Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wicking bed. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wicking bed. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 września 2025

Historia z morałem

Nieco ponad dziesięć lat temu, w początkach 2015, zapytano mnie czy nie poprowadziłbym warsztatów permakulturowych dla grupy młodzieży, jakoś tak w połowie roku. Zapytałem, jaki dokładniej miałby być temat warsztatów, i wtedy okazało się, że odbyć się one by miały w ramach cyklu zajęć o recyclingu. Główne zadanie jakie mi postawiono to pokazać, jak konstruktywnie, i permakulturowo, wykorzystać plastikowe butelki po napojach.

Musiałem się wtedy zastanowić, jak to ugryźć. Rozejrzałem się po Ostoi i znalazłem sporo butelek półtoralitrowych, głównie po wodzie Żywiec, pozostawionych tu przez gości. Stwierdziłem, że jeśli zużyję je w ramach warsztatów, to i wilk będzie syty, i owca cała. W szopie stały też duże kastry budowlane, wtedy nieużywane, a w Internecie krążył filmik o tym, jak permakultura pomaga uchodźcom na Bliskim Wschodzie, ucząc ich konstruowania tak zwanych wicking beds, czyli po naszemu donic podsiąkowych. To wszystko razem złożyło się na pomysł, aby ze zbędnych rzeczy plastikowych skonstruować taką właśnie donicę.

Prototyp powstał w czerwcu 2015, i miał docelowo powędrować na warszawski taras, by tam oszczędzać mi wodę oraz wysiłków przy podlewaniu. Został jednakże najpierw wypełniony podłożem i obsiany rzodkiewkami, by upewnić się, że to dobre rozwiązanie, oraz by na nadchodzących warsztatach pokazać, co mamy budować i jak to działa. Chciałem też, by uczestnicy spróbowali plonów z takiej donicy, z niepokojem więc obserwowałem wschodzące rzodkiewki.

Gdy nadeszły warsztaty, pierwsze chyba takowe, o takich donicach, w naszym kraju, zbudowaliśmy więcej takich donic. A ponieważ w międzyczasie na strychu Ostojowej chatki znalazłem rulon naturalnego filcu, zdecydowałem, że położymy go na agrowłókninę, jakiej użyłem w prototypie by oddzielić podłoże od rezerwuaru wody. Filc poprawił właściwości podsiąkowe donic i sprawił, że woda stała się łatwiej dostępna dla roślin. Począwszy od wiosny 2016 donice te służyły w Ostoi, dając nawet do trzech plonów w roku.

Klasycznie, zaczynały sezon rzodkiewką, następnie rosły w nich karłowe fasole, a po nich zimowe sałaty. Donice nigdy nie trafiły na warszawski taras, stwierdziłem bowiem, że napełnione ważą za wiele, abym je targał z auta do bloku, przez mieszkanie, na taras. Ponadto, na tarasie w międzyczasie ustawiłem już inne donice, i nie bardzo byłoby gdzie te podsiąkowe postawić.

Z upływem lat, eksperymentując z innymi formami uprawy - w workach, w kostkach słomy, w grządkach podwyższonych - donice podsiąkowe zacząłem obsadzać inaczej. W jednej posadziłem truskawki, inną przeznaczyłem na szczypiorek, jeszcze inną na mini plantację kłosowca fenkułowego dla moich pszczół... Zwolniło mnie to od obowiązku zajmowania się donicami do tego stopnia, że nie tylko w nich już niczego nie siałem, ale nawet nie podlewałem i nie napełniałem podziemnych rezerwuarów wody - kiedy padało, robił to deszcz.

No właśnie, kiedy padało. Ostatnio jednak, od dwóch lat jest tu z tym problem. Pada tak mało, że drzewa umierają stojąc. A donice podsiąkowe do szczętu wysychają. Rośliny w nich ledwo zipią, podłoże się kurczy, przy ścianach kastry pojawiają się szczeliny, którymi resztki wody parują. Donice zaniedbane zaczęły przypominać obraz nędzy i rozpaczy, doszedłem więc do wniosku, że należy się nimi zająć.
Obmyśliwszy sobie plan działania, już miałem przystąpić do pracy, gdy uświadomiłem sobie, że coś, co zaraz sprawdzę, jest odrobinę unikalne, że chyba nikt i nigdzie tego nie zrelacjonował, że warto to udokumentować. Jak wygląda zawartość donicy po dziesięciu latach jej użytkowania? Czy filc i agrowłóknina nie rozłożyły się? Co z butelkami, rozpadły się w drobny mak i rezerwuar się zawalił? Jak wygląda podłoże w donicach, przez 10 lat niewymieniane, a jedynie gdy było trzeba, dopełniane z wierzchu kompostem? Na ile trwała okazała się ta plastikowo-butelkowa permakultura, którą, nieco z musu, pokazałem na warsztatach?

