Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mini sad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mini sad. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 maja 2017

Jeden dzień


Jeszcze przed świtem budzą mnie puszczyki, a wkrótce dołącza do nich całe ptasie radio. Ostoja o tej porze roku to chóry mieszane, ptasio-żabie. Wstaję więc, i korzystając z tego, że za chłodno i za mokro na prace nadworne, żwawym krokiem ruszam na spacer. Bo jeśli nie teraz, to nigdy.

Mgły ścielą się nisko, a rachityczne mchy i porosty symulują zimę.

Światło jak i my, wkracza do lasu ścieżkami. Tu łatwiej mu dotrzeć, niż pod zwarte korony nawet rachitycznych sosen. Nieco później Słońce wznosi się wyżej i wrażenie "światła w tunelu" rozpływa się i zmienia, ale nadal jest dość malowniczo. 



Łąki z kolei całe w świetle pastelowo rozproszonym, wilgotnym i miękkim. Ale tylko nieco nad ziemią. Wyżej niebo oferuje zupełnie inne widoki.



Majestatycznie i dumnie, jak para bombowców, suną ptaki w milczeniu, jedyne co zakłóca ciszę w tej magicznej chwili to donośny szum ich skrzydeł. 

Nieopodal zrywa się też kaczka, ale nie do lotu - ucieka udając ranną, a w trzcinowisko usiłują się schować małe puchate kuleczki - kacze dzieci.

Wierzbka u sąsiadów, w połowie powalona przez bobry, a w połowie przez ludzi, nie traci kontaktu z ziemią i rośnie sobie w najlepsze. Wyciąga gałęzie do słońca, a korzenie ma w wodzie. Tu, kilkaset metrów od rzeki, bobry zdecydowały się zamieszkać. Nie pomieszkały długo, a mimo to krajobraz zmieniły. Przybyło wody, ubyło drzew.


Ale pora brać się do pracy ... Bo nadszedł taki dzień, że zamiary przerosły siły, i dość kompostu samemu w Ostoi nie mogę tej wiosny naprodukować. Za dużo się dzieje, i tu, i gdzie indziej, w rozkroku między miastem i wsią, trzeba było podkulić ogon pod siebie, i kompost zakupić. A ponieważ transport jest dosyć kosztowny, a kompost się nie psuje, zamówiłem całą paletę. Po wielu perypetiach doczekałem się wreszcie dostawy - samochodem, który za nic do Ostoi wjechać rady by nie dał. W związku z czym, od głównej drogi, do Ostoi, kompost transportowałem na raty ręcznym wózkiem wcześniej opisywanym, pokonując z każdą partią 200 metrów w jedną stronę i wracając "na pusto" piaszczystą leśną dróżką, urozmaiconą korzeniami sosen. Wózeczek złożył się z lekka pod ładunkiem dziesięciu worków od razu na starcie, więc wynegocjowałem z nim kompromis wynoszący siedem sztuk. W godzinę kompost był na podwórku, a ja wreszcie na moment zalegam w cieniu, ale z głęboką wdzięcznością dla atrakcji wiejskiego żywota, zastępujących wszystkie fitnesy i siłownie świata.

Po chwili wytchnienia pora zająć się resztą - sadzić pomidory, wysiać fasole, przygotować podłoże do uprawy w workach, lista jest długa, i w praktyce jej końca nie widać. W przerwach postanawiam zrobić kilka zdjęć roślin na spirali ziołowej, bo ostatnie robiłem dosyć dawno temu. Odniosłem wrażenie, że uczestnicy ostatnich warsztatów o budowie takich spiral mieli pewien niedosyt aktualnych zdjęć, więc tą drogą uzupełniam - to dla Was, jeśli oglądacie :)
Spirala wyłysiała na samej górze - ostatniej zimy, pomimo iż w poprzednich latach bywały sroższe i było dobrze, nie przeżyły rozmaryny. Pomimo tradycyjnego okrycia świerkowymi gałązkami, na razie brak życia na górze. Ale reszta spirali pięknie się zagęszcza.

Miejscami jest na tyle gęsto, że zaczynam się zastanawiać nad interwencją. Jednakże, spirala ta jest "bezobsługowa", czyli poza zbiorami ziół i bardzo rzadkim podlewaniem w najgorsze sierpniowe upały, staram się w jej życie nie ingerować. 

