Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grządki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grządki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lipca 2026

Po żarze

 

Niespotykana fala upałów spadła na Polskę, nie omijając oczywiście Ostoi. Moje termometry odnotowały absolutny rekord - 40.4C w cieniu. Część upraw broniła się jak mogła - zwieszała smętnie liście, by ograniczyć parowanie. Szczególnie dynie i cukinie wyglądały fatalnie w lejącym się z nieba żarze. W miejscach najbardziej nasłonecznionych, suchych i eksploatowanych przez korzenie drzew uprawy się poddały i po prostu uschły. Zebrałem suszony groszek i bób, w kilku miejscach nie zbiorę fasolki szparagowej. Wiele roślin, szczególnie kapustnych, zareagowało na ten upał pójściem w kwiat, co też w zasadzie w większości wyłącza je z plonowania.

W okresie największych upałów Ostoja pozostawiona była samej sobie, na tydzień. Bez jakiegokolwiek podlewania. Podlana "na odchodne" w czwartek, opuszczona do kolejnego czwartku. W międzyczasie, padały te rekordy temperatur, notowane przez termometry. Pomimo, że jak już wspomniałem, straty wystąpiły, to zadziwiająco wiele ocalało. Powiedziałbym, że ponad 90%. Nie straciłem ani jednej rośliny ciepłolubnej - ani jednego pomidora, dyni czy cukinii. Odżywały one rychle gdy sięgnął ich cień. Zdumiewająco zareagował dziki ryż, rosnąć wyśmienicie, choć opadł mu znacząco poziom wody. Rzodkiewki wydały pyszne strąki, napiszę o tym zapewne w kolejnym wpisie, bo jest o czym pisać. Tam, gdzie panuje niemal absolutny cień (pozdrawiam specjalistów, którzy piszą, że warzyw nie można uprawiać w cieniu), przetrwały i groszki, i tyczne fasole. Co ciekawe, niezależnie od miejsca, świetnie się mają fasole karłowe, ziemniaki i kukurydza.

Na metalowych grządkach Stalowej Ósemki wszystko w opinii internautów miało się w upał usmażyć, tymczasem to właśnie tu kondycja roślin jest najlepsza. Myślę, że zawdzięczam to niezwykle gęstemu sadzeniu, dającemu cień oraz temu, że w tych grządkach jest najświeższa i najlepsza gleba w całej Ostoi. Poza sałatami, które po prostu się usmażyły, nie ma w praktyce na tych grządkach innych strat. W teorii, każda z grządek powinna dostać tygodniowo 40 litrów wody, a przy takich upałach pewnie jeszcze więcej, tymczasem ja podlewam każdą z nich 10 litrami wody raz na tydzień, a w te upały hojnie wylałem po 15 litrów na grządkę. Jak widać, a zdjęcie zrobione jest o poranku po najbardziej upalnych dniach, wystarczyło to, by wszystko przetrwało.

Największym zmartwieniem jest poziom wody w stawie, który sukcesywnie opada. Jest to spowodowane nie tylko pogodą i upałami, ale także tym, co dzieje się na sąsiednich działkach. Bezmyślne koszenie w upały, do gołej ziemi, kopanie niezacienionych stawów, wycinanie drzew i krzewów, wszystko to sprawia, że obniża się drastycznie poziom wód gruntowych, a parowanie zdecydowanie dominuje nad opadami. Sąsiedzi w klasyczny sposób zamieniają krajobraz w pustynię i trzeba się liczyć z tym, że z czasem osiągną sukces w swych działaniach. Jest to niezwykle przykre, ale cóż - żadna argumentacja nie wydaje się docierać do ludzi, nie nauczą się, dopóki się nie sparzą. Szkoda tylko, że wtedy będzie już dla drzew, krzewów i stawów za późno.

Poza tym, życie w siedlisku toczy się jak zwykle. Starą suszarkę do naczyń powiesiłem na tylnej ścianie szopy, by służyła jako półka.
Na półkę odkładam sznurki z kostek słomy, zużytych do ściółkowania. Znajomy odbiera te sznurki co jakiś czas, wykorzystuje do podwiązywania pomidorów w swojej szklarni. Przez jakiś czas z nich nie skorzysta, bo na półce gniazdo uwił kos, centralnie na sznurkach. Trzeba poczekać aż lokatorzy opuszczą gniazdo. 
Kiedy piszę te słowa, żar ustąpił, ale nie jest powiedziane, że nie wróci. Sądzę, że wracać będzie regularnie, silniej i na dłużej. Trzeba będzie się przyjrzeć wszystkiemu i zastanowić się poważnie, co jeszcze zacienić, lub co przenieść w cień. Rzadziej ale obficiej podlewać i grubiej ściółkować. Zbierać nasiona z tego, co przetrwało żar. Kto wie, może niedługo będziemy pisać o sobie "my, ogrodnicy klimatu gorącego i suchego"? Całe szczęście że nieco wiemy, jak sobie z tym radzić. Damy radę.

niedziela, 14 czerwca 2026

Loteria

 

We wszelkich dziedzinach zajmujących się czymkolwiek ożywionym, występuje element loterii. Nauki nieożywione są uprzywilejowane - metr zawsze ma metr, a kilogram waży kilogram. Ale taka gałąź na przykład - wczoraj miała 97 centymetrów, a dziś ma 101.. Ale to jeszcze nic - w kilku poprzednich sezonach rozregulowane przymrozki biły w ogród jeszcze między 5 a 7 czerwca, w tym roku nie pojawiły się po 10 maja, Zimni Ogrodnicy nie przyjechali. Praktycznie od chwili wysiania nasion na rozsady człowiek siedzi i myśli - kiedy będę mógł je posadzić? Sadzić wcześniej, i ryzykować, czy jednak grać zachowawczo, i czekać? Co roku na takiej loterii można wygrać, ale też można ponieść klęskę spektakularną.

