Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bobry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bobry. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 marca 2026

Przegląd lutego i marca

Tegoroczny luty w Ostoi był bardzo zimowy, najbardziej zimowy od 13 lat. Temperatura na podwórku spadła do minus 27 stopni pewnej lutowej nocy, miałem więc pewne obawy co do zimowli moich pszczół. Gdy się jednak ociepliło, oczom naszym ukazał się taki widok:


  

Pszczoły przetrwały zimę dobrze i w ulach jest jeszcze dużo pokarmu. Teraz wszystko zależy od tego, jak zachowa się przyroda i jaka będzie pogoda w nadchodzącym sezonie. Ostatnie lata były ekstremalnie trudne dla pszczół - dwa główne pożytki były dla nich praktycznie niedostępne: robinia wymarzała, lipa wysychała. Jak będzie w tym roku, zobaczymy.

Staw zamarzł solidnie, jak to mówią, można by po nim jeździć czołgiem. Mnie to umożliwiło wygodne zajęcie się olchami, które uprawiam na brzegach stawu. Ponieważ rosną miejscami na dosyć stromych brzegach, dużo wygodniej jest pracować z lodowej tafli, która też ułatwia transport wszystkiego, co zostaje ścięte. Lód zwykle budzi obawy o dostępność tlenu dla ryb, które spędzają pod nim zimę, szczególnie gdy się słucha znajomych opowiadających o tym, jak im ryby w stawach sną z powodu przyduchy. W Ostoi ten temat, odpukać, do tej pory nie istniał, nigdy nie zdarzyło się, by zima rybom zaszkodziła. Jak to możliwe? Po pierwsze, staw jest zaprojektowany tak, by ryby miały rozległe, głębokie miejsce do zimowania, po drugie w stawie nie ma gatunków ryb o wysokich wymaganiach tlenowych, są tylko takie, które świetnie zimują w okolicznych starorzeczach. Mam więc nadzieję, że gdy zejdzie lód, nie zobaczę w stawie tego, co znajomi.

Moja olchowa uprawa nabrała uporządkowanego wyglądu po zimowych porządkach, olchy te uprawiane są "na słupki". Gdy osiągną odpowiednią grubość, zostaną ścięte tak, by mogły odrastać z karpy. Powstanie mini plantacja odroślowa - źródło rzeczonych słupków, palików, podpórek i tym podobnych elementów, potrzebnych w każdym siedlisku. Wszystkie ścięte gałązki stanowią ściółkę, pnie natomiast zmuszony jestem zabezpieczać siatką przed żarłocznością bobrów, które tej zimy są nadzwyczaj aktywne, ale na szczęście nie w moim stawie. "Zintegrowana strategia radzenia sobie z bobrami" przyniosła chyba efekt, bobry widząc, że niemal wszystko warte wysiłku zostało osiatkowane, przeniosły się ze swoją aktywnością tam, gdzie ich miejsce, czyli do nadrzecznego rezerwatu. W tych rzadkich chwilach, gdy jest czas na krótki spacer, odwiedzam je po sąsiedzku i podziwiam ich dzieła.





Wziąwszy pod uwagę, że całość materiały na tą tamę została przetransportowana z lasku odległego o dobre kilkaset metrów, jak tu nie podziwiać tych małych zakapiorów?

Marzec ociąga się w tym roku srodze, dopiero w drugiej połowie miesiąca zakwitły pierwsze krokusy. Nie ma na dzień dzisiejszy niemal wcale pokrzywy, a może to ja nie bardzo mam czas jej szukać. W każdym razie tam, gdzie być powinna na podwórku, pod ręką, jeszcze jej nie ma. Dziś wyszły z ziemi pierwsze zielone czubki liliowców, ale tylko w leśnym ogrodzie nad stawem. Zasadniczo, nie dość że jest nie za ciepło, to jeszcze jest koszmarnie sucho jak na marzec. W zasadzie w ogóle nie ma opadów, a oczywiście, po śniegu od dawna ani śladu...

Przez trzy kolejne tygodnie usiłowałem uprzątnąć kostki słomy, w których uprawiałem przez dwa lata warzywa. Niestety. były wciąż tak przymarznięte do ziemi, że nie sposób było oderwać je w całości. Dziś wreszcie się udało, aczkolwiek nadal w każdej z kostek, we wnętrzu, tkwi spora bryła lodu. Wszystkie kostki wyniosłem poza podwórko, by zużyć je tam jako ściółkę. W miejscu gdzie stały natomiast... ziemia zmieniła się diametralnie. No przesadzam nieco, tylko jej wierzchnia warstwa, ale za to jak! Z piaseczku jak na plaży na Helu, miejscami niemal w czarnoziem. Niestety, zwiedziały się o tym pobliskie drzewa i cały ten obszar jest dosłownie przerośnięty ich  korzeniami. Nie chcąc wojować z drzewami, kolejne kostki postawię na grubej warstwie kartonu, będzie to chronić kostki przed "inwazją drzew" przez jakieś trzy miesiące. Później, myślę że dadzą sobie radę z kartonem, wspomagane z góry przez warzywa rosnące na kostkach. Nie mam jednak za bardzo innego miejsca na tą uprawę, a nie chcę z niej rezygnować.

Jak co roku, ściółka ze starych kostek trafiła na Zapłotek, ale w tym roku także trafiła do Mai. Maja to była jedyna grządka, jedyne miejsce w siedlisku, które nie miało nazwy. Utworzyłem tą grządkę w kwietniu zeszłego roku, w lesie, w szczerym piachu. Zapomniałem nazwać. Grządka spisała się dobrze, dała ładny plon ziemniaków, pomidorów, cukinii. Zawiodła w kwestii kukurydzy, ale ta w sumie w zeszłym roku przez upały i suszę zawiodła niemal wszędzie. Dziś odświeżyłem grządkę po zeszłym sezonie i po zimie. Przykryłem ją cienko słomą, przeciągnąłem grabiami po ścieżce i to koniec porządków. Teraz, gdy tylko zakwitnie mniszek lekarski, posadzę tu ziemniaki. W końcu maja dodam inne warzywa. A co z tą Mają? Myśląc o nazwie, wpadł mi do głowy wers "Tą grządkę, którą tu widzicie, zowią Mają", no i przez moment był to tylko żart, ale teraz... niech już ta grządka nazywa się Maja.

