Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SFG. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SFG. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 czerwca 2019

Fanaberie

W trzy miesiące od rozpoczęcia prac, Parszywa Dwunastka (grupa 12 nowych grządek) zaczyna jakoś wyglądać i plonować całkiem nieźle. Grządki zasadniczo są rozplanowane w schemacie Ogrodu Stopy Kwadratowej (SFG), czyli każda grządka to 12 kwadratów. Razy 12 grządek, daje to 144 pola do popisu. Aby się w tym nie pogubić, część informacji notuję, a część umieszczam na grządkach - na nabitych na patyczek od szaszłyków korkach od wina. Grządki mają obecnie niemal pełną obsadę, co oznacza, że w zdecydowanej większości kwadratów coś rośnie, ale że większość roślin jest jeszcze maleńka, to przez grządki widać jeszcze las, ale za miesiąc to się zmieni.

Biedulki pomidory, marne jak nigdy, odrabiają straty. Przypomnę, że po raz pierwszy utrzymałem je na palecie od dnia siewu do dnia sadzenia, bez przesadzania do doniczek. Im bardziej wysublimowana odmiana, tym trudniej to zniosła. Różnice pomiędzy odmianami są gigantyczne, co jest doskonałą lekcją samą w sobie. Najpiękniejsze sadzonki są zdecydowanie z własnych nasion, i to nie jakiejś jednej, ale trzech odmian. Jak zwykle obiecuję sobie, że to koniec eksperymentów, że ograniczę się tylko do sprawdzonych odmian, a potem kończy się jak zwykle - kilkadziesiąt odmian samego pomidora, galimatias i masa pracy, ale ... och jak warto :) Mam nadzieję, że warto, bo pewności czy odżyją, czy zaplonują, jak będą smakować, nie ma. Ale to czyni tą zabawę jeszcze ciekawszą i bardziej pouczającą. Optymistyczny scenariusz przewiduje, że pomidory wespną się po zamontowanych na grządkach siatkach i "przesłonią las".  Czy tak będzie, przekonamy się wkrótce.

Przyglądając się praktycznej stronie plonowania na moich grządkach, zaczynam dzielić uprawiane na nich warzywa na "muszę je mieć" oraz "fanaberie". Te, które mieć muszę, plonują relatywnie szybko i pewnie, ewentualnie przez długi czas. Rzodkiewki plonujące w 3-4 tygodnie, rozmaite sałaty dające masę liści tygodniami, no i zapewne ziemniaki. Policzyłem, że jeśli co dwa tygodnie zasadzę sałatę tylko w dwóch kwadratach, po 4 nasiona w każdym, to przez cały sezon będę miał dosyć zieleniny dla całej familii z przyległościami. Na drugim biegunie, w kategorii fanaberii jest kalafior - nie dość, że zajmowałem się nim jeszcze na przedwiośniu, niańcząc go w mieszkaniu, to teraz zajmuje cały kwadrat i będzie zajmował jeszcze przez jakiś czas, a potem (o ile się uda) starczy być może na jeden posiłek. Rozsądek podpowiada mi, aby ograniczać uprawę fanaberii, no ale z drugiej strony ... gdybym obsadził 144 kwadraty sałatą, to pułk wojska by tego nie przejadł.

Godzę to jakoś, sadząc sałatę pod kapustami, rzodkiewki wzdłuż dymki, truskawki w czosnkach, nie bardzo przejmując się tak zwanym dobrym sąsiedztwem roślin, po prostu unikam bezsensownych zestawień. Sadzę oczywiście zbyt gęsto i zemści się to srodze na pewno prędzej czy później, nic na to jednak nie poradzę, jest to silniejsze ode mnie. Nie cierpię widoku gleby na której nic nie rośnie, a niecierpliwość nie pozwala mi czekać, aż rośliny się rozrosną. Fajne jest to, że wzrost większości z nich można ograniczać, podjadając po prostu. Jarmuż, kapusty niektóre, no i oczywiście sałaty znoszą to rewelacyjnie.

