Czterodniowy maraton sadzenia rozsad do gruntu, jak co roku startujący po Zimnej Zośce, zakończył się właśnie w Ostoi, można powiedzieć że sukcesem. Prawie dwie setki roślin zostało posadzonych, teraz pozostaje poczekać i zobaczyć, które się przyjmą. Niektóre, jak "chuchane i dmuchane" bakłażany, wyglądają rewelacyjnie, inne, jak traktowane w tym roku po macoszemu pomidory, nie wyglądają na szczęśliwe. Choć słoneczko pojawia się zza chmur równie często, jak znika za nimi, to gdy jest, pali ostro tegoroczne sadzonki. A z uwagi na to, że po raz pierwszy w historii Ostoi pomidory sadzone są do gruntu wprost z palety, na którą były siane (nie były rozsadzane do indywidualnych doniczek), system korzeniowy roślin jest bardziej niż skromny. Pokładam jednak wiarę w ich chęć do życia i mam nadzieję, że znaczna ich część jednak się przyjmie.
Sadzeniu towarzyszyły obłędne zapachy dochodzące z leśnego ogrodu. Z jednej strony kończy kwitnąć bez lilak, z drugiej po raz pierwszy tak obficie zakwitł głóg. Drzewko jest bialutkie, ziemia pod nim biała od opadłych płatków, a w koronie gwar, szum, bzyk i krzątanina - to tysiące owadów załatwia swe sprawy wśród białego kwiecia. Zobaczymy ile owoców z tego powstanie, miło by było sporządzić wreszcie zimą nalewkę z własnego głogu, choć akurat w okolicznych lasach tego gatunku nie brakuje.
W amoku ogrodniczych prac od świtu do zmierzchu nie bardzo mam czas gotować, z drugiej strony warto się dobrze (czytaj: obficie) odżywiać w trakcie takiego maratonu, aby z sił nie opaść przed końcem roboty. Na szczęście solarna kuchnia ma to do siebie, że wystarczy włożyć do niej co tam się chce, ustawić do Słońca i zapomnieć, a gdy już zacznie się po podwórku unosić zapach jedzenia, zrobić krótką przerwę konsumpcyjną. W trakcie czterodniówki kuchnia serwowała różne dania, pomimo zmiennej pogody udało się wyprodukować nawet coś na kształt frytek.
Ogrodnik wstaje ze Słońcem, i z nim zasadniczo spać chodzi, ale gdy chce posiedzieć wieczorem jeszcze chwilkę, to wrzuca do pieca kawałek brzozy, słucha cichego trzaskania i gapi się w ogień. Zastanawia się, ile tysięcy pokoleń ludzkich tak właśnie przeżywało swe życie - za dnia grzebiąc w ziemi, a wieczorami patrząc się w ogień. Kiedyś "Interes Jak Zawsze" (Business As Usual) znaczył zupełnie co innego, niż znaczy dziś. Tak zwany normalny bieg spraw, w tych nienormalnych czasach, jest symptomatyczny. Wokół nas ekosystemy Ziemi wydają się rozpadać w drobny mak, gatunki giną milionami, ale choć Titanic tonie, orkiestra nie przestaje grać.
Ekologiczne działania z reguły są współczesnym biznesem "as usual", opakowanym w zieloną pozłotkę. Kto gotowy jest zredukować swój ślad węglowy do zera, remontować stare, walące się chałupy zamiast stawiać nowe, zbierać deszczówkę zamiast pić z wodociągu, obywać się niemal bez prądu i gotować na Słońcu, palić własnym drewnem, jeść to, co w ogródku urośnie, będąc wdzięcznym za to co już ma, bez parcia aby mieć cokolwiek więcej? Ech... nie gap się człowieku w ogień po dniu ciężkiej pracy, bo dopadną Cię myśli zawiłe, a trzeba przecież iść spać, żeby rano wstać - fasole siać.




