Ostatnie poważne wczesnowiosenne zadanie, z którym się jeszcze nie uporałem, to napełnienie grządek Stalowej Ósemki. Ile bym do nich nie wsypał, wszystko mało. No cóż, widziały gały co brały, to jedno, ale drugie, to przykra prawda, że wszelkie podłoża nasypane i nieubite, niezwykle szybko osiadają. Oczywiście, w grządkach w obecnym stanie można by już sadzić, ale wolę napełnić je poprawnie teraz i mieć spokój przez cały sezon, niż interweniować w trakcie. Myślę, że grządki te z powodzeniem przyjęłyby jeszcze ze dwa metry sześcienne kompostu, ale dam im już tylko ostatnią dawkę, po 150 litrów na grządkę, czyli nieco ponad metr w sumie. Później trzeba się brać za montaż treliaży przy północnej ścianie każdej z grządek, to też będzie wymagało nieco czasu, bo swoim zwyczajem, będę chciał przetestować nowe, nieco inne niż poprzednio rozwiązanie, ale o tym już kiedy indziej.

piątek, 28 lutego 2025

Nudny luty

 

W tym roku w lutym niewiele się działo, przez większą część miesiąca Ostoja sprawiała wrażenie jakby panowało w niej skrzyżowanie późnej jesieni z wczesnym przedwiośniem. Kolejny już raz plany turlania się w śniegu po wyjściu z sauny legły w gruzach, podobnie jak zamiar połowienia ryb spod lodu czy też ułatwienia sobie życia poprzez transport drewna po zamarzniętej tafli stawu. Dosłownie jeden raz napotkałem warunki pozwalające bezpiecznie wejść na lód, ale transportu drewna po nim postanowiłem nie ryzykować. Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że zimy w tym roku tak naprawdę w Ostoi nie było, poza dosłownie kilkoma nocami z dwucyfrową na minusie temperaturą. 

W najzimniejszy dzień na jaki udało mi się trafić, wybrałem się na spacer tropem bobrów, starając się dostrzec ich ścieżki, szlaki, ślady i tamy. Są one praktycznie wszędzie, co świadczy o tym, że nie mogą chyba spać, też dręczy je brak zimy (bo wątpię, że sumienie za ścięte u mnie drzewa). Bobry zresztą to furda, i z prawa i z lewa, spacer umila jazgot pił. Sąsiedzi tną drzewa na potęgę, jakby prowadzili z nimi jakąś wojnę. Coraz częściej dziękuję losowi, że pozwolił mi cieszyć się drzewami i bardziej o nie dbać, niż ścinać, że udaje mi się zarabiać na życie bardziej rozumem niż piłą. A propos rozumu, to ze zdumieniem przyjąłem spotkanie ze sporym stadkiem kormoranów najwyraźniej zimujących na Rzeczce, ewidentny znak zanikających zim, do niedawna w głowie by się to nie mieściło, spotkać tu w lutym kormorana...

Jak w każde Walentynki, rozpocząłem siewy testowe, aby sprawdzić przed sezonem jakość podłoży i nasion. Po zużyciu sterty zrębek, w miejscu gdzie leżały one na skraju sosnowego lasu, na szczerym piachu, pozostał ciemny krąg "kompostu", grubości z 1-2 cm. Zgarnąłem to łopatą i przesiałem przez "kraciastą" plastikową skrzynkę. Wyszło z tego "podłoże" zawierające piasek, rozłożone zrębki i nieco kawałków drewna (po prawej). Wypełniłem tym wielodoniczkę, a drugą, kontrolną (po lewej) wypełniłem "podłożem do siewu i rozsady" renomowanej firmy. Jak na razie, wygląda na to, że w moim podłożu nasiona rzodkiewki kiełkują szybciej. Dodatkowo, to zdjęcie wykonane w mniej niż 2 doby od posiania, temperatura pokojowa, żadnych zabiegów z nasionami.

Rzodkiewki posiałem w mieście, każdego więc dnia wystawiałem je na dzień na kuchenny parapet, na zewnątrz. Otrzymywały dużo słońca, wiatru i hartowały się w temperaturze jak na luty kolosalnej - od dwóch do dziesięciu stopni na plusie. Na noc zabierałem je do mieszkania, od czasu do czasu podlewając. Rosły dosłownie w oczach.  I co dalej z tym począć, myślałem, przecież za mniej więcej 3 tygodnie to będzie bardzo duża rozsada i będzie musiała iść "do gruntu"?! To tylko testy, ale one tłumaczą, dlaczego nigdy się nie spieszę z siewami. No i to "podłoże" do siewu - trzy wielkie wiadra, za friko, pozyskane w kwadrans. Chyba na ten sezon wystarczy...

Okazało się, że wszystko potoczyło się jeszcze szybciej, niż myślałem. 27 lutego, czyli w dwanaście dób od siewu, patrząc na prognozy pogody, zdecydowałem, że warto zaryzykować, i posadzić je do gruntu. Rzodkiewki. Do gruntu. W lutym. No ale, kto nie ryzykuje, ten nie je rzodkiewek. Podlałem je solidnie i okryłem agrowłókniną. Zobaczymy, czy dadzą sobie radę na grządce. Bardziej niż nocnych mrozów obawiam się suszy, która można powiedzieć, jest dojmująca. Pierwszy raz w życiu podlałem grządkę w lutym - to o czymś świadczy.

Zakwitły krokusy, a na jednym z nich pojawiła się samotna pszczoła. Poprzycinałem nieco drzewa i krzewy nad stawem i w leśnych ogródkach. Stare kostki słomy, po mroźnych nocach, są zamarznięte w środku, za wcześnie więc, żeby dokańczać ściółkowanie. Nowe kostki słomy, do uprawy pomidorów i dyń jeszcze nie dojechały, może uda się je zainstalować w początku marca. Powinienem pewnie jak sąsiedzi, naciąć trochę drzewa, ale po co? Drewutnia pełna, a jeszcze to, co bobry ścięły, czeka na porąbanie. Jednym słowem, nudny był ten luty, i niezimowy, i nieciekawy. Dobrze, że jutro już marzec.

wtorek, 19 listopada 2024

Syzyfowe prace

 

Nie jest chyba tajemnicą, że uwielbiam pracę w Ostoi, na świeżym powietrzu, w ogrodzie, w lesie, nad stawem i w stawie. Praca ta daje poczucie sensu, jakże różne od zabiurkowych dupogodzin. Uwielbiam sadzić i zbierać, siać i wykopywać, podwiązywać i przycinać, rozsadzać i przesadzać (w ogrodzie, nie w Internetach). Bywają jednak takie prace, których mogłoby nie być, których organicznie nie znoszę, ale które, niestety, są integralną częścią tego, na czym polega funkcjonowanie w Ostoi i nie ma zmiłuj, nie chcę, ale muszę je wykonać. Ostatnio jedna z takich prac stała się dla mnie przyczynkiem do ciekawych studiów nad ludzką naturą i jej przejawami w Internecie, a wszystko zaczęło się od tego, że grzyby zeżarły mi grządki ...

