Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kabaczki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kabaczki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Ten czas

 Każdego roku w Ostoi przychodzi ten czas, gdy krzaki uginają się pod owocem, gdy grządek nie widać spod plonów, a garnki, słoiki i brzuchy zaczynają odczuwać klęski i dobrodziejstwa obfitości i napełniają się tym, co nam urosło. Pomimo że staram się sadzić rozsądne ilości wszystkiego, zawsze okazuje się, że posadziłem za wiele. Z ogromnym niepokojem od zimy patrzyłem na zmiany pogody, drastyczne i niebezpieczne, widoczne dla każdego, kto chce je zauważyć. Obawiałem się upałów, które nadeszły i sadziłem tak, aby być przygotowanym na straty. Na szczęście, odpukać, straty okazały się minimalne, pomimo ponad trzydziestostopniowych upałów. W rezultacie spożycie cukinii na głowę mieszkańca osiągneło wysoki stan alarmowy, wliczając w to rodzinę i znajomych.

W podobne stadium zaczyna wchodzić fasola, od szparagowej typu wstęga poczynając. O ile jednak dynie i cukinie sadzone były mniej więcej w tym samym czasie w drugiej połowie maja, o tyle fasole siałem mając zawsze w pamięci sukcesję w czasie. Zamiast wysiać od razu wszystkie nasiona, co tydzień wysiewałem małą partię, czasami tak małą, jak trzy nasiona z każdej odmiany. Dzięki temu fasola plonuje teraz sukcesywnie i klęska urodzaju dotyka nas znacząco mniej, a dodatkowo cieszyć się będziemy mam nadzieję świeżą fasolą przez długie jeszcze tygodnie.

Pomidory - moja miłość, z kolei dwa główne typy mają - samokończący (gdzie cały krzak owocuje niemal jednocześnie, a następnie obumiera), oraz o wzroście ciągłym, owocujące stopniowo aż do późnej jesieni. W Ostoi królują te drugie, po to właśnie, aby nie mieć jednorazowej klęski urodzaju, a raczej długo cieszyć się ich mniejszymi ilościami. Gdybyśmy jednakże zamierzali na przykład produkować duże ilości przecieru, zdecydowanie sadziłbym więcej odmian samokończących.  Ponieważ jednak uwielbiam smak świeżych i co roku przeżywam dramat pod tytułem Addio Pomidory, to odmiany o ciągłym wzroście moim oczkiem w głowie są. Po pierwszych już jestem zbiorach, a ostatnie nastąpią zapewne gdy nadejdą przymrozki.

Ten czas obfitości i zbiorów jest też czasem nagrody. Za ciężką, uporczywą i systematyczną pracę, za wiarę w słuszność tego co robię, za czas poświęcony na naukę, praktykę i własne eksperymenty. To satysfakcja płynąca z życia permakulturą, w odróżnieniu od życia z permakultury, radość z obserwacji tego, jak ogród może jednocześnie żywić nas, siebie i wszystkich swoich mieszkańców dużych i małych, oraz gości przybywających spoza Ostoi - zwierzęta i ludzi. Poczucie spełnienia pierwszej dyrektywy Mollisona, poprzez zadbanie o przyszłość swoją i swoich najbliższych. Poprzez stały dostęp do super zdrowej, własnej żywności, tak świeżej, jak tylko może być. Ten czas, niech trwa.


poniedziałek, 19 września 2016

Wykopki i zbiory


W Ostoi od samego początku eksperymentuję z metodami uprawy ziemniaków. Głównym celem eksperymentów jest dobranie takiej metody, która wymaga jak najmniej pracy, zabiegów, podlewania, a jednocześnie daje w miarę dobre plony, przy czym ziemniaki mają być zdrowe i smaczne. Twórca permakultury Bill Mollison pisał kiedyś, że ziemniaki można ułożyć na betonie, przykryć słomą, od czasu do czasu podlewać, a na koniec sezonu zebrać. Paul Gautschi z kolei uprawia swoje ziemniaki pod grubymi warstwami zrębki, zaglądając do nich raz w troku - dzień zbioru jest również dniem sadzenia - po prostu kilka zostawia pod zrębką na przyszły rok.

