Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zioła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zioła. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 marca 2023

Znaki marca

 

Marzec w tym roku upływa pod znakiem dyń. Podobnie jak październik, listopad, grudzień, styczeń i luty - ciągle jemy dynie. Przechowują się pięknie, dobrze smakują, spożywamy więc jedną tygodniowo, rozpracowując kolejne sposoby ich przyrządzania. Równolegle, trwa selekcja moich dyń pod kątem smaku i innych pożądanych cech, a bank nasion stale rośnie. Jeżeli chodzi o dynie, samowystarczalność można uznać za w pełni osiągniętą, zarówno w zakresie kulinarnym, jak i produkcji materiału siewnego. Długo chyba nie kupię żadnych nasion dyni .... no chyba, że trafi się jakaś fajna odmiana ... wiecie przecież, jak działają uzależnienia ... Nigdy nie wiadomo, kiedy człowiek ulegnie i złamie swoje postanowienie, że już nigdy więcej! Nigdy nie mów nigdy - to prawda bardzo życiowa.

Marzec to także czas, kiedy zaczyna się obfitość jadalnych zielsk wszelakich. Zasadniczo, w siedlisku takim jak Ostoja, wśród lasów i łąk, uprawa warzyw o jadalnych liściach jest ludzką fanaberią. Człowiek bowiem z powodzeniem mógłby jadalne liście zbierać, właśnie teraz od marca, w ilościach hurtowych. Co więcej, znaczna część "dzikich liści" smakuje o niebo lepiej niż powiedzmy sałata z grządki, zapewne zawierają one też więcej składników odżywczych i prozdrowotnych. Wie o tym każdy, kto tak jak ja, wypatruje pierwszych młodych pokrzyw, zrywa garść, pędzi do kuchni i zaparza je przez kilka minut pod przykryciem. Napar z bardzo młodej pokrzywy, ten pierwszy danej wiosny, przypomina bombę energetyczno-witaminową, dosłownie czuć, jak energia wiosny wnika w pijącego. Później nadchodzi czas codziennej jajecznicy z pokrzywą, oraz innych dań, wkrótce też zaczyna się czas szczypiorów i niedźwiedziego czosnku, ale to już głównie rośliny przeze mnie posadzone w leśnym ogrodzie, choć przecież gdzie indziej dziko rosnące.

Jeżeli jednak wolisz tradycyjną zieleninę, to może szczypior? Nadmiar cebulek które się nie zmieściły na grządkach wykorzystuję na kuchennym parapecie. Dzięki temu, szczypiorek towarzyszy bardzo wielu daniom, posiekany nożyczkami i bezładnie rzucony na talerz. Staram się mieć trzy takie "hodowle" - gdy jedną tnę, pozostałe dwie odrastają. Wkrótce do szczypiorku dołączą zioła, a pierwsza będzie bazylia. Też lubię ja mieć pod ręką w kuchni, choć ona woli być raczej na tarasie, w pełnym słońcu, ale to będzie możliwe dopiero za dwa miesiące, gdy ryzyko przymrozków odejdzie w siną dal. Inne zioła muszą się troszczyć o siebie same, a to na spirali ziołowej w Ostoi, a to na tarasie w mieście - odrastają co roku i dają plony bez specjalnej opieki. Już teraz widzę jak odbija kłosowiec fenkułowy, kocimiętka, glistnik, krwawnik czy bluszczyk kurdybanek. Niedługo okaże się, jak zimę zniosły szałwie i rozmaryny, bo o mięty czy lebiodkę martwić się nie trzeba - na pewno jak tylko się ociepli, to się rozszaleją.

Ludzkie fanaberie nie omijają Ostoi, nie jest więc tak, że tylko dzikim zielskiem człowiek żyje. Pod osłoną agrowłókniny pięknie zieleni się szpinak siany w październiku, jego odpowiednik pozostający bez osłony jest teraz pięć razy mniejszy. Widać pierwsze pędzelki kiełkujących marchewek, a liście cebul i czosnków są już niemal dwudziestocentymetrowe. Zaczynają kiełkować pierwsze nasiona z siewów zimowych, głównie jakichś kwiatków. Pomieszałem pozbierane w zeszłym roku nasiona i wysiałem jesienią do pojemników, które całą zimę przebywały na zewnątrz, teraz przyroda sama decyduje kto i kiedy ma się do życia zbudzić. Obserwuję i gdy tylko roślinki osiągną odpowiednią wielkość, będę je stopniowo pikował do wielodoniczek, a kto jest kim okaże się dopiero, gdy podrosną, lub jeszcze lepiej, zakwitną.

Nie mam żadnych wątpliwości, że najbardziej spektakularną oznaką marca w Ostoi są krokusy. Jest ich już kilkaset, łącznie z tymi, które posadziłem zeszłej jesieni, wydając środki ze wsparcia moich działań na Patronite.pl. To już kolejne rośliny, jakie rosną dzięki temu, że ktoś docenia moją pracę. Nie mogę się już doczekać, co pokażą posadzone w leśnym ogrodzie drzewa i krzewy. Na razie jednak, cieszę się pięknymi krokusami, a wraz ze mną cieszą się pszczoły, noszące ogromne kule żółtego pyłku z krokusów do uli. W kolejnych latach, każdej jesieni, będę starał się dosadzić więcej tych pięknych roślin, a także wypracować jakiś sposób, aby może zechciały się same mnożyć, bo jak do tej pory nie mają ochoty, i chociaż sadzę je ponad dziesięć lat, to "młodych" jak nie było, tak nie ma. No cóż, takie to uroki gospodarowania na górze piachu, gdzie jak to mówią okoliczni "nic nie chce rosnąć i nic się nie opłaca". Jak widać, coś tam jednak rosnąć chce, trzeba mu tylko nieco pomóc.