Grządki podwyższone z nadstawek paletowych nie są wieczne - z czasem, w środowisku leśnym u mnie niepodzielnie panującym, grzybnia rozkłada deski z których są zrobione i nadstawki trzeba wymienić. Jest to zabieg bardzo prosty, ale mało znany, nie spotkałem się z tym, aby ktoś go opisywał. Pokazałem więc na Facebooku jak się to robi krok po kroku, oraz wyjaśniłem a/ dlaczego nie stosuję folii i innych sztucznych materiałów, b/ dlaczego desek nie impregnuję ani nie opalam, c/ dlaczego nie zbuduję sobie grządek z betonu, podkładów kolejowych, cegieł itp. Wpis mój spotkał się z dość dużym zainteresowaniem, a "komentarzom nie było końca".

Bardziej mnie to w sumie zadziwiło niż ucieszyło, gdyż z komentarzy dowiedziałem się, że: a/ powinienem wyłożyć sobie grządki folią kubełkową, plastikiem, agrówłókniną, b/ powinienem deski opalić, zabejcować, zaolejować, zaimpregnować, c/ przestać używać nadstawek, a zamiast tego zbudować grządki z podmurówek, cegieł, krawężników, podkładów kolejowych ... Na nic zda się tłumaczenie, że zajmująca kwadrans wymiana starych nadstawek na nowe jest tym, co Permisie takie jak ja lubią najbardziej i że celem tego wpisu było jedynie pokazać jak to zrobić, a nie uzyskanie porady jak urządzić sobie ogród warzywny nie po swojemu, a po cudzemu. Raz jeszcze upewniłem się, że Internety potrafią mnie zaskoczyć, oraz że reakcji na własne wpisy nigdy, ale to nigdy, nie będę w stanie przewidzieć.

Tak czy inaczej, powymieniałem zbutwiałe nadstawki w grządkach tak zwanej Plaży (ogródka ze ścieżkami ściółkowanymi piaskiem), pozostała mi jeszcze podobna wymiana w Parszywej Dwunastce (ogródku naprzeciw wejścia do chatki). Nie jest to zajęcie pasjonujące, ale musi być zrobione teraz, gdyż do wiosny deski mogłyby się całkiem rozpaść, podłoże z grządek wysypać, a ja miałbym o wiele więcej pracy niż gdy robię to teraz. Nie na darmo w permakulturze uwielbiamy angielskie powiedzonko, że "a stitch in time saves nine", czyli że jeden szew w porę oszczędza dziewięć szwów później. W bonusie, była to też okazja aby na koniec dodać na grządki najlepszego kompostu i wysiać szpinak. Wykiełkuje czy nie wykiełkuje, urośnie czy nie urośnie, wszystko jedno - kości zostały rzucone, a praca została zakończona czymś, co robić lubię, jakby w nagrodę.

Kolejną paskudną, syzyfową pracą, jakiej nie lubię, ale musiała być wykonana w listopadzie, było zabezpieczenie starych drzew nad brzegiem stawu przed jego mieszkańcem, Panem Bobrem, który się strasznie rozbisurmanił. Jestem pełen zrozumienia dla jego potrzeb, mam świadomość, że jak my wszyscy, musi jeść, jednakże nie po to mu posadziłem młode olsze i osiki tuż nad wodą, oraz cały pas pięknej, soczystej wierzby, aby mi ten hultaj ścinał kilkunastoletnie dęby, co do których miałem inne plany, oraz stare brzozy w sposób taki, by waliły się do stawu. Zakupiłem więc ponownie rulon siatki wolierowej i pracowicie, pień po pniu, poowijałem najcenniejsze drzewa na brzegu stawu tak, że mam nadzieję, iż ocaleją. Praca ta to setki, jeśli nie ponad tysiąc cięć drucika po druciku, a następnie splatanie ich po tysiąckroć po owinięciu siatką pnia. Dokładnie taka praca, jakiej nie znoszę. Gdyby to jeszcze było coś żywego, jak nasiona, powiedzmy marchwi, ale nie - drut, drut i drut, pół dnia z drutem w roli głównej. No ale cóż, znowu - nie chcę, ale muszę wygrało, siatka się (niestety) sama wokół pni nie owinie, a drzewa to ja jednak chcę mieć.

Muszę przyznać, że robiłem to z ciężkim sercem, bo nie cierpię widoku siatki na pięknych brzozowych, dębowych i sosnowych pniach, ale jeszcze bardziej nie cierpię bezdrzewnej pustki i wyciągania pni ze stawu. Raz to już przerabiałem i więcej nie chcę. O ile spora brzoza zwalona na lądzie to mniej niż jeden dzień pracy dla mojej jednoosobowej brygady, o tyle wielkie drzewo zwalone do stawu to dużo większe wyzwanie, które pochłania kilka dni trudu i znoju, choć zapewne jakiś Wujek Dobra Rada napisałby, że on takie drzewa ze stawu wyciąga w pięć minut traktorem ... No ale cóż, ja w swoim szaleństwie masochistycznie wyciągam je ręcznie, co trochę trwa. Od tej pory więc będę "podziwiał siatki" i wzdychał, ale może oszczędzą mi one innych syzyfowych prac...


wtorek, 29 października 2024

Koniec sezonu

 

Koniec sezonu to zawsze czas smuteczku i żalu, ale także oddechu i ulgi. Tyle się miało zrobić, a się nie zrobiło i w tym sezonie już na pewno się nie zrobi. Z drugiej strony jednak tyle się udało, pomimo wszelkich przeciwności, że dni, kiedy pracy jest mniej, a słoneczko krócej świeci oczekuje się z wytęsknieniem. Jest to jednak miecz obosieczny, bo im dni krótsze, tym częściej zaczynają ujawniać się symptomy tej corocznej choroby, która gdzieś tam pod czaszką szepce "kurczę, ale bym chciał, żeby był już marzec", by znowu móc siać. Tymczasem jednak, jak nowa świecka tradycja nakazuje, zrobiłem pamiątkową fotkę z warzywem, oficjalnie kończąc sezon 2024. Warzywo przytrafiło się być raczej mikrych rozmiarów, ale szczerze mówiąc, nie dbałem o to. Wstrzeliłem się ze zbiorem resztek pomiędzy dwa przymrozki i jedynym moim zmartwieniem było to, czy to, co zbieram, nada się do przechowywania. Jak to mawiali starożytni Papuasi - so far, so good, póki co, wszystko przechowuje się dobrze.

