poniedziałek, 21 września 2026

Nadchodzi jesień

Jesień nadchodzi nieubłaganie, piszę to na dwa dni przed jej kalendarzowym nadejściem. Powoli widać towarzyszące temu przemijanie, w którym w tym roku prym wiodą pomidory. Zdecydowana ich większość została niedawno w kolejnym rzucie zebrana, a na krzakach zostało już niewiele takich, które dobrze rokują. Część roślin nadal kwitnie, ale już nie będzie z tego plonu. Robi się chłodniej i teraz dopiero, trochę mokro, co niewątpliwie przełoży się na choroby grzybowe, z którymi nie ma już chyba sensu o tej porze roku wojować. Wyjedliśmy się pomidorów, jak to się mówi, za wszystkie czasy, dla mnie bardziej na przyszłe czasy, albowiem wraz z ostatnim zjedzonym własnym pomidorem kończy się dla mnie czas ich jedzenia. Nie jem innych pomidorów niż swoje. Oczywiście, są te w słoikach, jest własnej roboty passata i zupa pomidorowa, ale przecież to nie to samo, co świeży, prosto z krzaka owoc.

Teraz mogłoby się wydawać, że z pomidorami "pozamiatane", ale nic bardziej mylnego. Piętrzą się one wszędzie w domu - i te dojrzałe, i te, które jeszcze muszą dojrzeć. Rozpoczął się kolejny etap - selekcja i pobieranie nasion z najładniejszych, najbardziej plennych, najzdrowszych, najsmaczniejszych. Ileż pomidorów przy tym trzeba spróbować, ile potem zjeść! Nic dziwnego, że gdy zniknie ostatni, nie tęsknię za pomidorami do następnego sezonu. Rośnie za to liczna maleńkich torebeczek, a w każdej zapowiedź przyszłych roślin i plonów. Własne nasiona, ich zbiór a następnie wybór do siewu sprawiają, że całe to ogrodnictwo jest jeszcze bardziej pasjonujące. 

Widomym znakiem jesieni jest zakończenie uprawy ziemniaków w pojemnikach. Plony były dobre, ale ostatnia donica z rosnącymi w niej purpurowymi ziemniakami całkowicie mnie zaskoczyła. Wiedziałem, że można spodziewać się dobrego plonu, ale nie że aż takiego. To jest gigantyczna ilość ziemniaków jak na taką małą donicę. Nie ważyłem ich jeszcze, ale myślę, że jest tu ponad dwa kilo. Może więcej. Ta donica to efekt posadzenia dwóch sadzeniaków. Sadzeniaki te pochodzą od rośliny wyhodowanej z nasion. Czyli - w zeszłym roku wysiałem nasiona ziemniaka, zrobiłem rozsadę, posadziłem i krzak ten dał plon, który zachowałem. W tym roku posadziłem dwa z tych ziemniaków w donicy i oto efekt.
Krzaki w tej donicy nie zawiązały ani jednego owocu, w związku z tym nie dały nasion. Zachowam więc kilka sadzeniaków i posadzę w gruncie w przyszłym sezonie, zobaczymy czy uda się po raz kolejny uzyskać nasiona.

Natychmiast po "wykopkach" wsypałem podłoże po ziemniakach z powrotem do donic i posadziłem w nim przygotowane wcześniej sadzonki. U mnie każda nisza, jaka się zwalnia na grządce jest natychmiast zapełniana roślinami, które mają szansę dać plon lub chociaż stać się zielonym nawozem. W tym celu od bardzo wczesnej wiosny do późnej jesieni zawsze mam pod ręką nieco sadzonek, by każde miejsce, które się zwalnia, szybko obsadzić. Sadzonka skraca czas do uzyskania plonu, średnio o cztery tygodnie, co nie jest bez znaczenia gdy dni stają się coraz krótsze, a noce coraz chłodniejsze.
Takie postępowanie wpisuje się w główne przesłanie permakultury, którym jest zaspakajanie ludzkich potrzeb z jak najmniejszej powierzchni upraw. "Minimum Nakładów, Maksimum Efektów" - ta zasada jest jedną z kluczowych. Nie sztuką jest bowiem wyżywić się z "hektarów", sztuką jest uzyskiwać relatywnie duże plony nawet z najmniejszych upraw.