Mini ogrody leśne zarosły potężnie, wreszcie zaczyna być widać wyraźny postęp w regeneracji gleby Ostoi. Jeszcze około tygodnia cieszyć się będę widokiem pięknie kwitnących łubinów, ale nieubłaganie nadchodzi ta chwila, kiedy 90% tego co rośnie, pójdzie pod nóż. Gdy tylko przewali się fala upałów, i zaczną się zapowiedzi deszczów, muszę się brać za robotę, ciąć większość roślin wspierających i rzucać ścięty materiał po prostu na ziemię, metodą chop & drop. Zasilę w ten sposób drzewa i krzewy owocowe, których teraz niemal nie widać. Ogród leśny będzie przez jakiś czas wyglądał jak pobojowisko, ale jeśli trafię z pogodą, zdąży odrosnąć na tyle, aby zapewniać nieco cienia w sierpniowe upały.

W najciemniejszym kącie ogrodu znalazłem niespodziankę. Te iglaste maleństwa to tzw. cedry syberyjskie, a ściślej sosna syberyjska (Pinus sibirica Du Tour). Przez kilka lat nie urosły ani o centymetr. W czasie kilku dni mojej nieobecności nastąpił wysyp owocników pierścieniaka jadalnego, grzyba którego zaszczepiłem w ogrodzie leśnym. Owocniki niemal przysłoniły świerki. Ale spójrzcie - jakie jasnozielone młode świerkowe przyrosty! Przypadek? Nie sądzę .... Jako bonus, na śniadanie była jajecznica z grzybami.

Dokładnie po przekątnej podwórka, w bardzo suchej jego części, posadziłem lata temu kilka roślin, ale praktycznie żadna z nich nie dawała oznak życia. Pozostawiłem je więc samym sobie i oto nagle powitał mnie tam ciekawy kwiat - chyba zakwitł clematis. Nie wiem ile lat jeszcze upłynie zanim zagospodaruję chociaż całe podwórko, nie wspominając o terenie całej Ostoi. Chyba jest to zadanie nierealne. I dobrze, jak zawsze mówię, im większa część Ostoi pozostaje w gestii natury, tym lepiej. Nie zagarniam więcej, niż jestem w stanie w garści uPatrzymać. Skutkuje to obecnością dzikiej zwierzyny tuż za płotem. Ostatnio rozpędzony łoś "przestawił" słupek ogradzający Zapłotek, takie są realia życia na granicy anekumeny.

Końcówka trzydniowego pobytu w Ostoi upłynęła pod znakiem burz, z radością przyjmuję każdą deszczu kroplę. Nieco ponad cztery tony wody czekają zgromadzone w zbiornikach, rekordowo mało w porównaniu z poprzednimi latami. Po burzy wszystkie roślinki wyglądają niesamowicie świeżo, a sałata wprost z grządki smakuje wyśmienicie. Pora więc w ostatnich promieniach słońca rozdzielać plony na pudełka by podzielić się nadmiarem. Wszystko jedzie do miasta, gdzie rozejdzie się w mig. Choć w sumie bardziej mnie pasjonuje uprawa niż spożycie, to radość innych, którzy z plonów mej pracy korzystają, jest też moją radością.


niedziela, 24 marca 2019

Gospodarka, planowanie i Termos


W Ostoi nadeszła pora na wiosenne porządki. Zaczynam od zagospodarowania "ścinków" z lipy, których hałdy piętrzą się na podwórku. Najpierw układam w stos grube pieńki, pocięte na wymiar do pieca. Będą wstępnie obsychać na świeżym powietrzu, zanim trafią do drewutni, gdzie najzwyczajniej brakuje miejsca. Następnie szykuję swój mały rębak i biorę się za stertę najcieńszych gałązek. Mielę wszystko, co jestem w stanie umieścić w rębaku, czyli gałęzie o średnicy do około czterech centymetrów. Rębak tnie gałęzie na drobne zrębki, doskonałe do ściółkowania, szczególnie w donicach i uprawowych workach. Są one relatywnie bogate w azot i nie zdąży się w nich przed umieszczeniem w donicach zagnieździć żadna grzybnia, co tu akurat jest zaletą.

Uporawszy się wstępnie ze zrębkami, biorę się za średni kaliber - gałęzie za grube do zrębkowania, ale za małe, by nazwać je pniami. Tnę je na w miarę równe kawałki i buduję z nich osobną stertę. Pomyślę, jak je wykorzystać. Może użyję jako słupków do obwódek, może ułożę na płask na ścieżkach, może kilka przerobię na łyżki, a może jednak będzie z nich opał? Na razie mają po prostu zniknąć z podwórka, wożę więc je taczką i układam przy płocie od południa, niech tam sobie schną.