Z drugiej strony jednak, to spirala ziołowa jest bez wątpienia ludzkim tworem i nie należy traktować jej jak wytworu nieskażonej natury. Trzeba będzie wypełnić misję ogrodnika i wpaść w ten gąszcz z sekatorem. Bo nic staram się nie wyrywać - miejsce korzeni jest w ziemi, a obcięta góra spełnia rolę ściółki. Tym sposobem do natury wraca wszystko, co mogę jej oddać, nawet na ludzką ręką zbudowanej spirali.

Na całej działce kwitnie czosnek niedźwiedzi, jedna z moich ulubionych roślin. Podziwiam, jak wiosną wyłania się z gleby, tym jednym, dwoma, czasami trzema listkami. Pamiętam, jak wprowadziłem go do Ostoi, wbrew wszelkim regułom, w ten kopny, suchy piach. Jak pierwszy raz wykiełkował, niemal wszędzie mając po jednym małym listku, jak w pierwszym roku niemal nie kwitł. Jak z roku na rok ma liści coraz więcej i coraz większych, no i jak od roku niemal wszędzie kwitnie. Pośród wielu porażek czosnkowy sukces dodaje mi sił do dalszego eksperymentowania.

Nad stawikiem przy spirali ziołowej mrugają modrymi oczkami niezapominajki, spomiędzy kamieni spirali wybijają mięty, rozpycha się po cienistej stronie bluszczyk kurdybanek, a tu i ówdzie widzę świeżą siewkę sosny, brzozy czy klonu. Ich żywot wkrótce się zakończy, takich siewek jest w Ostoi mnóstwo, większość i tak kończy żywoty w sierpniowe susze i upały. 



A nieopodal zupełnie świeży eksperyment właśnie decyduje się przebudzić z zimowego snu. Pokazuje miniaturowy pierwszy listek i daje nadzieję, że i z nim będzie tak jak z czosnkiem niedźwiedzim. To urodlin, znany też jako pawpaw, o pysznych, dużych owocach. Na razie jednak daje pierwsze oznaki życia od jesieni, kiedy został posadzony. Sadzenie go w Ostoi to wyzwanie może mniejsze niż holzerowskie sadzenie cytryn w Alpach, ale mimo to solidne. Opady w Ostoi i rodzaj gleby daleko odstają od upodobań tej rośliny, ale będę próbował stworzyć jej właściwy mikroklimat i to tradycyjnie, bez chuchania i dmuchania na urodlin.

Na rozmaitych pracach upływa dzień, a słońce chyli się ku zachodowi. W cieniu tonie już znaczna część Ostoi, stare wały permakulturowe, ociupinkę tylko młodsze grządki wyniesione, pierwsze worki uprawowe, których lada dzień będzie więcej i całkowicie tegoroczne kostki słomy, nie obsadzone jeszcze roślinami, ale do tego celu przygotowane. Pora na dziś kończyć, choć jeszcze widno. Zaczynam czuć dobrodziejstwa ciągania wózka, słodkie zmęczenie w przedramionach.

Jeszcze rzut okiem na ostatni zakątek Ostoi tonący w słońcu. Teraz już zieleń bardziej się złoci niż zieleni. Mini sad na pierwszy rzut oka wygląda jak zły sen ogrodnika, ale te łany pokrzyw, mniszka, przegorzanu i tylko ja wiem czego jeszcze są tu wszystkie pożądane i celowe. Nikt nie uwierzy patrząc na to, że w tym miejscu był niemal czysty piach jeszcze całkiem niedawno. Każda z rosnących tu roślin spełnia wiele zadań, ma swoje miejsce i czas. Wpisuje się we wzorzec malutkiego leśnego ogrodu i pełni szereg funkcji, z których najważniejszą jest budowa gleby, czyli to, czego Ostoja potrzebuje najbardziej. I wraz z tą refleksją kolejny dzień w Ostoi przechodzi do historii, którą w dużej mierze same piszą te wszystkie rośliny, o jakich tu ja z kolei piszę, a moja rola jest tylko taka, aby to im ułatwiać. Na dziś jednak tego ułatwiania wystarczy, dobrej nocy.


środa, 3 maja 2017

Pozory


Choć nadszedł maj, to utworzone na jesieni w Ostoi nowe rzędy mini sadu z pozoru nie tętnią życiem. Tylko na krawędzi grządek pysznią się narcyzy miniaturki. Ale to tylko pozory, wystarczy podejść bliżej i pochylić się nieco nad warstwą zrębki, aby dostrzec wyłaniające się z niej życie, w bardzo różnorodnych formach.

