Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kompost. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kompost. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 października 2023

Pocałunek śmierci

 

Tegoroczna jesień okazała się łaskawsza niż zeszłoroczna i "pocałunek śmierci" w postaci solidnego przymrozka zawitał do Ostoi dopiero dziesiątego października. Dzięki temu były i październikowe pomidory, i cukinie, i zieloności, i jadalne kwiatki. Z uwagi na koszmarną suszę bardzo niewiele było grzybów leśnych, ale wystarczyło aby posmakować. Pierwsza noc z solidnym przymrozkiem zmienia niemal wszystko - "przestawia wajchę" z trybu letniego, na zimowy, sprawia, że zmienia się struktura plonów czy zakres prac, ale jednego nie zmienia - w permakulturowym siedlisku zawsze jest multum pracy do wykonania, szczególnie wtedy, gdy ktoś w takiej pracy odnajduje głębszy sens i po prostu, po ludzku, ją lubi. Nie bez kozery moja lista rzeczy do zrobienia z roku na rok nie tylko nie maleje, ale wręcz rozrasta się, jak jakiś perz czy inny topinambur.

Pocałunek śmierci sprawia, że dosłownie z dnia na dzień zaczyna opadać więcej liści, a ilość materii organicznej jaką można podebrać z warzywników gwałtownie rośnie. Można zacząć sprzątać zmrożone pędy pomidorów, cukinii czy dyń, ale co najważniejsze przejazd elektryczną kosiarką po podwórku pod lipą dostarcza mieszanki trawy i liści idealnej na kompost. Jest to czas, kiedy kompostuję na gorąco napełniając moje leśne kompostowniki po brzegi. Część kompostu trafi na grządki jeszcze w tym roku, w miarę jak będą się opróżniać. Reszta zostanie dołożona wiosną, przed siewami lub sadzeniem. Przeciętnie, od dwóch do pięciu centymetrów najlepszego kompostu wystarcza, aby zapewnić warzywom żyzność na cały przyszły rok, bez dodatkowego nawożenia.

Pocałunek śmierci zmroził nadziemne części jakonów, przystąpiłem więc do zbiorów. Wykopanych kłączy i bulw uzbierała się niemal taczka, nieco mniej niż by być mogło, gdybym jakony podlewał. Nie wiem który już raz to piszę, że to przez tegoroczną suszę. O ile wiele lat temu głównym problemem Ostoi był brak żyzności i szczery piach, o tyle teraz jest nim brak wody. Ten sezon był pierwszym w historii Ostoi kiedy to zbiorniki deszczówki ani razu się nie przepełniły, a przez kilka tygodni poziom deszczówki w zbiornikach wynosił zero. Podlewanie ograniczyłem już nawet nie do minimum, ale do ratowania tych roślin, które padały, a w leśnym ogrodzie, gdzie podlewanie nie wchodzi w grę, usychać zaczęły nawet pokrzywy i maliny, co świadczy o tym, jak trudny pod względem wody był to sezon. W mojej opinii, może być jedynie gorzej, dlatego mam zamiar do następnego sezonu całkowicie przerobić instalację do nawadniania i mieć ją w gotowości, bo kolejnego roku biegania z konewką od jednego wysychającego pomidora do drugiej schnącej cukinii to ja nie przeżyję.

Tymczasem jednak na grządkach gdzie rósł jakon od razu posadziłem szpinak z rozsady, ale zanim w ogóle mogłem to zrobić, zmuszony byłem robić co? Tak, podlewać! Podłoże było bowiem całkowicie hydrofobowe, czyli woda spływała po nim jak po przysłowiowej kaczce. Wielokrotnie, powolutku, nawilżałem je wodą z konewki, aż woda zaczęła wsiąkać. Nie sposób jednakże sprawić, aby przywrócić właściwą wilgotność na całej wysokości grządki, sprawić to mogą jedynie jesienne, mżawki, kapuśniaczki, deszcze i szarugi, na które bardzo liczę. Jeżeli nie przyjdą, przyszły sezon będzie bardzo trudny, bo podobna sytuacja jest niestety u mnie wszędzie. Być może w przyszłym sezonie pocałunkiem śmierci nazywać będzie trzeba suszę, a nie mróz? Oby nie.

W coraz dłuższe wieczory, gdy światło dnia zanika coraz wcześniej, można się zająć łuskaniem fasoli, suszeniem kolb kukurydzy i ostatnich ziół, kondycjonowaniem dyń aby przechowały się jak najdłużej oraz butelkowaniem wina z kwiatów czarnego bzu, które już od dziesięciu lat jest sztandarowym produktem Ostoi. W tym czasie produkcja wzrosła z dziesięciu do 55 butelek rocznie, znacznie lepszy wynik niż wzrost polskiego PKB. Śmiało mogę rzec, że czas zainwestowany w wino skutecznie przeciwdziała inflacji. Oczywiście są to żarty, bo jak zwykle, niczego nie sprzedaję i niczego nie rozpatruję w kategoriach pieniądza i zysku. Wiem jednak, że każda sekunda poświęcona na produkcję tego trunku "się opłaca".

