niedziela, 5 lipca 2020

Grabarzowi spod łopaty

Na podstawie ostatniego wpisu można by sądzić, że czarne chmury zawisły nad Ostoją, a sezon ogrodniczy zakończyć się może przedwcześnie. Pogoda dała popalić, i szczerze mówiąc nadal daje, bo (jak na razie) ostatnie gradobicie, aczkolwiek lekkie, odnotowałem w ostatnim tygodniu czerwca. Przewaliły się też nad Ostoją gwałtowne burze, niosące więcej niszczącego wiatru, niż potrzebnego deszczu. Podczas gdy gdzieniegdzie w Polsce ludzie błagają, aby już nie padało, w Ostoi jeszcze ani razu zbiorniki deszczówki nie były w tym roku pełne, jest to sytuacja jak na tą porę roku niebywała. Bardzo źle to wróży na sierpień, kiedy to z reguły susza trapi Ostoję. Pozostaje jedynie mieć na dzieję, że tak jak w innych dziedzinach, tak i w tej rok 2020 zachowa się nietypowo, i że (przepraszam za to życzenie) lato będzie deszczowe, przynajmniej w Ostoi.

Pomimo wszystkiego, wydaje się, że w kwestii sezonu ogrodniczego, uciekliśmy grabarzowi spod łopaty. Intensywna troska o nowe nasadzenia pomidorów zaczyna przynosić efekty i nawet tu i ówdzie zrobił się gąszcz, a najstarsze wiekowo krzaczki zaczynają zawiązywać owoce. Te ponownie wysiane i sadzone z około trzytygodniowym opóźnieniem, mają, no cóż ... trzy tygodnie opóźnienia, znowu więc wszystko zależy od pogody i tego, jak długo będziemy się cieszyć ciepłą jesienią (pomijając aspekt potencjalnych gradobić, wcale to a wcale niewykluczony). Robię wszystko, co w moje mocy, aby rosło się im dobrze, czyli ... w sumie niewiele. Obcinam wilki i stosuję opryski profilaktyczne, zamiennie z sody lub z mleka, co około siedem dni. Póki co, odpukać, jest nieźle.

Ruszają gwałtownie ponownie posiane dynie i kabaczki, niektóre odmiany niemal wręcz eksplodują. Lubią one tą wilgotną, gorącą pogodę, ale zwiększa ona niebezpieczeństwo chorób grzybiczych. Nie mając już marginesu błędu, tnę dyniowate brutalnie, nie pozwalając im się zagęszczać i rozgałęziać, a wszędzie gdzie mogę, prowadzę je w pionie, na jeden pęd. Daje to świetne efekty na grządkach oraz na kostkach słomy. Najgorzej jest na Zapłotku, czyli w ogródku utrzymywanym tylko dzięki jesiennemu grubemu ściółkowaniu, z nieznanych mi przyczyn dyniowate kiełkowały tam bardzo powoli i nadal mają zaległości we wzroście. Na razie nie interweniuję, i myślę, że w ogóle nie będę interweniował, wszak Zapłotek to sztandarowy eksperyment, którego podstawą jest "nicnierobienie". Na chwilę obecną mogę powiedzieć, że rewelacyjnie rosną tam obecnie ziemniaki, które bezproblemowo odbiły po utracie wszystkich liści w wyniku przymrozków. Zapowiada się, że będzie z nich pociecha.

Warzywniki to oczywiście jedynie mały fragment Ostoi, choć istotny. Główne nadzieje jednak pokładam w ogrodzie leśnym, a ściślej w najnowszej jego części. To tam koncentruje się moja uwaga, ale więcej jest w tym obserwacji i myślenia, niż rzeczywistej pracy. Wszak teraz nie pora, aby sadzić drzewa i krzewy, ale można z powodzeniem myśleć, co jeszcze, gdzie, dlaczego i po co posadzić. A gdy się trafi jakaś okazja, albo pojawia się nagle w sprzedaży coś, na co od dłuższego czasu poluję, grzechem by było nie zakasać rękawów i nie posadzić. I takim to sposobem, co jakiś czas uzupełniam leśny ogród o kilka sadzonek - a to jakaś makia, a to jakaś hurma, nazwy brzmią egzotycznie, ale są to wszystko przemyślane wybory. Każde drzewo czy krzew pełnić ma szereg funkcji - żywić, leczyć, wiązać azot z powietrza czy też stanowić pożytek dla pszczół. Tym sposobem, w najnowszej części leśnego ogrodu, anim się obejrzał, a przybyło czterdzieści gatunków.

W tym roku szczególny nacisk kładę na rośliny stanowiące pożytki dla pszczół, zapewniające im nektar i pyłek. Zaczynają procentować lata stosowania koniczyny białej dosłownie wszędzie - na resztkach trawników, na ścieżkach czy jako żywej ściółki na grządkach. Gdy wokół koszone są wszystkie łąki, moje pszczoły coraz częściej odwiedzają podwórko, spiralę ziołową, leśny ogród, a nawet liczne samosiejki na grządkach, takie jak ogóreczniki. Na kwietnej łące przekwitł już żmijowiec ale jeszcze niebieści się chaber bławatek. Nadchodzi pora pierwszego koszenia łąki, której skoszę jedną trzecią i pozostawię pokos na jakiś czas, aby nasiona mogły wysypać się na glebę. Kolejną jedną trzecią skoszę w sierpniu i ostatnią we wrześniu a to wszystko po to, aby każda rosnąca tam roślina dostała szansę wydać nasiona.

