Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spirala ziołowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spirala ziołowa. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 czerwca 2022

Suchy czerwiec czy mokry?

 

Czerwiec dobiega już końca, a ja absolutnie nie miałem czasu nic o tym, co się dzieje w Ostoi napisać. Nie odwiedzałem jej za często, ale strategicznie zaplanowane wizyty pozwoliły utrzymać przy życiu jak do tej pory wszystko, co zostało posiane i posadzone, bez uruchomionego podlewania. Czerwiec w mojej opinii był miesiącem zasadniczo suchym, ale z mojej perspektywy było dość mokro, bo sporo czasu spędziłem w stawie, sadząc ciekawe rośliny wodne - nad wodą, pod wodą oraz na krawędzi wody i lądu. Strzałka olbrzymia, rozpław sercolistny, przęstka pospolita i manna mielec uzupełniły florę stawu. Na brzegu posadziłem pierwsze egzemplarze lasecznicy trzcinowatej, jednej z najwyżej rosnących traw jakie da się w naszym klimacie uprawiać.

Sadzenie roślin wodnych w ponad trzydziestostopniowe upały to sama przyjemność, szczególnie że mój staw ma niezwykle zróżnicowaną termikę. W zależności od preferencji, można się przemieścić w płytką strefę ciepłą lub do bardzo zimnej strefy głębokiej. Pięknie wyczuwalna w trakcie pływania jest też termoklina, czyli rozwarstwienie wody ciepłej i zimnej na pewnej głębokości. Obserwacje wskazują, że o tym wszystkim wiedzą też ryby, wybierając sobie rejon zimny w ciągu dnia, ale odwiedzając najcieplejsze kąty stawu od wieczora do poranka. Na płyciznach okazjonalnie widać też tarło rybek, będzie więc wkrótce ich kolejne pokolenie.

Pomimo suszy leśny ogród w Sorku nie jest nigdy podlewany. W tym roku w międzyrzędziach posadziłem między innymi ziemniaki, tworząc rodzaj uprawy agroleśnej, ale i syntropijnej. Ziemniaki zostały ułożone na granicy gleby i ściółki, a następnie obsypane trawą skoszoną na ścieżkach. Co dwa - trzy tygodnie koszę ścieżki i dosypuję trawy pod ziemniaczane krzewy. To jedyne zabiegi jakie tu wykonuję. Póki co, odpukać, wszystko rośnie pięknie, ale ostateczną ocenę pozwolą tej uprawie wystawić dopiero plony, a do nich jeszcze daleko.

Zacząłem reanimować szczyt spirali ziołowej, gdzie w bezśnieżną zimę wymarzły szałwie i rozmaryny. Zależy mi szczególnie na rozmarynie, zakupiłem więc dwie mrozoodporne odmiany - Arp oraz Hill Hardy. Po latach braku jakiejkolwiek opieki nad spiralą i pozwoleniu jej żyć własnym życiem, szczyt zarosły trawy, musiałem więc je usunąć. Starałem się jak najmniej ingerować w resztę spirali, co nie było łatwe i raz jeszcze utwierdziło mnie w przekonaniu, że sens mają jedynie spirale takiej wielkości, gdzie wszędzie można dosięgnąć bez wchodzenia na nie. No ale cóż, ci, którzy czytają bloga od dawna, wiedzą dlaczego spirala jest taka, a nie inna. Nie ma więc co się nad tym użalać, wdrapałem się na wierzchołek, posadziłem rozmaryny i teraz pozostaje jedynie czekać, co z tego wyniknie.

Susza sprawiła, że pszczoły nie mają za dużo nektaru w okolicy i z miodem jest nieco gorzej niż rok temu o tej samej porze. Ale ponieważ mamy jeszcze nieco zeszłorocznego miodu, postanowiłem na razie nic pszczołom  nie zabierać i zrobić jedno "wielkie" miodobranie dopiero po lipie. Na razie wziąłem więc jedynie plaster zbudowany naturalnie (bez węzy) , aby podelektować się nieco smakiem najświeższego i najmniej przetworzonego miodu, jaki sobie można wyobrazić. To, co jeszcze zadziwia w tym roku, to absolutny brak nastroju rojowego u pszczół, brak budowy mateczników, dosłownie zero chęci do cichej wymiany matki czy też do podziału rodziny. Do końca nie jestem pewien, czy się z tego cieszyć, czy smucić, a więc póki co, nie robię nic.

