Pokazywanie postów oznaczonych etykietą perseidy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą perseidy. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 sierpnia 2017

Plony, pogoda i Perseidy

 Jeżeli pamiętasz Drogi Czytelniku wpis o tytule Reset, to śpieszę Cię poinformować, że w donicach po upływie nieco ponad miesiąca znowu jest zielono. Pierwsze zdjęcie jest z 10 lipca, a drugie z 15 sierpnia. Wykiełkowało niemal wszystko, ale czy będą z tego plony, to się okaże. Ostojowe upały zaczynają dawać się we znaki w dzień, ale w nocy osnuwają nas mgły i dosyć przejmujący chłód. Rośliny nie mogą się zdecydować - rosnąć czy kwitnąć. Wygląda na to, że może być problem z rzodkiewkami, zbyt wcześnie wysiane pójdą w kwiat od razu. No ale nie ma co narzekać, wszak to trzecia fala upraw w tych donicach w tym sezonie, co się uda, to się uda, a co nie, stanowić będzie naukę na sezon przyszły i następne. Ciekaw jestem czy uda się dochować marchewek, bo jeśli chodzi o wschody, to dużo lepsze one niż wiosną. Donice nie mają zbyt dużo słońca, praktycznie nie są już podlewane, a ich obsługa ogranicza się do usunięcia (i zjedzenia) nadmiaru samosiejki-gwiazdnicy. Zaglądam do nich od przypadku do przypadku, i jak na ilość pracy jakiej wymagają, są bardzo efektywne.

Na kostkach słomy dobiega z wolna końca czas pomidorów, a swoją potęgę zaczynają pokazywać dynie. Kostki ustawione na szczerym piachu podwórka potrzebowały więcej czasu aby stworzyć roślinom optymalne warunki, ale wydaje się, że wreszcie zaczynają nadrabiać stracony czas. Wiele sadzonek, które tkwiły niemal bez ruchu od końca maja nagle zaczyna dostawać wigoru - rosną, kwitną i owocują. Nauka stąd taka, że nie należy się zniechęcać i trzeba pozwolić roślinom iść ich własnym rytmem. Wielokrotnie mijając trzylistkowe krzaki kabaczków czy patisonów rozważałem czy ich nie usunąć i nie zastąpić czymś innym, ale okazało się że przetrwały i teraz odbijają. Dzięki temu i plony rozłożą się w czasie, zamiast jednorazowej klęski urodzaju, będzie rozciągnięty w czasie, mały ale stały, dopływ świeżych dyniowatych.

Jeśli o stałym dopływie mowa, to do rzeki plonów właśnie zaczęły dołączać fasole, głównie szparagowe. Siane były celowo po trochu, co tydzień lub dwa, aby właśnie nie wszystkie naraz wydały plon. Było to przyczyną wielu rozterek i źródłem dodatkowej pracy wiosną, ale teraz widać, że na jednej siatce są gotowe do zbioru, na drugiej podrastają, a na trzeciej dopiero kwitną. Ba, jest nawet taka siatka, na której fioletowa fasola dojrzała i niedługo się skończy, ale po niej pnie się fasola zielona, która zaowocuje dopiero za kilka tygodni.


Nie jest to jednak efekt błyskotliwego projektowania permakulturowego, ale ... błędu. Po prostu, myślałem, że fioletowa już nie wykiełkuje, więc kilka tygodni później wysiałem w tym samym miejscu zieloną. Okazało się, że fioletowa wkrótce wyłoniła się z pod ziemi, a zielona dopiero niedawno. I  tak przypadkowo "odkryłem" nową technikę sadzenia fasoli, którą już celowo, na pewno w przyszłości będę stosował. Nauczony poprzednimi doświadczeniami, zacząłem również "polować" na najpiękniejsze strąki, aby zapobiec temu, iż skończą w garnku. Zbiór własnych nasion jest kluczowy dla funkcjonowania Ostoi, z roku na rok dzięki własnym nasionom możliwe jest osiąganie lepszych wyników mniejszym nakładem pracy. Wypatruję więc i oznakowuję strąki, z których nasiona pragnę zachować, pozwolę im całkowicie dojrzeć i wyschnąć na krzaku, o ile tylko pogoda pozwoli.

Pogoda pozwoliła pozbierać nieco ziół, jak na święto Zielne przystało, cztery pęczki ziół którymi Ostoja stoi zostały zawieszone na ganku, aby "strzec wejścia" do domku, a ściślej, zniechęcać owady do wlatywania do środka. Te pęczki jednak to zioła głównie dekoracyjne, bo te użytkowe suszą się na stryszku. W miarę wysychania trafiają do słoików, lub prosto do użytkowników w mieście. W Ostoi na miejscu póki co jedynymi ziołami z jakich korzystam są świeże ze spirali ziołowej - jako surowiec do "herbaty" i napojów. I nie miałbym nic przeciwko temu, aby tak pozostało, ale na wszelki wypadek zapasy rosną.

