Pokazywanie postów oznaczonych etykietą upały. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą upały. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lipca 2026

Po żarze

 

Niespotykana fala upałów spadła na Polskę, nie omijając oczywiście Ostoi. Moje termometry odnotowały absolutny rekord - 40.4C w cieniu. Część upraw broniła się jak mogła - zwieszała smętnie liście, by ograniczyć parowanie. Szczególnie dynie i cukinie wyglądały fatalnie w lejącym się z nieba żarze. W miejscach najbardziej nasłonecznionych, suchych i eksploatowanych przez korzenie drzew uprawy się poddały i po prostu uschły. Zebrałem suszony groszek i bób, w kilku miejscach nie zbiorę fasolki szparagowej. Wiele roślin, szczególnie kapustnych, zareagowało na ten upał pójściem w kwiat, co też w zasadzie w większości wyłącza je z plonowania.

W okresie największych upałów Ostoja pozostawiona była samej sobie, na tydzień. Bez jakiegokolwiek podlewania. Podlana "na odchodne" w czwartek, opuszczona do kolejnego czwartku. W międzyczasie, padały te rekordy temperatur, notowane przez termometry. Pomimo, że jak już wspomniałem, straty wystąpiły, to zadziwiająco wiele ocalało. Powiedziałbym, że ponad 90%. Nie straciłem ani jednej rośliny ciepłolubnej - ani jednego pomidora, dyni czy cukinii. Odżywały one rychle gdy sięgnął ich cień. Zdumiewająco zareagował dziki ryż, rosnąć wyśmienicie, choć opadł mu znacząco poziom wody. Rzodkiewki wydały pyszne strąki, napiszę o tym zapewne w kolejnym wpisie, bo jest o czym pisać. Tam, gdzie panuje niemal absolutny cień (pozdrawiam specjalistów, którzy piszą, że warzyw nie można uprawiać w cieniu), przetrwały i groszki, i tyczne fasole. Co ciekawe, niezależnie od miejsca, świetnie się mają fasole karłowe, ziemniaki i kukurydza.

Na metalowych grządkach Stalowej Ósemki wszystko w opinii internautów miało się w upał usmażyć, tymczasem to właśnie tu kondycja roślin jest najlepsza. Myślę, że zawdzięczam to niezwykle gęstemu sadzeniu, dającemu cień oraz temu, że w tych grządkach jest najświeższa i najlepsza gleba w całej Ostoi. Poza sałatami, które po prostu się usmażyły, nie ma w praktyce na tych grządkach innych strat. W teorii, każda z grządek powinna dostać tygodniowo 40 litrów wody, a przy takich upałach pewnie jeszcze więcej, tymczasem ja podlewam każdą z nich 10 litrami wody raz na tydzień, a w te upały hojnie wylałem po 15 litrów na grządkę. Jak widać, a zdjęcie zrobione jest o poranku po najbardziej upalnych dniach, wystarczyło to, by wszystko przetrwało.

Największym zmartwieniem jest poziom wody w stawie, który sukcesywnie opada. Jest to spowodowane nie tylko pogodą i upałami, ale także tym, co dzieje się na sąsiednich działkach. Bezmyślne koszenie w upały, do gołej ziemi, kopanie niezacienionych stawów, wycinanie drzew i krzewów, wszystko to sprawia, że obniża się drastycznie poziom wód gruntowych, a parowanie zdecydowanie dominuje nad opadami. Sąsiedzi w klasyczny sposób zamieniają krajobraz w pustynię i trzeba się liczyć z tym, że z czasem osiągną sukces w swych działaniach. Jest to niezwykle przykre, ale cóż - żadna argumentacja nie wydaje się docierać do ludzi, nie nauczą się, dopóki się nie sparzą. Szkoda tylko, że wtedy będzie już dla drzew, krzewów i stawów za późno.

