpis nie nastrajał optymistycznie - ten niewiele lepszym będzie, choć będę się starał. Sytuacja życiowa sprawiła, że Ostoja została pozostawiona niemal samej sobie. Niemal, bo bezustannie gospodarują w niej bobry. Nasz tak zwany "sorek", czyli położony w pobliżu starego zakola osikowy lasek, został w ponad połowie zrównany z ziemią przez te arcygryzonie. A że obecnie nic nie jestem w stanie z tym i z nimi zrobić, to ze stoickim spokojem kładę na to przysłowiową "lachę".  Zajmę się ściętymi drzewami, gdy mróz ściśnie i sytuacja pozwoli, albo później. Wierzę też, że "ekolodzy", którzy propagowali reintrodukcję bobra i doprowadzili do rozrostu populacji ponad pojemność siedlisk zajmą się tym problemem ... Nie zajmą się? Serio?

Jestem wielkim miłośnikiem przyrody, kocham wszystkie zwierzęta duże i małe, w tym i te bobry moje przeklęte. "Nie lubię" natomiast ludzi, którzy bezplanowo i bezmyślnie, choć w dobrej wierze, robią szkody więcej niż pożytku. I nie chodzi tu bynajmniej o moje osiki, ale o krajobraz doliny mojej rzeczki, będącej do cholery krajobrazowym parkiem, który to krajobraz do stu diabłów te hordy dzikie bobrów teraz "kształtują", a ściślej demolują. Bo jest ich po prostu za dużo. Bo trzeba było ich populację monitorować, i część odłowić, i wysłać tam, gdzie ich brakuje.... A ponieważ wzbiera we mnie gniewna tyrada, to tu ten wątek kończę.... Przy okazji jednak, ciekawostka - padające drzewa ścięte przez bobry spowodowały wyrwanie z korzeniami drzew stojących obok. Patrząc na odsłonięty widok, na płytkość gleby, i korzeni, i na to co pod nimi, ciężko mi poniekąd uwierzyć, że gospodarując tu, mam plony jakiekolwiek.

A skoro o plonach mowa, to wróćmy na chwilę do topinamburu. Gdyby nie gazotwórczy efekt tej rośliny, chyba bym ją wybrał na herb Ostoi. Topinambur bowiem radzi tu sobie najlepiej ze wszystkich roślin jadalnych, plonując bardzo obficie. A przypomnieć wypada, że rośnie głównie wzdłuż ścieżek, wśród szparagów, a nielicznie tylko na grządkach. Łodygami i liśćmi ściółkuję ścieżki, a mimo to, bulwy topinambura kopię i noszę do piwnicy wiadrami. Większości w ogóle nie wykopuję, bo doskonale zimuje w glebie i w każdej chwili można go stamtąd wykopać, gdyby zaszła taka potrzeba - ot takie "zapasy nienaruszalne".

Ale, jest i nowość w tym roku - próbuję topinambur kisić, pierwszy raz w życiu. W jednych słojach plasterki, w innych cale bulwy. Z przyprawami jak do ogórków, z azjatyckimi, z "leśnymi", z własnymi kompozycjami. Chcę znaleźć sposób na "odgazowanie" tej wspaniałej rośliny, albowiem jak do tej pory wszyscy słabo trawimy inulinę, której topinambur ma bogactwo wielkie. I choć to probiotyk i samo zdrowie, to z uwagi na obiektywne trudności z wietrzeniem sypialni w zimie, prace nad pozbawieniem topinamburu "siły odrzutu" trwają. Czy zakończą się sukcesem, zobaczymy. Na razie wiemy tyle, smakując pierwsze próbki, że wyrób smakowitym jest na pewno, a nawet "woda" z niego ma ewidentnie miłe walory smakowe - pikantna, kwaskowa i orzeźwiająca jest.  I tak jak poprzednio dynie, tak i tym razem topinambur, kojarzy mi się ze słońcem zamkniętym w słoikach na długie zimowe wieczory. Ale już niedługo moi mili, byle do zimowego przesilenia, byle do niego ...

poniedziałek, 20 listopada 2017

Szaro


O ile jest taka pora roku której nie lubię, taki czas, gdy zmuszać się muszę do bycia w Ostoi, to jest to teraz. Szarość, burość i wilgoć dominująca nad wszystkim, wietrzysko i mżawka, nieuchronny rozkład i obumieranie, to wszystko sprawia, że entuzjazm do prac nadwornych jest nikły, a energii tyle, ile słońca w południe, czyli naprawdę niewiele. Czary goryczy dopełniają bobry, które w tym roku oszalały i zamiast ściąć sobie jedno czy dwa drzewa, to napoczynają niemal wszystkie. Przyjdzie się pożegnać z osikowym zagajnikiem, ze stratą dla bobrów również.