Doświadczenie coś tam oczywiście podpowiada, ale gwarancji nie ma żadnych do czasu, gdy ryzyko przymrozków minie ostatecznie. W tym roku zalicytowałem ostro i przystąpiłem do sadzenia w... Zimnych Ogrodników, obstawiając, że anomalią tego roku będzie... brak anomalii w postaci przymrozków w czerwcu, no i ciepli Zimni Ogrodnicy. W połowie czerwca, gdy pisze te słowa, wygląda na to, że obstawiłem właściwe konie i że termin wysadzenia do gruntu, na kostki słomy oraz na grządki podwyższone tych wszystkich pomidorów, cukinii i dyń był najlepszy z możliwych. Jak to mówią, kolejny raz udało się uciec grabarzowi spod łopaty.

Wyłącznie w kwestii siewów jednak, bo loteria trwa dalej. Teraz obstawiamy kwestie wody, i stawki są wysokie. Otóż, wody brak. Nie pada, a jak pada to nie dość. Ziemia i kostki słomy obsychają, a zbiorniki na deszczówkę świecą pustkami. Poziom wody w stawie opada. Ziemniaki w grubej ściółce, uprawiane bez podlewania, ledwo rosną, w porównaniu z tymi podlewanymi, uprawianymi w pojemnikach, są karzełkami. Najbardziej cierpią dynie i cukinie na słomianych kostkach, tu nie ma mowy o liczeniu na siły natury - jak do tej pory, co tydzień trzeba kostki podlać, a i tak wzrost roślin jest wolniejszy niż tych w pojemnikach, podlewanych częściej.

Wymiana drewnianych grządek Parszywej Dwunastki na metalowe grządki Stalowej Ósemki też byłą loterią, i nadal przecież jest, dopiero się okaże, jak będą się sprawować w dłuższej perspektywie. Na razie, jak to się mówi - so far, so good - wszystko rośnie dobrze i z grubsza bezproblemowo, nie licząc oczywiście problemów z wodą. Wielce sobie chwalę wysokość grządek, jednak schylanie się o 30 centymetrów mniej ma swoje zalety. Tylko ja jeden jednak wiem, jak wiele wysiłku kosztowało, by tak wysokie grządki napełnić. No ale coś za coś... 

Wraz z nowymi grządkami pojawiły się całkiem nowe siatki, nad którymi myślałem sporo i sezon pokaże, czy się sprawdzają lepiej niż poprzednie. Na razie jestem dumny sam z siebie, iż wpadłem na pomysł zrobienia siatek nie do ziemi, a około 20-30 centymetrów nad nią. Co za komfort! Nie wchodzą w paradę przy sadzeniu roślin, a przecież rozsady pomidorów jeszcze podpór nie potrzebują, jak zaczną potrzebować, to już przecież dorosną do siatki. Drugi patent jaki sobie wymyśliłem, to przewleczenie drutu przez siatkę u dołu i solidne jego napięcie. Dzięki temu siatka jeszcze mniej się pałęta gdzie nie trzeba gdy na przykład usuwam nieliczne chwasty czy coś dosadzam. Po raz kolejny przekonuję się, że małe drobiazgi, racjonalizacje, patenty ułatwiające życie ogrodnika i oszczędzające czas są o wiele bardziej istotne niż sądzimy. Mądrym pomysłem było też nałożenie na krawędzie blachy osłonek, wykorzystałem tu silikonowe rurki, jakie kierowcy zakładają na krawędź drzwi w swoich autach, by przy ich otwieraniu nie obijać aut parkujących obok.

W dalszej części sezonu mam zamiar poeksperymentować ze ściółką z owczej wełny, podarowanej mi przez Asię. Dostałem też w pakiecie podkarpacką biedronkę! Mówiąc jednak serio, pogodowa klapa z opadami sprawiła, że eksperyment nie zaczął się od razu wiosną. Doszedłem do wniosku, że te mikroskopijne ilości opadów, jakie się w Ostoi zdarzają, powinny jednak trafiać na grządkę, a nie zatrzymywać się, na jednakże hydrofobowej wełnie. Woda z wełny w części spływa, chyba że jest całkowicie przemoczona. A na to jak na razie nie ma widoków. Wełna czeka więc na swoją kolej - gdy wszystkie rośliny ukorzenią się porządnie, przed nadejściem letnich upałów, wyściółkuję runem ze dwie grządki i zobaczymy jak się to sprawdzi.

Tymczasem, grządki produkują już niebywałą obfitość warzyw liściowych, nie do przejedzenia. Chyba nieco przesadziłem z nasadzeniami, trzeba było tego posadzić połowę. Z drugiej strony jednak, są i porażki. Największa to całkowite rozczarowanie nasionami z wymiany. Namówił mnie do niej pewien zagraniczny hodowca z kilkudziesięcioletnim stażem, z dalekiego kraju. Chciał, bym wypróbował jego nasiona, efekt pracy selekcyjnej. Ja również wysłałem mu swoje. O ile moje nasiona dały radę, to na tych jego zawiodłem się strasznie. Sto procent rzodkiewek od razu poszło w kwiat, podczas gdy moje dały piękny plon. Z fasoli wykiełkowała co trzecia, na szczęście, posiałem też swoje. Krzaki ogórków są jak na razie o połowę mniejsze od moich. Jak widać, wymiany nasion z innymi ogrodnikami, nawet tymi znanymi, to też jest loteria. 