Najważniejsi partnerzy w dziele tworzenia nowych grządek kryją się pod ziemią - to strzępki grzybni, dzięki którym drzewka mają szansę się przyjąć i współpracując, rozkwitać, dosłownie i w przenośni. Ci mali pomocnicy są łatwi do wykrycia po rozgarnięciu zrębki, gdzie morze ich małych nitek tworzy subtelne białe firanki. Grzybki zaczęły już także manifestować swą obecność nad ziemią, ukazując kapelusze gustownie dobrane pod kolor domu.

Przez zrębki przebijają się pierwsze zieloności - łubin trwały, który ma stanowić źródło azotu dla innych roślin, bób, który w tym roku spełni tą samą rolę, ale dodatkowo da nam mały, ale bardzo smaczny plon, oraz truskawki, które poza dostarczeniem owoców mają stanowić okrywę gleby i zmniejszać parowanie. Mam w Ostoi kilka odmian truskawek, po to, by zbiory nie następowały jednocześnie. Najlepiej sprawdzają się w tym względzie odmiany owocujące od lata do jesieni, w ubiegłym roku ostatnią własną truskawką cieszyłem się w początku grudnia.

Pod młodym drzewkiem pyszni się pokrzywa - dla jednych utrapiony chwast, a dla mnie roślina przydatna - wczesną wiosną daje witaminy, gdy podrośnie dobrze smakuje, a o każdej porze roku dostarcza innym roślinom substancji odżywczych przerobiona na płynny nawóz. Tu jednakże stanowić ma źródło ściółki - bo po co nosić ściółkę pod drzewka, skoro może pod nimi wyrosnąć, i okresowo ścinana chronić glebę przed wysychaniem i dodawać składników odżywczych? Obok zieleni się czosnek niedźwiedzi, roślina tak smaczna, jak pożyteczna - odstrasza rozmaite szkodniki, a posadzone wokół drzewka zmniejsza ryzyko uszkodzenia go przez nornice.

Niedaleko w towarzystwie pokrzywy rośnie żywokost, możemy więc na jednym zdjęciu zobaczyć dwie najcenniejsze rośliny, jakimi może pochwalić się Ostoja. Trudno mi sobie wyobrazić permakulturowe gospodarowanie bez tej pary. W moich warunkach żadne inne rośliny nie są tak przydatne w ogrodzie, do sporządzania nawozów, gnojówek, oprysków, ściółkowania, a również jako podręczna apteczka i surowiec kulinarny. Powinienem dodać, że żadna z tych roślin nie rosła nigdy w miejscu, gdzie znajduje się teraz mini sad, aczkolwiek rosną w pobliżu nad rzeką. I podczas gdy inni je tępią, ja posadziłem u siebie i cieszę się, że rosną.

Na spirali ziołowej nadal jeszcze pozornie zima i niewiele się dzieje. Pomimo iż spirala przeżywała bez szkody bardziej srogie zimy niż ostatnia, to znacznie w tym roku ucierpiały rośliny ciepłolubne - rozmaryn i szałwie. Czekam z niecierpliwością, czy jeszcze odbiją, a póki co wynajduję radujące oko oznaki życia innych gatunków. Przoduje bluszczyk kurdybanek, szczypiory i mięty. a koloru spirali dodają szafirki. Kwitnie też samotny tulipanek, no cóż, jest to raczej spirala kulinarno-lecznicza, a nie kwiatowa. Zielenią się nieśmiało majeranki i tymianki, ale do wiosennego wybuchu wegetacji jeszcze chyba daleko. O dziwo, zauważyłem, że zimę przetrwał piołun luizjański, teoretycznie nie zimujący w naszych warunkach klimatycznych. Spirala jednak posiada swoje sekrety - tworzy mikroklimaty, które potrafią czasami czynić takie cuda.

Niedaleko spirali, pod płotem, pyszni się młoda świdośliwa, cała w kwieciu. Pamiętam jak sadziłem ją dwa lata temu na jesieni. W zeszłym roku pierwszy raz zakwitła, skromnie bardzo. W tym roku, wspomagana przez polikulturę pozornie zbędnych i uciążliwych "chwastów" rosnących u jej podnóża, radzi sobie nadzwyczaj dobrze. Może dochowam się wreszcie pierwszej garstki owoców w tym roku? Patrząc na otaczające mnie połacie ściółki ze zrębki, nie mogę doczekać się chwili, gdy cała ona zniknie pod łanem różnorodnej zieloności - pokrzyw, żywokostów, mniszków, krwawników, wszystkiego, co zechce tu żyć, i wspierać się wzajemnie. Wszak pamiętać należy, że jeszcze kilka lat temu był tu tylko tak zwany szczery piach ...