Wracając z pustą taczką zostaję niespodziewanie obdarowany - z największej na terenie Ostoi brzozy spada mi pod nogi gałąź z ogromną kulą jemioły. Kula wypełnia całą taczkę. Zastanawiam się, czy ją w ogóle taszczyć na podwórko, bo jagódki są jakieś takie przywiędłe, nie jestem pewien, czy jemioła nadaje się jeszcze na surowiec zielarski. Szukam gorączkowo w pamięci informacji o jemiole, z tego co z odmętów wspomnień udało mi się wyłowić wynika, że jemioła najlepsze właściwości ma świeża, oraz że nie bardzo mam jak ją przerobić na coś sensownego - intrakt czy maść. Ponieważ czas mnie goni, a pracy jeszcze wiele, zawieszam po prostu kulę jemioły pod sufitem w szopie, niech się pod nią na razie myszy całują.

Uporawszy się z gałęziami, wracam do zrębek. Napełniam nimi taczkę i wykonuję kursy do leśnego ogrodu. Postanowiłem bowiem bardzo cienką ich warstwą zasilić posadzone jesienią drzewka. Takie świeże zrębki mają kilkakrotnie więcej wartości odżywczych niż stare, a najbardziej się z nich ucieszą nie tyle drzewka, co grzybnia. I właśnie aby grzybnia w glebie miała co jeść, rozprowadzam nowe zrębki cieniutko na starych. Po wykonaniu tego zabiegu pozostaje mi nadal sterta zrębek wystarczająca do wyściółkowania wszystkich planowanych worków uprawowych i donic, choć być może te ostatnie jednak będę ściółkował słomą.

W przerwie na kawę zaczynam się zastanawiać nad tym, co uprawiać na nowych grządkach stopy kwadratowej, nazwanych przeze mnie "Parszywą Dwunastką" (od ich powierzchni - 12 metrów kwadratowych w sumie, oraz parszywej pogody przy jakiej powstawały). Siadam z kawką na przyzbie, z laptopem na kolanach i pracowicie "przestawiam klocki" w Garden Plannerze. Z wolna wyłaniać się zaczyna pozorny galimatias upraw, który jednak ma (nie tak głęboko zresztą) ukryty sens. Dobre sąsiedztwo roślin jest tu równie ważne jak preferencje kulinarne, oduczyłem się bowiem uprawiać to, czego po prostu nie jemy. Czas jest jednak chyba najważniejszym czynnikiem, staram się tak sadzenie i siewy zaplanować, abym dał radę przygotować rozsady, wysiać co trzeba wprost do gruntu, i jeszcze przy tym nie wyciągnąć kopyt jak koń po westernie. Plan jest na razie wstępny, bo przerwa na kawę krótka, ale daje już mi mniej więcej pojęcie ile, czego, gdzie i jak.

Gdy tak latam z taczką po Ostoi, na nowych kostkach słomy jeszcze niezasiedlonych oczywiście przez żadne rośliny, testuje się w słońcu moja najnowsza mini kuchnia solarna. Jest to konstrukcja banalnie prosta - szklany, wydłużony wkład do termosu, do którego wsuwa się rynienkę z produktami do gotowania, z tyłu otoczony cieniutką blachą odblaskową. Cała konstrukcja jest dosyć byle jaka i prymitywna, jednak moje wielkie zamiłowanie do gotowania na słońcu, o którym już tu niejednokrotnie pisałem, sprawia, że niecierpliwie czekam na wstępne wyniki testu.

Wstyd powiedzieć, ale premiera "Termosu" (nazwijmy sobie tak tą kuchnię roboczo) polega na ugotowaniu ... wody, bo szczerze mówiąc, nie mam głowy ani czasu aby bawić się w coś jeszcze. Poza tym, wypada konstrukcję solidnie wyparzyć i wypłukać, zanim umieści się w niej jedzenie. Pomimo dosyć silnego wiatru i nie najmocniejszego jednak marcowego słońca, po kilkunastu minutach, gdy ponownie zaglądam do kuchni, woda wrze. Wysuwam rynienkę i kieruję na nią wiązkę bezdotykowego termometru - blaszana powierzchnia nagrzała się do 120-130 stopni. Jest to wynik doskonały jak na początek, myślę, że z Termosu często będę korzystać do nieco bardziej wyrafinowanych zadań kulinarnych, a gdy tylko to uda mi się zrobić, to oczywiście zdam Wam tutaj niezwłocznie relację.