Jeśli chodzi o warzywnik, bo to interesuje zwykle największą rzeszę czytelników, to wszystko idzie dobrze, ale nie do końca. Czasami gdy się zbytnio zaufa swoim mistrzom, przydarza się zonk. Zanim pobrałem nauki u Charlesa Dowdinga, ściółkowałem swoje grządki w ogrodzie kuchennym słomą przeważnie, i przez lata wszystko szło dobrze. Charles jednak zachęca do tego, aby ściółkować wyłącznie kompostem. I tak też na dużej części grządek zrobiłem, a efekty były piękne. Do czasu. Do momentu wielkich czerwcowych upałów i suszy. Ponieważ nie mogłem być na miejscu i podlewać codziennie - zresztą i tak nie uznaję codziennego podlewania - to o ile rośliny już podrośnięte przetrwały moje nieobecności pięknie, to większość małych rozsad, szczególnie sałat padła. Małe roślinki nie zdążyły po prostu sięgnąć głębiej po wodę, zanim spaliło je słońce. Nauka stąd na przyszłość jest taka - ufaj, ale sprawdzaj, oraz, jeśli cos działa - nie zmieniaj. Na szczęście starsze sałaty plonują tak dobrze, że mógłbym otworzyć salad bar.

O jakonach pisałem wielokrotnie, także i to, że chyba wreszcie opanowałem naprawdę ich uprawę. Potwierdza się to teraz, rosną jak na drożdżach. Ruszyły też kukurydze, pomidory i groszek cukrowy, lenią się cukinie, dynie i ogórki. Zebrałem sporo jagody kamczackiej, nieco truskawek, skończył się całkiem szpinak. Dojadamy ostatnie ziemniaki z zeszłorocznych zbiorów, zjedliśmy właśnie ostatnią dynię. W piwnicy niewiele ubyło słoików z przetworami, szczególnie tymi z cukinii i dyni, myślę, że nie damy rady spożyć tego do tegorocznych zbiorów, ale trzeba się będzie starać. Skrzętnie notuję wrażenia z otwierania słoików sporządzonych wedle różnych receptur, aby wiedzieć, które warto powtórzyć, a o których należy zapomnieć. Niestety, niektóre rewelacyjne przepisy z Internetu okazują się chybione, albo inaczej, nie trafiają w mój kulinarny gust  raczej już z nich więcej nie skorzystam.

Zbliża się powoli czas zbioru czosnku, ale na razie obcinam pędy kwiatostanowe, z których w zasadzie powinno się robić pesto, ale mam jeszcze takowe z poprzednich lat. Siekam więc te pędy i wrzucam do różnych potraw, a to do jajecznicy, a to do zupy z groszku, starając się je zużyć bez konieczności "słoikowania". Plony czosnku zapowiadają się obficie, no ale znowu ta susza .... Dopóki główki pod ziemią, nie chwalmy się plonami. To, co na dzień dzisiejszy wiem, to że ze 100 posadzonych ząbków będzie na pewno ponad 90 główek, a jakiej wielkości, to się przekonamy. Trzy odmiany - Harnaś, Siberian i moja własna rywalizują o palmę pierwszeństwa i jak na razie, sądząc po rozmiarach tego co nad ziemią, wygra Siberian, przed Harnasiem, i moją odmianą. Martwić się? Ależ nie - każdy, kto dostał ode mnie czosnek mówi, że wprawdzie jest mały, ale tak aromatyczny, że jeden ząbek działa jak główka czosnku ze sklepu. Wiem wiem, chcą być mili i przesadzają, ale nieco prawdy w tym jest. A jaki będzie czosnek w tym roku, przekonamy się pewnie już za miesiąc.




niedziela, 20 grudnia 2020

Przystanek końcowy

 

No i dojechaliśmy do grudnia. Rok nieubłaganie zbliża się do końca, za chwilę zapanuje astronomiczna zima. Nie widać jej wcale w okolicy, poza okazjonalnym szronem o poranku. Szron topi się w ciągu dnia, wtedy ze wszystkiego kapie deszcz destylowanej wody z topiącego się lodu. Jest to zbawienne, gdyż od dawna nie padało. Jesienne nasadzenia wręcz wołają o deszcze lub o pokrywę śniegu, ale póki co, nie widać ich na horyzoncie. A jeszcze siedem lat temu zima w grudniu była taka, że co słabsze auta nie były w stanie o własnych siłach opuścić Ostoi i byłem zmuszony odholowywać je na ubity trakt ....

Grządki we wzorowym porządku oczekują wiosny. Parszywa Dwunastka jak widać na zdjęciu jest w połowie zaściółkowana cienko słomą, a w połowie zakompostowana. Czyli pokryta warstwą kompostu. Dodatkowo, na każdej z grządek odbył się siew zimowy. Czyli wysiew nasion teraz, aby wykiełkowały wiosną. Marchew, szpinak, pasternak, pietruszka, wężymord - to główne siewy tutaj. Chcę zobaczyć, jak kiełkują (o ile w ogóle) w zależności od ściółkowania. I jak rosną. Bo ilu ogrodników czy ekspertów, tyle opinii. A ja lubię mieć swoją. Jak na razie, w niektóre dni kompost zamarza, podczas gdy pod ściółką nie, ale z drugiej strony kompost szybciej się nagrzewa, gdy słońce świeci. Czy jak w piosence Jana Kaczmarka "Pero, pero, bilans musi wyjść na zero"? Czas pokaże.