Widomy znak nadchodzącego lata, szampan z kwiatów czarnego bzu został właśnie zabutelkowany, by być gotowy na świętowanie Letniego Przesilenia. Za chwilę korki zostaną zamknięte i przez następne dni wszyscy będą w duchu spekulować - wybuchnie, czy nie wybuchnie?  Te same półlitrowe butelki służą mi kilkanaście lat, nie wybuchła żadna. Nowe, litrowe, testowane w zeszłym roku, potrafiły wybuchnąć. Prosty sposób pozwala mi jednak spać spokojnie - butelki trzymam w wiadrze z pokrywką, jeśli mają chęć wybuchać, to wolna wola, szkód nie poczynią. Jeśli ktoś ma dużą lodówkę i sporo miejsca w niej, to chłód również pomaga - nigdy żadna butelka nie wybuchła mi w lodówce, a wypiliśmy tego przez lata setki i sporo też rozdaliśmy. A sam "szampan" - jak to szampan - im chłodniejszy, tym lepszy.

Loteria więc jak widać trwa - od sadzonek (zmarzną czy nie zmarzną) po szampana (wybuchnie czy nie) - w permakulturowym siedlisku nie ma nudy. Oby na naszej loterii życia, w naszych rodzinach, ogrodach, siedliskach padały tylko same, pozytywne wygrane.
Wszystkiego najlepszego z okazji nadchodzącego Letniego Przesilenia i pięknego lata!

czwartek, 19 marca 2026

Przegląd lutego i marca

Tegoroczny luty w Ostoi był bardzo zimowy, najbardziej zimowy od 13 lat. Temperatura na podwórku spadła do minus 27 stopni pewnej lutowej nocy, miałem więc pewne obawy co do zimowli moich pszczół. Gdy się jednak ociepliło, oczom naszym ukazał się taki widok:


  

Pszczoły przetrwały zimę dobrze i w ulach jest jeszcze dużo pokarmu. Teraz wszystko zależy od tego, jak zachowa się przyroda i jaka będzie pogoda w nadchodzącym sezonie. Ostatnie lata były ekstremalnie trudne dla pszczół - dwa główne pożytki były dla nich praktycznie niedostępne: robinia wymarzała, lipa wysychała. Jak będzie w tym roku, zobaczymy.

Staw zamarzł solidnie, jak to mówią, można by po nim jeździć czołgiem. Mnie to umożliwiło wygodne zajęcie się olchami, które uprawiam na brzegach stawu. Ponieważ rosną miejscami na dosyć stromych brzegach, dużo wygodniej jest pracować z lodowej tafli, która też ułatwia transport wszystkiego, co zostaje ścięte. Lód zwykle budzi obawy o dostępność tlenu dla ryb, które spędzają pod nim zimę, szczególnie gdy się słucha znajomych opowiadających o tym, jak im ryby w stawach sną z powodu przyduchy. W Ostoi ten temat, odpukać, do tej pory nie istniał, nigdy nie zdarzyło się, by zima rybom zaszkodziła. Jak to możliwe? Po pierwsze, staw jest zaprojektowany tak, by ryby miały rozległe, głębokie miejsce do zimowania, po drugie w stawie nie ma gatunków ryb o wysokich wymaganiach tlenowych, są tylko takie, które świetnie zimują w okolicznych starorzeczach. Mam więc nadzieję, że gdy zejdzie lód, nie zobaczę w stawie tego, co znajomi.

Moja olchowa uprawa nabrała uporządkowanego wyglądu po zimowych porządkach, olchy te uprawiane są "na słupki". Gdy osiągną odpowiednią grubość, zostaną ścięte tak, by mogły odrastać z karpy. Powstanie mini plantacja odroślowa - źródło rzeczonych słupków, palików, podpórek i tym podobnych elementów, potrzebnych w każdym siedlisku. Wszystkie ścięte gałązki stanowią ściółkę, pnie natomiast zmuszony jestem zabezpieczać siatką przed żarłocznością bobrów, które tej zimy są nadzwyczaj aktywne, ale na szczęście nie w moim stawie. "Zintegrowana strategia radzenia sobie z bobrami" przyniosła chyba efekt, bobry widząc, że niemal wszystko warte wysiłku zostało osiatkowane, przeniosły się ze swoją aktywnością tam, gdzie ich miejsce, czyli do nadrzecznego rezerwatu. W tych rzadkich chwilach, gdy jest czas na krótki spacer, odwiedzam je po sąsiedzku i podziwiam ich dzieła.





Wziąwszy pod uwagę, że całość materiały na tą tamę została przetransportowana z lasku odległego o dobre kilkaset metrów, jak tu nie podziwiać tych małych zakapiorów?

Marzec ociąga się w tym roku srodze, dopiero w drugiej połowie miesiąca zakwitły pierwsze krokusy. Nie ma na dzień dzisiejszy niemal wcale pokrzywy, a może to ja nie bardzo mam czas jej szukać. W każdym razie tam, gdzie być powinna na podwórku, pod ręką, jeszcze jej nie ma. Dziś wyszły z ziemi pierwsze zielone czubki liliowców, ale tylko w leśnym ogrodzie nad stawem. Zasadniczo, nie dość że jest nie za ciepło, to jeszcze jest koszmarnie sucho jak na marzec. W zasadzie w ogóle nie ma opadów, a oczywiście, po śniegu od dawna ani śladu...