Wszystkie te ostatnie zbiory jak zwykle były umowne, bo za każdym razem, gdy sprzątałem kolejny fragment ogrodu okazywało się, że a to tu, a to tam, coś się gdzieś ukryło, coś się gdzieś znalazło, można by powiedzieć, że "pomidorom i dyniom nie było końca". O ile jednak te pierwsze plonowały w tym roku w miarę normalnie, o tyle te drugie poległy w nierównym boju z permanentną suszą i o ile liczbą satysfakcjonowały, to rozmiarami już nie. Zdecydowana większość dyń, nawet dużych odmian, nie przekroczyła dwóch kilogramów, co na początku mnie złościło, ale gdy po pewnym czasie zaczęły one sukcesywnie trafiać do kuchni stwierdziłem, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jestem teraz w stanie gotować wedle zasady - jedna dynia, jeden gar zupy, a nie dzielić dynię na czworo i zużywać na raty, bo jakikolwiek gar to pomieścił.

Z drugiej strony, może to być pierwszy od dawna rok, kiedy to dyń nie wystarczy do przyszłego maja, ale cóż, nie będziemy z tego powodu płakać. Mamy taką masę przetworów z poprzednich lat, że głód nam niestraszny. W zadziwiający sposób obrodziły też ziemniaki i jakony, a sporą ilość "kostki cukiniowej" udało się dopchać kolanem w notorycznie pełnej zamrażarce. Wszędzie piętrzą się słoje z ketchupem z zielonych pomidorów, salsa verde z miechunek, oraz po raz pierwszy kilka słoiczków dżemu z psianki ogrodowej "Huckleberry", która smakowo w tej formie nas uwiodła i jest chyba jednym z ważniejszych odkryć tego sezonu. Wielka szkoda tylko, że praktycznie nie jest wystarczająco smaczna, aby ją jeść na surowo, a do dżemów mam ambiwalentny stosunek, mogłyby dla mnie nie istnieć. No ale cóż, będzie to coś na osłodę, na długie zimowe wieczory.

Jak zawsze w ostatnich latach, 10 października wykopałem jakony i tego samego dnia na ich miejscu posadziłem czosnek. Posadziłem go również jak co roku w truskawkach, które wcześniej do tego przygotowałem, przysypując całkowicie zrębkami, by utraciły stare, chore liście i wypuściły nowe. Czosnek natomiast pracowicie przyciąłem, ząbek po ząbku, przed sadzeniem, po to, aby ptaki nie wyciągały ząbków z ziemi za te długie, białe ogonki. Obie te metody - odnawiania truskawek przez zasypywanie oraz przycinanie czosnku stosuję od lat, bo wiem, co się u mnie dzieje, gdy tego nie robię. truskawki chorują, a czosnek leśne ptaki niszczą. Podzieliłem się tym wszystkim z tzw. internautami i choć sporo było reakcji pozytywnych, to jednak z roku na rok rośnie chyba liczba negatywnych komentarzy. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że moja dewiza to "Róbmy swoje" i że żadne takie sytuacje nie powodują iż mam ochotę "rzucić to wszystko i uciec w Bieszczady", niemniej jednak miałem taką chwilę refleksji iż wcale nie dziwota, że niektórzy całą swoją cenną wiedzę i doświadczenie trzymają dla siebie, gdyż dzieląc się tym, musieliby wyhodować grubszą skórę, aby różne dziwne komentarze znosić. Tak czy inaczej, dzień sadzenia czosnku jest dla mnie symbolem nie zakończenia obecnego sezonu, a rozpoczęcia sezonu 2025, gdyż wtedy dopiero do tego czosnku zajrzę, a zbierać go będę wczesnym latem. Tymczasem, można z ulgą odetchnąć, że jeden coroczny "temat" można odhaczyć i o nim zapomnieć.

Nie mogę powiedzieć, że "eksperymentuję" z muchomorami, gdyż z tym, co uznajemy za leki się nie eksperymentuje, chyba że jest się szefem jakiejś Big Pharmy i testuje się coś na miliardach. Muchomor nie jest dla mnie środkiem rekreacyjnym, jest po prostu lekiem, który stosuje się wtedy, gdy zachodzi konieczność i ściśle wedle zaleceń. Używam muchomora od lat, a co najmniej 9000 lat znanej historii która wiąże go z człowiekiem przekonuje mnie, że jest to cenny dar natury, z którego absolutnie każdy, kto chce i wie jak, powinien móc korzystać. Planowany zakaz sprzedaży muchomora ani mnie ziębi, ani grzeje w aspekcie korzystania z tego grzyba, gdyż ani go nie sprzedaję, ani nie kupuję, zbieram go sam we własnym lesie, sam suszę, sam przechowuję i sam używam. Potępiam natomiast tych, którzy pod pozorem fałszywej troski o współobywateli wprowadzają takie zakazy. Może niech zaczną od zakazu sprzedaży papierosów i wódy, oraz trującego, pełnego chemii żarcia w sklepach i szeregu innych "dóbr" na których tłuką kasę bogacze. Tu utnę, bo dalej mogłoby już być niecenzuralnie. Tegoroczne muchomory zebrane, wysuszone i zabezpieczone - oby nie było konieczności z nich korzystać, ale jeżeli, odpukać, taka zaistnieje, to są.

Po dwóch latach względnego spokoju bobry znów "dały do pieca", dosłownie i w przenośni. Zaczęły na potęgę kopać nory, demolując brzegi stawu oraz ścinać drzewa tak perfidnie, że padały na działkę sąsiada. Zamiast więc robić to, co miałem w planach, musiałem uprzątać drzewa. Jak zwykle, opału dzięki temu nie zabraknie i znowu przez kolejnych parę lat nie będę musiał niczego ścinać, aby ogrzać chatkę. Chcąc ocalić jakiekolwiek drzewa będę musiał zając się bliżej tematem bobrów, raz już bowiem wycięły prawie 100 procent drzewostanu po jednej stronie stawu, nie chciałbym aby to zrobiły po przeciwnej. W pierwszym kroku owinę więc siatką te drzewa, które na pewno chcę ocalić, a później zastanowię się, czy podjąć jeszcze jakieś kroki. Z jednej strony bowiem jest to super cool mieć "własne" bobry, z drugiej jednak niszczą one moją pracę, a niekoniecznie możliwym jest temu całkowicie zapobiec, a szkody całkowicie wyeliminować. Niektórych ściętych drzew nie doczekam do końca mego żywota, by osiągnęły takie rozmiary, przy których zostały ścięte. Myślę, że jest to wystarczający argument, aby osobom, które oburzają się, że w bobrową działalność ingeruję, zabierając im drzewa, które ścięły, zaproponować, aby przyjechały, i bobry adoptowały. Niech dadzą im dom u siebie, swoje drzewa i swoje stawy. Jest z tym jednak pewien problem - większość oburzonych dla bobra mogłoby mieć tylko wannę i domową paprotkę, sporo bobra widziało tylko w telewizji, no ale pałanie świętym oburzeniem, przyznaję, mają do perfekcji opanowane.