Jak co roku, sieję zimą bób. Jest to odpowiedź na zmiany klimatu. Liczę, że przyjdzie taki rok, że bób przez zimę nie zmarznie, rozgałęzi się i wyda świetny plon. Jak do tej pory, udaje mi się to raz na kilka lat. Zwykle wiosenne przymrozki zabijają młode pędy, ale w większości lat odbijają gdy zrobi się cieplej. Wiem, wiem, to wszystko nieprofesjonalne, ale mnie takie zabawy nomen omen bawią. Siew zimowy bobu sprawdza się doskonale już w strefie klimatycznej ósmej, no a my w teorii jesteśmy w szóstej, ale nie co roku. Jak to mówią, nie ryzykujesz, nie pijesz szampana. I nie jesz bobu.

Pora zdjąć siatkę z zimowego jarmużu. Ryzyko, że o tej porze roku zaatakują go szkodniki jest znikome, aczkolwiek nie zerowe. Uprzątając ogród znalazłem w starych doniczkach, pod deskami, w zakamarkach, wiele ślimaków. Wystarczy jakieś niespodziewane ocieplenie, a całe to towarzystwo powędruje pożywić się świeżymi witaminami. Dlatego jarmuż rośnie w części zwanej Plażą - czyli tam, gdzie ścieżki wyściela piasek, a to trochę zniechęca ślimaki. Mam nadzieję, ze dadzą sobie spokój i pójdą gdzie indziej. Siatka jednak zdała egzamin - w Ostoi, gdzie uprawa jakichkolwiek roślin kapustnych jest niezwykle trudna, z uwagi na glebę i szkodniki, dochowałem się całkiem ładnych młodych jarmuży.

Po odkryciu roślin usuwam pożółkłe liście i tą odrobinę chwastów, jakie wyrosły w grządce. Zdaję sobie doskonale sprawę, że ilość jarmużu jest tu symboliczna, ale pamiętajcie - Ostoja jest miejscem pokazowym, gdzie w mikroskali testuję i pokazuję multum rozwiązań, a nie produkuję masy towaru. Każde z rozwiązań można "wyskalować w górę", czyli zamiast metra kwadratowego obsadzić i prowadzić w identyczny sposób 10, 100 czy 1000 metrów. Siatka zdjęta z jarmużu wędruje na grządkę, gdzie właśnie posadziłem bób a to po to, aby żarłoczne ptaki nie dobrały się do świeżo posadzonych nasion.

Poza tym, w ogrodzie wegetują jeszcze sałaty, wszelkiego rodzaju i maści. Coś jest w tym zadziwiającego, że gdy się człowiek "dostroi" do pór roku, to w zimie "nie wchodzą" mu sałaty. Każda pora roku ma swoje preferencje, a w naszym klimacie nie jest nią chyba sałata w grudniu. Choć rośnie, w sumie brak na nią amatorów. Dlatego też, gdy w opalanym własnym drewnem piecu upieką się kartofle, lub gdy upiecze się w nim wyjęta z piwnicy dynia, nikogo nie trzeba zaganiać kijem do stołu, a sałaty ... sobie rosną. Myślę, że nie do końca jest to kwestia gustu, a bardziej powrót do naturalnego rytmu pór roku, który ewidentnie wpływa na żywieniowe preferencje.

Teraz właśnie jest dla mnie odpowiedni czas, aby wychylić nosa z ogrodu i zająć się innymi sprawami. Jedną z tych spraw jest żywokost. Pozyskuję korzeń, z którego wyrabiam intrakt, giceryt, a następnie maść, na potrzeby rodzinno-przyjacielskie, ale też kopiąc karpy żywokostu zawsze się zdarzy, że jakieś korzonki się odłamią i walają się na dnie wiadra. Wykorzystuję je do pomnażania moich zasobów żywokostu, albowiem z każdego kawałka kłącza może wyrosnąć nowa roślina. Najnowszy plan zakłada utworzenie obwódki stawu od zewnątrz z żywokostu (od wewnątrz obwódkę ma stanowić tatarak). Kopię więc, przerabiam i sadzę, raz w roku, właśnie teraz.

Te grządki, które ściółkuję zrębkami (jakim cudem znowu wróciliśmy do ogrodu, wszak, miałem wychylić z niego nosa?) dostają teraz odrobinę uzupełnienia przed zimą. Ale, część grządek już w listopadzie skosiłem do gołej ziemi i przykryłem zrębkami. I co ? I jest dobrze. Truskawki przebijają się młodymi liśćmi przez warstwę zrębki, podobnie czynią czosnki. Stare liście truskawek porażone grzybami rozkładają się pod warstwą zrębek i do wiosny nie będzie po nich ani śladu. Truskawki "otworzą nowy rozdział", miejmy nadzieję, że kończący się happy endem. W rozsypywaniu zrębek skupiam się teraz głównie na leśnym ogrodzie, ale i na grządkach z warzywami wieloletnimi, takimi jak szparagi czy rabarbar.