Przez trzy kolejne tygodnie usiłowałem uprzątnąć kostki słomy, w których uprawiałem przez dwa lata warzywa. Niestety. były wciąż tak przymarznięte do ziemi, że nie sposób było oderwać je w całości. Dziś wreszcie się udało, aczkolwiek nadal w każdej z kostek, we wnętrzu, tkwi spora bryła lodu. Wszystkie kostki wyniosłem poza podwórko, by zużyć je tam jako ściółkę. W miejscu gdzie stały natomiast... ziemia zmieniła się diametralnie. No przesadzam nieco, tylko jej wierzchnia warstwa, ale za to jak! Z piaseczku jak na plaży na Helu, miejscami niemal w czarnoziem. Niestety, zwiedziały się o tym pobliskie drzewa i cały ten obszar jest dosłownie przerośnięty ich  korzeniami. Nie chcąc wojować z drzewami, kolejne kostki postawię na grubej warstwie kartonu, będzie to chronić kostki przed "inwazją drzew" przez jakieś trzy miesiące. Później, myślę że dadzą sobie radę z kartonem, wspomagane z góry przez warzywa rosnące na kostkach. Nie mam jednak za bardzo innego miejsca na tą uprawę, a nie chcę z niej rezygnować.

Jak co roku, ściółka ze starych kostek trafiła na Zapłotek, ale w tym roku także trafiła do Mai. Maja to była jedyna grządka, jedyne miejsce w siedlisku, które nie miało nazwy. Utworzyłem tą grządkę w kwietniu zeszłego roku, w lesie, w szczerym piachu. Zapomniałem nazwać. Grządka spisała się dobrze, dała ładny plon ziemniaków, pomidorów, cukinii. Zawiodła w kwestii kukurydzy, ale ta w sumie w zeszłym roku przez upały i suszę zawiodła niemal wszędzie. Dziś odświeżyłem grządkę po zeszłym sezonie i po zimie. Przykryłem ją cienko słomą, przeciągnąłem grabiami po ścieżce i to koniec porządków. Teraz, gdy tylko zakwitnie mniszek lekarski, posadzę tu ziemniaki. W końcu maja dodam inne warzywa. A co z tą Mają? Myśląc o nazwie, wpadł mi do głowy wers "Tą grządkę, którą tu widzicie, zowią Mają", no i przez moment był to tylko żart, ale teraz... niech już ta grządka nazywa się Maja.

Ostatnie poważne wczesnowiosenne zadanie, z którym się jeszcze nie uporałem, to napełnienie grządek Stalowej Ósemki. Ile bym do nich nie wsypał, wszystko mało. No cóż, widziały gały co brały, to jedno, ale drugie, to przykra prawda, że wszelkie podłoża nasypane i nieubite, niezwykle szybko osiadają. Oczywiście, w grządkach w obecnym stanie można by już sadzić, ale wolę napełnić je poprawnie teraz i mieć spokój przez cały sezon, niż interweniować w trakcie. Myślę, że grządki te z powodzeniem przyjęłyby jeszcze ze dwa metry sześcienne kompostu, ale dam im już tylko ostatnią dawkę, po 150 litrów na grządkę, czyli nieco ponad metr w sumie. Później trzeba się brać za montaż treliaży przy północnej ścianie każdej z grządek, to też będzie wymagało nieco czasu, bo swoim zwyczajem, będę chciał przetestować nowe, nieco inne niż poprzednio rozwiązanie, ale o tym już kiedy indziej.

poniedziałek, 22 grudnia 2025

Lekcje roku 2026

 

Aniśmy się obejrzeli, a minął kolejny rok i znowu pora podsumować minione 12 miesięcy. Najbardziej istotna obserwacja i lekcja jest taka, że klimat i pogoda oszalały, zimy w praktyce w Ostoi nie ma, a lato ustanowiło absolutny rekord termiczny (47,2 stopnia Celsiusza na termometrze zawieszonym po północnej stronie grządki podwyższonej). W połączeniu z rekordowo niskimi opadami oraz stale spadającym poziomem wód gruntowych, nie tylko nie rokuje to dobrze, ale wręcz wygląda to źle. W przyszłym roku dbanie o zmniejszenie parowania, a tym samym zapotrzebowania na wodę może okazać się kluczowe i nie wiem jak gdzie indziej, ale w mojej okolicy najprawdopodobniej błogosławić będziemy cień otaczających drzew, ciesząc się wręcz, że nasze grządki nie mają książkowych sześciu do ośmiu godzin słońca dziennie.

Druga niezwykle ważna lekcja jest tylko pośrednio z Ostoi. Uczy ona, że nie tylko pogoda się radykalizuje, radykalizują się też i ludzie. Czy to pokazując swoją "Klinikę Rozsad", czy nowe grządki, czy uprawę w kostkach słomy, czy cokolwiek w sumie, rok 2025 przyniósł wielką obfitość negatywnych komentarzy, najczęściej pozbawionych treści merytorycznej, ale wróżących mi nieurodzaj i klęskę. Na szczęście ani moje nasiona, ani sadzonki, ani pomidory, ani nawet buraki nie mają smartfonów i nie siedzą w Internecie po całych dniach, nie czytały więc tego wszystkiego, i w większości, na przekór pobożnym życzeniom, dały całkiem przyzwoite efekty. Zjawisko to jednak, najwyraźniej narastające, stawia pod znakiem zapytania sensowność dzielenia się tym co robię z tak szeroką i losową publicznością, trzeba będzie o tym pomyśleć serio w nadchodzącym roku.

