Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nawadnianie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nawadnianie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Szok i niedowierzanie

 Po dniach w podróży przeplatanych dniami w mieście, Ostoja doczekała się wreszcie swojej kolejki. Wpadłem na trzydniówkę. Nie sam, z ponad półtorej setki drzewek i krzewów motylkowych, oraz innych wiążących azot z powietrza. Karagana syberyjska, moszenki południowe, oliwnik, rokitnik i robinia, wszystko czekające, by pójść do piachu. Dosłownie, nie w przenośni. Jesień, zima i wiosna do tej pory są nadzwyczaj suche, to i piaski Ostoi przypominają więc nieco piaski pustyni. Nowe nasadzenia będą musiały mocno się starać, aby przeżyć, pomimo mojej doraźnej pomocy. Jeżeli nic się nie zmieni, jeśli nie zacznie solidnie padać, zapowiada się bardzo trudny hydrologicznie rok.

Kontynuuję próby obsadzenia roślinnością suchej, erodującej, południowej skarpy, gdzie jak w piosence Bajmu, "tylko piach, suchy piach". Tym razem chcę spróbować techniki "rybiej łuski", która pozwala gromadzić wodę gdy pada, na okres suszy. Woda spływająca ze stoku ma się zatrzymać w piaszczystym półksiężycu, wsiąknąć w wał i być dostępną dla korzeni, gdy wokół wszystko wyschnie. Pora na praktyczne zastosowanie technik pustynnych chyba właśnie nadeszła. Jeżeli w kwietniu gleba jest sucha na głębokość szpadla, to wiedz, że coś jest nie tak.

Dziesięć litrów wody wlane do półksiężyca znika w przeciągu minuty. Równie dobrze można by gospodarować na plaży na Helu. Czy to jednak powód, aby się poddać? Raczej nie, jeśli mnie się tu uda, uda się każdemu. Według długoterminowych prognoz pogody najbliższy skromny deszcz ma spaść za tydzień. Opady na poziomie 0.1 mm nie są w stanie nawet wsiąknąć w hydrofobowy (nieprzepuszczający wody) piasek. Dzięki półksiężycom spływająca po skarpie woda ma szanse zatrzymać się i wsiąknąć. Z utęsknieniem czekać będę na deszcz, aby zobaczyć to w praktyce.

Rokitnik już w piachu. Zeszłoroczne liście jako magazyn organicznej materii na dno dołka, na to dwie warstwy kartonu, sporo wody, ale tylko teraz, przy sadzeniu. Na to warstwa zrębek do wewnątrz półksiężyca i stara słoma na zewnątrz. Kolejne rybie łuski będą wypełniać przestrzenie pomiędzy dziś zrobionymi, jeżeli padać będzie na tyle solidnie, że woda z półksiężyców zacznie się przelewać, zbierać ją będą położone niżej "wykopaliska".


Efekt końcowy jest fajny, ale czy zadziała? Przekonamy się za kilka miesięcy. Tymczasem, już następnego poranka przekonałem się, że włóczące się po okolicy wiejskie Burki rozgrzebały ściółkę słomianą znacząco. I co, walczyć z tym? Grodzić się? Siedzieć za drutami we własnoręcznie stworzonym więzieniu? Jeszcze spróbuję się przed tym bronić ... choć zwykle innym doradzam, aby od tego zaczynali ... No ale, nie każdy przecież graniczy z rezerwatem ... W nagrodę, trzy daniele weszły niemal na podwórko - małe, ale urocze stadko.