środa, 4 września 2019

Sierpień we wrześniu

Sierpień był tak przepełniony wydarzeniami w Ostoi, że każda doba miała chyba 48 godzin, a a miesiąc zamienił się w kwartał. Zawsze to podkreślam, że gdy człek zajmuje się sensownymi, konstruktywnymi, dającymi widoczny i wymierny efekt pracami, życie rozciąga się jak guma w majtach, czas zwalnia, a poziom oksytocyny rośnie niepomiernie. Ubocznym skutkiem, stety lub niestety, było zaniedbanie bloga, spróbuję więc to nadrobić w niniejszym wpisie.
Druga połowa sierpnia to czas, kiedy testujemy pomidory, ale już nie pod względem wzrostu, a smaku. Zawsze staram się próbować równolegle dwie odmiany, lepsza przechodzi do "następnego etapu", czyli ma szansę być posadzona ponownie w kolejnym roku.

Podobnie z ogórkami, nie mam do nich specjalnie serca, ale w tym roku przetestowałem wiele odmian. Próbowaliśmy je na wszelkie sposoby, i o ile nadal nie trafiają one na listę moich ulubionych plonów, to udało się wyłonić wielkich faworytów i wielkich przegranych. Zdecydowanie rezygnuję z uprawy odmiany białej i czerwonej, choć obie uatrakcyjniają zdjęcia, to smakiem nie powalają. Na plus wybiły się dwie odmiany - moja "eko" z własnych nasion i pierwszy raz spróbowana odmiana Marketmore.

Cukinie zasadniczo wszystkie są w tym roku smaczne, jeżeli chodzi o plonowanie, to jeszcze nie pora decydować, które wygrają. Jedno w temacie cukinii jest pewne - rewelacją sezonu jest "pryszczatka" czyli włoska odmiana Rugosa Friulana, góruje nad innymi smakiem i plennością. W kategorii dyń odkryciem roku jest Muscat de Provence, pyszności!

W tym roku zasadniczo odpuściłem sobie zioła, bo okazało się, że z zeszłorocznych zapasów zużyliśmy tylko jedno - kwiat lipy, a moja biedna lipa w tym roku nie zakwitła. Nic dziwnego, to "kobieta po przejściach". Czasu nie mając na odwiedzanie innych, dałem spokój. Nie powstrzymało mnie to jednak od tradycyjnej wyprawy w łąki, po to, co akurat kwitnie, w święto Matki Ziemi - Matki Boskiej Zielnej. Tradycyjny bukiet został sporządzony, przy czym wyszło na to, że z innych gatunków niż rok temu, co jest ewidentnym znakiem zmian klimatu, przesuwających okresy kwitnienia określonych roślin. Smutne jest to, że w najbliższej okolicy wyginęły praktycznie gatunki takie jak wierzbówka kiprzyca czy wrotycz, choć tego ostatniego jest sporo zaledwie kilka kilometrów dalej. W krajobrazie dominuje nawłoć i kocanki piaskowe (których nie zrywałem), z dodatkiem wiesiołka i dziurawca. Inne gatunki spotkać można raczej tylko na mokrych łąkach nad rzeką, natomiast piaszczyste, wyżej położone tereny ewidentnie pustynnieją.

Im bardziej zagłębiam się w Trwałą Kulturę, tym więcej osób uważa mnie za dziwaka. I wiecie co? Super! :) Tym razem uwolniłem sąsiada od ścinków cegły szamotowej pozostałych po budowie pieca - praktycznie każdy kawałek innej wielkości. W przeciągu pół godziny ułożyłem puzzla - mini "piecyk" rakietowy w wersji "deluxe", do gotowania na dworze. Zastąpił on stary piecyk z 18 czerwonych cegieł, który służył sześć lat. Co się stało ze starymi, czerwonymi cegłami spękanymi od temperatury? Pieczołowicie odłożone zostaną użyte do spowolnienia spływu wody i zapobieżenia tworzeniu kolein od taczki na dróżce do tylnej furtki.

Nie lubię plastiku, ale skoro już jest ... pierwszy kompostownik przerobiłem już dawno. Stoi na europalecie, żyją w nim dżdżownice, a "sok" który ścieka, zbieram do kuwet i używam do podlewania. Teraz przerobiłem podobnie i drugi  kompostownik. Ostatki szamotowych cegieł posłużyły za rusztowanie, na to poszła kratka z odzysku. Aby utrudnić korzeniom wnikanie do kompostu, przestrzeń dookoła wypełniłem pyłem powstałym przy cięciu czerwonej cegły. Kto dziś myśli o tym, jak nadać drugie życie pyłowi z cegły ...? Przestrzeń wokół kratki wyłożyłem kilkucentymetrową warstwą ... starej korespondencji, namoczonej przez kilka dni w wodzie. Dzięki temu pozbędę się jej, a dżdżownice na pewno to docenią. Na to już idą odpadki z ogrodu, przykrywane starą ściółką słomianą co jakiś czas. Mam nadzieję, że będzie to kolejne źródło żyzności dla mojego ogrodu.

A skoro o żyzności mowa, to na grządkach Parszywej Dwunastki wyrosła mnogość pysznych brązowych pieczarek. Gdzieniegdzie rosły tak gęsto, że wzajemnie deformowały sobie kapelusze. Tak intensywny rozwój grzybni cieszy mnie bardzo, grzybnia na pewno pomoże rozłożyć materię organiczną którą napełniałem wiosną grządki. Widać zresztą, jak poziom "ziemi" w grządkach gwałtownie opada, przez moment zastanawiałem się, czy nie zaszkodzi to roślinom pnącym się po siatkach. Jak na razie radzą sobie jednak, a ubytek ziemi to pożyteczna okoliczność - łątwiej mi będzie nawieźć grządki przed zimą świeżym kompostem.