I tak oto skończył się sezon, w ogrodzie coraz mniej pracy, ale nie oznacza to, że nic się nie dzieje. Posadziłem wreszcie szpinak, który w ogóle nie chciał mi z nasion kiełkować w odpowiednim terminie, czyli w pierwszej dekadzie września. Było po prostu za ciepło. Wkurzyłem się i wsypałem nasiona do słoika z wodą, a następnie umieściłem w lodówce na pięć dni. Po upływie tego czasu, odcedziłem nasiona na sitku i od razu posiałem w wielodoniczce. Na efekty nie trzeba było długo czekać, szpinak wreszcie pięknie wykiełkował. Poszedł niedawno na grządki uprzątnięte po innych uprawach, bo gleba i żyjące w niej mikroorganizmy nie lubią próżni - muszą mieć jakieś korzenie roślin, z którymi mogą współpracować. Poza tym, to przecież jedzenie, które dzięki zadbaniu o nie teraz, będzie dostępne o ponad miesiąc wcześniej wiosną. No i jedna rzecz mniej do zrobienia w przyszłym roku. Żegnamy więc definitywnie ogrodowy 2024, niech żyje 2025 :) 

poniedziałek, 22 listopada 2021

Tak niewiele

W trzeciej dekadzie listopada dni są już naprawdę krótkie i w sumie wydaje się, że niewiele można zrobić. Człek wstaje po ciemku, i ani obejrzy się, a już jest znowu ciemno. W międzyczasie, jak każdej jesieni, porządkuję grządki, ściółkuję, gdzieniegdzie jeszcze sieję coś zimowego, a w leśnym ogrodzie ostatni raz koszę ścieżki i to, co skoszone, układam pod drzewami. Nie wycinam jeszcze malin, przyjdzie na to czas późną zimą. Ścinam za to łodygi topinamburów, nie wykopując z ziemi bulw, przyjdę po nie, gdy będą potrzebne w kuchni. Przy okazji, ścinam pokrzywy, wrotycze, wiesiołki i inne rośliny zielne, które zakończyły swój żywot na ten rok. Wszystko zostaje tam, gdzie rosło, tylko z grubsza rozdrobnione. W małym leśnym ogrodzie przy domu, gdy przyjdą solidne deszcze, lub gdy spadnie śnieg, przysypię to jeszcze cienką warstwą zrębek, w większym leśnym ogrodzie dalej od domu, musi wystarczyć to, co tam wyrosło.

Coś dziwnego się dzieje w przyrodzie, nadrzeczne łąki są tak stratowane przez zwierzynę, jak nigdy. Ślad przy śladzie, odcisk przy odcisku. Bobrowe szlaki przetarte do gruntu, nowe nory i podkopy. Małe nietoperze śpią synchronicznie na okiennicach, zwykle o tej porze roku już ich tu nie widuję. Dopiero teraz stado myszarek leśnych wprowadziło się na ganek, a sikorki zachowują się nieodpowiedzialnie, a to wlatując do sauny przez komin, a to utykając pod schodami, gdzie przez prawie czterdzieści lat żadna nie wleciała. Innych ptaków za to jest bardzo niewiele jak na tą porę roku, no ale żeby było oryginalnie, to wczoraj krążył nad Ostoją samotny żuraw, drąc się w niebogłosy.

Na grządkach niby niewiele już rośnie, ale tego niewiele nie sposób przejeść. Wychodzi człek na kilka minut przed dom i wraca z naręczem, głównie liściastych, warzyw. No cóż, domeną korzeniowych jest jednak teraz już piwnica, do której trzeba zaglądać i sprawdzać, czy wszystko się dobrze przechowuje. Póki co, odpukać, ziemniaki, jakony, marchwie i pietruszki czują się dobrze. Doskonale w tym roku przechowują się dynie i kabaczki, ale te są po prostu w mieszkaniu, w temperaturze pokojowej. Co tydzień któraś dynia lub kabaczek idzie do gara, ale wszystko wskazuje na to, że jeszcze długo będziemy się nimi cieszyć.

Doskonale natomiast na zewnątrz czują się kalafiory, chwalące sobie czas bez gąsienic i innych szkodników. Posadziłem je późnym latem niewiele, za to w czterech kolorach - białe, żółte, zielone i purpurowe, i co jest niespodzianką, dokładnie w takim porządku rosną - białe najsłabiej, a purpurowe najlepiej. Myślę, że jeżeli wszystko tak dalej pójdzie, to będziemy jeść kalafiory prosto z grządki jeszcze w grudniu. Nie zapominamy też, że liście kalafiora są również smaczne, dołączają więc one do liści kapust i jarmuży, duszonych z cebulą, pietruszką i selerem naciowym, a następnie łączonych na przykład z kaszą jaglaną w formę smakowitej, aczkolwiek nie powalającej wyglądem, brei. Jednakże, gdy na dworze już ciemno, to po całym dniu pracy na świeżym powietrzu, człowiek cieszy się każdym gorącym posiłkiem, szczególnie, że to naprawdę smaczne i zdrowe, podobno.

Z kronikarskiego obowiązku pragnę donieść, że ubywa nam gwałtownie nadrzecznej łączki, którą bobry intensywnie zamieniają w staw. Groblę budują głównie z gleby wydobywanej powyżej tamy, przez co powstaje dół w łące, wypełniający się natychmiast wodą. Może to być ciekawe miejsce na letni chillout z widokiem na rzeczkę, na pewno jednak łączka staje się coraz bardziej podmokła i niewiele jej nam pewnie zostanie. Dobrze, że już nie trzeba nosić stąd siana na ściółkę, jak to było kilka lat temu i że można wspaniałomyślnie pozostawić to miejsce bobrom do zagospodarowania według uznania. Kto wie, może za jakiś czas w stawie pojawią się ryby? 