Zdecydowana większość roślin trafia na północną stronę Zapłotka, czyli ogródka poza podwórkiem. Chcę mieć tam pas chroniący od wiatrów, blokujący napór sosen i dodający żyzności. Plusem będą plony jadalnych owoców, na przykład z rokitników. Te, które sadziłem w poprzednich latach jeszcze nie owocują. Jeśli się jednak uwzględni, że uznawana powszechnie za gatunek inwazyjny czeremcha amerykańska zaowocowała w Ostoi w wieku 10+, nie należy tracić nadziei, ani spieszyć się tym bardziej. Sadzę gęsto, zdając sobie sprawę, że jeśli połowa się przyjmie, to będzie sukces. Powinienem to robić zeszłej jesieni, ale niestety tradycyjny okres sadzenia przeleciał mi koło nosa. Próbuję teraz, jak to się mówi "rzutem na taśmę", nadrobić. Półtora dnia pracy i wiadra puste, grzbiet i dłonie przypominają o swej obecności, ale za to do jesieni mam spokój z tego typu pracami.

Miałem się następnie zająć stolarką, ale brak wody w glebie zmienił moje plany. "Parszywa Dwunastka", czyli nowe grządki przeschły w czasie mojej nieobecności do szczętu. Ponieważ nieuchronnie zbliża się czas, kiedy trafią na nie rośliny, postanowiłem założyć nawadnianie. W Ostoi do tej pory testowałem taśmy, węże zraszające i linie kroplujące, teraz przyszła pora na kroplospływy. Pozwalają one podać wodę bardzo precyzyjnie, dokładnie w miejsce, w które chcemy, bez ograniczeń stałym dystansem między kroplownikami. Nieco ponad sto rurek, dziesiątki złączek i spędzony na słoneczku dzień zaowocował udaną próba - kroplospływy działają prawidłowo, a rośliny ocenią, czy im to odpowiada. Fajne jest to, że krople trafiają do ziemi tak głęboko, jak głęboko umieści się "lancę" kroplospływu, woda nie paruje więc tak szybko, gdyż trafia od razu kilka(naście) centymetrów wgłąb.

Rzutem na taśmę, sadzę kilka testowych roślin i sieję nieco nasion, aby sprawdzić, jak zachowują się grządki, zanim posadzę na nich rośliny ciepłolubne w drugiej połowie maja. Nie chce mi się wierzyć, jak szybko te grządki obeschły, z drugiej strony doskonale wiem, że wynoszenie grządek ma sens tylko tam, gdzie solidnie pada. Po dwóch suchych latach i trzecim roku zaczynającym się jak opowieść z cyklu "sorry, taki mamy klimat" zaczynam się skłaniać ku bardziej efektywnym strategiom użycia wody, ale spróbuję jeszcze powalczyć z tymi grządkami, wszak sezon na dobre się jeszcze nie zaczął i może wreszcie spadnie deszcz ...


Czy nie ma tu jednakże niekonsekwencji? Wszak jedną z podstawowych strategii oszczędzania wody jest zmniejszanie jej parowania poprzez ściółkowanie, a jak uważni czytelnicy wiedzą, w Ostoi wszystko też ściółką stoi? Szok i niedowierzanie - grządki łyse jak po depilacji. W tym szaleństwie jest jednak metoda - brak ściółki i wzruszony (nie pełen uczuć, ale przekopany) grunt to sygnał dla chwastów wszelkiej maści do kiełkowania (dlatego działkowicze walczą z chwastami latami). Chcę aby "wszystko" teraz właśnie wykiełkowało, aby usunąć niepożądane roślinki gdy są bardzo młode i świetnie widoczne. Ściółkowanie rozpocznę natychmiast po obsadzeniu grządek, w końcu maja tych grządek nie poznacie. Przy okazji, na tych grządkach idealnie widać, jak ze wszech stron atakuje las - co rano, na gładkim dywaniku kompostu na powierzchni grządki znajduję nasiona sosen, które wiatr raczył przynieść zza płotu. I jak pisał w powieści "Wielki las" nieodżałowany Zbigniew Nienacki, "Pojął Horst Sobota, że człowiek jest niczym wobec mocy leśnych i że on sam, choć jeszcze nie stracił domu - kiedyś przegra z lasem nieodwołalnie. Ponieważ człowiek żyje krótko, a las jest wieczny. ", tak i ja sądzę, że nie będzie nas, będzie las.