Poza tym, życie w siedlisku toczy się jak zwykle. Starą suszarkę do naczyń powiesiłem na tylnej ścianie szopy, by służyła jako półka.
Na półkę odkładam sznurki z kostek słomy, zużytych do ściółkowania. Znajomy odbiera te sznurki co jakiś czas, wykorzystuje do podwiązywania pomidorów w swojej szklarni. Przez jakiś czas z nich nie skorzysta, bo na półce gniazdo uwił kos, centralnie na sznurkach. Trzeba poczekać aż lokatorzy opuszczą gniazdo. 
Kiedy piszę te słowa, żar ustąpił, ale nie jest powiedziane, że nie wróci. Sądzę, że wracać będzie regularnie, silniej i na dłużej. Trzeba będzie się przyjrzeć wszystkiemu i zastanowić się poważnie, co jeszcze zacienić, lub co przenieść w cień. Rzadziej ale obficiej podlewać i grubiej ściółkować. Zbierać nasiona z tego, co przetrwało żar. Kto wie, może niedługo będziemy pisać o sobie "my, ogrodnicy klimatu gorącego i suchego"? Całe szczęście że nieco wiemy, jak sobie z tym radzić. Damy radę.

środa, 31 lipca 2024

Lipcowy spleen

 

Lipiec w Ostoi okazał się być miesiącem niezwykle trudnym, z uwagi z jednej strony na upały, z drugiej na wichury, z trzeciej na moją nieobecność, z czwartej na wciąż nieuruchomione podlewanie ... i tak mógłbym dalej trudności wyliczać, ale po co? Lepiej spojrzeć, co w lipcu się tak naprawdę w Ostoi działo. No cóż, działo się głównie samo, bo moja obecność ograniczona była do średnio ośmiu godzin w tygodniu, jednego tylko dnia. W efekcie cała Ostoja cierpiała na brak wody, raz w tygodniu podlewałem kluczowe grządki, o podlewaniu całości nie mogło być mowy. W efekcie wszystko w tym sezonie rośnie wolniej i słabiej, a nieco roślin po prostu uschło, co na tym etapie traktuję jako dopust Boży i element naturalnej selekcji. Jak to zwykłem mawiać - kto przeżyje, wolnym, będzie.

Na kostkach słomy cukinie i dynie wzrastały bardzo wolno, metoda ta zdecydowanie nie lubi ponad trzydziestostopniowych upałów bez cienia i regularnego podlewania. Niemniej jednak, z czasem pierwsze rośliny zaczęły plonować, a smak owoców jest taki jak zawsze. Mam pewne wątpliwości czy dynie zdążą urosnąć i dojrzeć do przymrozków, szczególnie, że obserwując pogodę spodziewam się zimnych anomalii już być może we wrześniu (obym się mylił). Pamiętać też trzeba, że wszystkie uprawy w Ostoi, nawet jeśli są podlewane, to ułamkiem tej ilości wody, jaka jest dla warzyw zalecana. Taka przykładowo cukinia powinna według książek dostawać 25 litrów wody na metr kwadratowy tygodniowo, i to w uprawie w gruncie, u mnie dostaje dwa litry, ale tygodniowo, i to rosnąc w słomie.

Uprawy w ogródku zwanym Zapłotkiem nie są natomiast podlewane nigdy, zdaję się tam na głęboką ściółkę i wodę pod nią zgromadzoną w cienkiej warstwie próchnicy, bo pod spodem przecież jest szczery piach. Paradoksalnie otaczające ze wszech stron Zapłotek sosny, znacząco go zacieniające stanowią w tym roku błogosławieństwo, zmniejszając parowanie i upał, ale mimo to, rośliny w godzinę po tym, jak uderzy w nie słońce wyglądają jak wymięte, zwisłe szmaty. Na szczęście, gdy słońce skryje się za drzewami, odżywają i podnoszą się, zobaczymy, czy wytrzymają sierpień, który w Ostoi jest zawsze najcieplejszy i najbardziej suchy, a w tym roku stawiam na to, że temperatura przebije sufit 40 stopni, jak zresztą już o tym kiedyś pisałem i jak zawsze, obym był złym prorokiem. Tak czy inaczej, Zapłotek na razie rokuje lepiej niż uprawa na kostkach słomy, a co dzieje się tuż obok?

Tuż obok, na ugorze, w szczerym piachu wśród sosen, rosną sobie pięknie nieliczne dynie i cukinie, a gdzieniegdzie i pomidor. Jak co roku, uprawa ta powstała poprzez zakopanie resztek kuchennych z wiaderka Bokashi w piasku i grubym wyściółkowaniu. Następnie, wetknąłem w piach kilka nasion dyni i cukinii, a później, poutykałem ostatki - rachityczne sadzonki pomidorów. Mak wyrósł sobie sam, anim go siał, ni sadził. Rośliny radzą sobie tu dobrze, za wyjątkiem kukurydzy, którą też wsiałem pod ściółkę, ale która jednak została w części wyrwana przez zwierzynę, a w części uschła. Trzech Sióstr więc tu nie będzie, tym bardziej że nie siałem tu fasoli.