Przysłowiowym rzutem na taśmę zebrałem ostatnie miechunki ze zmarzniętych krzaków, połączyłem z niezwykle ostrymi papryczkami i w efekcie uzyskałem oszałamiająco ostry sos Salsa Verde, jakiego jeszcze do tej pory nie miałem. To efekt papryczki o nazwie Seven Pots, czyli Siedem Garnków, bo na tyle podobno jedna taka wystarcza. U mnie poszła ona do litra sosu, można więc być może nazwać ten sos "Pocałunek Śmierci"? Nie sądzę jednak, aby była to nazwa ponętna kulinarnie. Z drugiej strony, jedno z najlepszych europejskich piw to belgijska "Mort Subite", czyli "Nagła Śmierć", więc dlaczego nie?

środa, 24 sierpnia 2022

Rzeka plonów

 

Cukiniami sierpień się zaczyna, można by zaśpiewać, ale nie tylko zaczyna się, bo strumień cukinii płynie z ogrodu nieprzerwanie przez cały miesiąc. Jak co roku ruszyła produkcja przetworów, wśród których dominuje marynowana cukinia na ostro oraz sałatka z cukinii z dodatkiem papryk i cebuli. Z tego, co usunąłem ze środków cukinii powstaje pyszna pasta z czosnkiem i kurkumą, a cukinia smażona, duszona, gotowana, w postaci zupy-kremu czy curry towarzyszy nam codziennie, a w zasadzie trzy razy dziennie ... Dzięki temu, że przepisy na przetwarzanie własnych warzyw zbieram latami, wszystko z jednej strony udaje się jakoś zużytkować, a z drugiej (jeszcze) nie mamy cukinii dosyć. Maleńkie ogrody Ostoi, nie poświęcone przecież wcale głównie cukiniom, zaopatrują w to pyszne warzywo kilka gospodarstw domowych.

Cukinie są fajnie i "w ogóle", ale to pomidory są moim oczkiem w głowie w ogrodzie kuchennym. Jak pisałem poprzednio, walka z zarazą ziemniaczaną toczyła się zacięta, no i toczy się nadal, bo zaraza chce powrócić, ale nie ma już takiej mocy jak w połowie lipca. Wiem już, że udało się uzyskać plon ze wszystkich odmian, czasami bardzo obfity, czasami marny, ale jednak. Jest więc okazja aby spróbować każdej odmiany i zebrać nasiona z tych najsmaczniejszych, najlepiej plonujących i najmniej podatnych na choroby. Zbieram więc pracowicie nasiona, fermentuję, suszę, pakuję w osobne torebeczki, to też jest rodzaj wartościowego plonu do wykorzystania w kolejnych latach.

Choć do zbiorów jeszcze daleko, pięknie prezentują się dynie różnych odmian, z których także zamierzam zbierać nasiona i kontynuować prace nad własną odmianą lokalną. Tu głównym kryterium selekcji będzie smak - zbiorę nasiona jedynie z owoców, które będą wyraźnie słodkie i bogate w karoten, czyli intensywnie pomarańczowe. Pragnę pozbyć się odmian pięknie rosnących i plonujących, ale o byle jakim miąższu. I tak, nawet z tych małych "hektarów" ogrodu upraw głównych uzyskuję więcej, niż potrzebujemy. Nadszedł czas aby zamiast troszczyć się czy coś w ogóle urośnie (bo rośnie) zająć się dbaniem o najwyższą jakość plonów i ich wysokie wartości odżywcze. Wprawdzie i teraz nie jest z tym źle, ale zawsze może być lepiej.

W początku sierpnia zacząłem pozyskiwać też plony ze stawu, na razie ostrożnie. Wygląda na to, że karasie i liny na dobre zadomowiły się w stawie i jest ich już tyle, że można sobie pozwolić na odłów ryb średnich rozmiarów. Zarówno maleństwa, jak i największe okazy, żyją sobie spokojnie, te pierwsze mają rosnąć, te drugie się rozmnażać. Widać też szansę na zbiory jadalnych roślin wodnych, nareszcie ruszyła się strzałka wodna, której kłącza i bulwki są bardzo smaczne. Spróbuję wykopać pierwsze wczesną jesienią - część rozsadzić, a część zabrać do kuchni. Niestety, nie ma śladu po kotewce- orzechu wodnym, jak widać póki co roślina ta nie akceptuje warunków w moim stawie i najprawdopodobniej wyginęła do cna. Istnieje też drobne ryzyko, że została pożarta, w stawie bowiem są roślinożerne amury oraz dzikie piżmaki.

Od czasu do czasu las darzy kurkami, o ile nie wyzbierają ich miejscowi grasanci, zaczęły się też pojawiać pierwsze jeżyny, zarówno dzikie, jak i i sadzone przeze mnie w leśnym ogrodzie. Nie ma tygodnia, aby nie wyrosły gdzieś czubajki kanie i pierścieniaki. Jest sporo fasolki szparagowej, na wykopki czeka jeszcze znaczna część marchwi i pietruszki z siewu zimowego. Muszę to zrobić rychle, gdyż lada dzień czas siać szpinak. Są ogórki, zarówno te klasyczne, jak i śmieszne miniaturowe, z odmiany Dar, której krzaczki są naprawdę równie małe jak owoce. Jest i szczypior, i kalarepki, i nasturcje o jadalnych kwiatach, nasionach i liściach, słowem, rzeka plonów płynie szerokim strumieniem, którego zagospodarowanie zajmuje teraz więcej czasu niż prace o ogrodzie. 