Przez cały ten sezon staram się zbierać z Parszywej Dwunastki tak zwane "tygodniówki", czyli to, co przyrosło przez tydzień. Co tydzień publikuję zdjęcie tygodniówki na Facebooku, aby uświadamiać ludziom, jak łatwo jest produkować własną żywność. Co tydzień zdjęcie jest inne - rozmaitość gatunków i odmian oraz ich różne proporcje świadczą o tym, jak bioróżnorodny i cenny żywieniowo (a w zasadzie odżywczo) może być choćby maleńki ogródek permakulturowy. Ostatnia tygodniówka sierpnia pokazała, że cukinie zaliczają dwa oczka w dół, pomidory dwa oczka w górę. Fasola skromniutko. Chyba ostatnie ogórki. Niezerwane "zielska" - sałaty, jarmuże, kapusty liściowe i inne botwinki nie znalazły się na zdjęciu. Jeżyny i maliny pożarte zostały "na pniu". Jakby na to nie patrzeć - udany to był tydzień pod względem zbiorów.

Nieubłaganą konsekwencją zbiorów jest przetwórstwo. Pakuję w słoiki różności, czasami zadziwiające, jak tajskie bakłażany czy super ostre papryczki. Co słoik, to inna kompozycja bez mała, a już na pewno bez przepisu. Jedyne czego się trzymam, to stężenie soli w wodzie. Daję od 2,5 do 4%. Wiem, że są różne szkoły, ale w kuchni ja lubię polot i eksperymenty a nie matematykę i formułki. Dlatego zapewne nigdy nie piekę ciast ;) Tak czy inaczej, we wrzesień wchodzimy z rosnącą górą  pełnych słoików, mając nadzieję, że uda się nieco spowolnić, odetchnąć i choć chwilkę nacieszyć się końcówką lata.

środa, 16 sierpnia 2017

Plony, pogoda i Perseidy

 Jeżeli pamiętasz Drogi Czytelniku wpis o tytule Reset, to śpieszę Cię poinformować, że w donicach po upływie nieco ponad miesiąca znowu jest zielono. Pierwsze zdjęcie jest z 10 lipca, a drugie z 15 sierpnia. Wykiełkowało niemal wszystko, ale czy będą z tego plony, to się okaże. Ostojowe upały zaczynają dawać się we znaki w dzień, ale w nocy osnuwają nas mgły i dosyć przejmujący chłód. Rośliny nie mogą się zdecydować - rosnąć czy kwitnąć. Wygląda na to, że może być problem z rzodkiewkami, zbyt wcześnie wysiane pójdą w kwiat od razu. No ale nie ma co narzekać, wszak to trzecia fala upraw w tych donicach w tym sezonie, co się uda, to się uda, a co nie, stanowić będzie naukę na sezon przyszły i następne. Ciekaw jestem czy uda się dochować marchewek, bo jeśli chodzi o wschody, to dużo lepsze one niż wiosną. Donice nie mają zbyt dużo słońca, praktycznie nie są już podlewane, a ich obsługa ogranicza się do usunięcia (i zjedzenia) nadmiaru samosiejki-gwiazdnicy. Zaglądam do nich od przypadku do przypadku, i jak na ilość pracy jakiej wymagają, są bardzo efektywne.

Na kostkach słomy dobiega z wolna końca czas pomidorów, a swoją potęgę zaczynają pokazywać dynie. Kostki ustawione na szczerym piachu podwórka potrzebowały więcej czasu aby stworzyć roślinom optymalne warunki, ale wydaje się, że wreszcie zaczynają nadrabiać stracony czas. Wiele sadzonek, które tkwiły niemal bez ruchu od końca maja nagle zaczyna dostawać wigoru - rosną, kwitną i owocują. Nauka stąd taka, że nie należy się zniechęcać i trzeba pozwolić roślinom iść ich własnym rytmem. Wielokrotnie mijając trzylistkowe krzaki kabaczków czy patisonów rozważałem czy ich nie usunąć i nie zastąpić czymś innym, ale okazało się że przetrwały i teraz odbijają. Dzięki temu i plony rozłożą się w czasie, zamiast jednorazowej klęski urodzaju, będzie rozciągnięty w czasie, mały ale stały, dopływ świeżych dyniowatych.

Jeśli o stałym dopływie mowa, to do rzeki plonów właśnie zaczęły dołączać fasole, głównie szparagowe. Siane były celowo po trochu, co tydzień lub dwa, aby właśnie nie wszystkie naraz wydały plon. Było to przyczyną wielu rozterek i źródłem dodatkowej pracy wiosną, ale teraz widać, że na jednej siatce są gotowe do zbioru, na drugiej podrastają, a na trzeciej dopiero kwitną. Ba, jest nawet taka siatka, na której fioletowa fasola dojrzała i niedługo się skończy, ale po niej pnie się fasola zielona, która zaowocuje dopiero za kilka tygodni.


Nie jest to jednak efekt błyskotliwego projektowania permakulturowego, ale ... błędu. Po prostu, myślałem, że fioletowa już nie wykiełkuje, więc kilka tygodni później wysiałem w tym samym miejscu zieloną. Okazało się, że fioletowa wkrótce wyłoniła się z pod ziemi, a zielona dopiero niedawno. I  tak przypadkowo "odkryłem" nową technikę sadzenia fasoli, którą już celowo, na pewno w przyszłości będę stosował. Nauczony poprzednimi doświadczeniami, zacząłem również "polować" na najpiękniejsze strąki, aby zapobiec temu, iż skończą w garnku. Zbiór własnych nasion jest kluczowy dla funkcjonowania Ostoi, z roku na rok dzięki własnym nasionom możliwe jest osiąganie lepszych wyników mniejszym nakładem pracy. Wypatruję więc i oznakowuję strąki, z których nasiona pragnę zachować, pozwolę im całkowicie dojrzeć i wyschnąć na krzaku, o ile tylko pogoda pozwoli.

Pogoda pozwoliła pozbierać nieco ziół, jak na święto Zielne przystało, cztery pęczki ziół którymi Ostoja stoi zostały zawieszone na ganku, aby "strzec wejścia" do domku, a ściślej, zniechęcać owady do wlatywania do środka. Te pęczki jednak to zioła głównie dekoracyjne, bo te użytkowe suszą się na stryszku. W miarę wysychania trafiają do słoików, lub prosto do użytkowników w mieście. W Ostoi na miejscu póki co jedynymi ziołami z jakich korzystam są świeże ze spirali ziołowej - jako surowiec do "herbaty" i napojów. I nie miałbym nic przeciwko temu, aby tak pozostało, ale na wszelki wypadek zapasy rosną.