Przystąpiłem do opróżniania pierwszej donicy, wykopując najpierw rosnące w niej truskawki. Posadziłem je na grządce aby zobaczyć, czy takie, co najmniej sześcioletnie, a może i starsze się przyjmą. Usunąłem chwaściory do wiaderka, na koniec wyniosłem na kompost. Zacząłem łopatką usuwać podłoże, jednocześnie napełniając nim "chińskie wazy", doszedłem bowiem do wniosku, że stare, pełne nasion chwastów podłoże z donic będzie idealne do tego, co chcę w wazach zrobić.

Mniej więcej do połowy wysokości donicy podłoże było pełne korzeni wszystkiego, co w tej donicy rosło. Poniżej jednak, korzeni było już mało, a im głębiej, tym mocniej zbite było podłoże. Przy dnie wyglądało niemal dokładnie tak, jak dziesięć lat temu, w dniu, gdy donice pierwszy raz napełniałem. Widać było jedynie, że ubyło "czarnego" - materii organicznej z podłoża zrobionego z kompostu i torfu, a przez to przybyło "białego" - nierozłożonego perlitu. Podłoże, pomimo ubicia, dzięki perlitowi pozostało jednakże przepuszczalne - nie zagniwało, nie śmierdziało, wyglądało niemal doskonale - ot, dodać kompostu i jazda, znowu w nie siać i sadzić.

Filc i agrowłóknina, które oddzielają podłoże od rezerwuaru, zaskoczyły mnie najbardziej. Poza tym, że oczywiście były "brudne", to były jak nowe. Ani jednej dziury, zero oznak rozkładu filcu, żadnego rozpadu agrowłókniny na drobne kawałki, jak to się często dzieje "na powietrzu". Uniosłem jeden róg "rezerwuaru" - butelki pod przykryciem okazały się mieć dokładnie taki sam kształt, jak w dniu, w którym je tam umieściłem. Po opróżnieniu z podłoża i umieszczeniu rezerwuaru z powrotem tam gdzie był, donica okazała się być gotowa do ponownego napełnienia podłożem, by dalej służyć uprawie i dawać plony.

Ale powoli, może... tym razem... wniosę ją najpierw na warszawski taras? A potem spokojnie, powoli, przyniosę składniki podłoża, wymieszam i napełnię donicę? I na koniec dopiero naleję wody? Tak trzeba było zrobić dziesięć lat temu, żeby później nie "jutrać" patrząc na sto kilo do wniesienia... No cóż, człowiek się całe życie uczy, lepiej jednak późno, niż wcale.

By mieć pewność, że jest jak jest, że w innych donicach sytuacja jest identyczna, wziąłem się za drugą donicę. Padło na tą, w której rosły kłosowce fenkułowe głównie. Wykopałem je i przeniosłem w pobliże pasieki, sadząc pod karaganami i robiniami. I jak to mówią - kto przeżyje, wolnym będzie. Życzę im wszystkiego najlepszego, ale łatwo nie będzie.

W drugiej donicy sytuacja była identyczna - dobre podłoże, świetnie zachowany filc, nienaruszony rezerwuar z butelek. 

A co z "chińskimi wazami" i starym podłożem? Pomysł na nie jest taki - posadzić dziki ryż. Ponieważ rośnie on w wodzie, przygotowując dla niego donice, muszę nalać jej tyle, by podłoże znalazło się całkowicie pod wodą. Wszystkie nagromadzone w podłożu korzenie, wszystkie nasiona chwastów, wszystko co zbędne, pod wodą zgnije do wiosny i nie tylko podłoże się "oczyści", ale jeszcze użyźni.

Jak to mówią, jak pomyślał, tak zrobił - ale tym razem nieco mądrzej. Najpierw ustawiłem wazy w miejscu docelowym, by nie nosić ciężarów bez potrzeby. Stoją przy wjeździe na podwórko, w miejscu gdzie naprawdę ciężko by było coś uprawiać innym sposobem niż w pojemnikach. Do waz nie do pełna wypełnionych podłożem nalałem po brzegi deszczówki. Z radością obserwowałem jak z podłoża woda wypycha powietrze, całkowicie je przesycając. Zebrałem nasiona dzikiego ryżu rosnącego, no popatrz, też w starej kastrze (co za zbieg okoliczności), dwa metry obok. Namoczyłem je w deszczówce, by stały się cięższe. Po jakimś czasie, posiałem je w "breję" w wazach w nadziei, że wiosną wykiełkują i że moja podwórkowa plantacja dzikiego ryżu powiększy się trzykrotnie. Co z tego wyjdzie, dowiemy się w przyszłym roku, a tymczasem, przy bramie, stoją też dwie puste, dziesięcioletnie donice podsiąkowe, które czekają, abym je zabrał do Warszawy, gdzie na tarasie będą mogły służyć uprawie jeszcze przez wiele długich lat. 