poniedziałek, 18 marca 2019

Trudne wybory


Przyjechałem na trzy dni do Ostoi, mając w planach trzy prace do wykonania - dosadzenie czosnku niedźwiedziego, dokończenie grządek stopy kwadratowej (SFG) oraz wysianie wszystkiego, czego plonem jest liść i co się nadaje do siewu w marcu. Przyjechałem wczesnym rankiem i choć z pozoru wszystko wyglądało dobrze, zacząłem odczuwać jakiś podświadomy niepokój. Rozpaliłem w piecu, przebrałem się w ciuchy robocze, wyładowałem z auta wszystkie dobra przywiezione z miasta i postanowiłem udać się na obchód "Strefy 1", czyli podwórka.

Nie zaszedłem daleko - tuż obok szopy znalazłem solidną wyrwę w liniach obronnych Ostoi. Przęsło starego płotu runęło pod naporem wiatru, zapraszając do środka wszystkich leśnych mieszkańców. Zamiast więc sadzić czosnki, przystąpiłem do pracy przy płocie. Najpierw odzyskałem wszystkie stare sztachetki, udało mi się nie stracić ani jednej. Belki poziome były niemal całkowicie przegniłe, resztek użyłem jako "ściółki" pod drzewko owocowe. Dobre pół godziny zajęło mi "odgruzowanie" wiaty, gdzie w ciemnych czeluściach spoczywa zapas belek i sztachet. Gdyby go nie było, sytuacja byłaby nie do pozazdroszczenia.

Postanowiłem zrobić nowe przęsło z nowymi sztachetkami, aby w tym miejscu mieć spokój na dłużej. Trzy ulewy później, nowy płotek cieszył oko, wyraźnie odcinając się od dwóch sąsiadów, mniej lub bardziej bliskich zawalenia. Wzrósł natomiast zapas starych sztachet, które (odpukać) wykorzystam, gdy kolejny podobny przypadek zmusi mnie do zmiany planów. Zakończywszy pracę przy płocie, stwierdziłem, że niepokój zmalał, ale całkiem nie ustąpił. Silny wiatr przynosił odgłosy trzeszczenia, dochodzące z okolic lipy - weteranki.

O ratowaniu lipy pisałem wielokrotnie, niestety pisałem też o nieskuteczności tych działań, i wynikających z tego konsekwencjach. Zeszłoroczny upadek części drzewa wyczulił mnie na potencjalne konsekwencje upadku reszty na pobliskie obiekty na podwórku. Resztki potężnego, wypróchniałego pnia wydawały potępieńcze dźwięki gdy silny wiatr hulał w ogołoconej z liści i już  wielokrotnie przycinanej koronie drzewa. Jeżeli wiatr tak miota bezlistną koroną, co będzie, gdy pokryje się ona listowiem? Trudny wybór, ale telefon do arborysty był jedynym wyborem.
Wkrótce na drzewie pojawił się człowiek-mucha i z niezwykłą wprawą dokonał zabiegów chirurgicznych mających na celu przedłużyć żywot drzewa jeszcze choć o kilka lat. Nad każdym cięciem zastanawialiśmy się, dyskutując zawzięcie, ocierając się niemal o doktorat z fizyki z elementami materiałoznawstwa, starając się permakulturowo osiągnąć maksimum bezpieczeństwa przy minimum cięć.

W efekcie, po czwartej na przestrzeni ostatnich lat interwencji, lipa która w przeszłości jak u mistrza Jana z Czarnolasu "choć się najwysszej wzbije", górowała zdecydowanie nad sąsiednimi drzewami podwórka, stała się teraz smutnym karzełkiem, miejmy nadzieję, że nie reakcji. Myślę, że zabiegi jakich dokonaliśmy uchronią resztki pnia przed rozerwaniem, zacznie też teraz odbudowywać koronę. Póki co jednak, wzrok muszę trzymać nieco spuszczony, aby obrazy dokonanego po raz kolejny spustoszenia nie wpędziły mnie w jakiś nałóg groźniejszy niż ogrodnictwo. Pocieszeniem jest tylko to, że każda najmniejsza część ściętej lipy zostanie zagospodarowana - najcieńsze gałęzie zostaną zmielone na zrębki, grubsze nieco zużyte na kołki do ogrodowych obrzeży, najgrubsze (o ile znajdę na to czas) może posłużą do rękodzieła, a wszystko co zostanie i wyschnie porządnie, posłuży za opał, z którego popiół użyźni ogród.