A skoro o pogodzie, to oczywiście w Noc Perseidów niebo było tak pokryte chmurami, że nie było mowy o żadnych obserwacjach. Za to następnej nocy, niebo nagrodziło niezwykłym spektaklem. Widać było meteoryty doskonale, trafiły się nawet eksplodujące tuż przed zniknięciem. Aparat pozostawiony na noc po zakończonych obserwacjach złapał tylko jednego delikwenta, ale dobre i to. Perseidy "odhaczone", można jak normalni ludzie spać, a nie gapić się w niebo jak sroka w gnat przez pół nocy .... aż do następnej Nocy Perseidów oczywiście.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Dzieci Słońca

Wszystko w Ostoi jest na Słońce. I drewno, którym palę w piecu to jego zmagazynowana energia, i warzywa które uprawiam również, i chmury, z których pada deszcz i gromadzi się w zbiornikach, i zając wredny, co po podwórku hasa, wszystko to nie istniałoby, gdyby nie Słońca blask. W nim czerwienią się pomidory, w nim praży się piach Zajęczej Górki. Słońce napędza gigantyczny silnik planety Ziemi, a także kilku innych planet, nie będąc wszakże żadnym wyjątkiem - wszak wokół nas jest niezliczona liczba słońc.

Pomidory w powszechnej opinii uchodzą za dzieci Słońca, wydaje się że rzadko mają go dosyć. Szczególnie w takim miejscu jak Ostoja, otoczonym lasem i zacienionym, wydawałoby się, że tęsknić za nim będą szczególnie. I tak się zwykle dzieje, ale nie w tym roku. Ostatnie upały sprawiły, że odmiany pomidorów o dużych owocach najlepiej czują się w cieniu. Wolniej tam wprawdzie dojrzewają, ale już bez wątpienia wiem, że tegoroczny rekord wielkości owocu padnie w miejscu, gdzie Słońce niemal nie dochodzi, a ściślej, jest tylko przez godzinę lub dwie. Jest szansa, że wiele owoców przekroczy pół kilograma, a rekordzista być może 700 gram. Całkiem nieźle jak na uprawę "nadworną", choć kudy tam do szklarniowych czy foliakowych rekordów. Pierwszy raz w tym roku zaobserwowałem też niepokojące zjawisko, polegające na tym, że pomidor prosto z krzaka parzy w usta, a sok jest zbyt gorący aby go spożyć. Tak Słońce potraktowało koktajlówki, a szczególnie ich ciemną odmianę Black Cherry, smaczną skądinąd. Pomidorki te dosłownie gotowały się na krzaku i w części najlepiej nasłonecznionych lokalizacji w Ostoi zakończyły już swą tegoroczną karierę.

Niespiesznie, powoli, nadchodzi czas fasoli. Pnie się ona do Słońca, wspinając się niemal na wszystko. Raczyła opanować nie tylko fasolowe tipi, podpory i siatki, ale także wspina się po owocowych drzewkach i krzewach czeremchy nawet. Pomimo usilnych starań nie mogę skłonić jednak żadnej fasoli do pięcia się po topinamburze, a tak bardzo bym tego pragnął. Jego wysmukłe łodygi wydają się do tego celu idealne. No właśnie, wydają się, ale wcale tak nie jest. Czy to zapach, czy ostre włoski powodują, że fasole wolą się poniewierać w ściółce niż po topinamburze piąć. Z tej między innymi przyczyny będę stopniowo wyprowadzał topinambury z przydomowych ogródków do nowej lokalizacji w Zapłotku, czyli na duże grządki poza podwórkiem. Zwolni to nieco miejsca dla innych roślin, które potrzebują zdecydowanie więcej opieki niż topinambur-samograj, który rośnie bez żadnego wsparcia z mojej strony, miejscami nawet zbyt intensywnie.

Upały przyspieszają dojrzewanie plonów i wymuszają częstsze zbiory. Są różne teorie na temat tego, kiedy najlepiej plony zbierać, zwykle słyszymy że o świcie, bo wtedy się lepiej przechowują. Ja lubię zbierać wszystko w pełnym słońcu, i starać się nie przechowywać zbyt długo. Nadmiar znika błyskawicznie, rozchodząc się wśród rodziny i znajomych, staramy się tym wszystkim cieszyć, póki trwa, bo maluczko, a będzie można sobie już tylko zaśpiewać "Adios Pomidory".

Wdzięcznym obiektem do zbiorów w samo południe są również niektóre zioła. Gdy Słońce nie daje popracować ciężej, wyprawiam się na spacery lub rowerowe wypady, z których wracam może nie objuczony, ale z solidną porcją ziół. Wysychają one na stryszku rozgrzanym jak piec przez Słońce grzejące w dach, ale jednocześnie nie w słonecznych promieniach. Gdy wsunie się głowę na stryszek zapach suszonych ziół przyprawia o zawrót głowy.

Przeciętnie tydzień wystarcza, aby zioła były suche. Gdy wyschną, zamykam je szczelnie w słoikach i podpisuję. Kolekcja ziół sukcesywnie rośnie, ale bez szaleństw. Zbieram tylko to, co znam, co wiem do czego służy, i w ilości tylko takiej, jaką przewiduję zużyć. Zeszłoroczne słoiki, a ściślej to, co z nich pozostało, stanowią dobrą wytyczną do tego, ile ziół zużywamy. Poszedł cały wrotycz, szałwia i mięta, zostało natomiast sporo nawłoci czy lebiodki. Skoryguję to w tym roku, przygotowując odpowiednio więcej lub mniej.