A skoro jesteśmy przy pszczołach, to powiem, że zaskakują mnie nieustannie. Poznaję i podziwiam ich zwyczaje, jakie by one nie były. Trudno bowiem zachwycać się masową eksmisją na bruk trutni z ula, którą to robotnice urządziły w każdym z moich uli. Biedni faceci zostali wygnani jako zbędni, po to aby zwolnić miejsce dla przydatnych robotnic.  No cóż, takimi prawami rządzi się kolektywna świadomość rodziny pszczelej. Zupełnie innego kalibru jest obserwacja pszczół latających spory dystans po wodę do mojego stawu, choć mają bliżej poidła i oczko wodne (program oczko wodne dla każdego jak widać nie wypalił).  Chyba pszczoły dają mi lajka za budowę stawu, jeżeli piją z geokraty, po której wchodzimy do stawu aby popływać.

Podsumowując stan na pierwszy tydzień lipca, nie jest najgorzej. Może będziemy jeszcze mieli dobry plon, może nie grożą nam szczaw i mirabelki (aczkolwiek nic przeciwko nim nie mamy). Zbieramy ogromne ilości zielonego groszku, plonującego obficiej niż kiedykolwiek, cieszymy się bobem, pałaszujemy wszelkie szczypiory, cebule i sałaty, skończyliśmy jagody kamczackie, jesteśmy w trakcie truskawek, a już kuszą porzeczki i letnie maliny. Zaczęły pojawiać się w naszym lesie kurki i pierwsze własne czarne jagody ...

".... A po nocy przychodzi dzień
a po burzy spokój...."

poniedziałek, 22 czerwca 2020

Nowe

 Nie  pisałem długo, bo przytłoczyło mnie Nowe. Nowe, które w roku 2020 dopada ze wszystkich stron. Raz jest tragiczne, raz komiczne, raz pozytywne, raz takie, że siąść i płakać, gdybym miał w zwyczaju. "O roku ów", chciałoby się rzec ... ulituj się! Ale do konkretów ...
Nie , nie będzie o koronawirusie, będzie na początek nieco o pogodzie. Pogodzie absolutnie wariackiej. Koszmarnie ciepła i sucha zima, sucha wiosna, a potem przyszedł szalony maj, który o prawie tydzień poprawił rekord moich trzydziestoletnich obserwacji - dowalił kilkustopniowym mrozem w dniach 26 i 27 maja, ubijając skutecznie nie tylko moje pomidory na grządkach, ale również rośliny w okolicznych nie ogrzewanych tunelach. Oczywiście, wraz z pomidorami poległy i inne ciepłolubne, dlatego też w tym roku chyba nie będzie salsa verde z miechunki ...

Szczęśliwie, załamanie po spektakularnej porażce trwa u mnie średnio trzydzieści sekund, poszły więc  w ruch procedury awaryjne - posadziłem rośliny zapasowe, wysiałem kolejne partie dyń, cukinii i kabaczków, zająłem się reanimacją ogrodu, jednocześnie wykorzystując okazję, aby sprawdzić, ile roślin odrośnie z bardzo silnych brył korzeniowych, które przecież przez te dwie mroźne noce nie mogły przemarznąć ... Przez prawie miesiąc, odrosły ... dwie, czyli mniej niż 2%.  Morał z tego taki - nie ma co liczyć na cuda. Jest jednakże i wynik drugiego eksperymentu - sprawdziłem, ile czasu zajmie mi wyhodowanie nowej rozsady pomidora. 28 maja wysiałem nasiona ponownie, sadzonki były gotowe na 18 czerwca. Wynika z tego, że w przyszłym roku mogę wysiać pomidory 7 maja, aby je przesadzić do gruntu 1 czerwca i będzie super. O ile anomalie pogodowe nie spowodują tego, co się stało w czerwcu.

Burza przywaliła z siłą wodospadu, prawdopodobnie dołączył się lokalnie grad. Świadczą o tym dziury w resztkach liści jakonów, wcześniej ściętych przymrozkiem. Ucierpiały znacznie (ponownie) ciepłolubne, oraz oczywiście nowe nasadzenia fasoli. Fronty atmosferyczne przewalały się (i czynią to nadal) w sposób niemożliwy do odzwierciedlenia przez prognozy, jeszcze nigdy nie zawiodłem się na nich tak, jak w tym roku. Jedyną miarodajną informacją, jaka się sprawdza są dane z radaru pogody, które pokazują na bieżąco sytuację pogodową, dzięki czemu wiem, że za godzinę będzie pompka. Niestety, wciąż płacę frycowe za to, że dzielę swój czas między miasto i wieś - nie sposób zareagować zdalnie na oberwanie chmury.

Nowe bywa jednak i pozytywne. Rośliny zimnolubne w tym roku rosną doskonale, nawet w sytuacji ekstremalnej, gdy mają około jednej godziny bezpośredniego słońca dziennie. Gigantyczne sałaty, ogromny szczypior i piękny bób zdają się kpić z anomalii pogodowych i radzą sobie wyśmienicie. Szczerze mówiąc, obfitość sałat przytłacza, a na bobie trudno znaleźć choć jedną mszycę do zdjęć, a wiadomym wszem i wobec jest, jak istoty te lubią sadowić się na czubkach bobu. Zapewne plony w tych zacienionych miejscach nie będą tak obfite jak w ogrodach omiatanych promieniami słońca przez 6-8 godzin dziennie, ale taki jest urok gospodarowania w puszczy.