Niezłą lekcję dały mi w 2025 ziemniaki uprawiane z nasion. Morał z tej lekcji jest taki, że aby natura działała, należy wyluzować i odpuścić. Gdybym bowiem moją małą armię ziemniaczanych maleństw niańczył, podlewał, pielęgnował i leczył, zapewne dochowałbym się dużej liczby krzaków, w większości ledwo żywych pod koniec sezonu, a zebrawszy z nich nasiona, w kolejnych latach musiałbym znowu niańczyć, podlewać, pielęgnować i leczyć. Tymczasem, natura sama odsiała słabe rozsady, następne odsiała słabe krzaki, w kolejnej rundzie wypadły te nieodporne na choroby, a na koniec te, które nie dały plonu, nie wytworzyły owoców i nasion. Jaka w tym była moja rola? Żadna, stałem sobie z boku i przyglądałem się temu. Na koniec, zebrałem nasiona z ocalałych roślin i mam nadzieję, że gdy wysieję je w nadchodzącym roku, ziemniaki będą jeszcze bardziej bezproblemowe, i bardziej plenne.

Doskonałą lekcją była w tym roku uprawa w wiadrach. Przeniosłem tu doświadczenia nabyte na warszawskim tarasie do realiów Ostoi. Nawet skrawek nigdy niewykorzystanego chodniczka z kostki Bauma może być miejscem takiej uprawy. Każde z wiaderek może zawierać inne nasadzenia, ba - nawet mini gildie, a dzięki podporom wszystko może rosnąć w pionie, często na znaczną wysokość. Wiadra wypełniłem nie do końca przerobionym kompostem i poza podlewaniem oraz wiązaniem do podpór nie zajmowałem się nimi zbytnio. Dochowałem się pięknych pomidorów, cukinii, słoneczników i małych dyń, jak i odrobiny fasoli. W przyszłym roku mam zamiar dodać kolejne wiadra w "strategicznych" punktach podwórka. Mają one tą zaletę, że na czas upałów łatwo je przenieść w cień, co może być niestety ważne i potrzebne. Poza tym, z biegiem lat zaczynam sobie cenić coraz mniejsze formy, łatwe w obsłudze i nie tak ciężkie, jak na przykład wielkie donice podsiąkowe. 

Idąc podobnym tropem, wymieniłem część grządek podwyższonych na wyższe i trwalsze, aby się w kolejnych latach nieco mniej narobić. Praca z tymi grządkami nauczyła mnie, że oszczędność pracy wynika nie tylko z tego, co się robi, ale również z tego, jaką się ma w tym wprawę i jak się pracę usystematyzuje. Czas wykonania ostatniej grządki był niemal o połowę krótszy niż pierwszej, a to dlatego, że nabrałem wprawy, nie musiałem się nad niczym namyślać, oraz dzięki temu, że podzieliłem proces budowy na jednakowe, powtarzalne fazy - najpierw skręcanie wszystkich boków, później montaż dwóch osobnych połówek grządki, a na koniec złączenie ich w całość. Taki "modus operandi" okazał się najbardziej efektywny i tylko dzięki temu że go wprowadziłem, dało mi się skończyć te prace w tym roku.

Ten rok jest pierwszym od lat, kiedy to na sosenkach przy wejściach na podwórko nie zawisły świąteczne bombki. Nie miałem po prostu czasu się tym zająć, spędzając w Ostoi maksimum 6-8 godzin w tygodniu. Gospodarowanie w tak krótkich ramach czasowych jest niewątpliwie wyzwaniem, lekcją tegoroczną, ostatnią już jest jednak to, że mimo wszystko da się coś tam zrealizować i w takich warunkach. Jeżeli miałbym sobie czegoś życzyć na rok przyszły, to tylko dwóch rzeczy - zdrowia i czasu, a o resztę zadbam sam.

Wszystkim, którzy czytają tego bloga życzę Szczodrych Godów, Wesołych Świąt i wszystkiego, co najlepsze w 2026.

sobota, 29 listopada 2025

Rzutem na taśmę

W tym roku Dzień Liścia, czyli doroczne sprzątanie liści z przed chatki "przebiegło w miłej atmosferze". Piękny, słoneczny dzionek sprawił, że liście były w miarę suche, a przez to lżejsze do noszenia. Jak zawsze zdecydowana większość liści trafiła na Zapłotek, gdzie spełniać się będą jako ściółka. Co mnie jednak zaniepokoiło, to fakt, że liści było dużo mniej niż zwykle, przeciętnie z trzech wielkich drzew przed domem zbierałem w poprzednich latach ponad 20 trzystulitrowych koszy, a w tym roku zaledwie piętnaście. Zapewne to efekt ekstremalnych upałów i suszy w tym roku, no i tego, że część liści właśnie w trakcie letnich upałów spadła. Ostatki liści, 16 małych koszyków 50-litrowych, przeznaczyłem na inny cel.  

Każdy dosłownie pobyt w Ostoi, poza Dniem Liścia, poświęciłem na zastąpienie drewnianych grządek Parszywej Dwunastki, nowymi grządkami Stalowej Ósemki. Wkręciłem 560 śrubek i ułożyłem 160 cegieł. Wyciąłem całą darń spomiędzy starych grządek i ułożyłem ją w nowych. Przerzuciłem całość starego podłoża w nowe obramowania. Na koniec, do każdej z ośmiu grządek wrzuciłem dwa kosze, łącznie 100 litrów liści, już dobrze mokrych, bo tuż po Dniu Liścia zaczęły się opady, można więc powiedzieć, że rzutem na taśmę posprzątałem podwórko. Grządki w tym stanie pozostaną do wiosny, no, może do końca zimy, kiedy to dopełnię je kompostem i wyściółkuję. Potrzeba będzie z półtora metra sześciennego kompostu, który w części jest, a w części się robi.