 Aby wnieść nutkę optymizmu do tego wpisu donoszę, że żonkile i szafirki nie zawiodły. Po przekwitłych już krokusach teraz one cieszą oko, rozrzucone po krawędziach ścieżek. Na spirali ziołowej widać rozmaryn i szałwię w dobrej kondycji, zima więc im nie zaszkodziła. Spirala coraz mocniej zarasta i znów mam dylemat, czy interweniować. Po ubiegłym "roku bluszczyka kurdybanka" nadszedł rok krwawnika, który usiłuje zdominować spiralę. Na pewno będę musiał wreszcie się wziąć za trawy, bo tych na spirali nie chcę, a ich przybywa.

Pod lipą, od północy, czyli w ciągłym cieniu, niebieszczą się dumnie syberyjskie cebulice, a towarzyszy im kokorycz, narcyzy i barwinki. Tulipany do zakwitnięcia potrzebują jeszcze nieco czasu, ale niedużo. Jest ładnie, ale nienachalnie ładnie. Taki to już urok nieposiadania rabat roślin ozdobnych, a raczej wplatania ich bezładnie w inne nasadzenia. Wszystkie wiklinowe płotki ozdabiające Ostoję uległy samoczynnej biodegradacji, czyli mówiąc po ludzku, rozpadły się. Gdybym miał wierzbę lub wiklinę, pokusiłbym się o zrobienie nowych, a tak mam dylemat - kupić nowe, czy nie? Wymiana płotków co 4 lata mi się nie uśmiecha, zastanowię się nad czymś trwalszym. Wszędzie, gdzie to możliwe staram się mieć "miękką krawędź", czyli granicę wyznaczoną przez rośliny (temu służą między innymi obwódki z żonkili", ale gdzieniegdzie element nieożywiony też cieszy oko.

Kilka dni temu w południowym krańcu Polski podziwiałem kwitnące dosłownie niemal wszystko. Dziś w Ostoi podziwiam pierwszą i jedyną śliwkę, która chwali się przed światem swymi delikatnymi płatkami. Jagody kamczackie oczywiście również kwitną - obficie, ale nie tak spektakularnie. One zawsze pierwsze zaczynają sezon i coraz lepiej owocują. Cieszy mnie bardzo obecność bardzo dużej liczby murarek, skaczących z kwiatka na kwiatek, jest też nieco trzmieli i pszczół miodnych. Żurawie drą dzioby zapamiętale, a wielkie gołębie grzywacze grzebią przy gnieździe wśród młodych sosen.  Pierwszy zaskroniec uciekł przed strumieniem wody z węża skierowanym pod kwitnące karagany. Pewnie nie pamięta, żeby ktoś go kiedyś oblał przed Lanym Poniedziałkiem, jak i ja nie pamiętam, żebym kiedykolwiek o tej porze roku musiał podlewać ogród.

poniedziałek, 18 marca 2019

Trudne wybory


Przyjechałem na trzy dni do Ostoi, mając w planach trzy prace do wykonania - dosadzenie czosnku niedźwiedziego, dokończenie grządek stopy kwadratowej (SFG) oraz wysianie wszystkiego, czego plonem jest liść i co się nadaje do siewu w marcu. Przyjechałem wczesnym rankiem i choć z pozoru wszystko wyglądało dobrze, zacząłem odczuwać jakiś podświadomy niepokój. Rozpaliłem w piecu, przebrałem się w ciuchy robocze, wyładowałem z auta wszystkie dobra przywiezione z miasta i postanowiłem udać się na obchód "Strefy 1", czyli podwórka.