Zastanawia mnie jedno - dlaczego rzeczone bobry zadomowiły się akurat tu, skoro bliziutko mają tereny dosłownie stworzone dla siebie? Czy zamieszkała u mnie jakaś rodzina bobrzych "ekologów", którzy gardzą rozległymi bobrowiskami i wolą sobie wybudować maleńki "tiny house"? Tak niewiele im potrzeba do bobrowego szczęścia - nory do spania i patyków do ogryzania. No i zapewne spokoju, a o ten chyba u mnie łatwiej, niż w pobliskich lasach państwowych. Urzędujcie więc sobie sąsiedzi, a w sprawie użytkowania łąki, jak to mówią, nie pójdziemy do wójta, jakoś się dogadamy.

piątek, 23 kwietnia 2021

Tuż przed

 

Trzecia dekada kwietnia to w tym roku czas, gdy wiosna w Ostoi zachowuje się jak przyczajony tygrys i ukryty smok - niby jest, ale tak do końca to jej nie widać. Są za to jej zwiastuny i wszystko wskazuje na to, że maluczko, a objawi się w pełnej krasie. Ten ostatni moment tuż przed nadejściem wiosny, a za takie uznaję tu czas, gdy wszystko rozkwitnie i się zazieleni, jest czasem wyczekiwania. Na dobrą pogodę i dłuższe ocieplenie czekają rośliny, zwierzęta i ja. Tymczasem, podziwiam pąki świdośliwy, szczególnie obfite w tym roku i oczyma wyobraźni widzę uwijające się na nich pszczoły, które teraz z uwagi na ochłodzenie mają przymusową odsiadkę w ulach. Ale maluczko, a je ujrzycie na świdośliwie.

Pierwsze kwiaty jak zwykle zaczynają się otwierać na wiśni ptasiej, która wyprzedziła w tym względzie nawet mirabelkę. Tym samym udało mi się wydłużyć dostępność pożytków dla pszczół o jakieś ... dwa, trzy dni? Dobre jednak i to. Oczywiście, kwitną już też jagody kamczackie, ale na nich jak co roku ucztują trzmiele, a moich pszczół nie widać, kwiaty te są nieodpowiednie dla ich krótkich języczków. Na szczęście, liczba trzmieli jest w tym roku imponująca, jagody mają więc szansę być solidnie zapylone. Jak zwykle kwitnie też już kokorycz oblatywana przez trzmiele, no a gdzie siedzą te wszystkie pszczoły, gdy pogoda pozwala im latać? Ano na wierzbach. Okazuje się, że przy tej pogodzie i porze roku to bez wątpienia najważniejszy dla nich pożytek.

Omawiając w sąsiedzkim gronie o zachodzie słońca wydarzenia przyrodnicze ostatnich dni i wsłuchując się w głos łozówki, wyraziliśmy swoje obawy o nietoperze. Powinny już być, a ich nie ma. Następnego poranka pierwszy gacek objawił się za moją okiennicą, leniwy, zaspany, jakiś taki wyliniały, ale witany z wielką radością. Od razu oczywiście pojawiają się zapytania, czy aby nie przyleciał z Wuhan i ostrzeżenia, abym z niego nie gotował rosołu. Ot, taka "prawda czasu, prawda ekranu". Mam jedynie nadzieję, że złe odium towarzyszące nietoperzom przez wieki nie dotknie ich w zupełnie nowej odsłonie.

Debiut swój w Ostoi ma też pustynnik, dziwaczna roślina klimatów, nomen omen, pustynnych. W teorii świetnie powinien się czuć w Ostoi, w tych bez mała lotnych piaskach. Jak będzie, zobaczymy, na razie wystawił swój czubek z gruntu i udaje wielkiego czerwia z planety Arrakis. Zobaczymy co powie na zapowiadane na najbliższe dni nocne przymrozki. Obok moje wielkie obawy na chwilę obecną budzi posadzony w zeszłym roku figowiec, nie wygląda on dobrze, ale pamiętajmy, że w tym miejscu odnotowałem tej zimy minus dwadzieścia trzy stopnie o ósmej rano. Czekam więc cierpliwie, czy odbije z korzeni, czy też powiększy grono moich roślinnych aniołków.

Nic za to z zimy i mrozów nie robiły sobie maliny, a przeciwnie, całą zimę pracowały pod ziemią, aby swoimi rozłogami rozejść się wszędzie. Teraz, młode rośliny wyrastają ponad ściółkę w odległości kilku metrów od oryginalnych nasadzeń. Nie ma prawie grządki w Ostoi na którą nie chciałyby wskoczyć, nawet jeśli jest ona podniesiona na 40 centymetrów ponad poziom gruntu, dają radę wejść dołem i wyjść górą. Bardziej przedsiębiorcza ode mnie osoba mogłaby pewnie sporo zarobić wykopując, przesadzając i sprzedając te roślinki, ja i owszem, część gdy muszę wykopię i przesadzę do leśnego ogrodu, ale większość służy mi jako ściółka lub idzie na kompost. Z jednej strony wygląda to na marnowanie zasobów, z drugiej jednak jest nieuniknione w sytuacji, gdy zasobem którego najbardziej brakuje jest czas i nie ma go na wszystko. Tak czy inaczej, przypadek malin potwierdza to, co pisał Mollison i wielu jego permakulturowych następców - w kilka lat po założeniu, permakulturowe siedlisko zaczyna wchodzić w fazę obfitości i zamiast kupować cokolwiek do posadzenia, można zacząć swoje rośliny masowo sprzedawać.

Niech to, co piszę, potwierdzą truskawki. od zaledwie kilku tuzinów, do wielu setek, namnożyły się same. Byłyby ich pewnie tysiące, gdybym dbał o przesadzanie wszystkich odrostów. Ale i tak jest dobrze. Pokazują się teraz w bardzo wielu miejscach, wychodząc spod warstwy świeżych zrębek, którymi je przysypałem jesienią. Liście starych krzaków, wraz z ich choróbskami zostają pod spodem, a na powierzchnię dają radę wychynąć tylko młode listki. Taki zabieg odmładzający pomaga uprawiać truskawki dłużej bez odnawiania "plantacji". W wielu miejscach pojawiają się też młodziutkie rośliny, dzieci tych starczych. Dążenie do pokrycia "wszystkiego" truskawką jako rośliną okrywową zaczyna się materializować, bez jakichkolwiek już zakupów roślin z zewnątrz.