Chodzenie po lesie w okolicy bobrowego siedliska wymaga niezwykłej ostrożności. W wielu miejscach nory bobrowe wchodzą w brzeg po kilkanaście metrów, czasami podchodząc pod samą powierzchnię gruntu. Jeden nieostrożny krok i lecisz człowieku do dziury, a dziękuj opatrzności jeśli wyjdziesz z tego cało. Staram się odnajdywać takie miejsca i oznaczać patykami, aby jakiś zabłąkany przechodzień, dwunożny czy czworonożny, nie wleciał do przedpokoju pana bobra i nie zrobił sobie krzywdy.

Bobry zresztą przez swoje własne działania ucierpiały - zbudowały bowiem główną komorę mieszkalną w kopnym piachu, nie dbając  pozwolenie na budowę czy nadzór budowlany.  Powiększając ją nieustannie sprawiły, ze sufit stawał się coraz cieńszy, aż wreszcie się zawalił. Do komory wtargnęła też woda, formując wcale nie taki mały stawik w piaszczystej grobli. Maluczko, a deszcze dokończą dzieła zniszczenia, ściany komory zawalą się i nic nie zostanie z tej bobrowej inwestycji.

Zastanawia mnie gdzie teraz sprawcy tej pięknej katastrofy budowlanej zamieszkają, bo to dwuosobowe jacuzzi na pewno nie nadaje się do remontu. Cieszę się, że nie doświadczyłem zarwania się bobrowego sufitu pod moimi nogami, upadek do tej komory wypełnionej lodowatą wodą i zaostrzonymi przez bobry patykami gromadzonymi na zimę nie należałby do przyjemności.



Miało być jesienne sadzenie drzewek, a może nawet jakieś fajne warsztaty w Ostoi, ale życie wypłatało kilka przykrych figli, i z planów nie wyszło nic. Trzeba było ustalić priorytety i zająć się głównie nimi, a jednym z nich była naprawa cieknącego dachu w szopie. Próby łatania skończyły się niepowodzeniem, co i rusz powstawały nowe dziury. Doszło więc do nieplanowanej inwestycji - szopa dostała nowy, blaszany dach. Poza oczywistą korzyścią polegającą na zapewnieniu suchego stanu wnętrza szopy, liczę także na widoczną poprawę jakości spływającej z szopy deszczówki. Rozważam czy z tej okazji zamienić obecny przenośny płócienny zbiornik na wodę deszczową na stały tysiąclitrowy zbiornik IBC.

To, że szaro i ponuro nie zwalnia od prac, które trzeba wykonać. Jedną z nich było wykopanie topinamburów i ziemniaków z najstarszych grządek. Malutkie, bo zaledwie o wymiarach niespełna metr na metr, wypełnione niemal wyłącznie zrębkami, zaskoczyły obfitością i rozmiarami topinamburów. Z dwóch takich grządeczek zebrałem ponad 30 litrów bulw. Trzeba pamiętać o tym, że na grządkach tych w międzyczasie, wspólnie z topinamburami, rosły i groszki, i bób, i fasole, i po jednym małym krzaczku koktailowego pomidora, i pewnie jeszcze coś, o czym zapomniałem.

Fioletowe ziemniaczki są miłym dodatkiem, ich łodygi już dawno obumarły i zniknęły, znajduję je więc poniekąd przy okazji. Wybieram najładniejsze, układam w wiaderku z torfem i znoszę do piwnicy, mam nadzieję, że dobrze tam przezimują. Nie sadzę ich teraz, bo nie wiem jeszcze czy nie zmienię koncepcji. Mogę jak w poprzednich latach przenieść obramowanie grządki gdzie indziej i wypełnić świeżymi zrębkami, ale mogę też pozostawić je tu gdzie są jeszcze na rok. Trudno mi teraz zdecydować, czy powiększać areał ogrodu. Decyzję podejmę pewnie w końcu zimy, na razie zasilam grządki popiołem drzewnym, wyrównuję i przysypuję cienką warstwą zrębek, niech tak odpoczywają.