Z rzeczy Nowych, staw jest bez wątpienia jednym z najbardziej satysfakcjonujących elementów siedliska. Okazało się, że krakanie krytyków zdało się na nic i bioróżnorodność w stawie kwitnie. Odbywają gody traszki i kumaki, a w innej części stawu kursują ławice ryb. Żeby nie być gołosłownym, staw (zapewne przypadkowo) stał się przedmiotem badań mających na celu ocenić bioróżnorodność na obszarach Natura 2000 i myślę, że wypadł na siódemkę z plusem. W międzyczasie, uzupełniam szatę roślinną. Jedną z podstawowych funkcji, jakie chcę osiągnąć, jest zacienienie powierzchni wody. Po to, aby mniej parowała, miała niższą temperaturę i mniej glonów w niej rosło, co przyczyni się znacząco do "zdrowia" stawu w przyszłości. Dlatego sadzę grążele żółte i grzybienie białe, popularnie zwane nenufarami, które zacienią mi staw. No i zawsze będę mógł zastosować metodę "na Noce i Dnie" ....

Kilka polikultur czosnkowych, które testowałem, sprawdza się doskonale, mniej lub bardziej. Te mniej doskonałe po prostu cierpią z powodu suszy, ale nadal trwają, bez nawożenia i podlewania. Te lepsze, zdają się urągać wszystkiemu - rozstawie, zasadom uprawy, nawożenia, zabiegów pielęgnacyjnych. Oczywiście, w warunkach Ostoi i gleby klasy VIz główki czosnku nie osiągną imponujących rozmiarów, ale z drugiej strony, gdy uświadomisz sobie, że pierwszym i ostatnim zabiegiem agrotechnicznym było wetknięcie ząbków czosnku w grządkę w październiku 2019, to może dojdziesz do wniosku, że rozmiar nie ma znaczenia ... zrekompensuje go ilość. O czosnku piszę, dla przypomnienia.

Najważniejsze Nowe, jakie przyszło do Ostoi, bzyczy i pracuje. Po długim okresie przygotowawczym przybyły pszczoły. Myślę, że obok roślin wieloletnich w leśnym ogrodzie i ryb w stawie jest to trzeci filar solidnego fundamentu, na którym moje siedlisko spoczywać ma zamiar. Czas pokaże, czy ta koncepcja się sprawdzi, już teraz jednak mogę powiedzieć, że pszczoły są elementem niezwykle fascynującym i przyjaznym, mam więc nadzieję, że się dogadamy i działać będziemy wspólnie dla dobra Ziemi i ludzi, i pszczół oczywiście też.

środa, 13 maja 2020

Znów przyjdzie maj ...

W Ostoi budzik się włącza około trzeciej trzydzieści. Jeszcze w całkowitych ciemnościach odzywają się ptasie trele, stopniowo narastając do poziomu, który nie daje spać. Gdy do chóru dołączają żurawie, znak to, że zaraz będzie widno i że skoro spać się nie da, to równie dobrze można zająć się czymś konstruktywnym. Wbijam się więc w kalosze i wyruszam w łąki, aby o porannej rosie zebrać pokrzywę, lub żywokost. Rośliny są wtedy "wypoczęte" i pełne wigoru, wypełnione wodą i całe w kroplach rosy. Z takich właśnie roślin powstają moje najlepsze nawozy do warzywnika. Przy okazji obserwuję sąsiadów - a to lisa, a to bobra, a to łosia, a to sarny, no i te drące się żurawie, często w towarzystwie stad małych ptaszków wybierających coś tam z trawy. Zwykle melduje się też dyżurny zając, który nieśpiesznie strzyże trawy wokół mego stawu. Po stawie zwinnie pływają zaskrońce, a pod powierzchnią wody bujnie kwitnie życie seksualne traszek. Ogromne ilości larw ważek sugerują, że z komarami problemu w tym roku nie będzie.

Po porannym spacerze i kawie, ale jeszcze przed śniadaniem, wędrują do ziemi kolejne rozsady, w tym ostatnia na ten rok partia bobu. Zawziąłem się na bób po raz kolejny, tak średnio nachodzi mnie taka zawziętość co drugi rok. I to jest właśnie ten rok - bobowy. Testuję dwie nowe odmiany, ale także jak zawsze sieję własne nasiona. Małe partie bobu wysadzam co tydzień - dwa, dzięki czemu plony się rozłożą w czasie i nie spotka nas klęska urodzaju. Piszę zresztą tu o tym do znudzenia - lepiej mieć cztery sałaty w tygodniu przez 10 tygodni, niż 40 sałat jednorazowo.

Część bobu trafia na Plażę, czyli nowe grządki z piaskowymi ścieżkami. Nie spieszę się z ich zapełnianiem, gdyż prognozy pogody nie są optymistyczne. Deszcz ze śniegiem i przygruntowe przymrozki sugerują, że nie ma sensu się spieszyć. te nowe grządki zachowują się ciekawie. Gdy nie pada, wierzchnia warstwa kompostu wysycha i wygląda "pustynnie", ale każdy centymetr głębiej ukazuje więcej wilgoci, przy dnie grządki jest, powiedziałbym, mokro. Zobaczymy, jak sytuacja będzie tu wyglądać w sierpniu, który zawsze jest dla Ostoi miesiącem krytycznej suszy.