Nie zaszedłem daleko - tuż obok szopy znalazłem solidną wyrwę w liniach obronnych Ostoi. Przęsło starego płotu runęło pod naporem wiatru, zapraszając do środka wszystkich leśnych mieszkańców. Zamiast więc sadzić czosnki, przystąpiłem do pracy przy płocie. Najpierw odzyskałem wszystkie stare sztachetki, udało mi się nie stracić ani jednej. Belki poziome były niemal całkowicie przegniłe, resztek użyłem jako "ściółki" pod drzewko owocowe. Dobre pół godziny zajęło mi "odgruzowanie" wiaty, gdzie w ciemnych czeluściach spoczywa zapas belek i sztachet. Gdyby go nie było, sytuacja byłaby nie do pozazdroszczenia.

Postanowiłem zrobić nowe przęsło z nowymi sztachetkami, aby w tym miejscu mieć spokój na dłużej. Trzy ulewy później, nowy płotek cieszył oko, wyraźnie odcinając się od dwóch sąsiadów, mniej lub bardziej bliskich zawalenia. Wzrósł natomiast zapas starych sztachet, które (odpukać) wykorzystam, gdy kolejny podobny przypadek zmusi mnie do zmiany planów. Zakończywszy pracę przy płocie, stwierdziłem, że niepokój zmalał, ale całkiem nie ustąpił. Silny wiatr przynosił odgłosy trzeszczenia, dochodzące z okolic lipy - weteranki.

O ratowaniu lipy pisałem wielokrotnie, niestety pisałem też o nieskuteczności tych działań, i wynikających z tego konsekwencjach. Zeszłoroczny upadek części drzewa wyczulił mnie na potencjalne konsekwencje upadku reszty na pobliskie obiekty na podwórku. Resztki potężnego, wypróchniałego pnia wydawały potępieńcze dźwięki gdy silny wiatr hulał w ogołoconej z liści i już  wielokrotnie przycinanej koronie drzewa. Jeżeli wiatr tak miota bezlistną koroną, co będzie, gdy pokryje się ona listowiem? Trudny wybór, ale telefon do arborysty był jedynym wyborem.
Wkrótce na drzewie pojawił się człowiek-mucha i z niezwykłą wprawą dokonał zabiegów chirurgicznych mających na celu przedłużyć żywot drzewa jeszcze choć o kilka lat. Nad każdym cięciem zastanawialiśmy się, dyskutując zawzięcie, ocierając się niemal o doktorat z fizyki z elementami materiałoznawstwa, starając się permakulturowo osiągnąć maksimum bezpieczeństwa przy minimum cięć.

W efekcie, po czwartej na przestrzeni ostatnich lat interwencji, lipa która w przeszłości jak u mistrza Jana z Czarnolasu "choć się najwysszej wzbije", górowała zdecydowanie nad sąsiednimi drzewami podwórka, stała się teraz smutnym karzełkiem, miejmy nadzieję, że nie reakcji. Myślę, że zabiegi jakich dokonaliśmy uchronią resztki pnia przed rozerwaniem, zacznie też teraz odbudowywać koronę. Póki co jednak, wzrok muszę trzymać nieco spuszczony, aby obrazy dokonanego po raz kolejny spustoszenia nie wpędziły mnie w jakiś nałóg groźniejszy niż ogrodnictwo. Pocieszeniem jest tylko to, że każda najmniejsza część ściętej lipy zostanie zagospodarowana - najcieńsze gałęzie zostaną zmielone na zrębki, grubsze nieco zużyte na kołki do ogrodowych obrzeży, najgrubsze (o ile znajdę na to czas) może posłużą do rękodzieła, a wszystko co zostanie i wyschnie porządnie, posłuży za opał, z którego popiół użyźni ogród.