Pewnych spraw jednak nie wolno zaniedbać - intensywnie zbieram materiały na kompost i kompostuję po to, aby mieć jego wystarczającą ilość na jesień. Często słyszę stwierdzenia w stylu "robię w ogrodzie to czy tamto, ale nie mam dość kompostu". No cóż, to zamiast robić to czy tamto - kompostuj! To naprawdę jedno z najważniejszych działań, jakie możesz podjąć w swoim ogrodzie, a materiału na kompost na pewno jest dość w Twoim otoczeniu. Ponadto przygotować się już powoli trzeba do jesiennego ściółkowania, dlatego zakupiłem nieco zrębki, której cienką warstwą pokryję jesienią część ścieżek i wspomogę część nasadzeń w leśnych ogrodach. Nie zamierzam już zwiększać powierzchni upraw, ale planuję podwyższyć kilka grządek, głównie truskawkowo-czosnkowych, aby uciec rosnącym pod nimi korzeniom wielkich drzew. Jak widać, w permakulturowym siedlisku nie ma czasu na nudę i zawsze łatwo o jakieś konstruktywne zajęcie. Kompost też jest zresztą rodzajem plonu, jeżeli pochodzi z naszego siedliska i sami go sporządzamy. Obfitych plonów moi mili, niech płyną ku wam szeroką strugą!


sobota, 10 października 2020

Metamorfoza grządek

Los zrzucił mi na głowę Ostoję w początku roku 2013. Gdy w połowie kwietnia zakładałem w niej pierwsze trzy grządki, nigdy nie przypuszczałem, że losy Ostoi i moje potoczą się tak a nie inaczej. Cała historia zaczęła się właśnie od tych trzech grządek, których obrzeża zbiłem ze starych desek znalezionych w szopie. Podłoże przygotowałem według własnej receptury, posiałem pierwsze nasiona i nie byłem wielkim optymistą, że cokolwiek z tego wyjdzie. Pisałem wtedy tak:
"Wiele wyzwań przed roślinami - nadmiar słońca, susza, zające i ptaki, zobaczymy, czy cokolwiek z tego wyjdzie przy dorywczej opiece."
No ale wyszło, lepiej lub gorzej, ale wyszło. I wychodziło rok po roku. Cieszyłem się z tych roślin, z plonów, z samego grzebania w ziemi. Wymyśliłem sobie, że najprościej powiększać warzywnik przenosząc te obrzeża z desek w bok, wypełniając ponownie, a w miejscu gdzie poprzednio stały, dosypać kompostu w miejscu, gdzie były ścieżki i tym sposobem budować glebę na jałowych piaskach Ostoi. I choć wkrótce przyszły inne metody, inne rozwiązania i inne uprawy, to przecież te drewniane obrzeża ze starych dech pozwoliły mi powiększyć obszar upraw kilkukrotnie.

Koło czasu obraca się jednak nieubłaganie i proces starzenia się, śmierci i rozkładu nie ominął również moich obrzeży. Nie nadają się już do tego, aby je po raz kolejny przenieść w nowe miejsce, nawet nie ze względu na to, że nie przetrzymałyby kolejnego sezonu, ale raczej dlatego, że rozkładające się drewno jest doskonałą kryjówką dla ślimaczych hord i jaj tychże. A tego nie chcemy. Ze zbutwiałych desek wyłażą już gwoździe, trzeba by je więc wspierać wbitymi w ziemię kołkami, czyli jak to mówią, niewarta skórka za wyprawkę. Decyduję się więc usunąć obrzeża definitywnie i w tej części ogrodu już do nich nie wracać.

Rozgarniam pieczołowicie materiał zgromadzony w obrzeżach tak, aby wypełnił przejścia między nimi. Powstaje jednolita grządka, o długości około czterech metrów. Nadaję jej odpowiedni kształt (odpowiedni moim zdaniem oczywiście, bo ilu ogrodników, tyle opinii i sprawdzonych sposobów). Formuję jej wierzch tak, aby był lekko wklęsły do środka, dzięki czemu każdy deszcz zamiast spływać z wygiętych jak garb wielbłąda wałów, jakie buduje wielu, spływał do środka grządki i tu wsiąkał. Woda bowiem w glebie rozchodzi się na boki, wylana pośrodku dotrze do boków, wylana po bokach nie sięgnie środka. Jak zwykle pokrywam grządkę warstwą około pięciu centymetrów najlepszego jaki mam kompostu.