Wracając z ziołowej wyprawy, widzę na Zajęczej Górce dojrzewające jeżyny. Migiem wracam po pudełko i zbieram pieczołowicie. W sypkim piachu oprószonym z lekka sosnowymi igłami, rosną miniaturowe krzaczki, całkiem niepozorne, rodzące małe ale niezwykle aromatyczne owoce. Trzeba się natrudzić aby uzbierać ich litr, a tyle minimum co roku potrzebuję do sporządzenia przeboju Ostoi - nalewki jeżynówki. Nalewka ta cieszy się słuszną sławą, wykraczającą już poza granice Ostoi. Jest to trunek dla cierpliwych - nie tylko dlatego, że zbieranie miniaturowych owoców długo trwa, ale również dlatego, że proces przygotowania nalewki trwa minimum siedem miesięcy, w czasie których można się jedynie oblizywać, lub ... sięgnąć po zeszłoroczną butelkę.

I tak też się dzieje - Słońce zaklęte w rubinowym płynie, słodycz i moc, zapach jeżyn oraz ciepło rozgrzanych Słońcem dech ganku sprawiają, że na kilka minut poczuć się można dzieckiem Słońca,  poczuć je na sobie i w sobie. Dla takich drobnych przyjemności i takich krótkich chwil warto pocić się w Ostoi. Zagospodarowywać energię Słońca, zamykać ją w warzywach, owocach, ziołach, słoikach i butelkach, korzystać z niej i dzielić się nią z rodziną i bliskimi. Czynić świat ociupinkę lepszym, na swoim własnym podwórku.

niedziela, 25 grudnia 2016

Lekcje roku 2016

Uczestnicząc w życiu różnych internetowych społeczności, często pod koniec roku otrzymywałem maile od ich liderów, lub natykałem się na wpisy na blogach i forach, poświęcone temu, czego w danym roku się nauczyli, co ich zaskoczyło, co się powiodło, a co nie bardzo. Koniec roku podobno skłania ludzi do takich refleksji. Podobno, bo do tej pory nigdy nie przyszło mi do głowy, aby takie rozważania prowadzić. Aż do tej chwili. Myślałem, jak zakończyć ten rok na blogu i cóż, nie wymyśliłem nic lepszego, jak napisanie Wam, Drodzy Czytelnicy o tym, czego się w tym roku nauczyłem. Wybaczcie nieuczesanie tych lekcji, ale dokładnie w taki sposób były mi one udzielane, są więc nieco od Sasa, do, nomen omen, lasa.

Rok zaczął się od niespodziewanego dopływu pięknych permakulturowych i ogrodniczych lektur, otrzymanych dzięki uprzejmości i współpracy z permies.com. Lektury pochłaniałem jednym tchem. Każda z nich nauczyła mnie czegoś, każda zainspirowała też do zadania pytań autorom. Odkładałem to jednak, chłonąc kolejne lektury. Rok 2016 zabrał dwóch autorów książek ze zdjęcia, nigdy więc już nie nadarzy się sposobność, aby ich o cokolwiek zapytać. Rok ten zabrał nie tylko Toby Hemenwaya i Mela Bartholomew, odszedł także Mike Oehler, mistrz budowy super tanich schronień i domów oraz wielki Bill Mollison, twórca permakultury. Śpieszmy się więc pytać mistrzów, tak szybko odchodzą. Mój powracający sen o Billu odwiedzającym Ostoję i bezlitośnie krytykującym moje poczynania nigdy się już nie spełni, ale będę dalej działał tak, jakby miał on się ziścić jutro.

Kolejny raz swoją klasę potwierdziły moje donice podsiąkowe, które okazały się prawie najmniej pracochłonne. Prawie, bo przegrały z czymś nowym, o czym dalej. Dostałem jednak po nosie uzupełniając żyzność donic kompostem spoza Ostoi (gdzie kompostu nigdy jak na razie nie ma wystarczająco dużo), albowiem okazał się pełen nasion wszystkiego - blisko 30 gatunków nieposianych przeze mnie wyrosło w donicach, obok tego, co posiałem. Celowo nie piszę "chwastów" bo wiele z tych roślin przydało się - gwiazdnica świetnie smakuje, a nasiona ostropestu są lecznicze. W przyszłości jednak nie zamierzam do donic dodawać kompostu spoza Ostoi.

Eksperymenty, takie jak testowanie nowych odmian i gatunków roślin są fajne, ale niezwykle zwiększają pracochłonność. Nauczyło mnie tego 28 odmian pomidorów jakie przetestowałem w tym roku. Było to bardzo pouczające doświadczenie, wskazało bowiem odmiany, które w Ostoi najlepiej się sprawdziły, oraz takie, których nie warto tu uprawiać. Było to jednak takie doświadczenie pierwsze, i ostatnie. W następnych latach będę uprawiał cztery sprawdzone odmiany, i dodam jako testowe dwie - cztery nowe, nie więcej. Testując po tylko tyle nowych odmian co roku, pogodzę dobre plonowanie z racjonalnymi nakładami pracy i pasją do eksperymentowania, znajdując (oby) złoty środek.

Hitem i odkryciem roku 2016 okazała się dla mnie uprawa w workach. Nauczył mnie jej Larry Hall, mistrz "dziwnych" upraw, między innymi systemu uprawy z wykorzystaniem rynien do nawadniania (której to metody nie dałem rady spróbować, przeszła na rok 2017). Każdy, kto przebrnie przez pracochłonny etap przygotowania podłoża do worków (lub leniwie zakupi gotowe, o co wbrew pozorom w Polsce nie będzie łatwo), będzie zachwycony tym, jak mało pracy wymaga taka uprawa. W kolejnym roku na pewno będę kontynuował próby z nią związane, bazując na tegorocznych doświadczeniach. Co by jednak nie mówić, takich pomidorów jak w workach, nigdzie indziej pod gołym niebem nie udało mi się uzyskać.