Przy okazji, gdy zajmowałem się uprzątaniem pieńków, gałęzi i gałązeczek, segregując je na pryzmy według zastosowania, przypałętał się Gość. Wsadził głowę przez płot na podwórko, trudno więc go było zignorować. Gdy chytre oczka biegały na prawo i lewo, notując w umyśle wszystko i inwentaryzując niemal podwórko, umysł coś intensywnie przetwarzał, co owocowało rosnącą bruzdą dzielącą czoło w płaszczyźnie zbliżonej do południka. Od słowa do słowa, Gość wreszcie wyartykułował istotę dręczącej go kwestii - dlaczego i po co męczę się ja z tymi gałązkami, wszak nic to nie warte, nie opłaca się i najlepiej to wyp... do lasu. Chcąc szybko wrócić do pracy, stwierdziłem, że dyskusja o Zero Waste może się przeciągnąć, użyłem więc pierwszego argumentu jaki przyszedł mi na myśl ... że żona mi kazała. Gość spojrzał z ukosa, pokiwał głową, uśmiechnął się ze zrozumieniem, pożegnał miło i odszedł, zajrzeć za kolejne płoty na swej drodze do Canossy, która zapewne czekała na niego w domu.

Uporawszy się z niezaplanowanymi zadaniami, zacząłem sadzić czosnki, co pozwoliło mi podziwiać krokusy. Co roku dosadzam zwykle 50 cebulek, plus nieco żonkili i co się tam jeszcze pod rękę nawinie, dzięki czemu (i permakulturowej regule "Zaczynaj od rzeczy małych i powoli") z każdym rokiem wiosna wita mnie  "szlaczkami" kwiecia, z każdym rokiem rozciągającymi się dalej wzdłuż ścieżek. Wolę takie podejście niż jednorazowe posadzenie tysięcy i monotonię na następnych lat wiele.

W nowym ogródku stopy kwadratowej uzupełniłem wierzchnią warstwę o najlepszy posiadany kompost, bo jednak w świeżo założonych grządkach wszystko z czasem osiada. Pierwszy raz zaobserwowałem takie zjawisko, że podłoże osiadając unosi górną nadstawkę, przez co traci ona poziom. Pozostaje się z tym pogodzić i zadbać, aby podłoże było w miarę poziome. Myślę, że wraz z upływem czasu (po sezonie) wszystko się ułoży, i wtedy przyjdzie czas na korekty. Na razie należy przygotować wszystko do tegorocznych nasadzeń i postarać się, aby pierwszy sezon, ten najtrudniejszy, był udany. Potem już będzie z górki, jak sądzę.

Moja lista rzeczy do zrobienia w Ostoi od jakiegoś czasu stale się wydłuża, wybory stają się zatem coraz trudniejsze. Dobrą wskazówką są zawsze i niezmiennie zasady projektowania permakulturowego, w tym ta, która mówi, że jeśli nie wiesz od czego zacząć, zacznij od wody. Resztki pozostałego mi po walce z płotem, lipą i grządkami czasu poświęcam na wykorzystanie zeszłorocznego systemu nawodnienia do zmienionego w tym roku układu grządek. Okazuje się, że w części słomianokostkowego ogródka aż 75% zeszłorocznej instalacji pasuje jak ulał.  Dodam jeszcze jeden rządek taśmy kroplującej i ta część Ostoi będzie gotowa, aby czekać na maj.