Tymczasem, porządkuję grządki Parszywej Dwunastki - zbieram wszystko, co do zebrania, usuwam całość ściółki i daję ją do kompostownika oraz uzupełniam grządki nowym, najlepszym jaki mam, kompostem. Lekko ubijam grabiami, aby kompost osiadł, bo nie cierpię, gdy osiada w trakcie sezonu. Grządki muszą być gotowe na moment, gdy (jak w piosence) znów przyjdzie maj, a z majem bzy, Na bzach średnio mi zależy, ale wraz z bzami przychodzą pomidory, które w domu porosły "jak drzewa", oraz czas siewu do gruntu ogórków, cukinii, kabaczków i dyń. To na ten czas czekam z utęsknieniem co roku, bo nie ukrywam, że te właśnie rośliny lubię uprawiać najbardziej. Kolejnym krokiem po uprzątnięciu grządek będzie naprawa systemu nawadniania, bo spodziewam się, że w tym roku pogoda nie będzie dla nas łaskawa i padać będzie tyle, co kot napłakał.

Po serii porannych prac nadchodzi pora śniadania, udaję się więc do mojej spiżarni i apteki, po codzienną porcję witamin i mikroelementów. Można tam iść bez maseczki i o zgrozo, nie zapłacić za towar. Ogród nawet nie odczuł straty, przeciwnie, zwolnione miejsce szybko zapełni się nowym towarem. Wyprawa zajęła mi dwie minuty, bo spiżarnia i apteka mieszczą się tuż przy domu. Naprawdę wiele problemów tego świata można rozwiązać w ogrodzie. Bardziej świeżych witamin nie jadają nawet miliarderzy, chyba, że przy okazji tłuczenia kasy uprawiają również ogródek ... Wierzę głęboko (i nie jest to wiara ślepa, a oparta na solidnym fundamencie nauki), że jesteśmy tym, co jemy i że jedzenie jest najlepszym lekarstwem, bo przede wszystkim zapobiega zanim trzeba leczyć. No i przy tym nieźle smakuje. Fajne jest też uczucie, że bierze się jedynie tyle, ile naprawdę potrzeba, nic się nie marnuje, a osławiony ślad węglowy jest ujemny. Zdementować jednak muszę przypuszczenia, jakoby dziewięćdziesięciokilowy chłop był w stanie robić od świtu do zmierzchu na tych paru "korzonkach". Istotą posiłku są mleko, jajka i chleb własnego wypieku, żeby nie było, że tu jakąś ciemnotę wciskam... Na razie jeszcze Ostoja tych produktów nie wytwarza, ale żywię nadzieję że zacznie, gdy tylko zamieszkam w niej na stałe. Tymczasem, kompensuję  ekologiczne koszty ich pozyskiwania z zewnątrz, między innymi sadząc więcej drzew.

I tak, gdy wybija godzina dziewiąta rano, a ja już po kilku godzinach pracy i po solidnym śniadaniu, mogę się brać za kolejne zajęcia. O nich napiszę już jednak innym razem - pewne idee, projekty i czyny muszą dojrzeć, aby mogły ujrzeć światło dzienne. Dość powiedzieć, że tradycyjnie kończę pracę o zachodzie słońca, wgapiam się w nie przez kwadrans, czekając aż się schowa w ten ostatni przed zapowiadanym załamaniem pogody wieczór i gdy tylko zniknie, znikam również, aby czas złej aury spożytkować na sprawy miejskie i znowu wrócić do Ostoi, gdy znów przyjdzie maj.


niedziela, 26 kwietnia 2020

Drobne sprawy

Czasami w permakulturowym siedlisku dzień upływa na jakimś zajęciu głównym, z kilkoma zajęciami pobocznymi, a czasami najeżony jest setkami drobnych zadań. Jedno jest pewne - dzień do dnia niepodobny, i każdy inny, w zależności co akurat przyroda serwuje na talerzu. W trakcie prac bowiem, siłą rzeczy człek dostrzega że tu oto wyrosło, tam oto ma sucho, gdzie indziej jeszcze zakwitło, tu się pojawiło, a tam zniknęło. Ilość informacji jaka dopływa do mózgu tego, kto umie patrzeć, przypomina przewijający się przez całą dobę pasek u dołu ekranu w wiadomościach, aczkolwiek o niebo bardziej pozytywny i mniej denerwujący.

Zaraz po przyjeździe, widzę, że grusze w kwiatach, popisują się tak tylko pewnie, bo młode i głupie, owoców jeszcze raczej z tego nie będzie. Otwieram ganek i z miejsca wynoszę na podwórko bób. Posadzony w wielodoniczkach po to, aby paskudne leśne ptaszyska nie skonsumowały nasion i młodych siewek, a bandyta dudek żeby wszystkiego nie wykopał szukając tłustych chrabąszczowych larw. Bób wschodzi sobie w temperaturach niemal identycznych jak na dworzu, a więc powoli, siałem kilka partii w odstępach kilkudniowych, aby podobnie rozłożyć przyszłe zbiory. Oprócz tego, oczywiście bób jest też i w gruncie, gdzie zmaga się z suszą, ale czy coś z niego będzie i czy ptaki pozwolą - to się okaże. Gankowa rezerwa zostanie podlana, a wieczorem znów wróci na ganek.

Idąc leśnym ogrodem cieszę się, że mój ulubieniec, łubin trwały odbija ślicznie. Znowu będzie niebiesko, gdy zakwitnie. Z Ostoją jest ciekawa sprawa - w suchej części naturalnie dominuje kolor słońca (wiesiołek, mniszek), podczas gdy w rezerwacie nad rzeką dominuje kolor wody (od maleńkiej niezapominajki, po wyniosły przetacznik kłosowy). Moje łubiny przełamują tą hegemonię żółci, podkreślaną wiosną przez miniaturowe narcyzy. Ciekawy (już przeszły moment) to kwitnienie krokusów, z których połowa jest żółta, a połowa niebieska. Uzmysławiam sobie teraz, że mało jest w Ostoi czerwieni, ciekawe dlaczego?

