Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czosnek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czosnek. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 października 2024

Koniec sezonu

 

Koniec sezonu to zawsze czas smuteczku i żalu, ale także oddechu i ulgi. Tyle się miało zrobić, a się nie zrobiło i w tym sezonie już na pewno się nie zrobi. Z drugiej strony jednak tyle się udało, pomimo wszelkich przeciwności, że dni, kiedy pracy jest mniej, a słoneczko krócej świeci oczekuje się z wytęsknieniem. Jest to jednak miecz obosieczny, bo im dni krótsze, tym częściej zaczynają ujawniać się symptomy tej corocznej choroby, która gdzieś tam pod czaszką szepce "kurczę, ale bym chciał, żeby był już marzec", by znowu móc siać. Tymczasem jednak, jak nowa świecka tradycja nakazuje, zrobiłem pamiątkową fotkę z warzywem, oficjalnie kończąc sezon 2024. Warzywo przytrafiło się być raczej mikrych rozmiarów, ale szczerze mówiąc, nie dbałem o to. Wstrzeliłem się ze zbiorem resztek pomiędzy dwa przymrozki i jedynym moim zmartwieniem było to, czy to, co zbieram, nada się do przechowywania. Jak to mawiali starożytni Papuasi - so far, so good, póki co, wszystko przechowuje się dobrze.

Wszystkie te ostatnie zbiory jak zwykle były umowne, bo za każdym razem, gdy sprzątałem kolejny fragment ogrodu okazywało się, że a to tu, a to tam, coś się gdzieś ukryło, coś się gdzieś znalazło, można by powiedzieć, że "pomidorom i dyniom nie było końca". O ile jednak te pierwsze plonowały w tym roku w miarę normalnie, o tyle te drugie poległy w nierównym boju z permanentną suszą i o ile liczbą satysfakcjonowały, to rozmiarami już nie. Zdecydowana większość dyń, nawet dużych odmian, nie przekroczyła dwóch kilogramów, co na początku mnie złościło, ale gdy po pewnym czasie zaczęły one sukcesywnie trafiać do kuchni stwierdziłem, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jestem teraz w stanie gotować wedle zasady - jedna dynia, jeden gar zupy, a nie dzielić dynię na czworo i zużywać na raty, bo jakikolwiek gar to pomieścił.

Z drugiej strony, może to być pierwszy od dawna rok, kiedy to dyń nie wystarczy do przyszłego maja, ale cóż, nie będziemy z tego powodu płakać. Mamy taką masę przetworów z poprzednich lat, że głód nam niestraszny. W zadziwiający sposób obrodziły też ziemniaki i jakony, a sporą ilość "kostki cukiniowej" udało się dopchać kolanem w notorycznie pełnej zamrażarce. Wszędzie piętrzą się słoje z ketchupem z zielonych pomidorów, salsa verde z miechunek, oraz po raz pierwszy kilka słoiczków dżemu z psianki ogrodowej "Huckleberry", która smakowo w tej formie nas uwiodła i jest chyba jednym z ważniejszych odkryć tego sezonu. Wielka szkoda tylko, że praktycznie nie jest wystarczająco smaczna, aby ją jeść na surowo, a do dżemów mam ambiwalentny stosunek, mogłyby dla mnie nie istnieć. No ale cóż, będzie to coś na osłodę, na długie zimowe wieczory.