Morał z tego jest taki – rzeczy, które traktujemy jako jednorazowe, nietrwałe czy wręcz szkodliwe, mogą się okazać zadziwiająco wytrzymałe i użyteczne, jeśli tylko umieścimy je w odpowiednim kontekście i nadamy im sens. Plastikowe butelki, które w naturalnym środowisku byłyby problemem, w donicy podsiąkowej służyły dziesięć lat bez uszczerbku i bez szkody. Filc, który mógł się rozpaść, zachował swoje właściwości, a całe rozwiązanie okazało się nie tyle eksperymentem, co pełnoprawną technologią, działającą w zgodzie z permakulturową zasadą wielokrotnego wykorzystania i projektowania trwałej kultury.

A z drugiej strony – morał jest też taki, że nie ma systemów nieożywionych samowystarczalnych w nieskończoność. Donice są nieożywione, działały więc tak długo, jak długo towarzyszyła im moja uwaga i troska, a kiedy je zaniedbałem, woda przestała być gromadzona, a rośliny zaczęły marnieć. Natura w donicach wymaga opieki i współpracy, a nie tylko sprytnych rozwiązań. Najlepszy nawozem jest oko i dłoń ogrodnika.

Można więc powiedzieć, że ta historia to lekcja o czasie i cierpliwości. O tym, że warto eksperymentować i wprowadzać innowacje, ale też o tym, że trzeba pamiętać o prostych, praktycznych rzeczach – takich jak nie wnosić stu kilogramów podłoża na taras w gotowej donicy, tylko zrobić to mądrzej i wygodniej.

Wreszcie – to przypomnienie, że każdy projekt ma swój cykl życia. Dziesięć lat temu butelki znalazły nowe zastosowanie i przestały być odpadem, a dziś nadal mogą służyć, jeśli tylko zechcę dać im trzecie już życie. Systemy jakie budujemy, tak jak i my sami, starzeją się i czasem wymagają poprawek – ale wciąż pozostają wartościowe, jeśli tylko spojrzymy na nie z odpowiedniej perspektywy.

A więc morał ostatni? Projektujmy tak, by nawet „śmieci” mogły stać się zasobami, ale nie zapominajmy, że bez naszej obecności, troski i współpracy z naturą żaden system nieożywiony, zbudowany ludzką ręką, nie będzie trwały.

I na koniec - czasem to, co tworzymy z myślą o szybkim i prostym rozwiązaniu, może przetrwać znacznie dłużej i lepiej niż się spodziewamy, jeśli tylko poświęcimy temu trochę uwagi i szacunku. Trzeba też pamiętać, że nauka przez doświadczenie i cierpliwość przynosi efekty, a praktyczne podejście do permakultury uczy nas, jak wykorzystać zasoby, które już mamy, minimalizując straty i marnotrawstwo. Z czasem z małych pomysłów mogą wyrosnąć trwałe rozwiązania, które służą nie tylko nam, ale może i tym, którzy przyjdą po nas.

czwartek, 28 lutego 2019

Dwanaście metrów kwadratowych

Ostatnie dwa dni lutego udało mi się spędzić w Ostoi, bardzo pracowicie. Kontynuując likwidację starych upraw w kostkach słomy, uprzątnąłem ogródek dyniowy. Położony w jeszcze większym cieniu, zaskoczył mnie pozytywnie przepiękną warstwą żyznej gleby pod kostkami i aktywnymi dżdżownicami. Zdecydowanie szybciej zaszły tu procesy glebotwórcze niż w ogródku poprzednio opisywanym, otrzymującym więcej słońca. O ile tamten ogródek zdecydowałem się jeszcze przez dwa lub trzy sezony prowadzić na kostkach, o tyle tutaj pora na zmiany. Najpierw jednak pieczołowicie odkładam na bok zużyte kostki, jak zwykle w Ostoi, posłużą za ściółkę na innych grządkach i jako źródło "węgla" w kompostowaniu.

Na miejscu słomianych kostek postanowiłem zainstalować grządki wyniesione z obrzeżami z nadstawek na europalety. W odróżnieniu jednak od poprzednich grządek tego typu, te będą miały podwójną wysokość. Zamiast jednej nadstawki na grządkę, użyję dwóch. Tak czy inaczej, pracę trzeba było zacząć od rozplanowania grządek. Teren podwórka delikatnie opada w kierunku północnym, a co za tym idzie, tak też spływa woda deszczowa. Ustawiłem grządki długim bokiem w poprzek spływu wody, co umożliwi lepsze wsiąkanie wody w grunt i zapobiegnie erozji.