A skoro o pogodzie, to oczywiście w Noc Perseidów niebo było tak pokryte chmurami, że nie było mowy o żadnych obserwacjach. Za to następnej nocy, niebo nagrodziło niezwykłym spektaklem. Widać było meteoryty doskonale, trafiły się nawet eksplodujące tuż przed zniknięciem. Aparat pozostawiony na noc po zakończonych obserwacjach złapał tylko jednego delikwenta, ale dobre i to. Perseidy "odhaczone", można jak normalni ludzie spać, a nie gapić się w niebo jak sroka w gnat przez pół nocy .... aż do następnej Nocy Perseidów oczywiście.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Migawki sierpniowe

Najpiękniejsze chwile w Ostoi to czas, gdy kończy się dzień. Słońce zachodzi za rzeczką, a człek, po całym dniu prac wszelakich, siedzi i gapi się z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku (wiem, wiem, w piętkę gonię i ciągle to powtarzam). Przyroda odpoczywa od skwaru, za wyjątkiem komarów, które wtedy właśnie potrafią urządzać sobie zawody w upierdliwości. Wkrótce nad łąkami krążyć zaczną nietoperze, w tym zapewne i te, które żyją za okiennicami domku, na pohybel komarom. Głosy dnia ustępują głosom nocy, a powierzchnię wody marszczą rybki, zbierając z niej pyszczkami upadłe owady. Wiele z tych rybek nosi niewdzięczną nazwę piekielnica, co z uwagi na ich zasługi w odkomarzaniu jest zupełnie niezasłużone.

Pogoda potrafi płatać figle i gdy w planach jest nocne oglądanie deszczów meteorytów z roju Perseid, musiało się właśnie zachmurzyć. W nadziei, że może w środku nocy lub nad ranem pogoda jednak się zmieni, ustawiam aparat wycelowany w niebo i padam w objęcia Morfeusza. Gdy budzę się rano, oczom moim ukazuje się taki widoczek - wielobarwne szlaki gwiazd wszelkiego autoramentu, układające się w subtelny, harmoniczny wzorzec. Kolejny dowód na to, że "a jednak się kręci". Są nawet trzy czy cztery meteoryty, w formie wyalienowanych z wzorca kresek. To doświadczenie trzeba będzie koniecznie powtórzyć przy różnych okazjach i przy lepszej pogodzie.

W "Kąciku Nowego Świata" grzecznie rosną sobie rośliny z obu Ameryk, tworząc ładną i zgraną polikulturę. Opóźniona w rozwoju kukurydza dopiero zaczyna doganiać jakony, dołem rosną fasolki, a nieco z boku dyniowate. W tle ściana z topinambura, tak zwanej żywności awaryjnej, gdyż nawet spod śniegu jego bulwy można wydobyć. Wszystko oczywiście w materacu różnorakiej ściółki, spodem z przewagą zrębki, górą głównie słomianej. Całość praktycznie niepodlewana, rośnie sobie samodzielnie.


Jeśli wpatrzymy się dobrze w gąszcz roślin, mignie nam tu i ówdzie śmieszna roślinka przypominająca truskawki na patyku - to komosa rózgowa, zwana też szpinakiem truskawkowym. Owoce rzeczywiście przypominają malutkie truskawki, a liście można spożywać jak szpinak, jednakże ani owoc nie jest zbyt smaczny, ani liści nie jest wiele. Główna zaleta tej rośliny to jej wygląd oraz możliwość wykorzystania mini-owoców do dekoracji potraw. Jest to roślina niewymagająca i łatwa w uprawie, mam nadzieję, że raz wysiana będzie się dalej samodzielnie mnożyć z czarnych i twardych nasion skrytych w mini-owocach.

Z pomidorami na dwoje babka wróżyła - te uprawiane w workach jeszcze nie dojrzewają, ale są "rycerzami bez skazy" - żadnych zniekształceń, chorób, odchyleń od normy, natomiast te uprawiane na kostkach słomy w połowie już zebrane, a część z nich niestety ucierpiała i wykazuje objawy suchej zgnilizny wierzchołkowej, czyli tak zwanego BER (Blossom End Rot). Nie jest to ani zjawisko masowe, ani nie niszczy całych owoców, jednakże uczy aby na przyszłość zadbać o większą dostępność wapnia i bardziej równomierne nawodnienie. Brak wapnia bowiem, lub problemy w jego przyswajaniu, w połączeniu z gwałtownymi zmianami dostępności wody, są głównymi przyczynami tej choroby. Na nic opryski z pokrzywy jak niektórzy radzą - trzeba raczej uciec się do dowolnej rozpuszczalnej soli wapnia, może to być na przykład jego chlorek, i w bardzo małym stężeniu podać roślinom. A na przyszły sezon, kostki słomy w ramach przygotowań solidnie potraktować dolomitem, lub może preparatem własnej roboty ze skorupek jaj, solidnie wcześniej w piekarniku wyprażonych.

To jednak, co w przyszłym sezonie wymaga całkowitej zmiany, to "rusztowania" po których pną się pomidory. Starałem się unikać masywnych konstrukcji, ale siatka typu szklarniowego, rekomendowana między innymi do ogórków, totalnie się nie sprawdziła. Zmuszony byłem wzmacniać całą konstrukcję przy użyciu linek, a przy pielęgnacji pomidorów siatka wielokrotnie wchodziła w paradę. Intensywnie więc zacznę poszukiwać lepszej metody na tymczasowe "rusztowania"na przyszły rok, ale póki co, raczę się tylko pomidorkiem prosto z krzaka, czego i Wam życzę, Drodzy Czytelnicy.