Na spirali ziołowej postanawiam zrobić eksperyment. Do tej pory ściółkowałem gałązkami świerkowymi na zimę, a w tym roku użyłem słomy. Wystają z niej praktycznie tylko młode rozmaryny i szałwie, oraz odrobina lawendy, resztę ziół ściąłem prawie równo z ziemią. Spirala po wielu latach od założenia wymaga odnowienia - nie po to, aby dawała lepsze plony, ale po to, aby lepiej wyglądać na zdjęciach. Żartuję oczywiście, odnawiam ją, gdyż chcę, aby pozostała produktywna. Trapią ją dwie plagi - siewki sosny oraz kępy traw, a żadnych z nich na spirali nie chcemy. Dlatego też, co widziałem, to usunąłem, wyściółkowałem, a resztę będę na bieżąco usuwał od wiosny. Ma być spirala ziołowa, a nie sosnowa.

Gdy się gospodaruje na jałowych piaskach, wielkiego znaczenia nabiera nawożenie "moimochodem". Ptak, który odwiedza ogród, zrywając się do lotu z reguły wali kupę. Takie są reguły aerodynamiki. Oczywiście nieco żartuję, ale tylko trochę. Ptaki naprawdę walą kupę gdy startują do lotu. A ta kupa, to źródło żyzności, a szczególnie fosforu, którego w Ostoi brak. Dlatego też przygotowuję rozmaite rodzaje karmników dla skrzydlatych pomocników Ostoi, w których karmię ich głownie słonecznikiem pastewnym, gdyż to lubią najbardziej. Karmniki są rozproszone w wielu miejscach nad grządkami, aby ptaki dość równomiernie nawoziły ogród.

Czasami czuję się tak, jak bym żywił pół puszczy - przy jednym karmniku potrafi być tuzin sikor. Ale to jedynie przy dużych karmnikach. Dlatego też zacząłem robić własne małe karmniki słonecznikowo - tłuszczowe. Topię tłuszcz i mieszam z ziarnem słonecznika (starym łuskanym lub świeżym całym) i napełniam taką mieszanką rozmaite pojemniki. Tłuszcz zastyga i tworzy się powierzchnia świetna dla sikorek i innych podobnych ptaków. W gratisie dostają patyczek (pałeczki po orientalnym żarciu), aby miały na czym przysiąść. Szczególnie lubię obserwować karmniki wykonane z filiżanek, determinacja sikor w wybieraniu z nich ziaren jest godna podziwu.

Na koniec, kilka migawek ze spacerów o zmierzchu. W okolicy żyje kilka rodzin bobrowych, z niektórymi jestem odrobinę zakolegowany. Bywają dni, że nie boją się mnie wcale i dają się obserwować z odległości kilku kroków, niestety zwykle o takiej porze, kiedy nie da się zrobić dobrego zdjęcia (bez flesza).

Krótki filmik z moimi bobrami w roli głównej  znajdziesz tutaj.


Bobry urządzają hekatombę wierzb, które dawniej dominowały w krajobrazie. Ma to określone skutki, na przykład wiosną, gdy od pyłku wierzb zależy tutaj rozwój rodzin pszczelich. Natura nie jest tak zerojedynkowa jak się ludziom wydaję, myślę, że kręcimy sobie bat na własne tyłki reintrodukując gatunki uznane przez nas za zagrożone, a następnie nie monitorując i nie regulując ich populacji. Odtwarzamy jeden gatunek, szkodzimy wielu, o których nie pomyśleliśmy lub nawet czasem nie wiemy o ich istnieniu. To w szerszym kontekście, nie tylko bobrów u mnie.

Jak co roku łabędzie zimują, jak od kilku lat żurawie zimują również, wydry żrą karasie ze stawu, sarny strzygą murawy nad stawem równo jak pod zapałkę, zając się zesrał dokładnie pod posadzonym dopiero co rokitnikiem, ale go na razie nie ruszył, trzy gatunki dzięcioła kują obumarłą osikę. 





Na drugim brzegu rzeki panny z łódzkiego, a także kawalerowie i młodzież, nie przechodzą obojętnie, a raczej gapią się na mnie przez jakiś czas i wydają paszczą dźwięki, niezbyt życzliwe. W końcu jednak ruszają w dalszą drogę w poszukiwaniu miejsc, gdzie trawa zielona.





Tradycyjnie, jak co roku, wieszam po sześć bombek na dwóch sosnach strzegących wejść do Ostoi - sześć od północy i sześć od południa. Po jednej za każdy miesiąc mijającego roku. Trudno uwierzyć, że sosny te mają około trzydzieści lat....

Myślę, że jest to ostatni wpis w tym roku, taki przystanek końcowy, a więc wszystkim, którzy czytali moje wpisy tutaj życzę Wesołych Świąt i wszelkiej pomyślności w nadchodzącym Nowym Roku 2021.  

niedziela, 13 maja 2018

Wigilia Zimnych Ogrodników

Ładne mamy lato tej wiosny, i upalne. Wszystko wysycha, a zbiorniki na deszczówkę stoją puste. Trawy na Zajęczej Górce zaczynają się złocić, a wielka zajęczyca tęsknie spogląda przez sztachety na soczyste Ostojowe sałaty rosnące sobie jak gdyby nigdy nic w donicach podsiąkowych. Uzupełniana raz na dwa tygodnie woda w zupełności wystarcza, nawet w przypadku eksperymentalnie i celowo niewyściółkowanych donic. Sprawdzam, czy taka sytuacja sprawi, że pomiędzy sałatą chwasty nie wykiełkują, bo gwiazdnica w tym roku w ściółkowanych donicach szaleje.