"Rzutem na taśmę" zaglądam do przechowywanych w piwnicy ziemniaków Sarpo Mira. Okazuje się, że kiełkują na potęgę, pomimo że w piwnicy zimno jak w przysłowiowej psiarni (nota bene, co za głupie porównanie?!). Postanawiam więc zaryzykować, pomimo prognoz zapowiadających nocne mrozy na koniec marca), umieszczam po dwa ziemniaczki w wieżach ziemniaczanych, oraz kilka w ogrodzie upraw głównych, w Strefie 2, poza podwórkiem (tak zwany Zapłotek). Sukcesywnie, przy każdej wizycie w Ostoi, będę w różnych miejscach teraz sadził po kilka tych ziemniaków, eksperymentując i obserwując. Jak stali czytelnicy pamiętają, z sześciu otrzymanych sztuk w pierwszym roku udało mi się uzyskać niemal 60, a celem na ten rok jest pomnożyć tych 60 sztuk do sześciuset i osiągnąć ziemniaczaną samowystarczalność. Cel bardzo ambitny, wziąwszy pod uwagę, że wychodzimy ze strefy komfortu na podwórku, ale jak to mówią, kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, i nie je oczywiście własnych kartofelków.
Żywot permakulturowego ogrodnika w moim wykonaniu jako żywo przypomina rosyjską ruletkę, w której na szczęście amunicją są nasiona, bulwy, sadzonki i kłącza. Strach przed porażką jest zawsze paraliżujący, ale lepsze są trudne wybory niż bezczynność. Jak uczy nas statystyka, im więcej wiemy, tym mniej się mylimy, a nigdzie tak szybko nie nabiera się wiedzy i doświadczenia, jak we własnym ogrodzie, testując najbardziej szalone hipotezy. Choć ogrodnicze klęski nasze wiążą się z reguły ze śmiercią części naszych podopiecznych, czyli sadzonych roślin, pamiętajmy o tym, że trudne wybory jakich dokonujemy są niezwykle tożsame z procesami ewolucji, jakimi posługuje się natura. Tylko w taki sposób, balansując na granicy życia i śmierci, ryzyka i rozsądku, wykorzystujemy permakulturowy efekt krawędzi i możemy tworzyć ekosystemy zbliżone w swoim funkcjonowaniu do tych, jakie tworzy natura - bioróżnorodne, stabilne i darzące obfitymi plonami.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Na fali upałów


 O tym, że żar się z nieba lał, i nadal leje, nie trzeba nikogo chyba informować. Bardzo to trudny czas dla roślin wszelakich, a i dla zwierząt okolicznych nienajłatwiejszy. Rzeczka nasza ulubiona obniżyła poziom o ponad połowę, teraz naprawdę ciężko znaleźć dołek głęboki dość, aby w nim się dobrze wypluskać. Na szczęście po całym pracowitym dniu można się w rzeczce jeszcze położyć i dać opływać chłodniej wodzie ... ale ja nie o tym, a o moich donicach opisywanych tutaj. Otóż dla donic tych żar z niebios i susza okazały się zupełnie niestraszne.

Plony z pierwszej donicy zostały już zebrane, kolejne donice przygotowane i obsiane, a wszystko to przy "podlewaniu" raz na dwa tygodnie, w te upały. Wody na dnie donicy uzupełniać bowiem częściej nie trzeba, i podczas gdy inne "wynalazki" cierpią (ze szczególnym uwzględnieniem hugla, który w teorii powinien gwarantować uprawę bez podlewania), w donicach mych życie kwitnie. W niektórych przypadkach przez gęstwę roślin aż trudno dostrzec donicę. Testujemy więc sobie różne kompozycje roślinne, od fasolo-nasturcjo-jabłonki, przez marchewko-rzodkiewko-kapustę, po prostą monokulturę pomidorów. Jak do tej pory nie natrafiliśmy na coś, co by w tych donicach nie chciało rosnąć. Oczywiście, przez te upały sałaty od razu idą w kwiaty, a naszej posadzonej z nasionka jabłonki jeszcze nie widać w gęstwie fasoli, ale jest ona tam, i ma się dobrze.

Donica ma "pole uprawy" o wymiarach 40 x 70 cm, co daje 0.28 metra kwadratowego, areał upraw imponujący ;) Jednakże, dzisiejszy zbiór z jednej donicy, polegający na usunięciu połowy rzodkiewek i liści kapusty chińskiej pac-choy dał w efekcie (po oczyszczeniu) nieco ponad pół kilo żywności, co odpowiada wydajności ... 17 ton z hektara. A wszystko to w 21 dni od siewu. Oczywiście, nikt o zdrowych zmysłach nie obstawi stu hektarów pola takimi donicami, ale gdy się pomyśli, że nawet na najmniejszym balkonie w bloku zmieszczą się trzy lub cztery .. a na tarasach czy dachach tuziny ... Naprawdę, tak niewiele potrzeba aby cieszyć się zdrowymi warzywami własnego chowu.