Od północnej strony domu stoi w zimnie i cieniu spora ilość niechlujnie wyglądających doniczek. Stare, nieużywane doniczki napełniam po prostu piachem. Gdy przycinam bukszpan czy karaganę, wtykam w ten piasek obcięte gałązki, po dwie na doniczkę. Obcięte jesienią 2018, przestały tu cały rok 2019 bez żadnej opieki i teraz, wiosną 2020 zielenią się radośnie, prosząc o posadzenie na miejsce docelowe. Uczynię to niebawem, a doniczki znowu napełnię piaskiem i sukcesywnie będę w ten piasek wtykał co tam mi w ręce wpadnie. Może nawet celowo utnę parę gałązek czarnego bzu i kaliny, aby sprawdzić, czy też się ukorzeni?

Drobna radość w leśnym ogrodzie zieleni się dumnie wśród zeszłorocznych liści - to kolejna kępa wrotyczu. Z wrotyczem jest podobnie jak z dziewanną - próby aklimatyzacji obu w Ostoi zawodziły, do momentu zastosowania zmasowanego bombardowania nasionami. Wskakiwałem na rower i w trakcie przejażdżki zbierałem nasiona tych delikwentów, którzy oboje rosną w okolicy jak przysłowiowe chwasty, licznie i bujnie. Rozsypywałem w Ostoi, aż wreszcie pojawiły się, wykiełkowały, urosły, zakwitły i teraz wydają się rozszerzać swój, dumnie mówiąc, areał.

Obok kolejny sezon eksperymentów z zielonymi ściółkami w ramach zasady, że gleba żyje tylko wtedy, gdy są w niej korzenie żywych roślin. Tym razem dwie mikrogrządki przodują tej wiosny. Na jednej, jesienią, po zbiorze fasoli, pozwoliłem rozrosnąć się gwiazdnicy. W łan gwiazdnicy wetknąłem w listopadzie ozimą cebulę. Teraz gwiazdnica poległa, a cebula rośnie przyzwoicie. Bez nawożenia i odchwaszczania, jak to mówią, daje radę. Gwiazdnica rosłaby jak szalona, gdyby nie przejmująca susza. Cebula radzi z nią sobie ewidentnie lepiej, być może sięga korzeniami do głębszych warstw grządki?

Po sąsiedzku kontynuuję próby z żytem ozimym posianym na grządce jako poplon. W kiełkujące jesienią żyto wetknąłem czosnek. Jak widać, radzi sobie dobrze. Tak jak w poprzednich latach, żyto zetnę tuż przed formowaniem kłosów i posłuży ono czosnkowi za ściółkę i zielony nawóz. Grządek takich jest więcej, ale nie sposób o wszystkich opowiedzieć. Czynić to będę wyrywkowo, gdy na konkretnej grządce "wydarzy się" coś ciekawego. Myślę, że niektóre rozwiązania zaskoczą nas wszystkich w tym roku, ale do tego czasu .... cierpliwości!

Tymczasem w ramach realizacji drobnych zadań, kończę nowe grządeczki. Ich budowa zajęła mi w sumie około 6 godzin. Nie będę zwoził ton materiałów z zewnątrz, dlatego są tylko takie wysokie, na ile materiału miałem w siedlisku. Do warzyw liściowych będą na pewno w sam raz, co więcej, to się okaże. Jeżeli czas pozwoli i jeżeli w ciągu roku naprodukuję dość kompostu, to być może dodam im kolejne piętro w końcu tego, lub początku przyszłego roku. Grządki te mają tradycyjnie kilka nowych elementów, które pragnę przetestować. Po pierwsze, nie stoją na ziemi, a są zagłębione w podłoże na około 5 centymetrów. Ma to mi pomóc w walce z suszą. Po drugie, pod każdą grządką jest agrotkanina, mająca powstrzymać korzenie okolicznych drzew od wnikania w grządki. Po trzecie, do ściółkowania ścieżek zdecydowałem się użyć .... piasku, zasobu, w który jak w żaden inny obfituje Ostoja. Czasami problem staje się rozwiązaniem. Po trzech telefonach do sprzedawców zrębek, pełnych stęków-kwęków, gdzie panowie ostatecznie nie chcieli zarobić, bo za daleko, bo się nie opłaca, bo to czy tamto, zdecydowałem się "pójść na całość" i wykorzystać to, co mam. Czyli piach. Ścieżki z piasku będą doskonale chłonąć wodę deszczową, utrudnią życie ślimakom, a grzejąc się od słońca, może nawet powstrzymają rozwój chwastów. No i piachu zawsze mogę dosypać, bez dzwonienia gdziekolwiek. Jak każdy nowy element w Ostoi, tak i te grządki dostały Imię - od dziś, jest to Plaża.