O tym, że testuję metodę Paula Gautschi pisałem jakiś czas temu, pisałem również o uprawie w workach, oraz w tak zwanych wieżach ziemniaczanych. W tym roku do wszystkich tych metod dołączyłem jeszcze metodę podobną do opisywanej przez Mollisona, ale z uwagi na brak nawierzchni betonowych w Ostoi, ziemniaki umieszczone zostały po prostu na powierzchni gleby - na suchym, zbitym piachu podwórka. Przykryte zostały słomą i może ze dwa-trzy razy w ciągu sezonu obficie podlane. I właśnie ta metoda w tym roku okazała się najlepsza - wymagała najmniej pracy, najmniej podlewania, a zbiór polegał po prostu na uniesieniu warstw słomy i zebraniu czyściutkich ziemniaczków z powierzchni ziemi. Ładnie się udały zarówno ziemniaki "tradycyjne", jak i fioletowe, które pierwszy raz w tym roku uprawiałem. Warto się do uprawy ziemniaka przyłożyć, bo nic tak nie cieszy, jak własne ziemniaczki obtoczone we własnych ziołach, upieczone  na własnym drewnie we własnym piecu.

Skoro już jesteśmy przy dziwnych roślinach jakimi niewątpliwie są fioletowe ziemniaki, to równie dziwny jest fasolnik chiński - roślina motylkowa o niezwykle długich strąkach wypełnionych małymi nasionami. Strąki ugotowane mogą stanowić "roślinne spaghetti", starsze strąki można łuskać i wykorzystywać kulinarnie ziarenka. Fasolnik wiąże azot z powietrza, użyźnia więc glebę, a jedyną niedogodnością jest to, że jest rośliną ciepłolubną i w Ostoi udaje się tylko z rozsady. Dotychczasowe próby wysiania go do gruntu aby towarzyszył innym roślinom w polikulturze  jako pnącze całkowicie zawiodły.

Nie samymi ziemniakami człowiek żyje, zbieram więc ostatnie ogórki, melony i na nowo owocujące truskawki. Powoli zaczynają być gotowe do zbioru kabaczki i cukinie. Trwa pomidorowe szaleństwo, tylu pomidorów, ile w tym roku jeszcze nigdy nie było. Jestem dosłownie zasypany małymi pomidorkami koktajlowymi. Duże pomidory powoli się kończą, jeszcze tylko najpóźniejsze odmiany próbują dojrzeć. W swojej nadgorliwości zabiłem niestety kilka krzaków, obcinając zbyt wiele liści od dołu, tam jednak, gdzie zrobiłem to poprawnie, nie ma juz prawie niedojrzałych owoców.

Na największym talerzu jaki mam mieszczą się średnio dwa plasterki pomidorowego szczęścia. Z takich właśnie okazów wybieram nasiona. Dwa dni fermentują w wodzie aby ułatwić pozbycie się galaretowatej osłonki, a następnie płukane są na sitku zimną wodą, i suszone. O ile w tym roku niemal wszystkie nasiona pomidorów pochodziły spoza Ostoi, o tyle na przyszły rok planuję skorzystać wyłącznie z tego, co sam teraz zbiorę. Dotyczy to zresztą nie tylko pomidorów, ale i innych roślin, ze szczególnym uwzględnieniem strączkowych. Zbiory nasion to najważniejsze ze zbiorów, to akt optymizmu i inwestycja w przyszłość, w następny udany rok.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Migawki sierpniowe

Najpiękniejsze chwile w Ostoi to czas, gdy kończy się dzień. Słońce zachodzi za rzeczką, a człek, po całym dniu prac wszelakich, siedzi i gapi się z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku (wiem, wiem, w piętkę gonię i ciągle to powtarzam). Przyroda odpoczywa od skwaru, za wyjątkiem komarów, które wtedy właśnie potrafią urządzać sobie zawody w upierdliwości. Wkrótce nad łąkami krążyć zaczną nietoperze, w tym zapewne i te, które żyją za okiennicami domku, na pohybel komarom. Głosy dnia ustępują głosom nocy, a powierzchnię wody marszczą rybki, zbierając z niej pyszczkami upadłe owady. Wiele z tych rybek nosi niewdzięczną nazwę piekielnica, co z uwagi na ich zasługi w odkomarzaniu jest zupełnie niezasłużone.

Pogoda potrafi płatać figle i gdy w planach jest nocne oglądanie deszczów meteorytów z roju Perseid, musiało się właśnie zachmurzyć. W nadziei, że może w środku nocy lub nad ranem pogoda jednak się zmieni, ustawiam aparat wycelowany w niebo i padam w objęcia Morfeusza. Gdy budzę się rano, oczom moim ukazuje się taki widoczek - wielobarwne szlaki gwiazd wszelkiego autoramentu, układające się w subtelny, harmoniczny wzorzec. Kolejny dowód na to, że "a jednak się kręci". Są nawet trzy czy cztery meteoryty, w formie wyalienowanych z wzorca kresek. To doświadczenie trzeba będzie koniecznie powtórzyć przy różnych okazjach i przy lepszej pogodzie.