Grządki podniesione w nadstawkach europalet wyściółkowane są jednak tradycyjnie, aczkolwiek cienko - bo skończyła się słoma. Dostaną więcej ściółki po Ostojowych sianokosach. Sałatom to raczej nie przeszkadza, bo akurat te grządki mają słońca bardzo mało i na krótko, radzą więc sobie dosyć dobrze. Tradycyjnie obcinam pojedyncze listki, pozwalając małym rosnąć. Dzięki temu mam nadzieję dłużej sałatami się cieszyć bez konieczności sadzenia następnych.

W bardzo grubej ściółce natomiast kryje się skarb - odmiana ziemniaka Sarpo Mira, której 6 sztuk otrzymałem od Igora Bokuna, znanego z projektu "Przez rok nie kupię jedzenia". Szukałem tej odmiany długo, a pragnę ją wypróbować w wieżach ziemniaczanych, bo czytałem, że jest jedną z lepszych do tego celu. Umieściłem w dwóch wieżach po dwa kartofelki, a dwa ostatnie w specjalnej grządce, aby je tam namnożyć i mieć ich więcej na kolejne lata. Wykiełkowały pięknie, radośnie rosną w towarzystwie bobu, nienawożone, niepodlewane, no ale naprawdę grubo wyściółkowane własnym łąkowym sianem z zeszłego roku.

Leśny ogródek przy szopie zieleni się niebywale, obrodził czosnek niedźwiedzi z którego robię najlepsze pesto świata. Przynajmniej ja je tak oceniam, nie wiem jak inni. Odbił nawet biedny kasztan jadalny, który zmaga się z wszechobecnymi korzeniami trzmieliny pod ziemią, a cieniem wszechogarniającego dębu nad nią. Urodliny, o których pisałem wielokrotnie, moje oczka w głowie, zimę przetrwały i zaczynają wypuszczać listki, opóźnione one są w rozwoju jak zwykle, ale najważniejsze że żyją. Podszyt ogrodu leśnego wymagać będzie interwencji, gdyż bluszczyk kurdybanek postanowił zdobyć go blitzkriegiem, w tewarzystwie jeszcze czegoś, czego nazwy nie znam. Będzie więc odrobina "chop & drop", czyli cięcia i rzucania bluszczyka, tam gdzie rósł.

Pamiątkowa morwa Billa Mollisona cała obsypana owocami, pomimo młodego wieku przecież. Widocznie Mistrz czuwa z zaświatów nad tymi drzewami, które w jego imieniu posadzono. Jagody kamczackie zapowiadają zdrowy urodzaj, o ile ta susza nie potrwa zbyt długo. Z dwóch świdośliwek, zaowocowały nareszcie obie. Jedna do tej pory nie przejawiała żadnych chęci do reprodukcji, podczas gdy druga zawiązywała owoce ochoczo, no ale teraz przyszedł czas na obie. Nieco ruszyły się porzeczki, nieco jeżyny, tradycyjnie najsłabiej z agrestami, ale sądzę, że potrzebują one po prostu czasu, aby nauczyć się życia w Ostojowym piachu. Bardzo mocno przycięte czeremchy amerykańskie, kiedyś jedyne, a więc najstarsze krzewy owocowe w Ostoi potrzebowały wielu lat, aby zacząć intensywnie owocować, teraz jednak kwitną jak szalone, oszałamiając zapachem i wabiąc tysiące owadów.

Bluszczyk skurczybyk zaatakował też spiralę ziołową, pierwszy więc raz od 2013 roku postanawiam coś na niej zrobić innego poza zbiorami. Wyrywam dwa wiadra kurdybanka i miejsce po nim ściółkuję resztkami zrębek. Dodaję nasiona ziół różnych i zobaczymy, czy coś wykiełkuje. Graniczyłoby to niemal z cudem, bo spirala smaży się w słońcu, a nie ma nawadniania. Ja w rozjazdach, więc nie podlewana musi radzić sobie sama. Jeśli sobie nie poradzi, to jej dopomogę, ale dopiero pewnie w czerwcu. Może trzeba mieć więcej wiary w moc spirali, bo przykładowo taki piołun luizjański, który podobno nie ma prawa u nas przezimować, zimuje na niej, wiosną odbija, i ma się coraz lepiej. Wykorzystuje ciepło głazów, ukrywa pod nimi korzenie i jak na razie nie ma zamiaru oddawać terytorium bez walki.