poniedziałek, 12 maja 2014

Pierwszy hugel


Sporo drewna mokrego i pokrytego grzybnią nagromadziło się w Ostoi. A to z ratowania starej lipy, a to ze ściętych przez bobry brzóz. Nie bardzo wiedząc co z tym drewnem począć, postanowiłem wypróbować propagowaną przez ikonę permakultury, Seppa Holzera, hugelkulturę.
Hugelkultura, potocznie zwana huglem, to po prostu górka z drewna pokryta glebą. Im grubsze drewno, tym lepiej podobno. Drewno z jednej strony w procesie rozkładu oddaje substancje odżywcze rosnącym na górce roślinom, z drugiej jak gąbka chłonie wodę opadową i (podobno), o ile hugel jest dostatecznie wysoki (minimum metr), umożliwia hodowlę roślin bez ich podlewania.


Budując hugla najpierw zdjąłem darń, pieczołowicie ją odkładając. Następnie pogłębiłem wykop, odkładając również wydobytą z niego glebę. Wykop ciasno wypełniłem najgrubszymi kawałkami drewna, polewając wszystko wodą obficie.
Następnie zacząłem piętrzyć kolejne pnie i gałęzie, układając je na tyle stromo, na ile wydawało mi się, że umożliwi to wciąż obsypanie ziemią bez jej osuwania się.



Gdy stos brzozowo-lipowy był już gotów, zacząłem obkładać go od dołu darnią, trawą do dołu. Całość nieustannie niemal była zlewana wodą, aby w środku stosu uzyskać jak najwyższą wilgotność.
Stos darniowy obsypany został ziemią z wykopu.
Niestety, marna to ziemia, sam niemal piach. Ideą eksperymentu jednak jest wykorzystanie naturalnie dostępnych w Ostoi surowców, przy minimalnym ich imporcie z zewnątrz. Stąd może materiały nie najbogatsze, ale za to własne.



Ostatnią warstwę stanowiła ziemia ogrodowa wymieszana z przefermentowanym obornikiem - niestety, ilość tych surowców jaką posiadałem była bardzo mała, nie byłem więc w stanie zapewnić ich tak grubej warstwy, jakbym sobie tego życzył.
W wykopie wokół hugla ułożyłem pasy kartonu, które po pokryciu zrębką mają za zadanie zapobiegać inwazji traw. Wykop zapewnia też dodatkowe nawadnianie, gdyż spływa do niego woda z najbliższej okolicy, a stamtąd już łatwo dotrze do najgrubszych pni w spodniej warstwie hugla.



A oto efekt ostateczny - hugel pokryty ściółką z łąkowego siana (z braku słomy) i obłożony wierzbowymi gałęziami w celu utrzymania wszystkiego w przysłowiowej kupie. Przed ściółkowaniem hugel został jeszcze obsiany koniczyną i odrobiną nasion innych roślin motylkowych, a teraz należy pozostawić go w spokoju i pozwolić mu "dojrzewać".

A w zrębkowym minisadzie następuje euforia wzrostu - przestrzeń między drzewkami wypełniają na zmianę grzyby i rośliny motylkowe, widomy znak, że w zrębce kwitnie bioróżnorodność i że ulega ona korzystnym przekształceniom.
Mam szczerą nadzieję, że odbywa się to z korzyścią dla małych drzewek i że dzięki temu będą one pięknie rosnąć, a w przyszłości obficie owocować.

środa, 19 marca 2014

Drzewka odmian kolumnowych

No i otrzymałem paczkę, sprzedawca nadał tydzień przed planowanym terminem. Kurier dostarczył w piątek o 20 ...

Cóż, trzeba było zebrać się i skoro świt w sobotę jechać sadzić .... A lało, wiatr gałęzie łamał, nie za dobrze to wyglądało ...

Biedactwa w paczce to 24 drzewka owocowe tak zwanych odmian kolumnowych - jabłonki, grusze, śliwy, wiśnie, czereśnie a nawet dwie brzoskwinie. Odmiany kolumnowe podobno nie rosną większe niż 2-3 metry wzwyż, a wszerz mają podobno nie przekraczać 80 centymetrów średnicy przez wiele lat.

Oczywiście drzewka takie nie owocują tak obficie jak pełnogabarytowe, jednakże wydają się idealne do małych przestrzeni, takich jak moje podwórko w Ostoi.