Walka z naturą zawsze ma zgubne konsekwencje, dla natury i dla człowieka, który jest jej częścią. Powinienem oczywiście to wiedzieć, i tak naprawdę wiedziałem, ale wiedzieć to jedno, a rozumieć to drugie. Hugel, czyli wysoka, wypełniona drewnem grządka jest magnesem dla wszelkich zwierząt - od mrówek począwszy, przez zaskrońce, po ptaki. Okoliczne leśne ptaszyska, ze szczególnym uwzględnieniem kosów, uwzięły się na nasiona i siewki pracowicie na huglu wysiewane i kiełkujące. Aby zapobiec grabieżom, pomiędzy powierzchnię gleby a ściółkę wprowadziłem plastikową siatkę, co okazało się być pułapką dla zaskrońców. Biedaki utykały w niej, szukając drogi do swoich korytarzy pod huglem. Przez jakiś czas uwalniałem te biedne gady, wsadzałem do wiaderka i wynosiłem z podwórka do ich naturalnego środowiska, w ostępy nad Rawką, ale one z uporem maniaka powracały. Po siedemdziesiątym wężu poddałem się, nigdy więcej takiej siatki.

W przyrodzie nie ma odpadów, więc i my powinniśmy innym okiem patrzeć na wszystko, co nam zalega, przeszkadza, jest niepotrzebne. Rama starego tapczanu, resztki trawy morskiej z materaca, na wierzch nieco zrębki, trochę niezbyt ładnych bulw topinambura i kiełkujących ziemniaków, zeszłoroczne nasiona bobu i fasoli, no i mamy całkiem fajną grządkę, która bez żadnej w sumie opieki dała na koniec roku sumę zbiorów o objętości połowy dużego wiadra. A w kolejnych latach może być tylko lepiej - wystarczy dodawać ściółki na wierzch i albo pozostawić topinambury aby się rozrastały, albo sadzić inne rośliny, a z czasem na ugorze gdzie założyłem grządkę powstanie dobra gleba, rama się rozpadnie i nie będzie po niej śladu, a jako bonus, będzie też co włożyć do garnka. Najprostsze sposoby z reguły okazują się najskuteczniejsze i najmniej pracochłonne.

Nobel w kategorii recyclingu i funkcjonalności idzie do nadstawek do palet - okazały się tegorocznym strzałem w dziesiątkę. Można w skrzyniach z nich zbudowanych nie tylko przechowywać zrębki, nawóz od sąsiedzkich zwierząt, ściółkę czy kompost, ale również wykorzystać jako obramowanie małej grządki wyniesionej, przy czym w każdej chwili można takie obramowanie złożyć, przenieść czy schować. Najbardziej sobie cenię możliwość regulacji wysokości, która znakomicie ułatwia wybieranie ze skrzyń wszystkiego, co się w nich przechowuje. Mam jeszcze kilka innych pomysłów na wykorzystanie tych nadstawek, ale o tym w następnym roku.

Zupełnie nie doceniłem wydajności permakulturowego ogrodu i "dałem ciała" na całej linii w (wątłej) materii podpór - generalnie nie wytrzymały one masy plonów. Myślałem, że w małych workach pomidorom wystarczy podpora z siatki ogrodzeniowej, niestety - siatka pod ciężarem owoców złożyła się jak domek z kart. Podobnie, plastikowa siatka szklarniowa do uprawy ogórków, napięta na sznurkach nad kostkami słomy, nie utrzymała rosnących na kostkach pomidorów. Muszę gruntownie przemyśleć temat podpór, bo nic nie jest tak przykre, jak prawie dojrzałe pomidory, ogórki czy melony, które burzowy wiatr wraz z podporami rozciąga na ziemi.

Rok 2016 był dla mnie rokiem ziół - bardzo wiele się o nich nauczyłem, bardzo wiele pracy włożyłem w lepsze ich poznanie. Lekcją najważniejszą odnośnie ziół było to, że lepiej jedno zioło poznać w stu aspektach - metodach zbioru, przygotowania, zastosowania i przechowywania, niż sto ziół pobieżnie, I tak jak w przypadku nowych odmian pomidorów, przyrzekłem sobie solennie nie szaleć w następnych latach, a raczej wziąć na celownik jedno-dwa-trzy zioła i skupić się na gruntownym ich poznaniu. Jeśli co roku uda się taką taktykę powtórzyć, to za jakiś czas powinienem mieć solidny fundament wiedzy, a nie "zamek na piasku". Oczywiście pierwszeństwo mają te zioła, które rosną już w Ostoi, i w jej najbliższej okolicy. Przełomem stało się odkrycie stanowiska wrotyczu bliziutko, a potem zagłębienie się we właściwości tej cudownej rośliny, zastosowanie jej na sobie, gdy nastała taka konieczność i obserwacja min doktorów, którzy nie bardzo mogli uwierzyć w efekty.

Zarówno w Ostoi, jak i poza nią, miałem okazję poopowiadać innym o permakulturze. Nauczyłem się, że czasami mówię do osób, które spotykam przypadkowo, które znalazły się na kursie lub warsztatach z musu, które marzą tylko o tym, aby móc zatopić wzrok w ekranie swojego smartfona i nie musieć słuchać jakichś opowieści dziwnej treści. Takie osoby, z reguły młode, ale nie tak bardzo - takie co już utraciły dziecięcą ciekawość świata, ale nie nabrały jeszcze charakterystycznej dla dorosłości praktycznej ciekawości, potrafią doprowadzić prelegenta do rozpaczy, jeśli nie jest on na ich obecność odpowiednio przygotowany. Warto jest mieć w zanadrzu parę spektakularnych tricków, pokazów, opowieści i anegdot, które choć na jakiś czas będą w stanie oderwać młode główki od fejsa i tindera. Jakich? Tego dokładnie nie zdradzę, ale musi być ... spektakularnie ;) Wiele takich możliwości daje ... energia Słońca.