Ostatnią czynnością w tym roku jest wyściółkowanie grządki starym sianem i pozostawienie jej w tym stanie do wiosny. Myślę, że będzie ona gotowa do pracy gdy tylko odpuści zima. O ile oczywiście zima przyjdzie.
Zapytacie, co ze starymi obrzeżami? No cóż, dałem Wam już wyżej podpowiedź. Kto gnieździ się w starych zgniłych deskach? Tak, ślimaki! Stare deski z obrzeży od dziś pełnić więc będą funkcję pułapek na ślimaki ustawionych przy grządkach. Okazjonalnie będę sprawdzał, czy chowają się w nich i pod nimi ślimaki, i eksmitował je poza ogród. W mojej opinii jest to jedna z najskuteczniejszych strategii radzenia sobie z tymi stworzeniami.





niedziela, 10 czerwca 2018

Historia jednej grządki

Fala upałów nieustannie trawi Ostoję, a przyroda dostała znaczącego przyspieszenia. Zakwitły lipy, a kwiaty czarnego bzu zdecydowanie zaczynają przekwitać. To ostatni moment, aby nazbierać ich dosyć na wino i "szampana". O ile wino wymaga kilku miesięcy oczekiwania, o tyle "szampan" sporządzić można w niecałe dwa tygodnie. W Ostoi jest on sztandarowym napojem na upalne dni, z reguły sporządzam więc minimum 20 butelek. Przy tych temperaturach jest on gotowy w tydzień, po czym trafia do zimnej piwnicy. Im dłużej stoi, tym bardziej wytrawnym się staje, zwykle jednak nie danym mu jest dotrwać do końca lata.

Grządka sałatowa pomimo upałów nadal plonuje, ten sezon pod względem sałat jest rewelacyjny. W połowie to zasługa lokalizacji grządki (w cieniu), a w drugiej połowie grządki jako takiej - sposobu, w jaki ją zakładałem.

Zwykle wszystko zaczyna się od gleby - choćby takiej jak tu, w Ostoi. Niemal nic tu nie rośnie - gdzieś od czasu do czasu jakaś trawka, kępka mchu lub jakiś porost. Nie ma jednak złych miejsc na ogród, trzeba jedynie wiedzieć, jak się zabrać do sprawy.


Pierwszy krok to wzruszyć widłami lub łopatą glebę, ale nie przewracać jej. Chodzi o usunięcie ubicia i stworzenie kanałów, którymi woda i substancje odżywcze będą mogły wnikać wgłąb gruntu.

Drugi krok, który można wykonać lub nie, to umieszczenie obramowania wokół grządki. Mam jeszcze kilka nadstawek na europalety, wykorzystuję więc je na obramowania.

Grządki najlepiej przygotowywać na jesieni, aby przekompostowały się przez zimę i były gotowe do obsadzania na wiosnę. W Ostoi czasami robię grządki gdy po prostu mam materiał na grządki przydatny. Tym razem takim materiałem są odpady kuchenne zbierane do wiaderka bokashi.

Zlewam glebę bardzo solidnie wodą i czekam chwilę, aż woda wsiąknie w szczeliny. Zawartość wiaderka z bokashi rozsypuję bezpośrednio na glebę. Zamiast bokashi można użyć z powodzeniem odpadków kuchennych owocowo- warzywnych.

Bokashi przykrywam cienką warstwą materiału z wermikompostownika - czyli z hodowli dżdżownic. Dżdżownice i tak same by przyszły, ale ten krok przyspiesza cały proces znacząco. Polewam lekko tą warstwę wodą i obserwuję chowające się dżdżownice.

Moczę sporą ilość starych gazet w wodzie. Wykładam nimi dokładnie całą grządkę, łącznie z bokami. Polewam dodatkowo wodą po zakończeniu. Gazety nie przepuszczą potencjalnych chwastów, zatrzymają wilgoć i stworzą doskonałe warunki dla dżdżownic.

Wypełniam grządkę prawie po brzegi mieszaniną własnej roboty kompostu i wszelkiej materii organicznej jaką w tej chwili posiadam. Zależy mi na tym, aby materiał kompostował się dalej na grządce, stymulując rozwój życia glebowego. Polewam ponownie wodą.

Wypełniam pozostałą przestrzeń cienką warstwą najlepszego, dojrzałego, przesianego kompostu. W warstwę tą sieję nasiona - tym razem jest to karłowa odmiana fasoli szparagowej. Da plon jeszcze tego lata i zwiąże azot z powietrza, co pozwoli grządce lepiej funkcjonować w przyszłym roku. Wyrównuję powierzchnię grządki tak, aby woda nie spływała na boki.

Na koniec ściółkuję grządkę lekko słomą, dodam więcej ściółki gdy fasole wykiełkują. Ostatni raz lekko polewam wodą. Grządka jest gotowa, posłuży wiele lat.

A po dobrze wykonanej pracy można skosztować czarnobzowego szampana i w ostatnich promieniach zachodzącego słońca obserwować dudki grzebiące w grządkach. Mam nadzieję, że nie dobiorą się do świeżo posadzonej fasoli ...

niedziela, 23 lipca 2017

Czyste szaleństwo

 Całkiem niedawno pisałem o "resecie" donic w Ostoi, a tu proszę - już w nich kiełkują rzodkiewki, buraki, kapusty pac-choi i nie wiadomo jeszcze co. Upały i deszcze przyspieszają kiełkowanie i wszystko rośnie jak zwariowane, miecz to jednakże obosieczny. Rośliny mogą od razu "iść w kwiat", jeśli wysokie temperatury utrzymają się dłużej, a przed nami, tuż za rogiem, bezlitosny sierpień - miesiąc, w którym zawsze w Ostoi jest najcieplej i najbardziej, przeraźliwie wręcz sucho.