W "Kąciku Nowego Świata" grzecznie rosną sobie rośliny z obu Ameryk, tworząc ładną i zgraną polikulturę. Opóźniona w rozwoju kukurydza dopiero zaczyna doganiać jakony, dołem rosną fasolki, a nieco z boku dyniowate. W tle ściana z topinambura, tak zwanej żywności awaryjnej, gdyż nawet spod śniegu jego bulwy można wydobyć. Wszystko oczywiście w materacu różnorakiej ściółki, spodem z przewagą zrębki, górą głównie słomianej. Całość praktycznie niepodlewana, rośnie sobie samodzielnie.


Jeśli wpatrzymy się dobrze w gąszcz roślin, mignie nam tu i ówdzie śmieszna roślinka przypominająca truskawki na patyku - to komosa rózgowa, zwana też szpinakiem truskawkowym. Owoce rzeczywiście przypominają malutkie truskawki, a liście można spożywać jak szpinak, jednakże ani owoc nie jest zbyt smaczny, ani liści nie jest wiele. Główna zaleta tej rośliny to jej wygląd oraz możliwość wykorzystania mini-owoców do dekoracji potraw. Jest to roślina niewymagająca i łatwa w uprawie, mam nadzieję, że raz wysiana będzie się dalej samodzielnie mnożyć z czarnych i twardych nasion skrytych w mini-owocach.

Z pomidorami na dwoje babka wróżyła - te uprawiane w workach jeszcze nie dojrzewają, ale są "rycerzami bez skazy" - żadnych zniekształceń, chorób, odchyleń od normy, natomiast te uprawiane na kostkach słomy w połowie już zebrane, a część z nich niestety ucierpiała i wykazuje objawy suchej zgnilizny wierzchołkowej, czyli tak zwanego BER (Blossom End Rot). Nie jest to ani zjawisko masowe, ani nie niszczy całych owoców, jednakże uczy aby na przyszłość zadbać o większą dostępność wapnia i bardziej równomierne nawodnienie. Brak wapnia bowiem, lub problemy w jego przyswajaniu, w połączeniu z gwałtownymi zmianami dostępności wody, są głównymi przyczynami tej choroby. Na nic opryski z pokrzywy jak niektórzy radzą - trzeba raczej uciec się do dowolnej rozpuszczalnej soli wapnia, może to być na przykład jego chlorek, i w bardzo małym stężeniu podać roślinom. A na przyszły sezon, kostki słomy w ramach przygotowań solidnie potraktować dolomitem, lub może preparatem własnej roboty ze skorupek jaj, solidnie wcześniej w piekarniku wyprażonych.

To jednak, co w przyszłym sezonie wymaga całkowitej zmiany, to "rusztowania" po których pną się pomidory. Starałem się unikać masywnych konstrukcji, ale siatka typu szklarniowego, rekomendowana między innymi do ogórków, totalnie się nie sprawdziła. Zmuszony byłem wzmacniać całą konstrukcję przy użyciu linek, a przy pielęgnacji pomidorów siatka wielokrotnie wchodziła w paradę. Intensywnie więc zacznę poszukiwać lepszej metody na tymczasowe "rusztowania"na przyszły rok, ale póki co, raczę się tylko pomidorkiem prosto z krzaka, czego i Wam życzę, Drodzy Czytelnicy.






poniedziałek, 4 lipca 2016

Worki i pesto

 Jeśli pamiętacie opisywane w początku czerwca worki, to możecie obok zobaczyć, jak wyglądają teraz. W trudnych warunkach Ostoi sprawdzają się doskonale i jak na razie nic nie jest w stanie ich przebić. Z małej sadzonki pomidorka porosły w nich krzaki wyższe ode mnie, a nie zaliczam się do niziołków. Fasole, dynie, ogórki i melony też worki uwielbiają, a posadzona pod każdym z pomidorów, w ramach dobrego sąsiedztwa, bazylia po prostu eksplodowała. Jeszcze nigdy w swojej krótkiej i skromnej karierze ogrodniczej tak ładnej bazylii nie udało mi się wyhodować.

A skoro bazylia tak pięknie dopisała, to od razu na bieżąco, uszczypując po troszeczku, produkuję z niej pesto. Pierwsze powstało z mieszanki odmian - klasycznej, cytrynowej i purpurowej, z dodatkiem oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia raz soli morskiej. Nie postoi długo, więc nie jest pasteryzowane ani niczym utrwalane. W połączeniu z chlebkiem pita cieszy smakiem, ale to, czym naprawdę zachwyca, to zapach. Bazylia ta rośnie oczywiście w worku, ale worek ten stoi na "patelni", w miejscu tak spalanym przez słońce, że nie rosło w nim nic. Pewnie stąd ta siła aromatu, południowo-śródziemnomorskiego.