W innych częściach Ostoi nie jest już tak kolorowo, upały jednak wywierają piętno na wszystkim, co żyje. Tak zwane Trzy Siostry, czyli wspólna uprawa dyni, kukurydzy i fasoli cierpią z powodu suszy i rosną powoli, cieszymy się jednak, że w ogóle rosną, w początku czerwca w tym miejscu był jeszcze pokryty kępową trawą piach. Jeśli plony w tym roku będą tu słabe, lub nawet żadne, to w przyszłym i tak będzie lepiej. Ale jeszcze nie składamy broni i nie poddajemy się, tu u nas wszystko jest około trzy tygodnie opóźnione, ale i z reguły dłużej zbieramy plony, tyle że później - ot, taka szkoła cierpliwości. Skoro już mowa o plonach, to smak ich jest nieporównywalny z tym, co oferują nam markety. Aby nie być gołosłownymi, zmierzyliśmy też zawartość składników odżywczych w naszych warzywach przy użyciu refraktometru i (co nie było niespodzianką), sok z naszych warzyw daje wynik dwu-trzykrotnie wyższy niż w przypadku analogicznych warzyw ze sklepu.

No ale nie samymi uprawami człowiek żyje. Niski stan wody w rzeczułce sprzyja eksploracji i czasami przynosi ciekawe znaleziska. W efekcie takich rzecznych wypraw na ścianie szopy pewnego dnia zagościł duży "krokodyl", po jakmś czasie dołączył do niego drugi, mniejszy, a następnie pojawiła się zadziwiająca deska - dziurawka. Czasami rzeczką spływają zadziwiająco wielkie pnie, które "nie miały prawa" do nas dotrzeć, a jednak, siła wody pcha je przez wszystkie meandry. O ile z reguły u nas one sięna dłużej nie zatrzymują, to przy tym niskim stanie wody, chętniej jakby robią sobie tu przystanek.

Gdy upał oszałamia, dobrze jest znaleźć sobie jakieś niezbyt męczące zajęcie. Można na przykład pogrzebać w stertach rupieci w piwnicy lub na strychu, w składziku lub w warsztacie i ze znalezionych tam "odprysków cywilizacji" spróbować coś wyczarować. Może niewysokich lotów to czary, ale wziąwszy poprawkę na upał, dźwięczą i błyszczą się pięknie - poruszane przez wiatr dzwoneczki z części komputerowych dysków twardych i sznurka. Można też suszyć zioła, te które jeszcze nie ucierpiały przez suszę, czyli u nas w Ostoi to lawenda, rozmaryn i szałwia, ze spirali ziołowej. Powoli zbliża się też pora piołunu, który teraz właśnie zbiera się, aby zakwitnąć. Smutkiem napawa jednak widok brzóz, na potęgę gubią żółknące liście, podobnie zresztą jak i lipy, zaczyna się robić nostalgicznie jesiennie.

Podwórkowy rezydent - zając młody tegoroczny, z upału pomieszania zmysłów chyba dostał, bo rezydować potrafi w kamiennym kręgu ogniska. Co go tam sprowadza, ciężko dociec, ale najwyraźniej sobie to miejsce upodobał. Mamy nadzieję, że niedługo urośnie wystarczająco, aby nie móc się przecisnąć między sztachetami i że jednak "wybierze wolność" w rodzinnym lesie. Z utęsknieniem czekamy ochłodzenia i deszczów, bo wszystko, co żyje w Ostoi wydaje się bardzo tego potrzebować.