Dlatego, gdy zwalniają się nisze nawet w donicach, natychmiast są obsadzane. Gdy kończy żywot mikropomidor w dwulitrowej doniczce, zastępuje go sadzonka szpinaku - jest szansa, że da nieco świeżych listków do zimy, a może i wczesną wiosną. A gdy zwalniają się trzydziestolitrowe donice po ziemniakach, to obsadzam je gęsto sadzonkami, by zbierać z nich tak zwane "baby leaves", czyli małe listki, już za 2-3 tygodnie. Kilka odmian szpinaku, dwie odmiany cykorii liściowej, no i mieszanka włoska, czyli misticanza to tylko niektóre możliwe warzywa liściowe, jakie teraz jeszcze warto posadzić. Gdzie indziej posadzę jeszcze rozsadę szczypiorku sałatkowego, pac-choi i musztardowce.  

Obecność tych roślin to nie tylko potencjalny plon - to również obecność żywych korzeni w glebie, która przekłada się na ciągłą aktywność mikroorganizmów glebowych. To sprawia, że gleba jest "bardziej żywa", a przez to zdrowsza i bardziej żyzna. Nic tak nie cieszy permakulturowego ogrodnika jak sytuacja, gdy patrząc na swoje uprawy nie widzi gleby, a tylko nieprzerwaną okrywę roślin. Nawet, jeśli rosną w doniczkach. No i plon, nie ukrywam, też cieszy. Tam, gdzie po wczesnych ziemniakach posadziłem jakiś czas temu sałaty, liście już zbieramy. Wczoraj podaliśmy je gościom i komentarz "o, ta sałata ma fajny smak, ma w ogóle jakiś smak!" wynagrodził trudy z tym wszystkim związane.

W najdzikszej części siedliska odkryłem piękne stanowisko boczniaków, kolonizujących stare drzewo. Żyje ono, ale jego żywot chyli się ku końcowi - u podstawy rośnie krąg opieniek miodowych, a boczniaki piętrzą się po północnej stronie pnia na wysokości od niemal dwóch, do czterech metrów. Kolejne zbiory z drabiny się zapowiadają, bo z kolej przydomowe fasole, jak co roku sięgnęły dachu. Uciekły grabarzowi spod łopaty, po w trakcie tegorocznych upałów wyglądało na to, że nic z nich nie będzie. Już jednak zebrałem sporo, a jeszcze cała masa strąków dojrzewa sobie na roślinach. Identycznie ma się sprawa z moimi ulubionymi fasolami karłowymi, które odżywają właśnie dopiero we wrześniu i już widać, że będzie z nich ładny plon. Częściowo są już zresztą zbierane. Nie za dobrze wygląda natomiast kukurydza, no ale może zbiorę nieco więcej niż wysiałem.

Cukinie nadal przyprawiają o zawrót głowy, a przecież o mało nie spłonęły w żarze w początku lata. Wciąż kwitną, wciąż rosną, wciąż zawiązują owoce, ale wszystko mi mówi, że koniec jest bliski. Dlatego pozostawiam po jednym owocu na najlepszych krzakach i nie zbiorę ich tak długo, jak się da. Niech mają czas zawiązać przyzwoite nasiona, te z tegorocznych cukinii naprawdę powinny być wysokiej jakości. Dynie z kolei zachowują się dziwnie - na grządkach Stalowej Ósemki biją rekordy, pną się po podporach wręcz szaleńczo, owoce mają ogromne, natomiast te w gruncie wytworzyły owoce średniej wielkości i już zaczynają zamierać. Myślę, że po deszczu i chłodzie jakie właśnie panują, pod koniec tego tygodnia, trzeba będzie część dyń zebrać.

Za każdym razem, gdy otwieram teraz okiennicę, znajduję co najmniej jednego nietoperza. Uparły się tu mieszkać, choć kilka metrów dalej mają do dyspozycji powieszony dla nich domek. Ba, dwa domki do wyboru, po dwóch stronach domu. Przenoszenie ich do domku sprawia, że pobędą w nim do wieczora, ale po nocnych łowach znowu wracają za okiennice. W Sorku nad stawem mieszka koziołek sarny, a na podwórkowej lipie i klonie ganiają się wiewiórki. Dzięcioł zapamiętale obrabia szyszki, które umieszcza w swojej "kuźni", na czubku piorunochronu. Lis ryje w ziemniakach za nornicami, a w kompostowniku powstaje małe miasteczko padalców. Auta zaparkowane na skraju lasu i smutne, przygarbione postacie szwędające się po moim lesie ze wzrokiem wbitym w ziemię ewidentnie wskazują, że jesień tuż, tuż.