Trzy osobne ogródki z kostek słomy czekają na nowych mieszkańców - pomidorowy, dyniowo-ogórkowy i nie-wiadomo-jeszcze-jaki. Postanowiłem w tym roku nie sadzić pomidorów w jednym ogródku z dyniami, i nie ma to nic wspólnego z dobrym czy złym sąsiedztwem roślin, ale po prostu ułatwia obsługę. Mając pomidory w prawie tuzinie miejsc, musiałem się strasznie nalatać, teraz przynajmniej te na kostkach słomy postanawiam "usystematyzować". Gotowe są też worki uprawowe, a wielka akcja sadzenia pomidorów już w przyszłym tygodniu. Póki co, Ostoja tam gdzie zwykle, a ja zupełnie gdzie indziej, mam nadzieję że sobie poradzi do mojego przyjazdu i znowu mile zaskoczy czymś, co urosło, zaowocowało, lub po prostu przetrwało.

niedziela, 23 lipca 2017

Czyste szaleństwo

 Całkiem niedawno pisałem o "resecie" donic w Ostoi, a tu proszę - już w nich kiełkują rzodkiewki, buraki, kapusty pac-choi i nie wiadomo jeszcze co. Upały i deszcze przyspieszają kiełkowanie i wszystko rośnie jak zwariowane, miecz to jednakże obosieczny. Rośliny mogą od razu "iść w kwiat", jeśli wysokie temperatury utrzymają się dłużej, a przed nami, tuż za rogiem, bezlitosny sierpień - miesiąc, w którym zawsze w Ostoi jest najcieplej i najbardziej, przeraźliwie wręcz sucho.

Póki co jednak, po porannym kapuśniaczku, zbieram co tam urosło - a to urwę kabaczka, a to ogórka, a to pierwsze dojrzałe pomidorki, a to się potknę  grzyba prawdziwego lub takiego co kozaczy, a to zioła ze spirali urwę i w słonecznej kuchni zaparzę na orzeźwiającą nawet w upał herbatę. Generalnie jednak jeszcze zielono mi - setki niedojrzałych pomidorów codziennie na deszczu mokną. Nie pamiętam takiego roku, aby tyle opadów nawiedzało Ostoję, zapewne wynika to z faktu, że system do zbierania deszczówki gotowy i sprawny jest, ot, zwykła złośliwość przyrody (a raczej efekt zmian klimatu, miotających nami od ekstremum do ekstremum),

 A skoro o spirali ziołowej mowa, to wydaje się, że zaczęła pełnić ona nową rolę - azylu dla zapylaczy. Okoliczne łąki wykoszone niemal do gołego i całe bzykające towarzystwo oraz majestatyczne motyle nie mając się gdzie podziać, wylądowały na podwórku w Ostoi. Zagęszczenie pszczół, trzmieli, motyli, chrząszczy jest ogromne, niemal nie ma kwiatka bez kilku owadów. Szaleńczy taniec nad spiralą trwa od świtu do zmierzchu, ze szczególnym natężeniem w okresie, kiedy na spiralę pada bezpośrednie światło słoneczne.


Ciągle sobie obiecuję znaleźć czas, aby pogapić się na to rojowisko przepięknych owadów, ale robota goni. Kontynuuję prace nad grządkami poza podwórkiem - syzyfowe prace. Kolejny fragment terenu przygotowuję nieco inaczej niż poprzedni, wszak głównym zadaniem Ostoi jest eksperymentowanie i sprawdzanie, co działa, a co nie. Tym razem najpierw koszę trawę, pozostawiając ją na miejscu. Kosiarka, podobnie zresztą jak i inne narzędzia "samobieżne" w Ostoi jest elektryczna. Nie używam żadnych narzędzi spalinowych.

Próbuję "podziubać" glebę widłami, ale zagłębiają się one na 4-5 centymetrów. Ubicie gleby jest zadziwiające, jak na tutejsze piaski. Wywożę taczką kompost liściowy i rozsypuję cieniutką warstwą, bo nie mam go za dużo, Kompost ten powstawał latami ze zbieranych jesienią liści i pozostawiony samemu sobie przekształcał się w mniej lub bardziej jednorodną masę, bogatą w kwasy humusowe i zasiedloną głównie przez grzybnię, ale i sporą ilość większych stworzeń, wliczając w to dżdżownice.

Kompost wraz ze skoszoną trawą polewam obficie wodą, przykrywam mokrymi kartonami i gazetami, a następnie całość ściółkuję sianem zebranym z nadrzecznej łąki. Warstwę siana daję grubą, na 20-25 centymetrów, i tak z czasem osiądzie. Tu nie robię ścieżek w stylu "dziurki od klucza", postanawiam, że ta część będzie poletkiem testowym dla uprawy ziemniaków, nie będzie więc konieczności wchodzić na tą część grządki częściej niż dwa-trzy razy w roku. Materiału starczyło na kolejną jedną trzecią terenu, pozostała więc ostatnia już, na szczęście, jedna trzecia do zagospodarowania. Mam już pewien pomysł, jak do sprawy podejść, ale o tym już po jego realizacji.