Po krótkim i mokrym dniu we wszystkich odcieniach szarości, gdy tak wcześnie zapada zmrok, trzeba odczarować Ostojowy spleen odrobiną słońca zaklętą w złocistym miąższu własnej dyni prosto z piekarnika. Ta jasność, kolor, zapach i smak, w połączeniu z ciepłem promieniującym od pieca, pozwalają rozgrzać skostniałe z lekka ciało i duszę. Rozweselić ale i przypomnieć, że jest czas rodzenia i czas umierania, a oba są częścią jednego cyklu przyrody, w którym zaistnieć muszą nieuchronnie oba te elementy, aby życie w całym swoim bogactwie mogło rozwijać się i toczyć dalej.

niedziela, 5 listopada 2017

Wiosna jesienią

 Mokrego roku ciąg dalszy sprawia, że jesień łatwo pomylić z wiosną. Starorzecze w Mazowieckim wody pełne po brzegi, rzeczka ledwo się mieści w swym korycie, a konie w Łódzkim mają już swój własny aquapark. Tamy bobrowe zniknęły pod wodą, której zdaje się jeszcze przybywać. I choć Ostoja niezagrożenie wznosi się na swoich piachach, to na nadrzeczną łąkę przejścia nie ma, chyba że wpław. 


Podziwianie natury pora jednak zakończyć, bo nieubłaganie nadchodzi czas ostatecznych porządków przedzimowych w ogrodzie. A tam, też troszeczkę wiosny jakby. Zbieram rzodkiewki i miniaturowe marcheweczki z donic, wziąwszy pod uwagę, że to już trzeci z nich plon w tym sezonie, nie można na rozmiary narzekać. Nie każdy zresztą może się delektować świeżuteńką rzodkiewką z własnej uprawy w listopadzie. A smakują lepiej niż wyglądają. Jest też sporo fasoli rozmaitych, oraz nieco chińskich kapust tatsoi i pac-choi, sałaty rzymskiej, jarmużu i kwiatów nasturcji. Są też dyniowe ostatki. Zresztą, zobaczcie sami.












W Zapłotku teraz dopiero widać jego eksperymentalną naturę. Najdalszą część zarastają poplony, z przewagą gorczycy, która własnie kwitnie. Środkowa część wyściółkowana jest grubo liśćmi, a najbliższa pozostaje pod oryginalną ściółką z łąkowego siana i jak widać już się pojawiają pierwsze trawy, które dały sobie radę z cienką warstwą gazet. Wszystko jednak jest w jak najlepszym porządku - dla tej części mam specjalne plany, które zrealizuję na wiosnę.

Dzień kończę spacerem. Jest cicho, bezwietrznie i słonecznie,  momentami wiosennie. Na łące taki oto obrazek. Zamyślony, zapatrzony, jakby z makatki, zwierz. Przez moment mam podejrzenie, że sztuczny, bo ani drgnie. Ale nie, rusza wreszcie niespiesznie i znika w pobliskich krzaczorach. Trochę żałuję, że przerwałem mu wygrzewanie się w słonku. Ale ponieważ i na jutro zapowiadają wiosenną aurę, nadrobi to pewnie jeszcze z nawiązką, podczas gdy ja będę już daleko. Pora pakować zbiory i zbierać się do miasta. Udany to był dzień, oby więcej takich wiosennych dni tej jesieni.

sobota, 21 października 2017

Krótkie migawki jesienne

 Dziś będzie jesiennie, nostalgicznie - fotograficznie. Niecały dzień tylko wygospodarowałem dla Ostoi, a zdjęć zrobiłem tyle, co zwykle przez tydzień. Jest to chyba efekt dłuższej nieobecności - łatwiej wtedy dostrzec zmiany: co przybyło, co ubyło, co wyrosło a co padło. Na pewno spadły liście - wszystkie z lipy, większość z klonu. tworzą teraz piękny kobierzec na podwórku Ostoi, a co z nimi będzie dalej, to opowiem być może w kolejnym odcinku. Na razie pełnią niezwykle istotną funkcję - cieszą oko. Podobnie jak mój stół z europalety - wydaje się, że po kolejnym roku stania na słotach i słońcu, wypiękniał i wyszlachetniał.