Tej roślinki na pewno nie kupowałem, to ona sama przyszła i zaczyna się panoszyć w kątach podwórka. Glistnik jaskółcze ziele, jedno z najpotężniejszych polskich ziół, zaczyna tworzyć spore kępy w wielu miejscach leśnego ogrodu. Jak uczą nas mądre książki, glistnik lubi wilgotne grądy i żyzne buczyny, co więc robi na górze piachu w suchym sosnowym lesie? Ano potwierdza, że mikroklimat Ostoi zmienił się diametralnie odkąd powstał mój ogród, i że mu tu teraz dobrze. Zakończył etap nieśmiałej obecności i zaczyna rozpychać się łokciami. I świetnie, zielonego nigdy nie jest za wiele. 

Jak słusznie zauważył niedawno jeden z czytelników bloga, z uporem maniaka nazywałem swoją roszponkę portulaką. No cóż, pomerdało mi się lata temu, i tak zostało. Postaram się to naprawić, ale za powodzenie nie ręczę, stare nawyki najtrudniej wykorzenić. A więc, roszponka, ta mikro sałata, też pleni się wszędzie, nie siana nigdy od lat. Smakuje doskonale, pozwalam jej więc na ekspansję i zbieram od czasu do czasu "do gara". Fajne jest to, że upodobała sobie szczególnie spadziste, boczne ściany grządek i swą obecnością umacnia je a mnie zwalnia od obowiązku ich ściółkowania. Jeśli bym budował nowe grządki ziemne, obsiałbym ich ściany boczne portulaką ... ekhm ... roszponką, aby tym razem był to efekt przemyślany i zamierzony. 

Tuż przed tym, gdy wszystko wybuchnie, zakwitnie i się zazieleni, szczególnie miło patrzy się na to, co ocalało z zeszłego roku. prym wiodą jarmuże, odbijające teraz po zimie. No mam je, mam je przyznam, ale pomimo całego "fejmu" jakim cieszą się w pewnych kręgach, ja je po prostu nie bardzo lubię kulinarnie. Oczywiście, korzystam z nich i zjadam, ale niechętnie. Szczerze mówiąc, wolę sobie zrobić młodych pokrzyw niż bawić się z tą "włoszczyzną". Sytuacja ta rodzi pytanie - czy warto uprawiać coś, czego się tak naprawdę nie lubi jeść? U mnie wynika to z głębokiej wiary, że na grządkach zawsze powinno coś rosnąć, aby mikroorganizmy w glebie miały z kim współpracować. Dowolne żywe korzenie spełniają to zadanie, tutaj więc jest to jarmuż, gdzie indziej żyto ozime, jeszcze gdzie indziej koniczyna. Istnieje też pewne prawdopodobieństwo, że któregoś dnia przekonam się jednak do jarmużu ...

Przezimowanym sałatom natomiast można zarzucić jedynie, że ich liście nie są tak miękkie jak nowalijek. Smak za to mają dobry, bez cienia goryczy. Zaczynają teraz szybko rosnąć i spożyć trzeba je będzie pewnie równie szybko, bo mogą mieć tendencję do szybkiego kwitnienia. Obok sałat, z ziemi wyłaniają się na wszystkich grządkach kępy wieloletnich cebul i szczypiorów i tutaj już nie ma dyskusji, posiekany szczypior czy dymka pasuje niemal do wszystkiego, wypróbowaną więc metodą z każdej rośliny ścinam starsze liście, pozostawiając jedynie po dwa najmłodsze na dymkach, a nieco więcej szczypiorkom. Tym sposobem będę zbierał plony moich dymek i szczypiorków jeszcze przez długie tygodnie.

Wszystkie wysiane eksperymentalnie jesienią warzywa zdają sie jeszcze czekać na nadejście wiosny, albo w stanie ledwo widocznym nad ziemią, albo tuż pod nią w postaci nasion. Chlubnym wyjątkiem jest szpinak, który ruszył i zaczyna pokazywać swoje pierwsze własne listki. Ten szpinak to kolejny eksperyment szalonego ogrodnika - sprawdzam, czy może stanowić ... żywą ściółkę. Dlatego posiałem go gęsto jesienią, a między nim wsiane są inne warzywa, których na razie nie widać. Plan jest taki, że zanim te inne warzywa urosną, szpinak będzie je niańczył i osłaniał, a gdy go zbiorę, stworzy to innym warunki do szybkiego wzrostu. Czy coś z tego wyjdzie, to się jak zwykle okaże.

A skoro o okazywaniu się mowa, to okazało się, że bobry zrujnowały kolejny fragment Ostoi, tym razem bobrowy czołg przejechał przez najlepsze siedlisko dzikich jeżyn z którego co roku zbierałem co najmniej wiaderko owoców najlepszych na nalewkę. Takich owoców nie dają żadne hodowlane odmiany. No cóż, mam nadzieję, że jeżyny odbiją i ponownie zaowocują. Po raz kolejny jednak przekonuję się, że bobry chyba głodują, skoro chce im się przebijać przez pas jeżyn po to, aby żreć półżywe sosny w zbyt gęstym młodniku. Wieczorny spacer wzdłuż rzeczki zdaje się potwierdzać, że bobrów jest tu niestety za dużo w stosunku do pojemności siedliska. Pokarmu dla nich widzę niewiele, spotykam natomiast cztery sztuki na odcinku kilometra.

Tama bobrowa na mojej łące rozrasta się w kierunku rzeki, a powyżej tworzy się sporej głębokości bajorko. Bajorko cieszy, możliwość całkowitej utraty łąki mniej. Wszystko zależy od tego, jak szybko ten proces będzie przebiegał, ale być może jeszcze "za mojej kadencji" rzeka popłynie innym korytem, przez miejsce, gdzie teraz jest bobrowa tama. Obserwuję to sobie wszystko ze stoickim spokojem i w niczym nie przeszkadzam. Gorzej z tymi, dla których moja łąka jest jedyną drogą dojazdową do ich własnych łąk, które koszą dwa razy w roku. Jeżeli rzeka zmieni koryto, będą musieli znaleźć sobie inny dojazd.

Tymczasem rzeka płynie wypełniona wodą po brzegi i przewiduję, że w tym roku solidnie wyleje na łąki. Po drzewach stabilizujących kiedyś brzegi zostały jedynie nieliczne kikuty, które każdy przybór może zwalić. Za mojej pamięci zaszła tu tak daleko idąca transformacja, że ogromnie żałuję iż nie robiłem tu zdjęć przed reintrodukcją bobra, byłby przepiękny poglądowy materiał "przed i po". Wyobraźni bowiem trudno jest sobie uzmysłowić, że jeszcze czterdzieści lat temu, w tym miejscu co kilka metrów rosła olcha, a rzeka płynęła zwartym tunelem stykających się koronami drzew.