Na grządkach Parszywej Dwunastki pojawiły się owoce miechunek oraz dużo zielonych pomidorów, choć oczywiście nie tyle, ile by być mogło, gdybym porządnie podlewał. Zebrałem większość wiosennych warzyw, czosnek i cebule już wyschły i poszły do spiżarni, sałaty i rzodkiewki się skończyły, a wsadzanie do ziemi nowych rozsad czy siew mijają się z celem, bo nic by z tego nie było bez podlewania. Na części grządek pną się więc jedynie po siatce pomidory, a reszta jest pusta, czekając aż się ochłodzi i pogoda pozwoli coś posadzić. Mam jak zawsze w odwodzie kilka rozsad, ale przetrzymam je raczej do drugiej dekady sierpnia zanim posadzę. Te pustki przyprawiają mnie czasami o ponury nastrój i chandrę, ale mówię sobie, że wyżej dupy nie podskoczysz - róbmy to, co się da i cieszmy się tym, co się udaje.

Udają się na przykład jakony, które od małego zacieniają swoją grządkę w całości, a nadto rosną na grządkach tak zwanej Plaży, zlokalizowanych tak, że słońce zagląda do nich na godzinę do dwóch dziennie. Zdjęcie pokazuje je w początku miesiąca, dziś są przeogromne. Cały czas plonują szczypiorki, są pierwsze cukinie i pomidory, są fasolki, maliny, jeżyny i różne różności w ilościach niehurtowych, ale w zupełności wystarczających na zaopatrzenie kuchni. Na bieżąco, w miarę potrzeb, podbieram ziemniaki, choć na wielkie ich plony w tym roku nie liczę, znowu przez upał i suszę. Dopisują ryby w stawie, a dzikiej zieleniny jest w leśnym ogrodzie tyle, że naprawdę nie pałam chęcią do siania sałat czy też jakichkolwiek innych zielsk, skoro równie dobre zielsko samo rośnie bez pracy. 

Wszystko dobrze idzie w workach uprawowych - pięknie rosną pomidory, ale też i pnąca cukinia zaczęła owocować. O ile (odpukać) nie przyjdzie zaraza, pomidorom planuję poświęcić osobny odcinek bloga, mając nadzieję, że będzie warto. Tymczasem, podlewam je tylko raz w tygodniu, usuwam podejrzane liście i czekam na ten jedyny w swoim rodzaju czas, gdy masowo zaczną dojrzewać. Pierwsze jaskółki już oczywiście są - zebrałem nasiona z kilku najwcześniejszych odmian, posmakowaliśmy nieco owoców, co dla mnie jest co roku przeżyciem, gdyż nie jem innych pomidorów niż swoje, stęskniłem się więc za nimi nieco przez parę miesięcy. Wiem jednak, że już za moment, powinno ich być tyle, że nie damy rady przejeść. Tak już jest w mieście, na warszawskim tarasie, gdzie wszystko dzieje się o 2-3 tygodnie szybciej niż w Ostoi i gdzie bez podlewania nie przetrwałoby nic, więc siłą rzeczy podlewam, a to skutkuje o niebo lepszymi i szybszymi plonami niż w wiejskim siedlisku, z jednostki powierzchni. Jak zawsze potwierdza się zasada, że im mniejszy areał upraw, tym plon z metra kwadratowego większy.

Lipiec jak zawsze zachwycił liliami i liliowcami na Grządce Gratisów, inne natomiast kwiatki strajkują i przeważnie żebrzą o wodę. W Ostoi i w całej okolicy zakwitły pierwsze nawłocie, czyli kurczę, "mimozami jesień się zaczyna", w lipcu, upalnym i wyjątkowo apatycznym w tym roku. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że fala sierpniowych upałów się przewali, że przyjdzie prawdziwa polska jesień, że nieco, a najlepiej sporo, popada. Jak będzie, to się oczywiście okaże, ale w sumie dobrze, że ten lipiec się kończy, żegnam go bez żalu. A już jutro, w pierwszym dniu sierpnia, będę podlewał i doglądał wszystkiego, mając nadzieję, że będzie lepiej.

niedziela, 3 czerwca 2018

Piec na upalne dni

 Fale upałów przetaczają się nad Ostoją, a deszcze omijają ją w miarę skutecznie. Gdy na dworze żar, najmilszym miejscem pracy okazuje się piwnica. Porządkuję więc w niej różniste różności w samo południe i czasami natrafiam na zdumiewające znaleziska. Jedno z nich to zeszłoroczne bulwy topinambura przechowywane w piasku. Zebrało im się na kiełkowanie, te z lewej musiały pokonać jedynie opór pokrywki, ale te z prawej podniosły ważące ponad 3 kilogramy wiaderko, dlatego takie sfatygowane ...