Najwięcej czasu zajmuje poziomowanie grządek, chcę, aby każdy rząd idący ze wschodu na zachód był poziomy, ale również aby wierzch grządek trzymał poziom. Aby to osiągnąć, muszę podkopać podłoże pod każdą z nadstawek i pracowicie sprawdzać poziomicą jaki to efekt daje. Przy odrobinie wprawy idzie to dość szybko, ale wymaga cierpliwości, a z tą u mnie różnie. Wiem jednak, że każda minuta spędzona na poziomowaniu zwróci się oszczędnościami czasu i wody przy przyszłym podlewaniu grządek. Jak to mówią "strzelać się z tego nie będzie", jednakże nie dopuszczam do różnic poziomów większych niż centymetr. W kopnym piasku Ostoi i tak jest ryzyko, że obrzeża grządek przesuną się nieco, podczas nierównomiernego osiadania.

Po dwóch dosyć pracowitych dniach w Ostoi, gdy z wolna zapada zmierzch, spoglądam na dwanaście metrów kwadratowych żyznych, głębokich, wygodnych w obsłudze grządek. Obecnie wypełnione są one na zasadzie "lasagna" - warstwami materii organicznej - liści, odpadów kuchennych, słomy, siana, kompostu bokashi, kompostu z kompostownika. Będą się "układać" przez kilka tygodni, po czym otrzymają dwie ostatnie warstwy - przesianego kompostu i ściółki. Planuję zacząć obsadzać te grządki dopiero po 1 maja, także będą miały czas nieco "wewnętrznie się przetrawić, choć nie jest to niezbędne. Mam nadzieję, że będą to jedne z lepiej plonujących grządek w Ostoi, ale oczywiście jak zwykle, życie te nadzieje zweryfikuje.

Na grządkach tego samego typu, ale pojedynczych, założonych w zeszłym roku, zaczynają wychodzić czosnki. Przetrwały nocne mrozy do minus siedmiu z lekkimi tylko uszkodzeniami. Na innych zaczyna się plenić gwiazdnica, smaczna zielenina wczesnowiosenna, samoczynnie rosnąca. O ile pamiętacie opisywane w zeszłym roku grządki obsiane koniczyną i żytem ozimym, to te koniczynowe są przepięknie zarośnięte, podczas gdy te z żytem ozimym wyglądają w przybliżeniu tak, jak jesienią. Jak to mówią, nic to, jeszcze to żyto może ruszy...

W leśnym ogrodzie wychylił się pierwszy krokus, pokazując siłę mikroklimatów. W glebie Ostoi są setki cebulek, niektóre od lat, niektóre ostatniej jesieni sadzone. Przeważnie te starsze pokazują się jako pierwsze, ale tutaj wystawił się do słonka egzemplarz posadzony jesienią. Jest w miejscu, gdzie pada więcej słońca i ziemia rozmarza najszybciej. To dobra wskazówka, aby miejsce to w upalne lato częściej lub mocniej podlewać, o ile zajdzie taka konieczność. Bo krokus nie jest oczywiście "sobie a muzom", jest częścią gildii drzew owocowych w leśnym ogrodzie. I podczas gdy niemal cała gildia jeszcze śpi, to krokus już cieszy oko i czeka na pierwsze trzmiele i pszczoły.

Jeszcze "rzutem na taśmę"postanawiam zajrzeć do donic podsiąkowych. Wiem, że one odmarzają najszybciej i że dla nich zasadniczo nadchodzi czas pierwszych siewów. Już w pierwszej czeka mnie niespodzianka - plon marchewek we wcale dobrej kondycji. Miałem je zebrać w ... październiku, ale cóż, nie dałem rady. Zbieram więc marchewki teraz, oczyszczam lekko wierzchnią warstwę gleby i bez jakiegokolwiek uzupełniania kompostem, już niemal po ciemku, wysiewam kilkadziesiąt nasion rzodkiewki. Uda się, albo nie w zależności od pogody. Nic mnie to nie kosztuje, poza dwoma minutami pracy, warto więc zaryzykować.

Podsumowując dwa ostatnie dni mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że przepracowałem je solidnie. Dwanaście metrów kwadratowych nowych grządek wydaje się niezbyt oszałamiającą powierzchnią, jeśli się jednak weźmie pod uwagę, że mieszczą one prawie 4 metry sześcienne materiału, to troszkę jest przy ich zakładaniu roboty. Odpocząłem psychicznie i od internetów, posłuchałem żurawi i kruków, skomasowałem ze dwa tygodnie wizyt na siłowni w nieco mniej niż dwie doby, no i znalazłem figlarną marchewkę, a to nie byle co!