Przy okazji, gdy zajmowałem się uprzątaniem pieńków, gałęzi i gałązeczek, segregując je na pryzmy według zastosowania, przypałętał się Gość. Wsadził głowę przez płot na podwórko, trudno więc go było zignorować. Gdy chytre oczka biegały na prawo i lewo, notując w umyśle wszystko i inwentaryzując niemal podwórko, umysł coś intensywnie przetwarzał, co owocowało rosnącą bruzdą dzielącą czoło w płaszczyźnie zbliżonej do południka. Od słowa do słowa, Gość wreszcie wyartykułował istotę dręczącej go kwestii - dlaczego i po co męczę się ja z tymi gałązkami, wszak nic to nie warte, nie opłaca się i najlepiej to wyp... do lasu. Chcąc szybko wrócić do pracy, stwierdziłem, że dyskusja o Zero Waste może się przeciągnąć, użyłem więc pierwszego argumentu jaki przyszedł mi na myśl ... że żona mi kazała. Gość spojrzał z ukosa, pokiwał głową, uśmiechnął się ze zrozumieniem, pożegnał miło i odszedł, zajrzeć za kolejne płoty na swej drodze do Canossy, która zapewne czekała na niego w domu.

Uporawszy się z niezaplanowanymi zadaniami, zacząłem sadzić czosnki, co pozwoliło mi podziwiać krokusy. Co roku dosadzam zwykle 50 cebulek, plus nieco żonkili i co się tam jeszcze pod rękę nawinie, dzięki czemu (i permakulturowej regule "Zaczynaj od rzeczy małych i powoli") z każdym rokiem wiosna wita mnie  "szlaczkami" kwiecia, z każdym rokiem rozciągającymi się dalej wzdłuż ścieżek. Wolę takie podejście niż jednorazowe posadzenie tysięcy i monotonię na następnych lat wiele.

W nowym ogródku stopy kwadratowej uzupełniłem wierzchnią warstwę o najlepszy posiadany kompost, bo jednak w świeżo założonych grządkach wszystko z czasem osiada. Pierwszy raz zaobserwowałem takie zjawisko, że podłoże osiadając unosi górną nadstawkę, przez co traci ona poziom. Pozostaje się z tym pogodzić i zadbać, aby podłoże było w miarę poziome. Myślę, że wraz z upływem czasu (po sezonie) wszystko się ułoży, i wtedy przyjdzie czas na korekty. Na razie należy przygotować wszystko do tegorocznych nasadzeń i postarać się, aby pierwszy sezon, ten najtrudniejszy, był udany. Potem już będzie z górki, jak sądzę.

Moja lista rzeczy do zrobienia w Ostoi od jakiegoś czasu stale się wydłuża, wybory stają się zatem coraz trudniejsze. Dobrą wskazówką są zawsze i niezmiennie zasady projektowania permakulturowego, w tym ta, która mówi, że jeśli nie wiesz od czego zacząć, zacznij od wody. Resztki pozostałego mi po walce z płotem, lipą i grządkami czasu poświęcam na wykorzystanie zeszłorocznego systemu nawodnienia do zmienionego w tym roku układu grządek. Okazuje się, że w części słomianokostkowego ogródka aż 75% zeszłorocznej instalacji pasuje jak ulał.  Dodam jeszcze jeden rządek taśmy kroplującej i ta część Ostoi będzie gotowa, aby czekać na maj.