Tu worki w innym ujęciu, aby pokazać, jak mało miejsca zajmują. Dzięki umieszczonemu w każdym z worków rusztowaniu z siatki wszystkie rośliny prowadzone są pionowo, jedynie dynia wymknęła się temu schematowi bo puściła pędy poziomo podczas mojej nieobecności i grzechem by było teraz w jej wzrost brutalnie ingerować. Niech sobie rośnie jak chce, pozostałe jednak rośliny są raz w tygodniu skłaniane delikatną perswazją do pięcia się w górę. Cała ta dziwna parada worków przetrwała bez uszczerbku dość pokaźną burzę, a to dzięki temu, że cały ciężar worka skupia się u jego podstawy, tam on nasiąka wodą i to go trzyma jak kotwica.

No ale nie tylko worki dają radę - szukając jak najprostszych metod zagospodarowania ugoru, wykonałem grządeczkę o długich bokach z dwóch starych desek, bez boków krótkich. Między deski trafiły kolejno: odrobina obornika, gazety mocno zmoczone, kilka taczek zrębki. Dziś na grządeczce pyszni się fasola, jest też kabaczek i kilka egzemplarzy kukurydzy, która jednak chyba nie da razy dorosnąć. Celem tej grządeczki jest jednak nie tyle plot tegoroczny, co przyszły - to, o co tu chodzi, to produkcja gleby na piachu. Na jesieni dwie deski można przenieść gdzie indziej i cały proces powtórzyć, a na przyszłą wiosnę w tym miejscu posadzić już coś bardziej wymagającego.

Wiosną bardzo zachwalałem moje donice,  pisząc jak to obdarzyły nas rzodkiewkami. Teraz tych samych donic nie widać niemal spod fasoli. Obecne fale upałów nie były w stanie osuszyć donicy przez dwa tygodnie, uzupełnianie wody co drugi tydzień okazało się jak na razie w zupełności wystarczające. To jest istotna przewaga donic nad workami, bo wodę w kuwetach w których worki stoją uzupełniać trzeba było dwa razy w tygodniu. Nie miałem czasu na dobre zająć się donicami, powinienem pewnie dodać kompostu, może i poprawić ściółkę ze zrębki, ale wszystko na co znalazłem czas, to chwila aby wetknąć nasiona fasol do ziemi. I okazało się, że nic więcej nie trzeba, aby zaczęły rosnąć. Niedawno dodałem do donic paliki, aby fasole miały po czym piąć się do słońca, a poza tym donice są całkowicie bezobsługowe, jeżeli nie liczyć dolania wody co 14 dni.

Na koniec dwa słowa o dalszych losach glediczji i robinii wcześniej opisywanych. Przyszedł czas, że trafiły w miejsce docelowe, czyli na lotnisko. Ten pas wzdłuż płotu będzie już na jesieni obsadzony roślinami typowymi dla leśnego ogrodu. Wczesną wiosną w zrębkę wysiałem rośliny motylkowe, a obecnie między rosnące łubiny i peluszki trafiły robinie i glediczje. Są to gatunki wspierające dla przyszłych roślin użytkowych - będą wiązać azot z powietrza i dostarczać bardzo dobrej ściółki. Jest spora nadzieja, że tam, gdzie do tej pory porastały rzadkie kępki trawy, za 3-4 lata rozrastać się będzie kameralny leśny ogród.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Po powrocie

Po dwutygodniowej nieobecności jechałem do Ostoi z duszą na ramieniu. Podobna nieobecność zeszłosierpniowa zakończyła się smutno dla większości wiosennych nasadzeń drzewek, w wyniku ekstremalnej suszy i upałów. W tym roku przed wyjazdem podjąłem działania prewencyjne, instalując automatyczne nawadnianie w kluczowych punktach podwórka. Poza płotem jednak, obowiązywała nadal zasada "kto przeżyje, wolnym będzie".