Ułożyłem sobie plan zbudowania na podwórku miniaturowej "food forest" właśnie z użyciem takich drzewek, no i jak zawsze - zobaczymy co z tego wyniknie. Internetowe opinie o drzewkach kolumnowych są bardzo różnorodne - jedni chwalą, inni krytykują, myślę, że warto jednak dać im szansę.

Zanim dojechałem do Ostoi pogoda się nieco poprawiła, można więc było przystąpić do sadzenia. W ruch poszedł najnowszy nabytek - świder Fiskars do kopania dołków o średnicy 20 cm. Przeszedł dzielnie chrzest bojowy i sprawdził się rewelacyjnie.

Drzewka postanowiłem sadzić w sposób dosyć dziwny - w miejscu od zeszłego roku przykrytym 12-20 cm warstwą zrębek. Widać tu ewidentnie inspirację metodami Paula Gautschi i filmem "Back to Eden" - cały sad Paula rośnie właśnie w takiej warstwie zrębek, i to jak rośnie!

Po odgarnięciu zrębki, wierciłem w gruncie otwory o głębokości mniej więcej 40-50 cm. Otwór wypełniałem wodą, która dosyć szybko wsiąkała w grunt. Pomimo, że grunt jeszcze nie obsechł po zimie, woda wsiąkała szybko - widać jak bardzo te moje piaski są przepuszczalne. Zresztą pod 40-50 cm warstwą ciemniejszych piasków kryje się wszędzie żółciutki, czyściutki piaseczek, godny najbardziej renomowanych plaż, ale na pewno nie rewelacyjny jako gleba do sadu ... W opinii wyznawców metody "Back to Eden", gruba warstwa zrębek ma to właśnie zmienić - ma powstać pod nimi żyzna gleba, tak jak powstaje naturalnie w lasach przez setki czy tysiące lat ...

Na powierzchni w miejscu, gdzie teraz ma stanąć miniaturowy sad, był niemal pozbawiony życia piach - ot, tu porost, tu trawka. Fauna ograniczała się do biegających nerwowo mrówek.

Obecnie wystarczy rozgarnąć zrębki aby dostrzec życie. Widać długie nici grzybni rozchodzące się we wszystkich kierunkach, widać pierwsze dżdżownice i inne mniejsze lub większe stworzenia.

 
 Przy tej okazji postanowiłem wypróbować dodatkowo pewną metodę, opisywaną między innymi tutaj - umieszczenia w dołku pod rośliną ustawionego pionowo pieńka ze starego, zmurszałego drewna (użyłem brzozy i lipy), którego zadaniem ma być utrzymywanie wilgoci i dostarczanie substancji odżywczych - ot taka miniaturowa hugelkutura.

Do dołków dodalem jeszcze odrobinę hydrożelu, kompostu oraz wermikompostu (wytworzonego przez moje miejskie dżdżownice z kuchennych odpadków), głównie jednak do dołków trafiał z powrotem ten sam wykopany z nich piach.

W świetle zapewnień miłośników metody "Back to Eden" woda przechodząc przez warstwę zrębek powinna zabierać ze sobą do korzeni dość składników odżywczych, aby drzewkom żyło się dobrze ... Jak to się mówi: pożyjemy - zobaczymy ...


Tak więc po dwóch solidnych deszczach, w tym jednym ze śniegiem, trzech czy czterech wichurach, przeplatanych dłuższymi lub krótszymi okresami słonecznej pogody (w marcu jak w garncu), mini sad z owocowych drzewek kolumnowych jest gotowy i .... niemal nie sposób dostrzec go na zdjęciu :) Tak małe i cienkie są te drzewka obecnie. Rekomenduje się je sadzić w odstępach 80 centymetrowych, ja sadziłem co mniej więcej metr, aby między nimi posadzić jeszcze inne niskie rośliny. Trafi tam na pewno żywokost oraz inne rośliny mające wspomagać tworzenie się żyznej gleby. Ciekaw jestem kiedy pojawią się na drzewkach pierwsze listki - z niecierpliwością teraz będę czekał prawdziwej wiosny i pierwszych objawów życia w moim mini sadzie.

W warszawskich ogródkach działkowych już od dwóch tygodni pysznią się łany w pełni rozkwitłych krokusów, przylaszczek, przebiśniegów i innego kwiecia, a u mnie w Ostoi, niecałe 70 km na zachód, pierwsze krokusiki dopiero nieśmiało się pokazują. Wiosna się tu spóźnia, no ale z drugiej strony w zeszłym roku o tej porze leżał tu jeszcze śnieg, o którym w tym roku już zdążyliśmy zapomnieć.

Tak czy inaczej, sezon prac ogrodowych uznaję za otwarty!