"Rzutem na taśmę", na wyścigi ze zmrokiem, postanawiam ogrodzić teren nowego ogródka, aby ochronić go przed dziką zwierzyną. Udało mi się zrobić 80%, gdy zapadła noc. Rano, obudzony przez żurawie wyjrzałem przez okienko poddasza i ujrzałem to - las napierający ze wszystkich stron na skrawek ziemi, który mu właśnie wyrwałem. Jak zwykle, opadły mnie wątpliwości, czy "pracuję z przyrodą a nie przeciw niej". Może lepiej byłoby oddać lasom co leśne i z podkulonym ogonem wrócić na warszawski taras?

A na tarasie tym, łatwiutko i czyściutko, hodować można również własne jedzenie, o czym świadczy niewyobrażalna obfitość pomidorów, papryczek, fasolek, ziół i innego tałatajstwa, które zaczynają go zarastać. Nie trzeba się użerać z dzikiem, zającem czy łosiem, kosy nie wyjadają nasion od razu po posadzeniu, ot, czasami kot sąsiadów coś rozgrzebie lub obsika. Użeranie się z lasem ma jednak (chyba ...) ukryty cel - jeżeli mnie się uda i wśród tych sosen i piachów Ostoi powstanie kiedyś prawdziwa oaza obfitości, bioróżnorodności i zrównoważonego rozwoju, oznaczać to będzie, że każdy i wszędzie dokonać tego potrafi. Bo w tym szaleństwie jest metoda - jak pisał nieodżałowany Bill Mollison, projektant permakulturowy potrafi zrobić Ogród Edenu z pustej skały sterczącej pośrodku oceanu, wymaga to jedynie czasu, wytrwałości i ... odrobiny szaleństwa.

środa, 17 maja 2017

Jeden dzień


Jeszcze przed świtem budzą mnie puszczyki, a wkrótce dołącza do nich całe ptasie radio. Ostoja o tej porze roku to chóry mieszane, ptasio-żabie. Wstaję więc, i korzystając z tego, że za chłodno i za mokro na prace nadworne, żwawym krokiem ruszam na spacer. Bo jeśli nie teraz, to nigdy.

Mgły ścielą się nisko, a rachityczne mchy i porosty symulują zimę.

Światło jak i my, wkracza do lasu ścieżkami. Tu łatwiej mu dotrzeć, niż pod zwarte korony nawet rachitycznych sosen. Nieco później Słońce wznosi się wyżej i wrażenie "światła w tunelu" rozpływa się i zmienia, ale nadal jest dość malowniczo. 



Łąki z kolei całe w świetle pastelowo rozproszonym, wilgotnym i miękkim. Ale tylko nieco nad ziemią. Wyżej niebo oferuje zupełnie inne widoki.



Majestatycznie i dumnie, jak para bombowców, suną ptaki w milczeniu, jedyne co zakłóca ciszę w tej magicznej chwili to donośny szum ich skrzydeł. 

Nieopodal zrywa się też kaczka, ale nie do lotu - ucieka udając ranną, a w trzcinowisko usiłują się schować małe puchate kuleczki - kacze dzieci.

Wierzbka u sąsiadów, w połowie powalona przez bobry, a w połowie przez ludzi, nie traci kontaktu z ziemią i rośnie sobie w najlepsze. Wyciąga gałęzie do słońca, a korzenie ma w wodzie. Tu, kilkaset metrów od rzeki, bobry zdecydowały się zamieszkać. Nie pomieszkały długo, a mimo to krajobraz zmieniły. Przybyło wody, ubyło drzew.


Ale pora brać się do pracy ... Bo nadszedł taki dzień, że zamiary przerosły siły, i dość kompostu samemu w Ostoi nie mogę tej wiosny naprodukować. Za dużo się dzieje, i tu, i gdzie indziej, w rozkroku między miastem i wsią, trzeba było podkulić ogon pod siebie, i kompost zakupić. A ponieważ transport jest dosyć kosztowny, a kompost się nie psuje, zamówiłem całą paletę. Po wielu perypetiach doczekałem się wreszcie dostawy - samochodem, który za nic do Ostoi wjechać rady by nie dał. W związku z czym, od głównej drogi, do Ostoi, kompost transportowałem na raty ręcznym wózkiem wcześniej opisywanym, pokonując z każdą partią 200 metrów w jedną stronę i wracając "na pusto" piaszczystą leśną dróżką, urozmaiconą korzeniami sosen. Wózeczek złożył się z lekka pod ładunkiem dziesięciu worków od razu na starcie, więc wynegocjowałem z nim kompromis wynoszący siedem sztuk. W godzinę kompost był na podwórku, a ja wreszcie na moment zalegam w cieniu, ale z głęboką wdzięcznością dla atrakcji wiejskiego żywota, zastępujących wszystkie fitnesy i siłownie świata.