środa, 16 sierpnia 2017

Plony, pogoda i Perseidy

 Jeżeli pamiętasz Drogi Czytelniku wpis o tytule Reset, to śpieszę Cię poinformować, że w donicach po upływie nieco ponad miesiąca znowu jest zielono. Pierwsze zdjęcie jest z 10 lipca, a drugie z 15 sierpnia. Wykiełkowało niemal wszystko, ale czy będą z tego plony, to się okaże. Ostojowe upały zaczynają dawać się we znaki w dzień, ale w nocy osnuwają nas mgły i dosyć przejmujący chłód. Rośliny nie mogą się zdecydować - rosnąć czy kwitnąć. Wygląda na to, że może być problem z rzodkiewkami, zbyt wcześnie wysiane pójdą w kwiat od razu. No ale nie ma co narzekać, wszak to trzecia fala upraw w tych donicach w tym sezonie, co się uda, to się uda, a co nie, stanowić będzie naukę na sezon przyszły i następne. Ciekaw jestem czy uda się dochować marchewek, bo jeśli chodzi o wschody, to dużo lepsze one niż wiosną. Donice nie mają zbyt dużo słońca, praktycznie nie są już podlewane, a ich obsługa ogranicza się do usunięcia (i zjedzenia) nadmiaru samosiejki-gwiazdnicy. Zaglądam do nich od przypadku do przypadku, i jak na ilość pracy jakiej wymagają, są bardzo efektywne.

Na kostkach słomy dobiega z wolna końca czas pomidorów, a swoją potęgę zaczynają pokazywać dynie. Kostki ustawione na szczerym piachu podwórka potrzebowały więcej czasu aby stworzyć roślinom optymalne warunki, ale wydaje się, że wreszcie zaczynają nadrabiać stracony czas. Wiele sadzonek, które tkwiły niemal bez ruchu od końca maja nagle zaczyna dostawać wigoru - rosną, kwitną i owocują. Nauka stąd taka, że nie należy się zniechęcać i trzeba pozwolić roślinom iść ich własnym rytmem. Wielokrotnie mijając trzylistkowe krzaki kabaczków czy patisonów rozważałem czy ich nie usunąć i nie zastąpić czymś innym, ale okazało się że przetrwały i teraz odbijają. Dzięki temu i plony rozłożą się w czasie, zamiast jednorazowej klęski urodzaju, będzie rozciągnięty w czasie, mały ale stały, dopływ świeżych dyniowatych.

Jeśli o stałym dopływie mowa, to do rzeki plonów właśnie zaczęły dołączać fasole, głównie szparagowe. Siane były celowo po trochu, co tydzień lub dwa, aby właśnie nie wszystkie naraz wydały plon. Było to przyczyną wielu rozterek i źródłem dodatkowej pracy wiosną, ale teraz widać, że na jednej siatce są gotowe do zbioru, na drugiej podrastają, a na trzeciej dopiero kwitną. Ba, jest nawet taka siatka, na której fioletowa fasola dojrzała i niedługo się skończy, ale po niej pnie się fasola zielona, która zaowocuje dopiero za kilka tygodni.


Nie jest to jednak efekt błyskotliwego projektowania permakulturowego, ale ... błędu. Po prostu, myślałem, że fioletowa już nie wykiełkuje, więc kilka tygodni później wysiałem w tym samym miejscu zieloną. Okazało się, że fioletowa wkrótce wyłoniła się z pod ziemi, a zielona dopiero niedawno. I  tak przypadkowo "odkryłem" nową technikę sadzenia fasoli, którą już celowo, na pewno w przyszłości będę stosował. Nauczony poprzednimi doświadczeniami, zacząłem również "polować" na najpiękniejsze strąki, aby zapobiec temu, iż skończą w garnku. Zbiór własnych nasion jest kluczowy dla funkcjonowania Ostoi, z roku na rok dzięki własnym nasionom możliwe jest osiąganie lepszych wyników mniejszym nakładem pracy. Wypatruję więc i oznakowuję strąki, z których nasiona pragnę zachować, pozwolę im całkowicie dojrzeć i wyschnąć na krzaku, o ile tylko pogoda pozwoli.

Pogoda pozwoliła pozbierać nieco ziół, jak na święto Zielne przystało, cztery pęczki ziół którymi Ostoja stoi zostały zawieszone na ganku, aby "strzec wejścia" do domku, a ściślej, zniechęcać owady do wlatywania do środka. Te pęczki jednak to zioła głównie dekoracyjne, bo te użytkowe suszą się na stryszku. W miarę wysychania trafiają do słoików, lub prosto do użytkowników w mieście. W Ostoi na miejscu póki co jedynymi ziołami z jakich korzystam są świeże ze spirali ziołowej - jako surowiec do "herbaty" i napojów. I nie miałbym nic przeciwko temu, aby tak pozostało, ale na wszelki wypadek zapasy rosną.

