sobota, 29 sierpnia 2026

Co słychać?

 

Co słychać? Takie zdawkowe pytanie, które rzuca i spotkana osoba, i wirtualny Facebook, czasami skłania do refleksji. Najpierw jednak, by tradycji stało się zadość, opowiem nieco o uprawach w Ostoi, bo to zwykle czytelników najwięcej interesuje. 
Sezon nie jest łatwy, ale ma swoje "gwiazdy". Należą do nich niewątpliwie niektóre ziemniaki uprawiane z nasion, szczególnie te purpurowe, które "jakbym się nie starał", nie chorują. To kolejny już rok, w którym bez żadnych starań jestem w stanie wybrać do dalszej hodowli krzewy absolutnie zdrowe, pogoda jednak sprawiła, że być może w ogóle nie uzyskam z nich nasion i będę zmuszony skorzystać z tradycyjnych sadzeniaków. Ekstremalne upały i susza sprawiły, że ziemniaki straciły kwiaty i raczej już tego nie odrobią, choć być może będą jeszcze próbować.

Na nowych grządkach Stalowej Ósemki zgodnie z przewidywaniami wszystko rośnie wspaniale, ale jedna uprawa wprawiła mnie po prostu w osłupienie - rzodkiewka na strączki wyrosła kolosalna, rośliny mają po półtora metra i każda wydaje dosłownie setki strączków. Już szczerze mówiąc przejadły mi się one, już je kiszę i kombinuję, jak wykorzystać, a one dalej rosną i stale ich przybywa. Oczywiście, znaczną część pozostawię na nasiona i zrobię sobie mentalną notatkę - nigdy, ale to nigdy więcej nie sadzić tej rzodkiewki na grządkach podwyższonych. Zamiast tego, sprawdzić, czy da sobie radę w ogródku upraw głównych, wśród cukinii i kukurydzy.

Posadzony w "chińskich wazach" dziki ryż to kolejny sukces tego sezonu, pięknie wyrósł i zaczął kwitnąć, a teraz wydaje nasiona. Cel został osiągnięty - jestem w stanie pokazać, że roślina ta daje się uprawiać nawet w bardzo małych "akwenach". Część waz trafi na pewno na warszawski taras, gdzie będzie niezłą atrakcją. Przewiozę je jednak dopiero zimą, po ścięciu roślin. 
O ile jednak uprawa dzikiego ryżu w pojemnikach nie sprawia mi już żadnych problemów, o tyle wciąć nie chce on porządnie rosnąć w stawie, choć radzi sobie w przydomowym oczku wodnym. Podejrzewam, że to kwestia odczynu wody, bardzo bogatej w leśne garbniki. Jeśli znajdę na to czas, przyłożę się lepiej do ryżu w stawie w przyszłym sezonie, tym razem jednak nie siejąc nasion, a przesadzając sadzonki ryżu do stawu właśnie z chińskich waz. A do nich, jak poprzednio, wrzucę kilka nasion, i za rok będę miał kolejne sadzonki. Ryżowe perpetuum-mobile normalnie! :P 
 
Przepięknie udały się w tym roku ziemniaki w donicach szkółkarskich, uprawiałem w nich pięć odmian plus własne ziemniaki z nasion. Przeciętny plon z jednej donicy to 566 gram kartofli, co nie brzmi imponująco w tej formie, jednakże daje to ponad 40 ton z hektara, gdyby się znalazł jakiś wariat i obstawił hektar siedemdziesięcioma dwoma tysiącami takich donic, tyle bowiem na hektarze się zmieści. Uprawa ta pokazuje, że mała przestrzeń może mieć naprawdę duży potencjał produkcyjny, bo podwórko, dach, balkon czy taras to doskonałe miejsca na takie uprawy. Co więcej, gdybym miał opisać te ziemniaki jednym słowem, byłoby to:
nieskazitelne. Zdrowe, równe, bez śladów chorób, uszkodzeń czy deformacji. Na pewno uprawę w tej formie będę kontynuował.

W ogródku na ugorze, zwanym Maja, mam w tym roku wspaniałe cukinie oraz dobrze zapowiadające się dynie. Ziemniaki też dają radę, rosnąc w szczerym piachu, grubo wyściółkowanym. Pojawił się nowy problem - pies, lis, borsuk czy inny zwierz, kopiący głębokie doły w tym ogródku, będę musiał się tym zająć w jakiś sposób, by w przyszłym sezonie nie miało to już miejsca. Jak zawsze, wzdragam się przed ogradzaniem czegokolwiek, ale tu stawką jest naprawdę fajny plon, więc skonstruuję coś, może z europalet tym razem? Pożyjemy, zobaczymy. Tymczasem, zainstaluję leśną fotopułapkę, by zidentyfikować intruza, bo zawsze warto wiedzieć, z kim ma się do czynienia.