 A gdy okoliczności uniemożliwiają poważne prace "polowe" i permakulturowanie na łonie przyrody w Ostoi, to warto jest też mieć w zanadrzu coś, co pozwoli kultywować swoje pasje niemal w dowolnym miejscu. Ja w tym roku odkryłem uprawę mikrozieleniny, czyli tak zwanych microgreens, różniacych się od popularnej uprawy kiełków między innymi tym, że uprawia się ją nieco dłużej i w niewielkiej ilości gleby. Jak dla mnie mikrozielenina jest doskonałym uzupełnieniem miejskiego jadłospisu, możliwym do wyhodowania o każdej porze roku, bez większego wysiłku. Temat ten na pewno będę zgłębiał w następnym roku, koncentrując się nie na zwiększaniu produkcji, ale na jak największej koncentracji składników odżywczych w moich mikrozieleninkach. A wszystko pod kontrolą refraktometru.

Jednoosobowe, weekendowe, intensywne gospodarowanie w Ostoi z jednej strony stanowi doskonałą odskocznię od miejskiego życia, z drugiej jednak czasami jest w stanie w jeden dzień zedrzeć do cna parę grubych skórzanych rękawic, a co dopiero siły pana w średnim wieku. Dlatego też coraz bardziej prace w Ostoi idą w kierunku tworzenia systemów wieloletnich i samoobsługowych po to, aby z każdym rokiem pracy ubywało. Oczywiście, nigdy raczej nie nadejdzie taki moment, aby całkowicie spocząć na laurach, ale trzeba respektować znaki, które daje ciało i umysł, i wiedzieć, kiedy zwolnić. Odkryciem bardzo pomocnym w tym zakresie okazuje się być ekologia leśna, w wydaniu Marka Sheparda, autora książki "Restorative Agriculture". Walka z lasem otaczającym Ostoję ze wszystkich stron jest bezcelowa, z drugiej strony las to nie Borg, który pragnie wszystkich zasymilować. Manipulując stadiami sukcesji, można z nim żyć w zgodzie i korzystać z dobrodziejstw jakie oferuje, należy jednak odłożyć na bok własne wizje i posłuchać, co radzi las.

I tak oto wygląda mój Ostojowy rok 2016 w pigułce. Wszystkim, którzy odwiedzili ten blog w odchodzącym roku serdecznie dziękuję za Waszą tu obecność, Wasze odwiedziny są dla mnie inspiracją do dalszych działań i pisania. Życzę Wam i sobie, abyśmy wszyscy mieli wiele okazji, aby spotkać się tu ponownie w nadchodzącym roku 2017 i aby rok ten przyniósł Wam wiele radości i sukcesów we wszystkim, co Was rajcuje i co kochacie. Dobrego 2017!

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Zielna

Dzień Matki Ziemi, albo Matki Boskiej Zielnej, jak kto woli, kończy długi, sierpniowy weekend. I w Ostoi nie mogło się obejść bez bukietów, jednego aby tu pozostał i chronił domostwo przed piorunem, ogniem, zarazą i partią rządzącą, a drugiego, w darze do miasta zawiezionego. Bukiety wisieć mają do wiosny i spłonąć wraz z Marzanną, ale gdyby komuś coś dolegało, to zioła z dziś sporządzonych bukietów mają ponoć niezwykłą moc. Dlatego też w bukiecie znalazła się i bylica, i krwawnica, wrotycz, kocanki i krwawnik, nawłoć oraz dziurawiec, i kilka innych drobiazgów, każdego po troszeczku.

Święto świętem, ale ziół nieco więcej potrzeba, w wigilię więc święta spacer po łąkach trzeba było uskutecznić i pozbierać to, co teraz akurat kwitnie i do zbioru się nadaje. Oczywiście nie mogło zabraknąć świętego zioła Słowian, bylicy, żółcącej się cudnie nawłoci, dzikiej łąkowej mięty o aromacie nieco innym niż tej ze spirali ziołowej, poziewnika szorstkiego i małej dokładki piołunu, który zasadniczo w zeszłym tygodniu zebrany został. Zioła w pęczkach trafiły na stryszek, aby tam w cieple, ciemnościach i przeciągach sobie schnąć, a w przeciwną stronę, ze stryszku na ganek, powędrowały zioła już wysuszone.

Wśród wysuszonych dominuje mój tegoroczny numer jeden - wrotycz. Sporządziłem ze świeżego intrakt, a z suszonego powstaną inne preparaty. Jest też kilka gałązek piołunu, głównie na leczniczą nalewkę, oraz po prostu, do użycia w formie kadzidełka. Jest i krwawnik, na herbatkę, oraz nieco skrzypu, może na szampon do włosów. Ostatnio co tydzień jakaś porcja suchych ziół ląduje w słoikach a następnie na półkach, spróbuję wykorzystać je jak najlepiej, choć mam nadzieję, że w celach leczniczych się nie przydadzą. Gdyby jednak (odpukać) coś się przypałętało, to są na tak zwanym podorędziu.

Zioła ziołami, ale jeść trzeba, dlatego czy to Zielna czy nie Zielna, zebrać w ogrodzie co urosło to mus. Nie taki znowu przykry obowiązek, powiedziałbym nawet, że najmilsza część tego całego ogrodnictwa. A w ogrodzie permakulturowym, jak zwykle, dominuje rozmaitość. Różniste pomidorki, różniste fasolki. Grzyby nawet porosły w zrębce przy brzozach, no i zioła, inne niż te w łąkach. Obfitość kolorów, smaków i zapachów. Zasadniczo można się solidnie najeść nie odchodząc od grządek. Rok zdecydowanie przeszedł w drugą fazę - co się zasiało, to się teraz zbiera. Oby wszystko co zbierzemy, dobre dla nas było, jak te zioła w bukiet w Zielną złożone.

środa, 8 czerwca 2016

Czerwcowe migawki


Gdy wieczór otula Ostoję, a aura taka bardziej burzowa, nadchodzi charakterystyczny moment "oka cyklonu", gdy wiatr cichnie, ptaki milkną, znikają komary, chowają się mrówki, ludzie też przerywają rozmowy by wsłuchać się w ciszę. Wtedy niejeden usłyszy bicie swego serca, inny złapie się na tym, że zapomniał odetchnąć, a ktoś inny z kolei zapatrzy się w niebo, po którym bezdusznie przemieszcza się stalowy ptak, lecący "na Kopenhagę". Za sekundę zerwie się wiatr, załomocze w lipie, potrząśnie gałęziami i na ptaki strachem, a z nieba spadną pierwsze krople. Ale to dopiero za chwilę ...