A skoro o pogodzie, to oczywiście w Noc Perseidów niebo było tak pokryte chmurami, że nie było mowy o żadnych obserwacjach. Za to następnej nocy, niebo nagrodziło niezwykłym spektaklem. Widać było meteoryty doskonale, trafiły się nawet eksplodujące tuż przed zniknięciem. Aparat pozostawiony na noc po zakończonych obserwacjach złapał tylko jednego delikwenta, ale dobre i to. Perseidy "odhaczone", można jak normalni ludzie spać, a nie gapić się w niebo jak sroka w gnat przez pół nocy .... aż do następnej Nocy Perseidów oczywiście.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Reset

Ostojowe "najdłuższe sianokosy nowożytnej Europy" dobiegły właśnie końca - łączka nad rzeką prawidłowo kosą wykoszona, a siano niemal w całości zwiezione. Niemal, bo zmrok sprawił, że zabrakło czasu na ostatnie dwa kursy. Wożenie siana taczką z powodzeniem zastępuje siłownię, jest formą "spaceru farmera" tak lubianego przez strongmanów. Szczególnie gdy siano mokre i swoje waży. No a przecież trzeba jeszcze ten worek po tamie bobrowej przetaszczyć do taczki, nie wpadając przy tym w błotko głębiej niż do pół kalosza. Czynności takie mają zbawienny wpływ na psychikę, nie pozwalają myślom odpływać i każą się koncentrować na taszczonej materii i własnych całkowicie realnych krokach, a nie jakichś wydumanych życiowych wyborach. Umysł dostaje błogi reset, i naprawdę odpoczywa, a przy okazji rosną zapasy ściółki - przyjemne z pożytecznym.

Po zakończeniu większości zbiorów z donic podsiąkowych, przyszła pora zresetować je również. To, co w nich jeszcze rosło w zdecydowanej większości trafiło do kompostownika, tu i tam ocalała a to fasolka, a to bazylia, a to pomidor. Na wierzch każdej donicy dodałem po "calu" kompostu i obsiałem dosyć odważnie różnymi różnościami. Nie wiem, czy na niektóre nie za wcześnie, ale wszystko "w rękach" pogody. Ciekaw jestem tych wschodów, co wykiełkuje, a co się na mnie kolokwialnie mówiąc wypnie, jak to mówią, nie spróbujesz to się nie dowiesz. Więc próbuję. I nadal twierdzę, że jeśli chodzi o "wydajność z hektara", to te moje donice są niezwykle trudne do pobicia, gdyż dwa, a nawet czasami trzy fale plonów w sezonie pozostawiają konkurencję daleko w tyle.

W workach uprawowych też nieźle, zaczynają się czerwienić pierwsze pomidorki-koktajlówki. Pomidory zostały pozbawione większości dolnych liści, we na kostkach słomy zresztą również. Zaczynają owocować ogórki w słomie, a "słomiane" pomidory zachowują się z lekka ambiwalentnie. Odmiany sprawdzone w zeszłym roku, głównie o wzroście ciągłym, na starych, zeszłorocznych kostkach "idą jak burza", natomiast nowe odmiany testowe, głównie owocujące jednocześnie, na nowych tegorocznych kostkach, nie chcą kooperować. Gdyby nie rosnące na tych samych kostkach ogórki i dyniowate, myślałbym że to wina kostek, ale nie - raczej po prostu te odmiany są zbyt wydelikacone dla jednak pionierskich warunków Ostoi. Nie pomaga również ostatnio i wiatr, chłoszczący nowe kostki i ich mieszkańców, podczas gdy kostki stare są nieco bardziej osłonięte. Tak czy inaczej, warto było spróbować i potestować, jeszcze się nie poddajemy, wszak do końca sezonu daleko, dużo się jeszcze może wydarzyć.

System do zbiórki wody deszczowej powoli nabiera kształtów, wcinam się w stare rynny i wstawiam nowe elementy niezbędne do tego, aby gromadzona woda deszczowa miała dobrą jakość. Wszystko idzie jak z płatka do chwili, gdy okazuje się, że nie mam jak połączyć przerobionych rynien z "orurowanymi" zbiornikami - zabrakło dosłownie dwóch złączek. Podirytowany, przykładam zbyt wiele siły do tuby z klejem, i po chwili mam już "wszystko w kleju". Postanawiam najpierw się, i otoczenie, umyć, a następnie odpuścić. Ta robota może poczekać, z pustego i Salomon nie naleje ... Co usłyszawszy, niebo zaczęło lać, a ja obserwuję, jak "moja" deszczówka przez gotową rynnę, zamiast do zbiorników, leci na ziemię. No cóż ...

Na nerwy najlepsze podobno ziółka ... idę więc nazbierać skrzypu. Postanawiam zrobić preparat ochronny dla roślin, rozpalam więc w mojej podwórkowej "superkuchni". Za paliwo służą mi patyki, które z drzew zrzuciła wichura. Dziesięć szklanek wody w osmolonym garze zaczyna wrzeć błyskawicznie. Wrzucam do gara skrzyp i pozwalam mu gotować się pół godziny. Gdy ostygnie, zlewam do butelek i pozostawiam na około dwa tygodnie. Wtedy mikstura będzie gotowa i posłuży do antygrzybiczych oprysków, po uprzednim rozcieńczeniu. Wpatruję się w płomień huczący w mikropalenisku i nadziwić się nie mogę, jak mało potrzeba, aby zawsze mieć ciepłą strawę i wodę do mycia.