Póki co jednak, po porannym kapuśniaczku, zbieram co tam urosło - a to urwę kabaczka, a to ogórka, a to pierwsze dojrzałe pomidorki, a to się potknę  grzyba prawdziwego lub takiego co kozaczy, a to zioła ze spirali urwę i w słonecznej kuchni zaparzę na orzeźwiającą nawet w upał herbatę. Generalnie jednak jeszcze zielono mi - setki niedojrzałych pomidorów codziennie na deszczu mokną. Nie pamiętam takiego roku, aby tyle opadów nawiedzało Ostoję, zapewne wynika to z faktu, że system do zbierania deszczówki gotowy i sprawny jest, ot, zwykła złośliwość przyrody (a raczej efekt zmian klimatu, miotających nami od ekstremum do ekstremum),

 A skoro o spirali ziołowej mowa, to wydaje się, że zaczęła pełnić ona nową rolę - azylu dla zapylaczy. Okoliczne łąki wykoszone niemal do gołego i całe bzykające towarzystwo oraz majestatyczne motyle nie mając się gdzie podziać, wylądowały na podwórku w Ostoi. Zagęszczenie pszczół, trzmieli, motyli, chrząszczy jest ogromne, niemal nie ma kwiatka bez kilku owadów. Szaleńczy taniec nad spiralą trwa od świtu do zmierzchu, ze szczególnym natężeniem w okresie, kiedy na spiralę pada bezpośrednie światło słoneczne.


Ciągle sobie obiecuję znaleźć czas, aby pogapić się na to rojowisko przepięknych owadów, ale robota goni. Kontynuuję prace nad grządkami poza podwórkiem - syzyfowe prace. Kolejny fragment terenu przygotowuję nieco inaczej niż poprzedni, wszak głównym zadaniem Ostoi jest eksperymentowanie i sprawdzanie, co działa, a co nie. Tym razem najpierw koszę trawę, pozostawiając ją na miejscu. Kosiarka, podobnie zresztą jak i inne narzędzia "samobieżne" w Ostoi jest elektryczna. Nie używam żadnych narzędzi spalinowych.

Próbuję "podziubać" glebę widłami, ale zagłębiają się one na 4-5 centymetrów. Ubicie gleby jest zadziwiające, jak na tutejsze piaski. Wywożę taczką kompost liściowy i rozsypuję cieniutką warstwą, bo nie mam go za dużo, Kompost ten powstawał latami ze zbieranych jesienią liści i pozostawiony samemu sobie przekształcał się w mniej lub bardziej jednorodną masę, bogatą w kwasy humusowe i zasiedloną głównie przez grzybnię, ale i sporą ilość większych stworzeń, wliczając w to dżdżownice.

Kompost wraz ze skoszoną trawą polewam obficie wodą, przykrywam mokrymi kartonami i gazetami, a następnie całość ściółkuję sianem zebranym z nadrzecznej łąki. Warstwę siana daję grubą, na 20-25 centymetrów, i tak z czasem osiądzie. Tu nie robię ścieżek w stylu "dziurki od klucza", postanawiam, że ta część będzie poletkiem testowym dla uprawy ziemniaków, nie będzie więc konieczności wchodzić na tą część grządki częściej niż dwa-trzy razy w roku. Materiału starczyło na kolejną jedną trzecią terenu, pozostała więc ostatnia już, na szczęście, jedna trzecia do zagospodarowania. Mam już pewien pomysł, jak do sprawy podejść, ale o tym już po jego realizacji.

"Rzutem na taśmę", na wyścigi ze zmrokiem, postanawiam ogrodzić teren nowego ogródka, aby ochronić go przed dziką zwierzyną. Udało mi się zrobić 80%, gdy zapadła noc. Rano, obudzony przez żurawie wyjrzałem przez okienko poddasza i ujrzałem to - las napierający ze wszystkich stron na skrawek ziemi, który mu właśnie wyrwałem. Jak zwykle, opadły mnie wątpliwości, czy "pracuję z przyrodą a nie przeciw niej". Może lepiej byłoby oddać lasom co leśne i z podkulonym ogonem wrócić na warszawski taras?

A na tarasie tym, łatwiutko i czyściutko, hodować można również własne jedzenie, o czym świadczy niewyobrażalna obfitość pomidorów, papryczek, fasolek, ziół i innego tałatajstwa, które zaczynają go zarastać. Nie trzeba się użerać z dzikiem, zającem czy łosiem, kosy nie wyjadają nasion od razu po posadzeniu, ot, czasami kot sąsiadów coś rozgrzebie lub obsika. Użeranie się z lasem ma jednak (chyba ...) ukryty cel - jeżeli mnie się uda i wśród tych sosen i piachów Ostoi powstanie kiedyś prawdziwa oaza obfitości, bioróżnorodności i zrównoważonego rozwoju, oznaczać to będzie, że każdy i wszędzie dokonać tego potrafi. Bo w tym szaleństwie jest metoda - jak pisał nieodżałowany Bill Mollison, projektant permakulturowy potrafi zrobić Ogród Edenu z pustej skały sterczącej pośrodku oceanu, wymaga to jedynie czasu, wytrwałości i ... odrobiny szaleństwa.