Po zakończeniu robót udaję się na stare grządki, aby urwać coś na kolację. Niezmiennie, od wielu tygodni, kwitnie jarmuż. Obcinam mu te pędy kwiatowe i obcinam, są miękkie i słodziutkie, doskonałe zarówno na surowo, jak i w wielu potrawach. Tnę go tak, i tnę, i pomiędzy zmęczeniem a nudą myśl mi świta takowa, czy aby nie dręczę zbytnio biednej roślinki, chcącej się tylko rozmnożyć, a ja go tak ciach, raz za razem ... Pomyślcie, gdybym jakiegokolwiek zwierza tak traktował, larum jakie by się podniosło, a aktywistów ilu by stało u mych bram, a co - a teoria Gai to pies? Azaliż nie jednym my wszyscy organizmem? Z rośliną, i zwierzem i człekiem zmęczonym, na tym łez padole? No dobrze, już dobrze ... dorzynam jarmużowe watahy i tuż przed zachodem słońca udaję się oddać swej drobnej przyjemności.

Kwadransik relaksu nad wodą, w klimatach żywcem z Szyszkina, z Trzema Budrysami, młodymi łabędziami nieśpiesznie cedzącymi wodę stawu przez nieszczelne dzioby, jest nagrodą za solidnie przepracowany dzień. Ptaki suną majestatycznie po gładkiej tafli stawu, maluczko, a usnąłbym tu w trawach, gdyby nie to ptasie mlaskanie. Przy ostatnich krzykach żurawi, z parą kruków nad głową, kończę ten dzień pełen drobnych spraw, z poczuciem, że był to dobry dzień, tak inny od wczoraj i tak zapewne różny od jutra.

niedziela, 12 kwietnia 2020

Niebo

Kwiecień przyniósł ogrom stresu związanego ze sprawami, o których na tym blogu nie pisuję. Przyniósł też jednak nieco zjawisk pozytywnych. Tym zjawiskiem, które najbardziej doceniam w Ostoi jest powrót nieba, takiego z przed lat. Inaczej płyną chmury, inne są kolory, inaczej zachodzi Słońce. I żadnych, żadnych smug. Kwadrans o zachodzie Słońca jest magiczny, wschodów niestety tak ładnie w Ostoi nie widać, bo od wschodu las. Na piętnaście minut przez zachodem rzucam więc robotę i udaję się na spektakularne widowisko jakiego dostarcza natura, czasami obdarzająca nader szczodrze.

Wydaje się, że zwierzaki odetchnęły z ulgą od ludzi, przez co stają się bardziej ufne. Trzech Muszkieterów, czyli trójka młodych łabędzi pozwala mi przyglądać się sobie przy kolacji. Podziwiam je za upór w przebywaniu w zimnej jeszcze wodzie, przez połowę czasu z głowami pod wodą. Spróbowałem, długo nie posiedziałem. No i oczywiście nie o zachodzie Słońca, a raczej w południe. Łabędzie są nad wyraz regularne, kończą posiłek dokładnie w chwili, gdy ostatnie promienie słoneczne nikną za drzewami. Wtedy, udają się z jadalni do sypialni, ale tam już im nie towarzyszę.

Czasami wyczuwam czyjąś obecność za plecami, ale odwróciwszy się, widzę jedynie las. Ale czasami patrzący się ujawnia, co więcej, zdaje się być zaintrygowany. Zbliża się i oddala, patrzy i krąży, jakby nie wierzył w to, co widzi. "Toście wy, człowieki, całkiem jeszcze nie wyginęli?" - zdaje się pytać. W międzyczasie a to się podrapie, a to pojeździ na tyłku po łące, powęszy, posiedzi, obliże się, odejdzie, wróci ... i tak prawie pół godziny. Chyba mam nowego koleżkę który będzie mi dotrzymywał towarzystwa o zachodach Słońca. Mam nadzieję, że nie ściągnie to na niego kłopotów gdy znów pojawią się w okolicy inne człowieki.



Tymczasem w Ostoi, tematem przewodnim jest susza, taka susza, jakiej tu nie pamiętam. Nie zdarzyło mi się do tej pory być zmuszonym do podlewania w pierwszej dekadzie kwietnia. Tymczasem, ziemia jest sucha, siewy nie wschodzą tak, jak powinny, a w całkowitym zacienieniu rosnąca koniczyna biała usycha. 2020 dokłada do pieca na wszystkich frontach. Uruchamiam więc zbiór wody deszczowej choć po pierwsze zwykłem to robić po 15 maja, a po drugie szanse na deszcz w prognozach na kwiecień są bliskie zera. Ustawiam awaryjne poidła dla owadów, najprostsze i najskuteczniejsze, choć może niezbyt ładne - pływający keramzyt dostosowuje się sam do poziomu wody i dzięki niemu pszczoły i inne owady nie ryzykują utonięcia gdy chcą się napić.

Jestem przekonany, że w tym roku posiadanie własnej żywności będzie istotne. Dlatego też, pomimo że nie miałem tego absolutnie w planach, tak zwanym rzutem na taśmę decyduję się dodać 10 m2 grządek do ogrodzonej przestrzeni podwórka. Miejsce, w którym je ustawiam dalekie jest od ideału, gdyż Słońce świeci tu bardzo krótko. Jednakże, ma dwie wielkie zalety - jest bardzo blisko domu i grządki widać z okna w kuchni. Realizuję w ten sposób jedno z klasycznych ogrodniczo-permakulturowych przykazań, że najlepszym nawozem jest spojrzenie ogrodnika.