Postanawiam zrobić zdjęcie tego, czym palę, bo nikt mi chyba nie uwierzy, jeśli nie zobaczy. O niewierni wiejscy Tomasze, pytający w internetach "indukcja czy gaz" ...  zróbcie sobie letnie kuchnie i palcie tym, co u Was na ziemi leży, przysłużycie się w ten sposób swoim portfelom, a i naszej planecie.




sobota, 15 kwietnia 2017

Ostoja - odcinek świąteczny

Autem, wyładowanym po dach, zajechałem do Ostoi w Wielką Sobotę. Tylko na parę godzin, aby zrobić to, co konieczne. Na liście koniecznych rzeczy była również ta paczka, z zawartością do zmontowania. Przed przystąpieniem do pracy, wykonałem standardowy obchód włości, aby zobaczyć, jak wygląda wszystko przed nadejściem zapowiadanych na przyszły tydzień przymrozków.

Nareszcie na mojej szparagowo-topinamburowej grządce zakwitły ... tulipany. Kwitną tu co roku, na obrzeżach, aby urozmaicić dosyć nudny widok. Zasadniczo nie poświęcam zbyt wiele uwagi estetyce, uznając, że przyroda sama najlepiej spełnia tą rolę, ale do tulipanów mam drobną słabość, i tam, gdzie rośliny cebulowe pełnią też inne funkcje, sadzę tulipany właśnie, oraz jeszcze bardziej lubiane, narcyzy.
 Nareszcie kwitną też śliwy, wiśnie i czereśnie, choć radość jest może przedwczesna, w świetle prognoz pogody. Ponieważ jednak jak na razie moje przeżycie nie zależy od urodzaju (ufff .....), to ze stoickim spokojem obserwuję to, co się dzieje w pogodzie i w przyrodzie.
 Oszalały jagody kamczackie, kwiecia tyle, jak nigdy przedtem. Zdecydowanie lubią Ostoję, w odróżnieniu od borówki amerykańskiej, która słabo rośnie i jeszcze gorzej owocuje. Pocieszam się, że to chwilowe, i że z każdym rokiem będzie lepiej.
 Donice podsiąkowe wybuchły rzodkiewkami, kilka różnych odmian kiełkuje przyzwoicie.
 Totalnie nieprofesjonalne i niezgodne z instrukcją na opakowaniu nasion zagęszczenie jest jak najbardziej celowe - lubię mikrolistki rzodkiewek, większość zostanie wycięta i zjedzona, aby te, które ocaleją miały miejsce do dalszego wzrostu.
 Na spirali ziołowej wylazły szafirki. Dostałem je od kogoś w doniczce i zlitowałem się nad nimi zwracając im wolność. Odwdzięczają się niemal śródziemnomorskim błękitem. W towarzystwie aromatycznego bluszczyka kurdybanka dodają niemrawej jeszcze o tej porze roku spirali znamion życia.








W mikrosadzie wyłazi spod ściółki rabarbar, goniąc wszechobecne truskawki. Pokazały się też przegorzany, pokrzywy, nawłocie, same inwazyjne paskudy, w Ostoi witane z otwartymi ramionami. Jak to się tu mówi, biomasy nigdy dość. Każda roślina ma tu jakąś wartość, każda się przyda.
 Spacer spacerem, a zawartość paczki sama się nie złoży. Po kilkunastu minutach na podwórku dumnie prezentuje się wózeczek. Jego zadaniem jest oszczędzić mój grzbiet, lub to co z niego zostało. Będzie woził ścięte przez bobry pnie, siano znad rzeki, liście i kompost. Mam nadzieję, że dzięki niemu prace w Ostoi będą posuwać się odrobinę szybciej. Kończę niezbędne prace w strugach deszczu i wyruszam do miasta. Do widzenia Ostojo, do zobaczenia po świętach.


niedziela, 16 sierpnia 2015

Na fali upałów


 O tym, że żar się z nieba lał, i nadal leje, nie trzeba nikogo chyba informować. Bardzo to trudny czas dla roślin wszelakich, a i dla zwierząt okolicznych nienajłatwiejszy. Rzeczka nasza ulubiona obniżyła poziom o ponad połowę, teraz naprawdę ciężko znaleźć dołek głęboki dość, aby w nim się dobrze wypluskać. Na szczęście po całym pracowitym dniu można się w rzeczce jeszcze położyć i dać opływać chłodniej wodzie ... ale ja nie o tym, a o moich donicach opisywanych tutaj. Otóż dla donic tych żar z niebios i susza okazały się zupełnie niestraszne.