środa, 14 czerwca 2017

Koszę i noszę

Czerwiec w Ostoi zaczyna nastrajać optymistycznie, wreszcie nawet oko laika dostrzec jest w stanie, że tu cokolwiek rośnie. W maju nie było to takie oczywiste. Część nasion jeszcze nie wykiełkowała, część ledwo ledwo, rozsady banalnie przyziemne nie wzbudzały entuzjazmu gości, którzy oglądali, słuchali i przez grzeczność przytakiwali, ale chyba spodziewali się bardziej spektakularnych widoków.

Obecnie w workach uprawowych zielenią się pomidory i dyniowate, fasole i ogórki. Rosną ładnie, część w workach nowych, a część w zeszłorocznych, część w podłożu nowym, a część w regenerowanym po ubiegłym sezonie. W tym stadium nie widzę zasadniczych różnic pomiędzy starymi a nowymi workami czy podłożem. Zobaczymy, jak sprawy pójdą gdy rośliny zaczną owocować.  Po raz pierwszy w tym roku próbuję worków małych, trzylitrowych, do uprawy karłowych odmian fasoli. Myślę, że przy dobrze przygotowanym podłożu nie powinno być problemów z powodu za małych pojemników.

Na zeszłorocznych kostkach słomy pomidory też dają radę. Zdecydowałem się nie wymieniać ani kostek, ani siatek po których prowadzę rośliny. W przyszłości na pewno zamienię siatki na inne rozwiązanie, ale tej wiosny zabrakło na to czasu, no i jest to okazja do sprawdzenia, jak długo siatki wytrzymają.








Z bliska pomidory wyglądają lepiej niż z daleka, widać sporo kwiecia.








I jeszcze bliżej, a dojrzymy pierwszy owoc. Nie jest źle.





Urodlin, wcześniej opisywany, zaszalał listowiem, wybijając się ponad towarzyszące mu boby, łubiny,, koniczyny i facelie. To one wiążą dla niego azot z powietrza i mam nadzieję, że wspomagają jego wzrost. Pomimo, iż rośnie w towarzystwie wysokich brzóz, to moim zdaniem cierpi z powodu za dużej ilości światła. Liście powinien mieć dużo ciemniejsze, trzeba będzie przed latem osłonić go lekko, chyba że brzozy też obsypią się jeszcze gęstszym listowiem i wykonają robotę za mnie. Na to liczę, pracując z naturą a nie przeciw niej.


Na spirali ziołowej kwitną szałwie, a wokół nich uwijają się roje zapylaczy. Rozmaryny na szczycie spirali niestety chyba zakończyły żywot, mam teraz dylemat czy ingerować, czy pozwolić na naturalną sukcesję, czyli zasiedlenie tej niszy przez inne rośliny. Na chwilę obecną wygląda na to, że szałwie wygrają z lawendami. Ale może jednak potrzebna jest interwencja, bo po pierwsze lubię używać rozmarynu w kuchni, a po drugie, taki łysy łeb spirali wygląda "nieprofesjonalnie" i sprawia, że goście chrząkają i wątpią w skuteczność permakultury. Zasadniczo, spirala ziołowa, będąc integralną częścią Strefy 1 z założenia wymaga ludzkiej troski, nie będzie więc żadnym nietaktem kupić ten rozmaryn i posadzić ponownie na czubku.


Tuż za furtką, na tak zwanej Zajęczej Górce, postanawiam wyznaczyć grządkę eksperymentalną, a ściślej kilka ich rzędów. Gleba wita ugorem piaszczystym, gdzie jedynie kilka porostów trwa obecnie smętnie, ale im dalej, tym więcej trawy, która rośnie dzięki ochronnej funkcji sosen. Wpasowuję więc rozmiar grządek pomiędzy sosny i na tym etapie nie zamierzam ich wycinać.

Zanim cokolwiek zrobię, analizuję jak słońce oświetla Zajęczą Górkę, gdzie sosny rzucają cień, jak ten maleńki teren jest ukształtowany, bo jak się okazuje, koszmarnie jest nierówny. Trzydzieści lat temu przeorano go w głębokie bruzdy w najgorszy możliwy sposób (w dół stoku) i posadzono sosny, które wtedy się nie przyjęły. Teren ryły dziki, kopały w nim psy, dopiero kilka lat temu zaczęły na nim rosnąć samosiejki sosen. Sprawdzam więc spadki terenu i wszystko będę musiał skorygować tak, aby maksimum wody opadowej pozostawało na górce.

A skoro już przy opadach jesteśmy, pamiętacie rów konturowy (swale) o którym pisałem kilka tygodni temu? Wydawało się, że będzie kolejna kompromitacja - ptaki w przeciągu kilku dób rozniosły w drobiazgi całą pieczołowicie rozrzuconą na wale ściółkę i dobrały się do nasion. Jak zwykle, postanowiłem pozwolić eksperymentowi toczyć się dalej. Nie przeganiałem ptaków, nie dosiałem, nie uzupełniłem ściółki. I co? I fajnie. Poniżej rowu nic, powyżej rowu nic, a na wale rowu rośnie sobie mieszanka roślin motylkowych jak gdyby nigdy nic. Oczywiście nie tak bujnie i nie tyle, ile bym chciał ale jednak. Pokazuje to, że swale działa, że nawet nieliczne deszcze utrzymują wilgoć w wale i że jest szansa, aby nawet pustynię zamienić w ogród, permakulturowo.