"Rzutem na taśmę" zaglądam do przechowywanych w piwnicy ziemniaków Sarpo Mira. Okazuje się, że kiełkują na potęgę, pomimo że w piwnicy zimno jak w przysłowiowej psiarni (nota bene, co za głupie porównanie?!). Postanawiam więc zaryzykować, pomimo prognoz zapowiadających nocne mrozy na koniec marca), umieszczam po dwa ziemniaczki w wieżach ziemniaczanych, oraz kilka w ogrodzie upraw głównych, w Strefie 2, poza podwórkiem (tak zwany Zapłotek). Sukcesywnie, przy każdej wizycie w Ostoi, będę w różnych miejscach teraz sadził po kilka tych ziemniaków, eksperymentując i obserwując. Jak stali czytelnicy pamiętają, z sześciu otrzymanych sztuk w pierwszym roku udało mi się uzyskać niemal 60, a celem na ten rok jest pomnożyć tych 60 sztuk do sześciuset i osiągnąć ziemniaczaną samowystarczalność. Cel bardzo ambitny, wziąwszy pod uwagę, że wychodzimy ze strefy komfortu na podwórku, ale jak to mówią, kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, i nie je oczywiście własnych kartofelków.
Żywot permakulturowego ogrodnika w moim wykonaniu jako żywo przypomina rosyjską ruletkę, w której na szczęście amunicją są nasiona, bulwy, sadzonki i kłącza. Strach przed porażką jest zawsze paraliżujący, ale lepsze są trudne wybory niż bezczynność. Jak uczy nas statystyka, im więcej wiemy, tym mniej się mylimy, a nigdzie tak szybko nie nabiera się wiedzy i doświadczenia, jak we własnym ogrodzie, testując najbardziej szalone hipotezy. Choć ogrodnicze klęski nasze wiążą się z reguły ze śmiercią części naszych podopiecznych, czyli sadzonych roślin, pamiętajmy o tym, że trudne wybory jakich dokonujemy są niezwykle tożsame z procesami ewolucji, jakimi posługuje się natura. Tylko w taki sposób, balansując na granicy życia i śmierci, ryzyka i rozsądku, wykorzystujemy permakulturowy efekt krawędzi i możemy tworzyć ekosystemy zbliżone w swoim funkcjonowaniu do tych, jakie tworzy natura - bioróżnorodne, stabilne i darzące obfitymi plonami.

sobota, 17 listopada 2018

Fotorelacja listopadowa

Aby tradycji stało się zadość, Ostoja i w listopadzie musi mieć swój choćby jeden wpis na blogu, choćby w formie krótkiej fotorelacji. Bez zwlekania więc - zaczynamy.

W pierwszej dekadzie listopada grządki Ostoi zielenią się głównie tam, gdzie posiałem nawóz zielony. Stara grządka całkowicie porośnięta koniczyną będzie tak trwać do wiosennego siewu.



Gdzieniegdzie wśród koniczyn kiełkują sałaty - samosiejki.









 Na tradycyjnych grządkach permakulturowych, pozostawionych samym sobie miesiąc temu, nadal rosną mizuny, mibuny i inne dalekowschodnie zieloności.
Pac-choi rośnie dziwnie, rozpłaszcza się po grządce, zapewne po to, aby łapać więcej ostatnich promieni Słońca.








Jarmuże i buraczki nadal w akcji, wyglądają dość malowniczo.









Podobnie opisywana wcześniej grządka stopy kwadratowej - cały czas plonuje. Ciekaw jestem, jak jarmuż zachowa się w zimie.








 Na nowych grządkach zielony nawóz dopiero niedawno zaczął wschodzić. Podoba mi się jak robi to żyto ozime, nie stroi fochów, tylko sobie ładnie rośnie.







A ponieważ Ostoja eksperymentami stoi, to na sąsiedniej nowej grządce wschodzi koniczyna biała. Czy to był zbytni optymizm siać ją tak późno? Przekonamy się wiosną.







Aby wyczerpująco temat zgłębić, nie mogło zabraknąć grządki obsianej mieszanką żyta z koniczyną, no i oczywiście grządki niczym nie obsianej. Wklejanie jej zdjęcia sobie daruję.








Ostatni pomidor koktailowy w dwudziestolitrowym pojemniku osiągnął pięć metrów wysokości, nadal kwitnie, a ponad setka owoców już na pewno nie zdąży dojrzeć.








Cały czas jednak coś z tego krzaka da się uszczknąć, jego żywot zakończy pierwszy nocny mróz.