W starym drewnianym domu temperatury są znośne nawet i na parterze, biorę się więc w największy skwar za drobny lifting pieca. Praca z gliną w porze upału jest bardzo komfortowa, o ile tylko uzupełnia się wodę, bo bardzo szybko paruje. Piec z założenia miał plecami grzać łazienkę, a pusta przestrzeń (tak zwane hypocaustum) miała grawitacyjnie wymuszać przepływ powietrza. Niestety, czy to fuszerka, czy ruchy domu i pieca sprawiły, że na złączu wszystko pękało, piec dostał więc gustowny szlaczek z ceglanych płytek, pokrywający wszystkie pęknięcia. Ewidentną fuszerką był tynk na piecu, zdecydowałem się więc dać mu nowy. Przy okazji zniknęły wszystkie okopcenia powstałe przez trzy zimy użytkowania. Postanowiłem też wyssać z trzewi pieca wszystkie popioły, osady i śmieci, przemysłowym odkurzaczem. Okazało się, że wszystkiego nazbierała się niecała szklanka, czyli o ile piec z zewnątrz dalekim był od ideału, o tyle spala dobrze.

Szaleńcze plony sałaty zadają kłam teorii, że źle znosi ona upały. Znosi dobrze, ale gdy się ją posadzi w odpowiednim mikroklimacie. Ta grządeczka umieszczona została od północnej strony domu, bezpośredniego słońca ma może dziennie z godzinę. Przycupnęła sobie pod sosną, i plonuje nieprzerwanie od wielu tygodni. Stale obcinam zewnętrzne liście, a ze środków wyrastają nowe. Sałaty nie obumierają, nie kwitną, rosną sobie radośnie, a całkowity brak chwastów nie dziwi, bo przecież rosną tak gęsto, że nie ma dla nich wolnej niszy.

Gęstwina jest zresztą charakterystyczna dla Ostoi, choć zasadniczo całkowicie odmienna od jej pierwotnego stanu. Tam, gdzie wcześniej straszył piach z odrobiną porostów, doskonale sobie radzi polikultura bobowo-ziemniaczana. Jeśli porównacie ze zdjęciem w poprzednim wpisie, sami zobaczycie jak gwałtowny jest wzrost. Podobnie w ziemniaczanych wieżach, ta z glebą lokalną urosła już do połowy wysokości, a ta z kompostem jest niemal pełna i za chwilę zakończy się dokładanie. Na plony jednakże trzeba jeszcze będzie poczekać.

Tuż obok mała plantacja topinamburu nie tylko że zarosła przeznaczony sobie areał, to stara się skolonizować okolicę. Cieszy mnie to bardzo, bo wszystko, co wyrasta poza ustalone ramy, staje się źródłem ściółki. Z tej powierzchni dwóch metrów kwadratowych oczekuję plonu w ilości dwóch dużych wiader, plus materiału do ściółkowania i na kompost. Kolejna, większa plantacja topinambura założona na Zapłotku powoli pozwoli mi przenosić jego uprawę do stref dalej oddalonych od domu. Tu spełnił już on swoje zadanie, a jego stanowiska można już wykorzystać pod cenniejsze uprawy.

A w leśnym ogrodzie nastał czas zbiorów jagody kamczackiej, mojego ulubionego wiosennego owocu. Naładowane antyoksydantami jagody doskonale smakują i działają prozdrowotnie. W formie mlecznych koktaili doskonale się sprawdza w te upały, dzięki czemu nawet przy piecu da się wytrzymać.

środa, 2 sierpnia 2017

Fala upałów


Jak cały kraj, tak i Ostoja nie ustrzegła się fali upałów. O ile jednak gdzie indziej towarzyszą im niejednokrotnie gwałtowne burze i ulewy, o tyle w Ostoi, tradycyjnie już, sierpień oznacza pustynną niemal suszę. Najbardziej cierpią uprawy w kostkach słomy, wysychające najszybciej i one wymagają najwięcej podlewania. Najlepiej zdecydowanie znosi upały ta część Ostoi, gdzie w listopadzie założyłem nowe grządki i obsadziłem roślinnymi gildiami. Wszystko tu zieleni się ładnie pomimo upału. i choć drzewka wzrastają bardzo powoli, to teren ten zaczyna się zmieniać diametralnie na korzyść.