Nie ma jednak co płakać nad zjedzonym drewnem - zmiana jest integralną częścią życia, które czy tego chcemy, czy nie zmienia się nieustannie, a ludzkie próby utrzymania status quo, a czasem jego przywrócenia za wszelką cenę nie zawsze dają takie efekty, jakich oczekiwano. W miejscach takich jak okolice Ostoi ideałem jest się nie wtrącać, nie niszczyć i nie chronić ponad miarę, pozwolić sprawom toczyć się swoim biegiem, korzystać z zasobów rozsądnie i w sposób zrównoważony, starając się działać zgodnie z naturą, a nie przeciw niej.

niedziela, 17 stycznia 2021

Czarno, biało, kolorowo

Rok ogrodnika nie ma końca ani początku. Cały czas rośnie coś, kiełkuje, jest w sile wieku lub obumiera. Oczywiście raz jest czegoś więcej, a raz czegoś mniej, niemniej jednak już w pierwszym dniu roku kiełkuje traganek pęcherzykowaty (Astragalus cicer L.) To test kiełkowania nasion gatunku, z którym nigdy wcześniej nie miałem do czynienia. Zanim wysieję nasiona w ogrodzie, chcę go lepiej poznać. Jak szybko kiełkuje? Jak wyglądają siewki (aby nie pomylić z czymś innym)? Jak szybko rośnie? Czy potrzebuje dużo światła? Jak sobie radzić będzie w mojej ziemi? Świeżo wykiełkowane nasionka powędrują do doniczek i na okienny parapet, gdzie poobserwuję je do wiosny, a jeśli roślinki przeżyją, trafią już duże do ogrodu gdy zrobi się ciepło. Dzięki temu zwiększę szanse na zebranie własnych nasion tego gatunku. Dwa nasionka, a ile radości, prawda?



Na zachodnim horyzoncie dzień niepodobny do dnia. Dominuje szarość i biel, czasami bywa granatowo i niebiesko, ale są dni, kiedy bywa kolorowo. Spotykam wiele zwierząt - lisy, sarny, zające, kruki, łabędzie i czaple. Tropy na świeżym śniegu ukazują, że najwięcej gości ma nowy leśny ogród nad stawem. Wybieram się tam wielokrotnie po ciemku, aby spotkać sąsiadów. Pierwsze jednak, co rzuca się w oczy to wielka łuna nie tak wielkiego pobliskiego miasta, czasami spektakularna. Goście natomiast dają się obserwować, ale trudniej ich sfotografować. Nieliczni robią sobie selfie w zastawionej na nich fotopułapce.




W ogrodzie prowadzę mały eksperyment, który ma na celu sprawdzić, które nasiona wykiełkują sobie wiosną, które przeżyją przymrozki, które przetrwają. Zeszłoroczne doświadczenia pokazały mi, że niejednokrotnie w mądrej literaturze znajdują się duby smalone, podobnie i w opisach czasu i warunków kiełkowania nasion podawanych przez sprzedających. Dlatego też, nieco z ciekawości, a nieco z nudów, wysiałem po kilka sztuk różności z moich zbiorów, aby osobiście przekonać się, co z tego wyniknie. Nie jest to żaden eksperyment naukowy, raczej hobbystyczna zabawa, ale wyniki mogą okazać się tak czy inaczej równie ciekawe, co przydatne. Część wysianych tu roślin nie ma prawa ani wykiełkować ani przeżyć do połowy maja w świetle "literatury", inne wręcz przeciwnie, powinny dać sobie radę doskonale. No cóż, jak zwykle - pożyjemy, zobaczymy. Tymczasem, cały na biało, jarmuż zdaje się kpić z zimy i trzyma się dzielnie jak Jarema w Zbarażu. Mam nadzieję, że równie dobrze trzymają się pszczoły, które odwiedzam regularnie. Ciche mruczenie i ciepło jakie bije od uli upewniają mnie, że jeszcze dychają, ale przyznam się, że ta ich pierwsza zimowla bardzo mnie stresuje. Nie mogę doczekać się dnia, kiedy uznam, że pora już zajrzeć do wnętrza uli, ale nie sądzę, aby nastąpiło to wcześniej niż w lutym.

  



Choć lista zadań jest długa i wiele prac czeka na swoją kolej, postanawiam zrobić sobie kilkugodzinne wakacje. Idę na długi spacer w śnieżne południe, które wydaje się być czarno-białe z powodu braku słońca. Odwiedzam pokryty dziewiczym śniegiem staw, na którym lód jest zbyt cienki, aby rozsądny zwierz się na niego zapuścił. Ja próbuję, ostrożnie, a lód zgodnie z oczekiwaniami pęka, jeszcze nie czas na takie spacery. Idę więc moją leśną dróżką, zobaczyć jak się miewają bobry - moje i okoliczne.

 



Te moje, przekształcają mi łąkę w jacuzzi. Oczko wodne się powiększa, a łąki ubywa, tama natomiast rośnie. Maluczko, a będzie można w tym oczku morsować. Pozostawiam tą mikro tamę za sobą i wchodzę w puszczę, idąc skrajem pradoliny. Odwiedzam dawno niewidziane, ulubione miejsce, które lata temu nazwałem Doliną Pterodaktyli. Zadziwiające bobrowe tamy tak spiętrzyły wodę, że stoi ona tu przez cały rok, a w niej dokonują żywota drzewa rosnące tu zanim przybyły bobry. Dolina ta w ciepłych porach roku sprawia wrażenie dziczy, w której mam zawsze wrażenie, że za chwilę ujrzę nad sobą cień pterodaktyla. Jak do tej pory widziałem tylko orła cień, a ściślej orlika krzykliwego. No cóż, dobre i to. 
  


Wracam do domu po chrzęszczącym białym śniegu, przez miejscami jeszcze ocalały, majestatyczny stary, czarny las, żegnając po drodze niewidoczne Słońce, zachodzące w gęstwie chmur. W domu czeka gorący piec i ciepła strawa oraz zapowiedź kolorów wiosny - czas siadać do komputera i planować tegoroczne zasiewy. Małe, kolorowe ikonki to symbole nadziei - tu będzie pomidor, a tam cukinia, tu zazieleni się ogórek, tam niebieskimi kwiatkami zamruga ogórecznik ... Niech z każdym dniem tego koloru przybywa - byle do wiosny!