Skoro jesteśmy przy pomidorach - krąg z siatki zbrojeniowej usytuowany poza podwórkiem napełniłem częściowo rok temu odpadkami, głównie opadłymi liśćmi, ale i resztkami z ogrodu i kuchni. Nie odwiedzałem go przez rok. Teraz, gdy chciałem dorzucić tegorocznych liści, zobaczyłem na siatce pomidory. Nasionko z odpadków musiało samo wykiełkować, krzak urosnąć, zakwitnąć, zaowocować i obumrzeć. A wszystko to, bez udziału ogrodnika. Pomidory okazały się jak najbardziej jadalne.


Na wydeptanych przez sezon, a nieużywanych od miesiąca ścieżkach w najstarszej części ogrodu odbija koniczyna.










Tak zwany Zapłotek, ogród "zewnętrzny" na piaszczystym ugorze, otrzymał na zimę kołderkę z liści. Poleżą tu do wczesnej wiosny. Pod grubą warstwą ściółki kryją się topinambury i ziemniaki - bo kto by tam sadził wiosną, skoro można w dniu zbiorów.

Jak na miejsce, któremu poświęciłem około ośmiu godzin w listopadzie, Ostoja trzyma się nieźle. Mam nadzieję, że może grudzień będzie łaskawszy, pozwoli spędzić więcej czasu na miejscu i podgonić robotę.





środa, 28 sierpnia 2013

Sierpień się kończy


W Ostoi sierpniowe niebywałe upały, pod nieobecność gospodarza, poczyniły wiele szkód. Najwięcej ucierpiały wiosenne nasadzenia drzewek i krzewów, na grządkach podniesionych i w zrębce dużo więcej przetrwało - dzięki automatycznemu podlewaniu i ściółce.

Jak poprzednio, najlepiej plonują strączkowe, kolejne generacje groszków, fasoli i bobu dojrzewają do zbiorów, a zupa - krem z fasoli stała się (poniekąd z konieczności) przebojem kulinarnym tego lata.

Zebraliśmy pierwsze (i ostatnie w tym roku) własne ziemniaczki - pędy nadziemne niestety nie oparły się upałom i przedwcześnie zakończyły żywot. Ale i tak dobrze - za każdy zasadzony ziemniak otrzymaliśmy sześć.

Bardzo ładnie wyrosła marchewka i czarna rzepa - ta ostatnia nawet za dobrze - gdy wróciliśmy z długich wojaży, już kwitła a nawet miała gdzieniegdzie nasiona.

Kukurydza "dostała" kolb, ciekawe czy zdążą dojrzeć. Ładnie trzymają się topinambury, klęską natomiast zakończy się chyba uprawa dyń, kabaczków, cukinii i patisonów - kwitną na potęgę, ale zawiązki od razu odpadają i giną. Pomidory i ogórki mają rozmiary lilipucie, miło jednak, że uda się choć spróbować ich z własnej grządki.

Morał tego lata jest taki, że nie ma co liczyć na pełny sukces nie będąc na miejscu - przy temperaturach jakie w sierpniu panowały nie sposób na razie utrzymać wszystkich roslin przy życiu bez regularnego podlewania. Mam szczerą nadzieję, że w kolejnych latach dzięki zrębkom będzie lepiej.

A co w Ostoi i jej okolicy? Ano, na pograniczu zagajników pojawiły się pierwsze owoce tarniny, powoli też zaczyna dojrzewać czarny bez. Głogi w łąkach obsypane owocami, ale nie dojrzałymi jeszcze. Sezon jeżynowy w pełni, jest ich w tym roku wyjątkowo dużo. Dzikie grusze ulęgałki też uginają się pod ciężarem owoców, jednakże chyba nie zdatnych do niczego. Po raz pierwszy znalazłem na skraju lasu krzaczek pigwowca, nawet z owocem.

Powróciły bobry - naprawiły tamę i zaczęły ścinać sosny, co podobno świadczy o tym, że zima szykuje się długa i ciężka. Podobnie wróżą kwiatostany wrzosu - z ich mądrości wynika, że zima zacznie się lekko, ale potrwa długo i im dalej, tym będzie bardziej sroga. Dziki i sarny pokazują się ciągle na nadrzecznych łąkach, a zajęcy w tym roku jest naprawdę sporo - tegoroczne młodziaki jeszcze trzymają się razem, czasami udaje się zaobserwować grupę sześciu łobuzów gromadnie skubiących trawki na łące. A stara zajęczyca, która te młode wychowywała, wędruje teraz samotnie i często żeruje niemal pod samym płotem - nie boi się ludzi i daje do siebie podejść na trzy kroki. Oby tylko ta ufność nie stała sie przyczyną tragedii...