Raporty z Polski donosiły że nie powinno być tak źle - temperatury niewygórowane, okresowe opady ... i rzeczywiście, zastałem niemal wszystko w całkowitym porządku, żeby nie powiedzieć w rozkwicie. Źle jedynie wyglądała moja workowa uprawa ziemniaków, kierując się więc impulsem, postanowiłem ją zakończyć. Worki okazały się jednak zbyt nietrwałe, rozpadały się w dłoniach - być może nadmiar deszczów winę za to ponosi. Ich zawartość natomiast była pełna życia - kompost z dużą ilością dżdżownic, oraz tu i tam ... kartofelek. Nie sprawdziły się niestety marzenia o "całym worku kartofli" - z każdego z worków uzyskałem niemal dokładnie po jednym kilogramie ziemniaczków. Jako bardzo fajny bonus dostałem cztery taczki dobrego kompostu. Czy warto było? No cóż, zależy jak na to patrzeć. Gdyby wziąć pod uwagę "wydajność z hektara", to jak najbardziej - ustawiając worki na gołym betonie o powierzchni około pół metra kwadratowego osiągnąłem plon 400 kg z hektara ;-) co dwukrotnie przewyższa najlepszy polski średni plon z ostatnich kilku dziesięcioleci. Z drugiej strony jednak, czy warto się tak bawić, dosypywać do worków co tydzień, dbać aby nie za mokro i nie za sucho ... W moim przypadku chyba nie, gdyż niedaleko obok, w zrębkach, ziemniaki dobrze rosną bez tych zabiegów. Jednakże, jeśli ktoś ma na przykład tylko balkon czy taras w bloku, to taką uprawę zdecydowanie polecam. Smak moich ziemniaków bowiem jest niezrównany.


 Jeśli chodzi o walory smakowe, to wszystkie warzywa z Ostoi generalnie są tak esencjonalnie smakowite, że ciężko się oprzeć ich podjadaniu w trakcie ogrodowych prac. Kilka pomiarów przeprowadzonych przy użyciu refraktometru pokazuje, że mają one 2-3 razy więcej soli mineralnych i składników odżywczych niż "takie same" warzywa z marketu. Największą furorę robi smak rukoli, niespotykany nawet w tej kupowanej w sklepach z żywnością "zdrową" lub "ekologiczną". Nie ustępują jej kabaczki i dynie makaronowe, nie wspominając już o truskawkach, które właśnie zwariowały i zabierają się za ponowne owocowanie. W świecie pięknie i ciekawie, ale fajnie jest wrócić ...

wtorek, 22 lipca 2014

Spirale życia

W Ostoi życie kwitnie, rośnie, owocuje. Na grządkach ze zrębek obok tradycyjnie dobrze w nich rosnącego bobu i wszelkiego rodzaju fasol, w tym roku także wybijają się dynie i kabaczki, które w zeszłego lata nie raczyły rosnąć. Wybujały również słoneczniki, dobrze radzą sobie pomidory, zakwitły ogórki, a ziemniaki, posadzone eksperymentalnie na jesieni, lada moment będą gotowe do zbiorów. Podobnie jak w zeszłym roku nie radzą sobie brokuły i kapusty, najwyraźniej nie jest to odpowiednie środowisko dla nich. Na obrzeżach ścieżek porosły topinambury i szparagi, te pierwsze można będzie w tym roku zacząć zbierać, tym drugim potrzeba chyba jeszcze roku aby choćby ich skosztować.

Na ziołowej spirali powoli zapełnia się przestrzeń, coraz mniej widać zrębek, a coraz więcej kęp pięknych ziół rozprzestrzenia się i wabi kolorem i zapachem. Na szczycie stoją dumnie rozmaryny, lawendy i szałwie, niżej nieco tymianki, czosnki, ogóreczniki, a na samym dole królują mięty. Nad wszystkim panują wielkie kwiaty rudbekii, ulubione miejsce okolicznych motyli. Nieco niżej kwitną aksamitki, które pierwszomajowy przymrozek niemal życia pozbawił, a jednak, odżyły i mają się dobrze.

W drewutni zdesperowana ptaszyna uwiła gniazdko, ze wszystkich trzech jaj wylęgły się pisklęta. Najsłabszy braciszek czy siostrzyczka został brutalnie z gniazdka wyrzucony i dokonał żywota. Dwa pozostałe na razie radzą sobie dzielnie, choć na ich życie czatuje Ruda Zołza, kocica z sąsiedztwa będąca postrachem kurników, gniazd i jaszczurek. Do Ostoi powrócił wielki bóbr - samiec, intensywnie od wieczora do zmierzchu penetrujący starorzecza. W młodniku rezyduje koziołek sarny, a wielka zajęczyca, no gdzieżby indziej, jak nie na Zajęczej Górce, zajmuje się swoimi sprawami, nie zważając na nas, gości w jej lesie. Tak wygląda Ostoja w szczycie spirali życia. Cieszymy się tym póki czas, bo pierwszy opadły żółty liść z naszej lipy przypomina, że maluczko, a będzie po lecie.