 Nad rzeczką, gdzie docieram tuż przed zachodem słońca, przegląda się ono w starorzeczach. Mgły wznosić się zaczynają, a ze wschodu nadlatuje kruk. Magia chwili pryska, bo warkot słychać jakowyś, zupełnie niezwykły i wcześniej tu niesłyszany. Patrzę, i oczom nie wierzę - z północy nadlatuje ... dron. A jakże, dron prawdziwy, duży, czterośmigłowy. Warczy w rezerwacie i ma wszystko w dupie, o ile takową posiada. Bardzo mnie martwi ten kolejny posłaniec cywilizacji wdzierający się tutaj jakby gwałtem. Nie pasuje tu, nie ma racji bytu. Oddala się, ale po jakiejś godzinie jest znowu. Warczy i płoszy kruka. Sójki dostają amoku, drą się w niebogłosy. Szlag by to trafił, i drona na dodatek.
Ale cofnijmy się nieco w czasie. Dawno nie zaglądałem do pierwszego zrębkowego ogródka, dziś z rana jednakże zajrzałem w samą porę, aby odkryć obfitość jesiennych rzodkiewek. Często coś posieję, posadzę, i zapomnę. Albo po prostu mnie tu nie ma. Albo są ważniejsze sprawy. Dziś, w porę zajrzałem i pozbierałem, ale choć poprzednio pisałem o ogrodowych ostatkach, to okazuje się, że jeszcze nie koniec, końca raczej na razie nie widać.
 Bo niedaleczko od rzodkiewek w tych samych zrębkach rosną sobie w najlepsze fasole, które potrzebują jeszcze nieco czasu. Metr dalej, kolejne minipoletko rzodkiewek
 Wybuchły kwieciem nasturcje i romantycznie w deszczu mokną. Mniej romantycznie zjadam te pyszne, ostre kwiatki, a widzę też i ich owoce, z których sporządzić można namiastkę kaparów.
Jesienne maliny obsypane owocami, zdecydowana większość jest niedojrzałych. Czy pogoda pozwoli, aby dały plon? Pożyjemy, zobaczymy.
 Szaleją czosnki i szczypiory, wypuszczając wciąż liściory :) W większości pozostawiam je, ścinając tylko tyle, ile jesteśmy w stanie spożyć i rozdać. Nowe życie wstąpiło w mięty na spirali ziołowej, pachną z daleka w wilgotnym powietrzu, a herbata z nich bije na głowę wszelkie Erlgreje.
Zapomniane dynie zbieram i układam na ganku, niech tu sobie jeszcze podojrzewają.
 Inne, które już trafiły do miasta, piekę w piekarniku i przerabiam albo na zupę, albo na inne pyszności. Jesień składa się dla mnie z trzech smaków - kań, ziemniaków i dyń właśnie, z przewagą tych ostatnich. Nic tak nie poprawia humoru, jak dobre curry z dyni, no ... prawie nic ;)
Rozbierając osłaniającą pomidory od wiatru konstrukcję, natrafiłem na kolejne dyńki, pnące się po linkach w stronę płotu.

 Na razie są w dobrej formie, niech więc sobie jeszcze wiszą.
Dęby w leśnym ogrodzie cieszą wzrok złotem kolorów, oraz galasami.
 Zbierając w leśnym ogrodzie tą kanię, zastanawiam się, czy to dobry pomysł nadziać kanię dynią ... brzmi to zachęcająco.
A gdy tak sobie chodzę i fotografuję, w tak zwanym międzyczasie zlewa się nalewka. Ale nie byle jaka i nie zwyczajna. Nalewka, której na pewno nie zdegustujemy po dyniowo - kaniowej uczcie. Nalewka do zadań specjalnych. Czy zgadniesz z czego jest zrobiona?
 Wierni czytelnicy pamiętają zapewne yacona. Ta egzotyczna roślina już drugi rok funkcjonuje w Ostoi i ma się w miarę dobrze (bo żyje), ale poniżej oczekiwań (bo plony marne). Yacon uwielbia głębokie, żyzne gleby, gdzie może dać poszaleć swemu imponującemu kłączu (nieco to obsceniczne, ale jakże prawdziwe). W Ostoi rośnie do połowy swych normalnych rozmiarów, i takie też kłącze wykształca. Przed pierwszymi przymrozkami znowu trzeba go będzie wykopać i przezimować w piwnicy, racząc się zaledwie kilkoma, pysznymi jednakże, bulwami.

Słonko powoli niknie za horyzontem, pora więc zbierać się do miasta. Dużo wrażeń jak na jeden dzień, prawda? To właśnie uroki bycia blisko natury. Obserwując ją, sekundy zmieniają się w minuty, minuty w godziny, a godziny w dni. Życie staje się dłuższe, pełniejsze, ma sens. Kudy tam dupogodzinom za biurkiem do takich atrakcji. Czego i Wam wszystkim życzę.