Grządki zaczynają wchodzić w fazę szczytu produkcji, dostarczając sporych ilości super zdrowych warzyw i owoców. Mam pełnię sezonu na pomidorki koktajlowe i ogórki, na większe pomidory trzeba będzie jeszcze kilka dni poczekać. Pomidory prosto z krzaka są tak gorące, że sok niemal parzy usta, ale ich smak i zapach wart jest ryzyka. Podrastają też dyniowate, pierwsze cukinie gotują się na parze dosłownie w kilka minut, tak są miękkie i delikatne. Lada moment zacznie się też czas fasoli, coraz więcej strączków wychyla się z zielonego gąszczu.

Większość roślin cały czas jeszcze kwitnie, ale upały sprawiają, że kwiaty schną, lub opadają zawiązki owoców. Druga połowa lata może nie być tak dobra, jak jego początek. Wszędzie za to tętni życie - głównie owadzie, bo tylko owady zdają się nie zwracać uwagi na upał. Ptaki są bardzo rzadko widoczne w środku dnia, zajęcy w ogóle ani śladu, wydaje się, że "wszystko" funkcjonuje do dwóch godzin po świcie, a następnie dopiero zaczyna harcować na dwie godziny przed zmierzchem. Tylko owady niezrażone upałem, są cały dzień aktywne, ale też i z większym zapałem piją ze specjalnego poidełka żwirowego jakie dla nich zrobiłem przy spirali ziołowej. Dzięki temu drobnemu dodatkowi mniej ich tonie w oczku wodnym przy próbie zaspokojenia pragnienia.

A gdy słońce chowa się za lasem i Ostoję z wolna zaczyna ogarniać mrok, ludzie, zwierzęta i rośliny przyjmują to z ulgą. Ptaki wznawiają swoje trele, zwiędłe pozornie liście roślin nabierają wigoru, a ludzie nadrabiają to, czego nie pozwolił im zrobić upał. Nocą, gdy niebo całe w gwiazdach, praca w Ostoi się jednak nie kończy. Z zakamarków dziennych ukryć wychodzą jej nocni mieszkańcy - nietoperze, lelki czy ropuchy. Te ostatnie upodobały sobie szczególnie kuwety z wodą, w których stoją rośliny uprawiane w workach. Jeżeli jeszcze przy kuwecie stoi lampka solarna wabiąca nocne owady, to możecie być pewni, że nocą napotkacie tam takiego właśnie rechoczącego pomocnika.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Na fali upałów


 O tym, że żar się z nieba lał, i nadal leje, nie trzeba nikogo chyba informować. Bardzo to trudny czas dla roślin wszelakich, a i dla zwierząt okolicznych nienajłatwiejszy. Rzeczka nasza ulubiona obniżyła poziom o ponad połowę, teraz naprawdę ciężko znaleźć dołek głęboki dość, aby w nim się dobrze wypluskać. Na szczęście po całym pracowitym dniu można się w rzeczce jeszcze położyć i dać opływać chłodniej wodzie ... ale ja nie o tym, a o moich donicach opisywanych tutaj. Otóż dla donic tych żar z niebios i susza okazały się zupełnie niestraszne.

Plony z pierwszej donicy zostały już zebrane, kolejne donice przygotowane i obsiane, a wszystko to przy "podlewaniu" raz na dwa tygodnie, w te upały. Wody na dnie donicy uzupełniać bowiem częściej nie trzeba, i podczas gdy inne "wynalazki" cierpią (ze szczególnym uwzględnieniem hugla, który w teorii powinien gwarantować uprawę bez podlewania), w donicach mych życie kwitnie. W niektórych przypadkach przez gęstwę roślin aż trudno dostrzec donicę. Testujemy więc sobie różne kompozycje roślinne, od fasolo-nasturcjo-jabłonki, przez marchewko-rzodkiewko-kapustę, po prostą monokulturę pomidorów. Jak do tej pory nie natrafiliśmy na coś, co by w tych donicach nie chciało rosnąć. Oczywiście, przez te upały sałaty od razu idą w kwiaty, a naszej posadzonej z nasionka jabłonki jeszcze nie widać w gęstwie fasoli, ale jest ona tam, i ma się dobrze.