Brak słoneczka zrekompensuję sobie doborem upraw. Wierni czytelnicy pamiętają opisy uprawy sałat w całkowitym cieniu. Myślę, że tu będzie podobnie, znajdą się rośliny, którym się na tych grządkach spodoba. Zanim jednak cokolwiek tu posadzę, dużo pracy przede mną. Najpierw próba generalna - ustawiam i przymierzam, i mierzę i przestawiam, bo jak to mówią - więcej potu na ćwiczeniach, mniej krwi w boju ... a nie, to nie to powiedzenie ... 80% myślenia, 20% robienia, tak to miało być. Gdy mam już wytypowane ustawienie grządek, sprawdzam jak jest z ich poziomowaniem. Oj, będzie tu trochę pracy, po teren lekko opada, ale nie ma tragedii, godzinka czy dwie i grządki będą stały poziomo. Ale to jeszcze nie teraz, gdyż z uwagi na bliskość drzew, chcę postawić te grządki na barierze, dzięki której ich korzenie nie wnikną w grządki. A że nie mam tej bariery, musi to poczekać.

Jak przystało na czasy trudne, posadziłem w tym roku więcej ziemniaków. Zdecydowanie więcej. Głównie w bardzo głębokiej ściółce na Zapłotku. W związku z tym, doszedłem do wniosku, że dalsze eksperymenty z wieżami ziemniaczanymi być może byłyby pasjonujące, ale zupełnie "gospodarczo" nie uzasadnione. Z drugiej strony, szkielety wież to jest zasób, który nie powinien być niewykorzystany. Przeniosłem więc wieże na dość słoneczny fragment podwórka i przygotowałem w nich ścianki ze słomy oraz podłoże do sadzenia .... ale na pewno nie ziemniaków. Myślę, że będą to wieże ... pomidorowe, lub fasolowe, jeszcze zobaczymy. Obecnie, wieże z podłożem przykrytym słomą będą "dojrzewać" a obsadzę je po 15 maja, gdy ustąpi ryzyko przymrozków.

Wracając do ziemniaków, sadzę je niezwykle gęsto aby zdławiły chwasty, w bardzo grubej ściółce, głównie z siana (dzięki droga Ruth Stout za nieustającą inspirację, popartą rekomendacjami Billa Mollisona, który tak uprawiał ziemniaki na podjeździe do garażu). Tworzę dołki w ściółce i wypełniam je kompostem, uprzednio kładąc ziemniak na samo dno dołka. Prognozy zapowiadają trzy mroźne noce, ale myślę, że ziemniaki to przewidzą i nie wykiełkują za wcześnie. A gdyby nawet wykiełkowały, i zmarzły, to odrosną, przerabiałem to już w przeszłości.

I to by było chyba na tyle relacji różnorakich, poza może kilkoma zdjęciami. Z radością witam zieleń syberyjskiej karagany, która wreszcie zaczyna rosnąć w piaskach Ostoi.







Super stara grusza ulęgałka, która darzy nas pierdziołkami po latach postu (a o której cięciu pisałem jakiś czas temu) zabiera się do kwitnienia. Czy masz aby gruszo w pamięci nadchodzące mroźne noce?






"Kwiecie pachnie" - rzekła Danuśka Jurandówna ze Spychowa i umarła, nic więc nie powiem.








Moje ukochane jagody kamczackie, pierwszy owoc sezonu, kwitną jak szalone. Co ciekawe, zapylają je wyłącznie trzmiele, żadnej pszczoły. Mam obecnie ze dwadzieścia tych trzmieli w zasięgu wzroku, chyba z roku na rok ich przybywa.








Jeszcze nie czas na pesto, ale już czas na pierwsze zbiory - czosnek niedźwiedzi wylazł obficie i cieszy mnie to bardzo, bo uwielbiam go kulinarnie i botanicznie, świetna roślina.






W telegraficznym skrócie to by było na tyle. W otaczającym nas szaleństwie tego świata Ostoja jest jakby okiem cyklonu, gdzie panuje cisza, spokój, przyroda, a życie toczy się wokół bardzo podstawowych spraw, wypełniając jednocześnie dni po brzegi znaczącymi, cennymi chwilami.Wszystko zdaje się mieć pozytywny sens i czemuś służyć. I byłoby jak w niebie, gdyby nie to, że życie nakazuje powrót do miasta ... Zdrowych, spokojnych, Wesołych Świąt!

sobota, 21 marca 2020

Idy marcowe

Wstrętny koronawirus zaatakował znienacka i wbił ostrze w plecy mych planów jak zdradziecki Brutus wielkiemu Cezarowi. Jak to mówią, nec Hercules contra plures, trzeba było plany zmienić i zająć się głównie sprawami rodzinnymi, a nie Ostojowym gospodarstwem. Nie oznacza to jednak, że wszystko leży odłogiem - wpadam na włości okazjonalnie, a gdy już to uczynię, haruję od świtu do zmierzchu. Żurawie wydają się to rozumieć, zamiast wymagać abym ja im składał wizyty, przylatują i krążą nade mną, dokładnie nad podwórkiem. Doceniam.

Ogrodnik musi być niepoprawnym optymistą. Udowadniam to co roku, każdej wiosny, siejąc bób. Bób zaczynam siać gdy tylko rozmarznie gleba, początkowo mniej więcej 20 nasion co tydzień. Cała operacja zajmuje ze dwie minuty. Sadzę wprost do gleby w nadziei, że wykiełkuje i przetrwa przymrozki. Pierwszy tegoroczny wzeszedł pięknie, ale jedna mroźna noc sprawiła, że sny o super wczesnym bobie rozwiały się w sinej mgle. Warto było? Pewnie!  Straciłem 20 własnych nasion i dwie minuty pracy. A gdyby się udało? Byłoby 20 krzaczków superwczesnych pyszności. Nic to, kolejne nasiona trafiają do ziemi, ale ponieważ oprócz bycia optymistą, ogrodnik musi też być realistą, bób trafia też do wielodoniczki, stanowiąc polisę ubezpieczeniową na wypadek kolejnych przymrozków ...