Trzeba jednakże temu wszystkiemu pomóc, a że w Ostoi brak zwierząt gospodarskich, próbuję nadrobić to wykorzystując chaszcze z zalewowej nadrzecznej łąki. Dotrzeć do niej można teraz tylko w kaloszach, po tamie bobrowej, chyba czeka mnie wkrótce budowa mostka. Póki co, koszę stopniowo staromodną kosą, tak, aby nie zakłócać zbytnio spokoju i zwyczajów żyjącej tu dzikiej zwierzyny, wszak jest to granica rezerwatu.

Części siana pozwalam podeschnąć, część wykorzystuję świeżą i lekko wilgotną, starając się dobrać proporcje tych dwóch tak, aby uzyskać dobry materiał do kompostowania. Materiał taki powinien mieć proporcje węgla do azotu jak 30 do 1. Im siano bardziej świeże, tym azotu więcej, a im dłużej leży, tym więcej węgla. Noszę to siano w wielkim koszu przez tamę bobrową, a potem wiozę taczką w pobliże podwórka, gdzie formuję pryzmę kompostową. Zamierzam tą metodą wyprodukować tyle kompostu, aby starczyło na nowy ogródek na Zajęczej Górce. Jeśli zostanie siana, to wykorzystam je jako ściółkę. Na razie koszę tylko tyle, aby móc przetestować kompostowanie. Aby pryzma mogła zneutralizować wszystkie szkodliwe nasiona chwastów, patogeny i inne niepożądane ingrediencje, temperatura w niej powinna przez minimum dwa tygodnie wynosić 55-65 stopni. Jak na razie nie jest źle, oby tak dalej. Ciekawe, co na to kolejni goście.


środa, 17 maja 2017

Jeden dzień


Jeszcze przed świtem budzą mnie puszczyki, a wkrótce dołącza do nich całe ptasie radio. Ostoja o tej porze roku to chóry mieszane, ptasio-żabie. Wstaję więc, i korzystając z tego, że za chłodno i za mokro na prace nadworne, żwawym krokiem ruszam na spacer. Bo jeśli nie teraz, to nigdy.

Mgły ścielą się nisko, a rachityczne mchy i porosty symulują zimę.

Światło jak i my, wkracza do lasu ścieżkami. Tu łatwiej mu dotrzeć, niż pod zwarte korony nawet rachitycznych sosen. Nieco później Słońce wznosi się wyżej i wrażenie "światła w tunelu" rozpływa się i zmienia, ale nadal jest dość malowniczo. 



Łąki z kolei całe w świetle pastelowo rozproszonym, wilgotnym i miękkim. Ale tylko nieco nad ziemią. Wyżej niebo oferuje zupełnie inne widoki.



Majestatycznie i dumnie, jak para bombowców, suną ptaki w milczeniu, jedyne co zakłóca ciszę w tej magicznej chwili to donośny szum ich skrzydeł. 

Nieopodal zrywa się też kaczka, ale nie do lotu - ucieka udając ranną, a w trzcinowisko usiłują się schować małe puchate kuleczki - kacze dzieci.

Wierzbka u sąsiadów, w połowie powalona przez bobry, a w połowie przez ludzi, nie traci kontaktu z ziemią i rośnie sobie w najlepsze. Wyciąga gałęzie do słońca, a korzenie ma w wodzie. Tu, kilkaset metrów od rzeki, bobry zdecydowały się zamieszkać. Nie pomieszkały długo, a mimo to krajobraz zmieniły. Przybyło wody, ubyło drzew.


Ale pora brać się do pracy ... Bo nadszedł taki dzień, że zamiary przerosły siły, i dość kompostu samemu w Ostoi nie mogę tej wiosny naprodukować. Za dużo się dzieje, i tu, i gdzie indziej, w rozkroku między miastem i wsią, trzeba było podkulić ogon pod siebie, i kompost zakupić. A ponieważ transport jest dosyć kosztowny, a kompost się nie psuje, zamówiłem całą paletę. Po wielu perypetiach doczekałem się wreszcie dostawy - samochodem, który za nic do Ostoi wjechać rady by nie dał. W związku z czym, od głównej drogi, do Ostoi, kompost transportowałem na raty ręcznym wózkiem wcześniej opisywanym, pokonując z każdą partią 200 metrów w jedną stronę i wracając "na pusto" piaszczystą leśną dróżką, urozmaiconą korzeniami sosen. Wózeczek złożył się z lekka pod ładunkiem dziesięciu worków od razu na starcie, więc wynegocjowałem z nim kompromis wynoszący siedem sztuk. W godzinę kompost był na podwórku, a ja wreszcie na moment zalegam w cieniu, ale z głęboką wdzięcznością dla atrakcji wiejskiego żywota, zastępujących wszystkie fitnesy i siłownie świata.