Gdy wstanie nowy dzień, pójdę pozbierać jagody kamczackie, które w tym roku obrodziły wyjątkowo. To pierwsze owoce jakie w tym roku mamy, choć truskawki dzielnie je gonią, ale jeszcze potrzebują tygodnia lub dwóch. Dzięki posadzeniu wielu różnych odmian dłużej można się cieszyć niebieskimi jagódkami. Podobnie w przypadku niemal wszystkich innych roślin, im więcej odmian, tym większa bioróżnorodność i szanse na dobry plon.

Po zbiorach jagódek kieruję swoje kroki do pomidorów na kostkach słomy, to moje oczko w głowie w tym roku. Właśnie zaczynają kwitnąć, ale znowu, przy wielu odmianach nie jest to jednoczesne i podobnie niejednocześnie zaleją nas owocami. Dzięki temu i dłużej będziemy się nimi cieszyć, i mniej się zmarnuje. A mamy i koktajlowe, i giganty, i do pasty, i do suszenia, i czarne, i żółte, i wiele, wiele innych. Zamierzam robić szczegółowe notaki aby na koniec sezonu wiedzieć, które odmiany najlepiej się sprawdzają w Ostoi.

Ziemniaków też jest kilka odmian, ale również kilka metod ich uprawy. Rosną w zrębce, w tradycyjnej grządce wyniesionej, pod słomą i w słomianej kostce, oraz w tak zwanej ziemniaczanej wieży. Mimo iż każda z tych upraw jest niewielka, to pozwoli ocenić, co się tu najlepiej sprawdza. Każda z metod ma swoje zalety i wady - uprawa w zrębce jest całkowicie bezobsługowa, podczas gdy uprawa w wieży wymaga praktycznie cotygodniowego podnoszenia poziomu ściółki. Co ciekawe, ziemniaki zacznają też wyrastać tam, gdzie nie były w tym roku sadzone, widać doskonale przezimowały od zeszłorocznych zbiorów. Daję im rosnąć, czasami przypadkowo tworzą fajne polikultury z roślinami posadzonymi w tym roku. Ziemniaki wyrastają też w sadziku i wśród owocowych krzewów.

W "słynnych donicach" nadchodzi czas fasoli, po rzodkiewkach i sałatach teraz to one zaczynają dominować. Tu rosną tylko odmiany karłowe, podczas gdy w innych rejonach Ostoi odmiany tyczne pną się po siatkach, tyczkach i innych podporach. Po raz kolejny również podejmuję próbę ze słynnymi "Trzema Siostrami", czyli wspólną uprawą kukurydzy, dyni i fasoli, na wzór upraw Indian Ameryki Północnej. Z dotychczasowych doświadczeń wiem, że w Ostoi ta metoda nie jest skuteczna, ale jeszcze próbuję. Poza warunkami glebowymi moim głównym przeciwnikiem są kosy, które bezlitośnie rozgrzebują grządki, a szczególnie te, gdzie zasiano właśnie coś szczególnie ważnego i cennego, oczywiście. Trochę się bronię przykrywając grządki siatką, ale w tej z kolei grzęzną zaskrońce, a noszenie ich nad rzekę jest dosyć nużące.

Jak cierpliwym trzeba być w kontaktach z przyrodą przekonałem się na przykładzie glediczji trójcierniowej i robinii, które wysiałem do małych doniczek na jesieni. Po zimowym przemarznięciu (tak zwanej zimnej stratyfikacji) powinny one wczesną wiosną wykiełkować, ale długo nie działo się nic. Miałem już wyrzucić zawartość z doniczek i wykorzystać je gdzie indziej, gdy siewki zaczęły wystrzeliwać spod zrębki i rosnąć błyskawicznie. Mam nadzieję, że drzewka te przez długie lata będą wiązać azot z powietrza i dostarczać wartościowej ściółki, a kiedyś również doskonałych słupków ogrodzeniowych.

Skoro o ogrodzeniu mowa, udało mi się wreszcie oderwać od prac na podwórku, i wyjść za płot. Łąki nad rzeczką całe w zieloności, czasem po pierś, czasem niższej, bogatej za to w zioła wszelakie. Wróciłem ze spaceru z naręczami a to żywokostu, a to pokrzywy, a to krwawnika, które w części posłużyły do aktywacji kompostu, w części skończyły w słojach w formie leczniczej nalewki i maści, a niedobitki znalazły dom na strychu, gdzie będą sobie schnąć. Bogactwo ziół jest tak wielkie, że nie wiadomo w co ręce włożyć i zasadniczo mogłyby one wypełnić cały mój czas. Jest coś fascynującego w ich właściwościach i mocy, już od samego czytania o nich robi mi się lepiej. Pragmatycznie jednak wybieram kilka z nich i staram się wykorzystać jak najlepiej, co roku powiększając gamę tych, które włączam do swojej prywatnej apteczki.

W natłoku zajęć, oko jak migawka aparatu co chwila rejestruje bogactwo żywych form, które przybyły do Ostoi. Przybyły, bo jeszcze 3-4 lata temu ich tu nie było. Na każdym kroku rzuca się w oczy a to gad, a to płaz, a to owad, a to kwiat wcześniej niewidziany, coś niespodziewanie wyrasta, coś dziwnego się kryje w liściach, coś kwili, coś w nocy pohukuje. To upewnia mnie, że podążamy w dobrym kierunku, że w tym morzu piachu i sosen tworzymy wyspę tętniącą różnorodnym życiem. I choć nie jest to proces ani łatwy, ani bezbolesny, to jego efekty niesłychanie mnie cieszą.