Od kilku lat mam zasadę, że w zdecydowanej większości przypadków nie robię jesienią porządków w uprawach pojemnikowych. Worki uprawowe, donice podsiąkowe oraz inne pojemniki pod koniec sezonu zostawiam samym sobie i pozwalam jesienią rosnąć w nich chwastom oraz nielicznym roślinom wieloletnim, takim jak cebule czy truskawki. Robię to po to, aby w glebie były żywe korzenie, z którymi współpracować mogą organizmy glebowe - w moich pojemnikach bowiem żyją bakterie, grzybnie, dżdżownice i czort jeszcze wie co. Dzięki temu od jesieni do wiosny gleba częściowo odnawia się sama, co zaoszczędza mi pracy i zasobów. Teraz wiosną przychodzi czas, gdy zająć się jednak pojemnikami muszę.

Z każdego pojemnika ściągam ściółkę i usuwam "chwasty", pozostawiając rośliny wieloletnie. Uzupełniam podłoże cienką warstwą kompostu, dodaję odrobinę dolomitu aby ziemię odkwasić, całość przyprawiam odrobiną werkikompostu. Mieszam delikatnie z wierzchnią warstwą 2-3 cm podłoża w pojemniku. Wysiewam najwcześniejsze nasiona, gdyż w pojemnikach gleba ogrzewa się najszybciej i dzięki temu, jak pisałem w poprzednich latach, uzyskuję tu często trzy rzuty plonów. Jak zwykle na pierwszy ogień sieję rzodkiewki i sałaty, dodając gdzieniegdzie wczesny zielony groszek.

W leśnym ogrodzie powoli zaczyna się może jeszcze nie zielenić, ale pierwsze oznaki wiosny są. Jak zwykle jagoda kamczacka jest bezkonkurencyjna w kategorii drzew i krzewów, choć w tym roku ku memu zdumieniu, zieleni się także już solidnie śliwka- mirabelka. Wygląda na to, że pierwszy raz zakwitnie. Wycinam stare pędy malin, jest ich naprawdę sporo. Każdy pęd, który owocował, obcinam, a ponieważ na wielu są zaschnięte, niezebrane owoce, które zapewne zawierają nasiona, wynoszę na skraj lasu, być może coś z tego wykiełkuje. Gdybym miał czas, mógłbym pociąć te pędy na krótsze kawałki i formować z nich antyślimakowe bariery, ale na takie facecje obecnie nie pora.

Co krok zaczyna pojawiać się coś jadalnego. Czosnek niedźwiedzi wychyla się obok gwiazdnicy, maluczko, a nadejdzie czas na przepyszne pesto. Mało jest roślin które tak bardzo cenię, jak właśnie ten czosnek, a cudem niemal jest, że uprawiam go w piaskach Ostoi. Uprawiam, to może za dużo powiedziane. Czosnek ten bowiem trwa, tam gdzie go posadziłem, ale nie ma zamiaru tworzyć tych charakterystycznych, zielonych łanów, jakie obserwujemy w miejscach bardziej żyznych i wilgotnych. No ale cóż, nie można mieć wszystkiego.

Na koniec kilka obrazków z grządek, świadczących o tym, że idy marcowe nam niestraszne i na przednówku zieleniny nam nie zbraknie. Co i rusz ze ściółki wyrasta portulaka, niezwykle smaczna o tej porze roku.





Podobnie, szczypiory, czosnki i cebule wybijają niemal wszędzie, procentują lata pozwalania im zakwitnąć, wydać nasiona i rozsypać się wkoło.






Grupy selerów naciowych wystarczyłyby aby doprawić Bloody Mary dla kompanii Marines.







Ogromna ozdobna kapusta po zimie jeszcze zogromniała.








Kwitną przezimowane brokuły i jarmuże. Pyszności!










 Wystarczy wyjść za próg, aby urwać sobie dość na zdrową sałatkę. Urozmaicony i tak świeży posiłek, jak tylko może być świeżym.
Wielokrotnie spotykam się z uśmieszkami, że tak śmieszne ilości warzyw, są po prostu śmieszne. Że to żadne ogrodnictwo, że trzeba produkować, sprzedawać, zarabiać, dorabiać się, rozwijać, kupować. Odpowiadam spokojnie - stąpam lekko po ziemi, tak lekko, aby ślad mój był jak najmniej zauważalny. Gdy tych warzyw mam więcej, niż ja i moi bliscy są w stanie codziennie zjeść, a i przyjaciele nie odchodzą w sezonie z pustymi rękami i są hojnie obdarowani, czuję się w pełni ogrodniczo spełniony i całkowicie pozbawiony ambicji, by zawojować świat marchewką. Jest to szczególnie istotne w czasach, gdy podły wirus odwraca naszą uwagę od niemal wszystkiego, a duperele takie jak zmiany klimatu, wymieranie gatunków czy zagłada lasów, lodowców i oceanów spadły z czołówek mediów na dobre ...

W tym dziwnym momencie naszej egzystencji, Natura stara się jak może, aby żyć swoim rytmem i nadal potrafi nas zachwycić - ot, choćby odblaskowym narcyzem odcinającym się od szarego tła, gdy nad Ostoją, i światem, zapada marcowy mrok ...