Z kostek słomy i worków uprawowych na podwórku też płynie struga plonów, w zasadzie wszystkie uprawy z wyjątkiem fasoli tycznej i kukurydzy już teraz mogę uznać za udane. Rok jest wybitnie cukiniowy (trudno być może w to uwierzyć, ale nie każdy taki jest), pomidorom też nic nie można zarzucić, poza tym, że te na kostkach słomy źle znoszą tak wysokie temperatury, z jakimi mieliśmy w tym roku do czynienia. Czterdzieści jeden stopni w cieniu pozbawiło mnie niemal wszystkich pierwszych gron w uprawach na kostkach, podczas gdy te na grządkach podwyższonych i w workach uprawowych jakoś to zniosły. Podsumowując można powiedzieć, że po raz kolejny udało się uciec grabarzowi spod łopaty, mimo pogodowych horrorów, wstydu nie ma. 

Pora na zapowiedzianych kilka słów refleksji. Pamiętam pierwszą wizytę w Ostoi, kiedy jeszcze nawet przez myśl mi nie przechodziło, że będę miał z tym miejscem coś więcej wspólnego. Wody wylanej rzeki toczyły się po łąkach, starorzecza połączyły się z nurtem. W żółci kaczeńców pod stopami przepływały trące się szczupaki, a słychać było tylko wiejący doliną wiatr, krzyki czajek i rechot żab. Godzinami nie dochodził żaden dźwięk pochodzący z cywilizacji, a jeżeli już coś zmąciło tą ciszę, było to muczenie krowy domagającej się dojenia. Z rzadka, w porze sianokosów, odezwał się jakiś ciągnik, zaszczekał pies, zapiał kogut, ale z czasem to zanikło, i nastał okres przejściowy - kiedy już nie było starych gospodarzy, a nowi jeszcze nie zaczęli swoich porządków.

W okresie przejściowym bywało tak cicho, że człowiek słyszał krew płynącą w głowie. Cisza była przejmująca, a mąciły ją głównie żurawie i inne ptaki, chorały żab czy amory zwierzyny płowej. Nie trwało to jednak długo. Niedaleko powstała autostrada, zaczęła powstawać droga przez las, powyrastały budowy (przez ostatnich 10 lat trwające nieprzerwanie gdzieś w pobliżu, i końca nie widać), miejsca rozrywki, okoliczne festiwale, masowe wycinki lasów, tartaki, grille, quady i motocykle, dorośli nie umiejący mówić cicho i dzieci, które dają z siebie wszystko, bo przecież w domu słyszą "nie drzyj się, nie jesteś w lesie". Cisza w Ostoi stała się towarem deficytowym, tak rzadkim jak czarny bocian czy orlik nomen omen krzykliwy, który kiedyś gniazdował w moim lesie. Kiedyś. Kiedyś to były czasy, teraz to nie ma czasów.

Ostoja jest enklawą, gdzie naprawdę słychać, jak jedzenie rośnie ;) I widać. Niewiarygodnym jest, jak wiele można uzyskać zajmując tak niewiele pod grządki, kostki słomy i uprawy w pojemnikach. Do tego spiżarnię może uzupełniać i woda, i łąka, i las, jeśli tylko ktoś umie z nich skorzystać. A jednak, pomimo że to takie oczywiste, w najbliższym sąsiedztwie niemal nikt niczego nie uprawia, poza uparcie koszonymi trawnikami, które trudno nazwać uprawą tak czy inaczej. Wieś nie musi, wieś ma Dino. Takie czasy nastały tam, gdzie dawniej, jeszcze 50 lat temu, niemal w każdym obejściu był warzywnik, i koń, i krowa... no dobrze, nie było drogi na Ostrołękę ;)

W samym kącie działki, wciśnięty między las, staw, a miskantową granicę z sąsiadem, jest zakątek dzikiej łąki, gdzie dumnie się prężą wysokie na chłopa ostrożenie, osty, krwawnice i inne kwitnące rośliny - pożytki dla zapylaczy. Słychać tu wyraźnie buczenie owadów i jest to jedno z ostatnich miejsc w najbliższej okolicy, gdzie takiego buczenia można codziennie posłuchać. Sąsiednie łąki, wygolone do cna, ubożeją z każdym rokiem. Sądzę, że na przestrzeni dekady zamienią się w piaszczyste ugory. Wszystko wokół się zmienia, w większości dla mnie na niekorzyść, ale jak może być inaczej, gdy w powszechnej opinii właściwa troska o ziemię manifestuje się w postaci ogrodzonego siatką, przystrzyżonego na zapałkę klepiska. Ład i porządek, a nie jakieś tam eko-sreko. Znowu słychać piłę łańcuchową - po ciszy i spokoju pozostały wspomnienia, dobrze, że choć one są.