Po chwili wytchnienia pora zająć się resztą - sadzić pomidory, wysiać fasole, przygotować podłoże do uprawy w workach, lista jest długa, i w praktyce jej końca nie widać. W przerwach postanawiam zrobić kilka zdjęć roślin na spirali ziołowej, bo ostatnie robiłem dosyć dawno temu. Odniosłem wrażenie, że uczestnicy ostatnich warsztatów o budowie takich spiral mieli pewien niedosyt aktualnych zdjęć, więc tą drogą uzupełniam - to dla Was, jeśli oglądacie :)
Spirala wyłysiała na samej górze - ostatniej zimy, pomimo iż w poprzednich latach bywały sroższe i było dobrze, nie przeżyły rozmaryny. Pomimo tradycyjnego okrycia świerkowymi gałązkami, na razie brak życia na górze. Ale reszta spirali pięknie się zagęszcza.

Miejscami jest na tyle gęsto, że zaczynam się zastanawiać nad interwencją. Jednakże, spirala ta jest "bezobsługowa", czyli poza zbiorami ziół i bardzo rzadkim podlewaniem w najgorsze sierpniowe upały, staram się w jej życie nie ingerować. 

Z drugiej strony jednak, to spirala ziołowa jest bez wątpienia ludzkim tworem i nie należy traktować jej jak wytworu nieskażonej natury. Trzeba będzie wypełnić misję ogrodnika i wpaść w ten gąszcz z sekatorem. Bo nic staram się nie wyrywać - miejsce korzeni jest w ziemi, a obcięta góra spełnia rolę ściółki. Tym sposobem do natury wraca wszystko, co mogę jej oddać, nawet na ludzką ręką zbudowanej spirali.

Na całej działce kwitnie czosnek niedźwiedzi, jedna z moich ulubionych roślin. Podziwiam, jak wiosną wyłania się z gleby, tym jednym, dwoma, czasami trzema listkami. Pamiętam, jak wprowadziłem go do Ostoi, wbrew wszelkim regułom, w ten kopny, suchy piach. Jak pierwszy raz wykiełkował, niemal wszędzie mając po jednym małym listku, jak w pierwszym roku niemal nie kwitł. Jak z roku na rok ma liści coraz więcej i coraz większych, no i jak od roku niemal wszędzie kwitnie. Pośród wielu porażek czosnkowy sukces dodaje mi sił do dalszego eksperymentowania.

Nad stawikiem przy spirali ziołowej mrugają modrymi oczkami niezapominajki, spomiędzy kamieni spirali wybijają mięty, rozpycha się po cienistej stronie bluszczyk kurdybanek, a tu i ówdzie widzę świeżą siewkę sosny, brzozy czy klonu. Ich żywot wkrótce się zakończy, takich siewek jest w Ostoi mnóstwo, większość i tak kończy żywoty w sierpniowe susze i upały. 



A nieopodal zupełnie świeży eksperyment właśnie decyduje się przebudzić z zimowego snu. Pokazuje miniaturowy pierwszy listek i daje nadzieję, że i z nim będzie tak jak z czosnkiem niedźwiedzim. To urodlin, znany też jako pawpaw, o pysznych, dużych owocach. Na razie jednak daje pierwsze oznaki życia od jesieni, kiedy został posadzony. Sadzenie go w Ostoi to wyzwanie może mniejsze niż holzerowskie sadzenie cytryn w Alpach, ale mimo to solidne. Opady w Ostoi i rodzaj gleby daleko odstają od upodobań tej rośliny, ale będę próbował stworzyć jej właściwy mikroklimat i to tradycyjnie, bez chuchania i dmuchania na urodlin.

Na rozmaitych pracach upływa dzień, a słońce chyli się ku zachodowi. W cieniu tonie już znaczna część Ostoi, stare wały permakulturowe, ociupinkę tylko młodsze grządki wyniesione, pierwsze worki uprawowe, których lada dzień będzie więcej i całkowicie tegoroczne kostki słomy, nie obsadzone jeszcze roślinami, ale do tego celu przygotowane. Pora na dziś kończyć, choć jeszcze widno. Zaczynam czuć dobrodziejstwa ciągania wózka, słodkie zmęczenie w przedramionach.

Jeszcze rzut okiem na ostatni zakątek Ostoi tonący w słońcu. Teraz już zieleń bardziej się złoci niż zieleni. Mini sad na pierwszy rzut oka wygląda jak zły sen ogrodnika, ale te łany pokrzyw, mniszka, przegorzanu i tylko ja wiem czego jeszcze są tu wszystkie pożądane i celowe. Nikt nie uwierzy patrząc na to, że w tym miejscu był niemal czysty piach jeszcze całkiem niedawno. Każda z rosnących tu roślin spełnia wiele zadań, ma swoje miejsce i czas. Wpisuje się we wzorzec malutkiego leśnego ogrodu i pełni szereg funkcji, z których najważniejszą jest budowa gleby, czyli to, czego Ostoja potrzebuje najbardziej. I wraz z tą refleksją kolejny dzień w Ostoi przechodzi do historii, którą w dużej mierze same piszą te wszystkie rośliny, o jakich tu ja z kolei piszę, a moja rola jest tylko taka, aby to im ułatwiać. Na dziś jednak tego ułatwiania wystarczy, dobrej nocy.