Donica ma "pole uprawy" o wymiarach 40 x 70 cm, co daje 0.28 metra kwadratowego, areał upraw imponujący ;) Jednakże, dzisiejszy zbiór z jednej donicy, polegający na usunięciu połowy rzodkiewek i liści kapusty chińskiej pac-choy dał w efekcie (po oczyszczeniu) nieco ponad pół kilo żywności, co odpowiada wydajności ... 17 ton z hektara. A wszystko to w 21 dni od siewu. Oczywiście, nikt o zdrowych zmysłach nie obstawi stu hektarów pola takimi donicami, ale gdy się pomyśli, że nawet na najmniejszym balkonie w bloku zmieszczą się trzy lub cztery .. a na tarasach czy dachach tuziny ... Naprawdę, tak niewiele potrzeba aby cieszyć się zdrowymi warzywami własnego chowu.

W innych częściach Ostoi nie jest już tak kolorowo, upały jednak wywierają piętno na wszystkim, co żyje. Tak zwane Trzy Siostry, czyli wspólna uprawa dyni, kukurydzy i fasoli cierpią z powodu suszy i rosną powoli, cieszymy się jednak, że w ogóle rosną, w początku czerwca w tym miejscu był jeszcze pokryty kępową trawą piach. Jeśli plony w tym roku będą tu słabe, lub nawet żadne, to w przyszłym i tak będzie lepiej. Ale jeszcze nie składamy broni i nie poddajemy się, tu u nas wszystko jest około trzy tygodnie opóźnione, ale i z reguły dłużej zbieramy plony, tyle że później - ot, taka szkoła cierpliwości. Skoro już mowa o plonach, to smak ich jest nieporównywalny z tym, co oferują nam markety. Aby nie być gołosłownymi, zmierzyliśmy też zawartość składników odżywczych w naszych warzywach przy użyciu refraktometru i (co nie było niespodzianką), sok z naszych warzyw daje wynik dwu-trzykrotnie wyższy niż w przypadku analogicznych warzyw ze sklepu.

No ale nie samymi uprawami człowiek żyje. Niski stan wody w rzeczułce sprzyja eksploracji i czasami przynosi ciekawe znaleziska. W efekcie takich rzecznych wypraw na ścianie szopy pewnego dnia zagościł duży "krokodyl", po jakmś czasie dołączył do niego drugi, mniejszy, a następnie pojawiła się zadziwiająca deska - dziurawka. Czasami rzeczką spływają zadziwiająco wielkie pnie, które "nie miały prawa" do nas dotrzeć, a jednak, siła wody pcha je przez wszystkie meandry. O ile z reguły u nas one sięna dłużej nie zatrzymują, to przy tym niskim stanie wody, chętniej jakby robią sobie tu przystanek.

Gdy upał oszałamia, dobrze jest znaleźć sobie jakieś niezbyt męczące zajęcie. Można na przykład pogrzebać w stertach rupieci w piwnicy lub na strychu, w składziku lub w warsztacie i ze znalezionych tam "odprysków cywilizacji" spróbować coś wyczarować. Może niewysokich lotów to czary, ale wziąwszy poprawkę na upał, dźwięczą i błyszczą się pięknie - poruszane przez wiatr dzwoneczki z części komputerowych dysków twardych i sznurka. Można też suszyć zioła, te które jeszcze nie ucierpiały przez suszę, czyli u nas w Ostoi to lawenda, rozmaryn i szałwia, ze spirali ziołowej. Powoli zbliża się też pora piołunu, który teraz właśnie zbiera się, aby zakwitnąć. Smutkiem napawa jednak widok brzóz, na potęgę gubią żółknące liście, podobnie zresztą jak i lipy, zaczyna się robić nostalgicznie jesiennie.

Podwórkowy rezydent - zając młody tegoroczny, z upału pomieszania zmysłów chyba dostał, bo rezydować potrafi w kamiennym kręgu ogniska. Co go tam sprowadza, ciężko dociec, ale najwyraźniej sobie to miejsce upodobał. Mamy nadzieję, że niedługo urośnie wystarczająco, aby nie móc się przecisnąć między sztachetami i że jednak "wybierze wolność" w rodzinnym lesie. Z utęsknieniem czekamy ochłodzenia i deszczów, bo wszystko, co żyje w Ostoi wydaje się bardzo tego potrzebować.