Ledwo wrzuciłem ostatni kosz liści, a spadło nieco śniegu, skutecznie uniemożliwiając mi pracę nad wyrównaniem ścieżek między grządkami i ich gruntownym wyściółkowaniem zrębkami. I ledwo wyjechałem, a śnieg się stopił w ciągu doby. No a ja, będę w stanie się tym zająć za tydzień, najwcześniej. Czy po raz kolejny, rzutem na taśmę, uda mi się skończyć to przed zimą? Czas pokaże. Równolegle, myślę już nad podporami, do zamontowania na każdej z grządek od północy, oraz nad nawadnianiem. Na pewno trzeba to będzie zrobić przed sadzeniem letnich warzyw, czy znowu rzutem na taśmę? Tak to już widać chyba jest, że nic nie można zrobić "jak ludzie", normalnie", "na luziku". Ech, życie...

Nie byłem w tym roku praktycznie na grzybach, co nie znaczy, że nie nazbierałem. Grzyby wyrosły sobie na podwórku i pewnego dnia ich ilość była taka, że wziąłem koszyk i je do niego powrzucałem, mimochodem, w trakcie innych prac. Nie zacząłem porządków w leśnym ogrodzie, nie wykopałem nawet jeszcze wszystkich ziemniaków, tak absorbujące było skręcanie, stawianie, napełnianie nowych grządek. Myślę jednak, że jest to dobra inwestycja i że lżej będzie mi ogrodniczyć, gdy już Stalowa Ósemka będzie gotowa. Muszę teraz znaleźć dobry moment, by wziąć się za kostki słomy - wywieźć stare na ściółkę, by zrobić miejsce dla nowych. 

Wszystko to sprawia, że pewne plany eksperymentalne nie doczekały się realizacji, jedną jednak rzecz postanowiłem zrobić obowiązkowo. Od lat toczą się nomen omen spory o to, czy zaraza ziemniaczana przeżywa na martwych szczątkach roślin, czy nie. Najnowsze badania dość jasno pokazują, jak przetrwać umie ona zimę. Najwięcej dowodów wskazuje na zainfekowany, wciąż żywy materiał ziemniaczany jako główne zimowe schronienie patogenu. Pozostawione w glebie bulwy, samosiejki pojawiające się wiosną, nasiona roślin psiankowatych czy pryzmy odpadów, które nigdy całkiem nie zamarzają, a zawierają powyższe - działają jak inkubatory. Gdy tylko zrobi się cieplej, patogen ponownie produkuje zarodniki (spory) i zaczyna nową falę infekcji. Martwe resztki roślinne są natomiast zwykle kiepskim schronieniem. Gdy zakażone łodygi i liście wyschną, delikatne zarodniki szybko tracą żywotność w prawdziwie zimowych warunkach. W chłodnym klimacie martwa masa roślinna rzadko przenosi infekcję na kolejny sezon — chyba że zima jest wyjątkowo łagodna i wilgotna.

Prawdziwy zwrot akcji pojawia się tam, gdzie występują oba typy kojarzeniowe Phytophthora infestans. W takich regionach patogen może tworzyć długowieczne oospory — grubościenne struktury przetrwalnikowe w glebie, zdolne do przeżycia wielu miesięcy. W kilku częściach Europy badacze obserwują wiosenne infekcje, które wyglądają na pochodzące właśnie z tych oospor, a nie z pozostawionych bulw. Oznacza to, że lokalnie zaraza ziemniaczana zaczyna przekształcać się z choroby „bulw i samosiejek” w chorobę „odglebową”. By przekonać się, jaką zdolność przeżycia ma "moja" zaraza, zebrałem odlotowy plon - całe wiadro resztek krzaków pomidorów, które przeszły za zielony most pod wpływem zarazy. Pomieszam je z ziemią, a wiosną w tym wiaderku posadzę pomidora. Stawiam hipotezę, że będzie miał się świetnie, że zaraza nie przezimuje na tych szczątkach. Czy ta hipoteza się potwierdzi? Dowiemy się w przyszłym sezonie.

Działania "pożarnicze", czyli zajmowanie się głownie tym, co "się pali", czyli jest pilne, sprawiają, że inne sprawy na tym cierpią. Nie zdążyłem rzutem na taśmę związać miskantów i mokry śnieg położył je na linię granicznego elektropastucha. Teraz nie tylko trudniej będzie miskanta zebrać, ale także wymienić trzeba będzie kilka słupków, pogrzebanych pod zaśnieżonymi trawami. Sytuacja ta sprawiła, że rozładował się też akumulator zasilający pastucha, na szczęście sarny, łosie czy dziki nie skorzystały z okazji. Jednej zresztą z ostatnich, bo jak widać, w granicy stoją już nowe słupki, na nowy płot sąsiada. Zamiast żurawi, jak bywało przez dekady, będą więc na łące za siatką pląsać człowieki. Pół biedy gdyby pląsały, zobaczymy, co nam zgotują. Póki co jednak, rzutem na taśmę, pora finalizować przygotowania do Piątej Edycji Kursu Projektowania Permakulturowego, niewykluczone, że w takiej formie ostatniej. Początek zapisów 15 grudnia, a więcej na ten temat dowiedzieć się można TUTAJ. Serdecznie zapraszam.

poniedziałek, 6 października 2025

Pa pa, Parszywa Dwunastko!