środa, 28 sierpnia 2013

Sierpień się kończy


W Ostoi sierpniowe niebywałe upały, pod nieobecność gospodarza, poczyniły wiele szkód. Najwięcej ucierpiały wiosenne nasadzenia drzewek i krzewów, na grządkach podniesionych i w zrębce dużo więcej przetrwało - dzięki automatycznemu podlewaniu i ściółce.

Jak poprzednio, najlepiej plonują strączkowe, kolejne generacje groszków, fasoli i bobu dojrzewają do zbiorów, a zupa - krem z fasoli stała się (poniekąd z konieczności) przebojem kulinarnym tego lata.

Zebraliśmy pierwsze (i ostatnie w tym roku) własne ziemniaczki - pędy nadziemne niestety nie oparły się upałom i przedwcześnie zakończyły żywot. Ale i tak dobrze - za każdy zasadzony ziemniak otrzymaliśmy sześć.

Bardzo ładnie wyrosła marchewka i czarna rzepa - ta ostatnia nawet za dobrze - gdy wróciliśmy z długich wojaży, już kwitła a nawet miała gdzieniegdzie nasiona.

Kukurydza "dostała" kolb, ciekawe czy zdążą dojrzeć. Ładnie trzymają się topinambury, klęską natomiast zakończy się chyba uprawa dyń, kabaczków, cukinii i patisonów - kwitną na potęgę, ale zawiązki od razu odpadają i giną. Pomidory i ogórki mają rozmiary lilipucie, miło jednak, że uda się choć spróbować ich z własnej grządki.

Morał tego lata jest taki, że nie ma co liczyć na pełny sukces nie będąc na miejscu - przy temperaturach jakie w sierpniu panowały nie sposób na razie utrzymać wszystkich roslin przy życiu bez regularnego podlewania. Mam szczerą nadzieję, że w kolejnych latach dzięki zrębkom będzie lepiej.

A co w Ostoi i jej okolicy? Ano, na pograniczu zagajników pojawiły się pierwsze owoce tarniny, powoli też zaczyna dojrzewać czarny bez. Głogi w łąkach obsypane owocami, ale nie dojrzałymi jeszcze. Sezon jeżynowy w pełni, jest ich w tym roku wyjątkowo dużo. Dzikie grusze ulęgałki też uginają się pod ciężarem owoców, jednakże chyba nie zdatnych do niczego. Po raz pierwszy znalazłem na skraju lasu krzaczek pigwowca, nawet z owocem.

Powróciły bobry - naprawiły tamę i zaczęły ścinać sosny, co podobno świadczy o tym, że zima szykuje się długa i ciężka. Podobnie wróżą kwiatostany wrzosu - z ich mądrości wynika, że zima zacznie się lekko, ale potrwa długo i im dalej, tym będzie bardziej sroga. Dziki i sarny pokazują się ciągle na nadrzecznych łąkach, a zajęcy w tym roku jest naprawdę sporo - tegoroczne młodziaki jeszcze trzymają się razem, czasami udaje się zaobserwować grupę sześciu łobuzów gromadnie skubiących trawki na łące. A stara zajęczyca, która te młode wychowywała, wędruje teraz samotnie i często żeruje niemal pod samym płotem - nie boi się ludzi i daje do siebie podejść na trzy kroki. Oby tylko ta ufność nie stała sie przyczyną tragedii...

Żurawie nadal przechadzają się po łąkach, obecnie urządzają pobudki o 5:40. Ich donośne głosy słychać w promieniu kilometrów, a krzyczą tak blisko naszej sypialni, że przy odrobinie szczęścia można je fotografować z okna.

Za okiennicą zadomowił się nietoperz, niestety musieliśmy go poprosić aby znalazł sobie inną noclegownię. Do chaty zaczynają gromadnie ściągać myszy, w kompoście schadzki urządzają zaskrońce i choć zupełnie tego jeszcze nie widać w telewizyjnych prognozach pogody, przyroda chyba daje znaki, że wielkimi krokami nadciaga jesień ...