Po chwili wytchnienia pora zająć się resztą - sadzić pomidory, wysiać fasole, przygotować podłoże do uprawy w workach, lista jest długa, i w praktyce jej końca nie widać. W przerwach postanawiam zrobić kilka zdjęć roślin na spirali ziołowej, bo ostatnie robiłem dosyć dawno temu. Odniosłem wrażenie, że uczestnicy ostatnich warsztatów o budowie takich spiral mieli pewien niedosyt aktualnych zdjęć, więc tą drogą uzupełniam - to dla Was, jeśli oglądacie :)
Spirala wyłysiała na samej górze - ostatniej zimy, pomimo iż w poprzednich latach bywały sroższe i było dobrze, nie przeżyły rozmaryny. Pomimo tradycyjnego okrycia świerkowymi gałązkami, na razie brak życia na górze. Ale reszta spirali pięknie się zagęszcza.

Miejscami jest na tyle gęsto, że zaczynam się zastanawiać nad interwencją. Jednakże, spirala ta jest "bezobsługowa", czyli poza zbiorami ziół i bardzo rzadkim podlewaniem w najgorsze sierpniowe upały, staram się w jej życie nie ingerować. 

Z drugiej strony jednak, to spirala ziołowa jest bez wątpienia ludzkim tworem i nie należy traktować jej jak wytworu nieskażonej natury. Trzeba będzie wypełnić misję ogrodnika i wpaść w ten gąszcz z sekatorem. Bo nic staram się nie wyrywać - miejsce korzeni jest w ziemi, a obcięta góra spełnia rolę ściółki. Tym sposobem do natury wraca wszystko, co mogę jej oddać, nawet na ludzką ręką zbudowanej spirali.

Na całej działce kwitnie czosnek niedźwiedzi, jedna z moich ulubionych roślin. Podziwiam, jak wiosną wyłania się z gleby, tym jednym, dwoma, czasami trzema listkami. Pamiętam, jak wprowadziłem go do Ostoi, wbrew wszelkim regułom, w ten kopny, suchy piach. Jak pierwszy raz wykiełkował, niemal wszędzie mając po jednym małym listku, jak w pierwszym roku niemal nie kwitł. Jak z roku na rok ma liści coraz więcej i coraz większych, no i jak od roku niemal wszędzie kwitnie. Pośród wielu porażek czosnkowy sukces dodaje mi sił do dalszego eksperymentowania.

Nad stawikiem przy spirali ziołowej mrugają modrymi oczkami niezapominajki, spomiędzy kamieni spirali wybijają mięty, rozpycha się po cienistej stronie bluszczyk kurdybanek, a tu i ówdzie widzę świeżą siewkę sosny, brzozy czy klonu. Ich żywot wkrótce się zakończy, takich siewek jest w Ostoi mnóstwo, większość i tak kończy żywoty w sierpniowe susze i upały. 



A nieopodal zupełnie świeży eksperyment właśnie decyduje się przebudzić z zimowego snu. Pokazuje miniaturowy pierwszy listek i daje nadzieję, że i z nim będzie tak jak z czosnkiem niedźwiedzim. To urodlin, znany też jako pawpaw, o pysznych, dużych owocach. Na razie jednak daje pierwsze oznaki życia od jesieni, kiedy został posadzony. Sadzenie go w Ostoi to wyzwanie może mniejsze niż holzerowskie sadzenie cytryn w Alpach, ale mimo to solidne. Opady w Ostoi i rodzaj gleby daleko odstają od upodobań tej rośliny, ale będę próbował stworzyć jej właściwy mikroklimat i to tradycyjnie, bez chuchania i dmuchania na urodlin.

Na rozmaitych pracach upływa dzień, a słońce chyli się ku zachodowi. W cieniu tonie już znaczna część Ostoi, stare wały permakulturowe, ociupinkę tylko młodsze grządki wyniesione, pierwsze worki uprawowe, których lada dzień będzie więcej i całkowicie tegoroczne kostki słomy, nie obsadzone jeszcze roślinami, ale do tego celu przygotowane. Pora na dziś kończyć, choć jeszcze widno. Zaczynam czuć dobrodziejstwa ciągania wózka, słodkie zmęczenie w przedramionach.

Jeszcze rzut okiem na ostatni zakątek Ostoi tonący w słońcu. Teraz już zieleń bardziej się złoci niż zieleni. Mini sad na pierwszy rzut oka wygląda jak zły sen ogrodnika, ale te łany pokrzyw, mniszka, przegorzanu i tylko ja wiem czego jeszcze są tu wszystkie pożądane i celowe. Nikt nie uwierzy patrząc na to, że w tym miejscu był niemal czysty piach jeszcze całkiem niedawno. Każda z rosnących tu roślin spełnia wiele zadań, ma swoje miejsce i czas. Wpisuje się we wzorzec malutkiego leśnego ogrodu i pełni szereg funkcji, z których najważniejszą jest budowa gleby, czyli to, czego Ostoja potrzebuje najbardziej. I wraz z tą refleksją kolejny dzień w Ostoi przechodzi do historii, którą w dużej mierze same piszą te wszystkie rośliny, o jakich tu ja z kolei piszę, a moja rola jest tylko taka, aby to im ułatwiać. Na dziś jednak tego ułatwiania wystarczy, dobrej nocy.