  

Parszywa Dwunastka, czyli zestaw 12 grządek wybudowanych wczesną wiosną 2019 z nadstawek paletowych był jednym z częściej wspominanych elementów Ostoi. Nic dziwnego, wszak grządki te sprawdziły się rewelacyjnie, dając w każdym sezonie setki kilogramów niezwykle zróżnicowanych plonów. Powierzchnia uprawy wynosząca zaledwie 12 metrów kwadratowych, plus ścieżki, była jednym z najbardziej wydajnych systemów, który wydajnością "z jednostki powierzchni" pokonać mogły jedynie uprawy w pojemnikach. Stosowany przez lata na grządkach Parszywej Dwunastki system "Grządki Stopy Kwadratowej", autorstwa Mela Bartholomew, polegający na uprawie każdego z warzyw w kwadracie 30 x 30 cm. pozwalał zmieścić na tych grządkach tak jakby 144 osobne uprawy, tworzące bujną, barwną i wydajną polikulturę.

Grządki tego typu jednakże, mają swoje potrzeby i wymagania, a także nieco wad. Nie bez znaczenia jest też ich lokalizacja, począwszy od typu gleby na jakiej stoją, poprzez nasłonecznienie, wilgotność, po otoczenie - na przykład obecność i bliskość drzew. Patrząc na nie pod kątem projektowania permakulturowego, można zaprojektować je tak, że będą idealne, "niezniszczalne", będą służyć i plonować długie lata, ale... nie zawsze to jest możliwe. I wtedy stajemy przed dylematem - nie robić takich grządek? Robić je, ze świadomością ich niedoskonałości? A może wszystko pod ich kątem przygotować tak, aby było blisko ideału? Na te trudne pytania każdy musi sobie odpowiadać sam, gdy projektuje i zakłada swój ogród, bo każda z tych opcji ma swe wady i zalety.

Grządki Parszywej Dwunastki nie były pierwszymi grządkami tego typu, jakie założyłem i wiele lat wcześniej pisałem już o takich grządkach. Gdy zakładałem pierwsze, zapłaciłem za nadstawki paletowe 12 złotych za sztukę, a dziś, ich ceny są astronomiczne. Mądry Polak po szkodzie, trzeba było tego nie opisywać, i nie propagować ;) Żartuję oczywiście, ale prawda jest taka, że nadstawki paletowe z czasem ulegają degradacji i trzeba je wymieniać. Obecne ceny czynią to absurdalnym. Ponadto, z wielkim zdziwieniem musiałem przyjąć do wiadomości fakt, że z każdym rokiem nie robię się coraz młodszy i że sił nie mam już tyle co w latach, gdy zakładałem pierwsze grządki Ostoi. Co ważne, w tamtych czasach, byłem w stanie poświęcić Ostoi minimum 2-3 dni w tygodniu, a przy spiętrzeniu prac zostać nawet na tydzień, podczas gdy w ostatnich latach jestem szczęśliwy, jeśli spędzę tu (no dobra, nie siedzę, pracuję) osiem godzin tygodniowo. A niestety - grządki podwyższone z nadstawek paletowych wymagają opieki, na którą czasowo mnie obecnie nie stać. Opieki wymaga też otoczenie grządek - ścieżki przez dwa lata nieodświeżane zamieniają się w dżunglę, a w podłoże grządek wdzierają się silnie korzenie okolicznych drzew, które bardzo porosły. 

Wszystko to, i szereg innych czynników, których nie mam możliwości tu opisać sprawiło, że postanowiłem pożegnać Parszywą Dwunastkę. Zdecydowałem się dokonać poważnej rewolucji i odsunąć ten ogródek od najbliższych drzew i krzewów o dodatkowy metr, co ma pozwolić mi ograniczyć wnikanie korzeni do grządek. Postanowiłem, że usunę całą nawierzchnię ścieżek do gołego, rodzimego piachu, jaki zastałem przybywając po raz pierwszy do Ostoi. Podjąłem decyzję, że spróbuję zrobić grządki takie, aby był cień szansy, że posłużą mi do końca moich orodniczych dni w tym miejscu, a jeśli nie, to przynajmniej wymiana obrzeży będzie lżejszą i mniej częstą pracą niż w przypadku nadstawek paletowych. Wymyśliłem, że wykorzystam luźno ułożoną cegłę rozbiórkową jako mikro fundament, na którym ustawię metalowe grządki z blachy falistej, kupione "z odrzutów" jako wybrakowane.

W pierwszym tygodniu października przystąpiłem do pracy. Procedura jest taka - zdejmuję stare nadstawki paletowe z grządki i jeśli są dobre, wykorzystam je w innych miejscach lub jako kompostowniki. Oczyszczam obrys grządki i fragmenty ścieżki do gołego piachu, układam luźno ceglany fundamencik. Na nim skręcam z blach nową grządkę. Na koniec, wszystko co usunąłem ze ścieżki trafia do wnętrza grządki, gdzie znajduje się oczywiście całe podłoże z grządki starej. Trafia tam również darń wycięta z obszaru, na który ogródek odsuwa się od drzew. Dodatkowo, korzystając z okazji, podwyższam grządki o dodatkowe 20 centymetrów, co być może pomoże mi w "walce" z korzeniami moich drzew, albo chociaż oszczędzi mi pracy.

Do grządek trafiają też wszystkie chwasty, stare ściółki, zrębki ze ścieżek, a i tak udaje mi się zapełnić tylko około połowy ich objętości. Materiał ten niech sobie osiada, a ja późną zimą, lub wczesną wiosną, lub kiedy tam będę miał czas, dopełnię grządki po brzegi nowym podłożem. Najprawdopodobniej będzie to ziemia i kompost, bez udziwnionych dodatków. Na razie jednak nie jest to istotne, teraz ważnym jest aby grządka po grządce, zamieniać stare na nowe, dbając dosłownie i w przenośni, o poziom. Zarówno bowiem grządki powinny go trzymać, jak i całe to dzieło chciałbym zrobić tak, aby warte było pracy, jaką w nie wkładam.