Plony z pierwszej donicy zostały już zebrane, kolejne donice przygotowane i obsiane, a wszystko to przy "podlewaniu" raz na dwa tygodnie, w te upały. Wody na dnie donicy uzupełniać bowiem częściej nie trzeba, i podczas gdy inne "wynalazki" cierpią (ze szczególnym uwzględnieniem hugla, który w teorii powinien gwarantować uprawę bez podlewania), w donicach mych życie kwitnie. W niektórych przypadkach przez gęstwę roślin aż trudno dostrzec donicę. Testujemy więc sobie różne kompozycje roślinne, od fasolo-nasturcjo-jabłonki, przez marchewko-rzodkiewko-kapustę, po prostą monokulturę pomidorów. Jak do tej pory nie natrafiliśmy na coś, co by w tych donicach nie chciało rosnąć. Oczywiście, przez te upały sałaty od razu idą w kwiaty, a naszej posadzonej z nasionka jabłonki jeszcze nie widać w gęstwie fasoli, ale jest ona tam, i ma się dobrze.

Donica ma "pole uprawy" o wymiarach 40 x 70 cm, co daje 0.28 metra kwadratowego, areał upraw imponujący ;) Jednakże, dzisiejszy zbiór z jednej donicy, polegający na usunięciu połowy rzodkiewek i liści kapusty chińskiej pac-choy dał w efekcie (po oczyszczeniu) nieco ponad pół kilo żywności, co odpowiada wydajności ... 17 ton z hektara. A wszystko to w 21 dni od siewu. Oczywiście, nikt o zdrowych zmysłach nie obstawi stu hektarów pola takimi donicami, ale gdy się pomyśli, że nawet na najmniejszym balkonie w bloku zmieszczą się trzy lub cztery .. a na tarasach czy dachach tuziny ... Naprawdę, tak niewiele potrzeba aby cieszyć się zdrowymi warzywami własnego chowu.

W innych częściach Ostoi nie jest już tak kolorowo, upały jednak wywierają piętno na wszystkim, co żyje. Tak zwane Trzy Siostry, czyli wspólna uprawa dyni, kukurydzy i fasoli cierpią z powodu suszy i rosną powoli, cieszymy się jednak, że w ogóle rosną, w początku czerwca w tym miejscu był jeszcze pokryty kępową trawą piach. Jeśli plony w tym roku będą tu słabe, lub nawet żadne, to w przyszłym i tak będzie lepiej. Ale jeszcze nie składamy broni i nie poddajemy się, tu u nas wszystko jest około trzy tygodnie opóźnione, ale i z reguły dłużej zbieramy plony, tyle że później - ot, taka szkoła cierpliwości. Skoro już mowa o plonach, to smak ich jest nieporównywalny z tym, co oferują nam markety. Aby nie być gołosłownymi, zmierzyliśmy też zawartość składników odżywczych w naszych warzywach przy użyciu refraktometru i (co nie było niespodzianką), sok z naszych warzyw daje wynik dwu-trzykrotnie wyższy niż w przypadku analogicznych warzyw ze sklepu.

No ale nie samymi uprawami człowiek żyje. Niski stan wody w rzeczułce sprzyja eksploracji i czasami przynosi ciekawe znaleziska. W efekcie takich rzecznych wypraw na ścianie szopy pewnego dnia zagościł duży "krokodyl", po jakmś czasie dołączył do niego drugi, mniejszy, a następnie pojawiła się zadziwiająca deska - dziurawka. Czasami rzeczką spływają zadziwiająco wielkie pnie, które "nie miały prawa" do nas dotrzeć, a jednak, siła wody pcha je przez wszystkie meandry. O ile z reguły u nas one sięna dłużej nie zatrzymują, to przy tym niskim stanie wody, chętniej jakby robią sobie tu przystanek.

Gdy upał oszałamia, dobrze jest znaleźć sobie jakieś niezbyt męczące zajęcie. Można na przykład pogrzebać w stertach rupieci w piwnicy lub na strychu, w składziku lub w warsztacie i ze znalezionych tam "odprysków cywilizacji" spróbować coś wyczarować. Może niewysokich lotów to czary, ale wziąwszy poprawkę na upał, dźwięczą i błyszczą się pięknie - poruszane przez wiatr dzwoneczki z części komputerowych dysków twardych i sznurka. Można też suszyć zioła, te które jeszcze nie ucierpiały przez suszę, czyli u nas w Ostoi to lawenda, rozmaryn i szałwia, ze spirali ziołowej. Powoli zbliża się też pora piołunu, który teraz właśnie zbiera się, aby zakwitnąć. Smutkiem napawa jednak widok brzóz, na potęgę gubią żółknące liście, podobnie zresztą jak i lipy, zaczyna się robić nostalgicznie jesiennie.

Podwórkowy rezydent - zając młody tegoroczny, z upału pomieszania zmysłów chyba dostał, bo rezydować potrafi w kamiennym kręgu ogniska. Co go tam sprowadza, ciężko dociec, ale najwyraźniej sobie to miejsce upodobał. Mamy nadzieję, że niedługo urośnie wystarczająco, aby nie móc się przecisnąć między sztachetami i że jednak "wybierze wolność" w rodzinnym lesie. Z utęsknieniem czekamy ochłodzenia i deszczów, bo wszystko, co żyje w Ostoi wydaje się bardzo tego potrzebować.