Żurawie nadal przechadzają się po łąkach, obecnie urządzają pobudki o 5:40. Ich donośne głosy słychać w promieniu kilometrów, a krzyczą tak blisko naszej sypialni, że przy odrobinie szczęścia można je fotografować z okna.

Za okiennicą zadomowił się nietoperz, niestety musieliśmy go poprosić aby znalazł sobie inną noclegownię. Do chaty zaczynają gromadnie ściągać myszy, w kompoście schadzki urządzają zaskrońce i choć zupełnie tego jeszcze nie widać w telewizyjnych prognozach pogody, przyroda chyba daje znaki, że wielkimi krokami nadciaga jesień ...
 

wtorek, 4 czerwca 2013

Pierwsze jaskółki plonów

Siedem tygodni temu zaprezentowałem tutaj swoje pierwsze eksperymentalne grządki , czarne kwadraty żyznej, gołej gleby. Dziś zielenią się one mnogością roślin, które lepiej lub gorzej, ale rosną. Generalnie panuje nieład, chaos, pomieszanie z poplątaniem, które nieco humorystycznie nazywam polikulturą lub holistycznym podejściem do uprawy warzyw. Na niemal każdej stopie kwadratowej, gdzie w teorii powinien rosnąć jeden gatunek, kłębią się dwa lub trzy nierywalizujące ze sobą (w mojej opinii) gatunki. Jeden pnie się w górę, drugi płoży po ziemi, trzeci zapuszcza głęboko korzenie - mam nadzieję, że nie jest to zbyt ambitne podejście do ogrodnictwa.

Najokazalej rośnie bób, na którego strąki trzeba będzie jednak długo poczekać. Goni go dzielnie groch - właśnie zaczął kwitnąć. Fasole zatrzymały się w pewnym stadium rozwoju i pewnie czekają na cieplejsze i mniej mokre dni. Doskonale też wzrasta czosnek, który zresztą jako pierwszy zaczął się zielenić na grządce. Pięknie też rosną nasturcje, w odróżnieniu od aksamitek, które strajkują.
 
Największą jednak radość sprawiają pierwsze plony - doskonale już urosła rzodkiewka, jest słusznych rozmiarów i smakuje wyśmienicie. Z tych malutkich grządek można już regularnie zbierać rukolę i rokiettę siewną, stanowią one substrat do pysznych własnych sałatek. Rewelacją jednak jest mała kapustka chińska Pac-Choy, której nigdy wcześniej nie jadłem, a nasiona zakupiłem eksperymentalnie. Urosła wyśmienicie, a smakuje doskonale i w surówce, i duszona lub podsmażana. Sposoby na jej przyrządzanie zapewne jeszcze długo będę odkrywał, bo zamierzam więcej jej posadzić.
 
Zadziwiająco słabo póki co rosną sałaty, zupełnie nie wykiełkował jarmuż, bardzo marnie prezentują się pory. Pomimo to jednak, jestem z grządkowego eksperymentu bardzo zadowolony, każdy wynik stanowi naukę i ciekawe doświadczenie, które na pewno nomen omen zaowocuje w przyszłości.
 
Na grządkach pojawiły się "znikąd" również pierwsze chwasty - dominuje rdest plamisty, a dzielnie towarzyszy mu gwiazdnica pospolita. Ponieważ obie te rośliny w młodych stadiach są jadalne, trafiają również do sałatek.
 
Poza grządkami "ziemnymi" rozciąga się mały obszar pokryty wyłącznie zrębką. Tutaj, choć wolniej, również sporo się dzieje. Pierwsze listki ukazują dynie, słoneczniki, buraki liściowe i czosnek, a to wszystko poprzedzielane krzaczkami truskawek. W zrębce jak na razie najlepiej sobie jednak radzą topinambury. Pokładam w nich wiele nadziei, na bulwy trzeba jednak będzie poczekać aż do jesieni.
Bardzo jestem ciekaw, czy tym roślinom wyrastającym wprost ze zrębki wystarczy składników odżywczych, aby wydać właściwe im plony. Jedno co niemal pewne, to truskawki - o ile nie wydarzy się jakaś pogodowo-szkodnikowa katastrofa, pierwsze owoce można będzie zerwać za tydzień.