Nowe grządki mają tą samą szerokość, ale inną długość niż stare. Zamiast 120 centymetrów, są długie na 180. A ponieważ nie chcę większego ogródka, i powierzchnia grządek ma być taka sama jak była, 12 metrów kwadratowych, to poprzednich 12 grządek zastąpić musi osiem. Poznajcie więc Stalową Ósemkę - godnego następcę Parszywej Dwunastki. Oczywiście, oznacza to, że do każdej z nowych grządek trafi podłoże z półtorej grządki starej, co pracę komplikuje, ale tylko troszeczkę. Pierwsze koty za płoty - pierwsza grządka "pokazowa" stoi, teraz tylko trzeba znaleźć czas, aby przerobić kolejne. Nie wiem kiedy uda mi się to zrobić, mam jednak wielką nadzieję, że na sezon 2026 wszystko będzie gotowe. A czy to się sprawdzi? Mam nadzieję że tak. No i przede wszystkim - pomimo wszystkich przeciwności, Ostoja jest nadal siedliskiem doświadczalnym, moim prywatnym poligonem, nic mnie więc tak nie cieszy jak możliwość porównania tych nowych grządek ze starymi, które w innych rejonach Ostoi na razie pozostają bez zmian. Trzymajcie jednak kciuki, aby było dobrze.

poniedziałek, 21 kwietnia 2025

Marzec i kwiecień w telegraficznym skrócie

 

Zima, której w tym roku niemal nie było, skończyła się definitywnie w Ostoi w pierwszych dniach marca. Staw dosłownie eksplodował planktonem, chmury uwijających się oczlików widać było dosłownie wszędzie. 





W pierwszym tygodniu marca krokusy były już wszędzie, powychodziły nawet spod zeschłych liści w zacienionym leśnym ogrodzie.







Do Ostoi przyjechały nowe słomiane kostki, miałem nadzieję, że marcowe opady zmoczą mi kostki do cna, niestety - nadzieje okazują się płonne, przez marzec i kwiecień niemal nie padało, przyjdzie mi "ręcznie" nasycać kostki wodą w maju.








Nowa grządka uformowana na suchym piachu, wyściółkowana i lekko podlana, zapowiada się nieźle, ale ponieważ sprawdzą się na niej raczej tylko warzywa ciepłolubne, obsadzona zostanie dopiero w końcu maja, a może nawet w początku czerwca.






Na grządkach podwyższonych w najbardziej zacienionej części podwórka zieleni się siany rzutowo jesienią szpinak, wyszły też czosnki i dymka. O zgrozo, grządki są tak suche jak nigdy, wymagają okresowego podlania.






Wszędzie pełno klajtonii, która rozsiała się sama i w zimnych miesiącach roku szaleje. Jedno cięcie takiej kępy, i jest miseczka sałatki.







Ostatnia dekada marca, to czas pracowity. Trzeba na przykład posadzić kłącza jakonów,








skosić miskanty, i pozyskaną z nich ogromną ilością ściółki wyściółkować aleje w leśnym ogrodzie pod kartofle,








czy posadzić pierwszy groszek, wykorzystując drabinę do wyznaczenia obszarów wielkości "stopy kwadratowej".








Kwiecień to już kwitnące drzewka i krzewy owocowe,









pomaganie "nieogarniającym" nietoperzom,











coraz gęstsze i bardziej rozległe łany dzikiego jedzenia, z dominacją czosnku niedźwiedziego, pokrzywy, chrzanu, bluszczyka kurdybanku, krwawnika i szczególnie obficie i wcześnie w tym roku rosnącego chmielu.






Gdy zakwitł mniszek lekarski, przyszła pora na posadzenie ziemniaków i pierwszych sadzonek wysokiego groszku cukrowego. 








Dostałem polecaną od lat przez Charlesa Dowdinga wczesną odmianę ziemniaków - Charlotte - zobaczymy, czy sprawdzi się w Ostoi. Wraz z nią, jednego i tego samego dnia, posadziłem wszystkie swoje ziemniaki - i te wczesne, i te późne, i te białe, i fioletowe, oraz bulwy ziemniaków wyhodowanych z nasion w zeszłym roku. Kto przeżyje, to przeżyje, kto da plon, ten da, do czasu zbiorów ziemniaki mnie nie interesują.



Groszki z kolei, mieszanka nasion zebranych w zeszłym roku, wystrzeliły jak opętane, nie sposób było dłużej czekać z posadzeniem ich do gruntu. Jak zwykle, nie będę w stanie ich przykrywać gdy przyjdzie nocny mróz, a że przyjdzie jeszcze, to pewne jak amen w pacierzu. Ot, kolejny element naturalnej selekcji, zobaczymy, co z tego wyniknie.




W połowie kwietnia dni można było określić bez jakiejkolwiek przesady jako upalne. Wykorzystały to żmije, by uskuteczniać amory. Pewnego poranka co kilka kroków, i na podwórku, i w lesie, i nad stawem, pełzało, ganiało się, wygrzewało i kochało wszystko, co w zygzak. Myślę, że nornice mają przegwizdane, gdy owoce tych miłości podrosną. 




Tymczasem, świętując Wielkanoc, wszyscy czekamy na deszcz. No, może wszyscy poza żmijami... Wesołych Świąt :)