Jak zawsze w ostatnich latach, 10 października wykopałem jakony i tego samego dnia na ich miejscu posadziłem czosnek. Posadziłem go również jak co roku w truskawkach, które wcześniej do tego przygotowałem, przysypując całkowicie zrębkami, by utraciły stare, chore liście i wypuściły nowe. Czosnek natomiast pracowicie przyciąłem, ząbek po ząbku, przed sadzeniem, po to, aby ptaki nie wyciągały ząbków z ziemi za te długie, białe ogonki. Obie te metody - odnawiania truskawek przez zasypywanie oraz przycinanie czosnku stosuję od lat, bo wiem, co się u mnie dzieje, gdy tego nie robię. truskawki chorują, a czosnek leśne ptaki niszczą. Podzieliłem się tym wszystkim z tzw. internautami i choć sporo było reakcji pozytywnych, to jednak z roku na rok rośnie chyba liczba negatywnych komentarzy. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że moja dewiza to "Róbmy swoje" i że żadne takie sytuacje nie powodują iż mam ochotę "rzucić to wszystko i uciec w Bieszczady", niemniej jednak miałem taką chwilę refleksji iż wcale nie dziwota, że niektórzy całą swoją cenną wiedzę i doświadczenie trzymają dla siebie, gdyż dzieląc się tym, musieliby wyhodować grubszą skórę, aby różne dziwne komentarze znosić. Tak czy inaczej, dzień sadzenia czosnku jest dla mnie symbolem nie zakończenia obecnego sezonu, a rozpoczęcia sezonu 2025, gdyż wtedy dopiero do tego czosnku zajrzę, a zbierać go będę wczesnym latem. Tymczasem, można z ulgą odetchnąć, że jeden coroczny "temat" można odhaczyć i o nim zapomnieć.

Nie mogę powiedzieć, że "eksperymentuję" z muchomorami, gdyż z tym, co uznajemy za leki się nie eksperymentuje, chyba że jest się szefem jakiejś Big Pharmy i testuje się coś na miliardach. Muchomor nie jest dla mnie środkiem rekreacyjnym, jest po prostu lekiem, który stosuje się wtedy, gdy zachodzi konieczność i ściśle wedle zaleceń. Używam muchomora od lat, a co najmniej 9000 lat znanej historii która wiąże go z człowiekiem przekonuje mnie, że jest to cenny dar natury, z którego absolutnie każdy, kto chce i wie jak, powinien móc korzystać. Planowany zakaz sprzedaży muchomora ani mnie ziębi, ani grzeje w aspekcie korzystania z tego grzyba, gdyż ani go nie sprzedaję, ani nie kupuję, zbieram go sam we własnym lesie, sam suszę, sam przechowuję i sam używam. Potępiam natomiast tych, którzy pod pozorem fałszywej troski o współobywateli wprowadzają takie zakazy. Może niech zaczną od zakazu sprzedaży papierosów i wódy, oraz trującego, pełnego chemii żarcia w sklepach i szeregu innych "dóbr" na których tłuką kasę bogacze. Tu utnę, bo dalej mogłoby już być niecenzuralnie. Tegoroczne muchomory zebrane, wysuszone i zabezpieczone - oby nie było konieczności z nich korzystać, ale jeżeli, odpukać, taka zaistnieje, to są.

Po dwóch latach względnego spokoju bobry znów "dały do pieca", dosłownie i w przenośni. Zaczęły na potęgę kopać nory, demolując brzegi stawu oraz ścinać drzewa tak perfidnie, że padały na działkę sąsiada. Zamiast więc robić to, co miałem w planach, musiałem uprzątać drzewa. Jak zwykle, opału dzięki temu nie zabraknie i znowu przez kolejnych parę lat nie będę musiał niczego ścinać, aby ogrzać chatkę. Chcąc ocalić jakiekolwiek drzewa będę musiał zając się bliżej tematem bobrów, raz już bowiem wycięły prawie 100 procent drzewostanu po jednej stronie stawu, nie chciałbym aby to zrobiły po przeciwnej. W pierwszym kroku owinę więc siatką te drzewa, które na pewno chcę ocalić, a później zastanowię się, czy podjąć jeszcze jakieś kroki. Z jednej strony bowiem jest to super cool mieć "własne" bobry, z drugiej jednak niszczą one moją pracę, a niekoniecznie możliwym jest temu całkowicie zapobiec, a szkody całkowicie wyeliminować. Niektórych ściętych drzew nie doczekam do końca mego żywota, by osiągnęły takie rozmiary, przy których zostały ścięte. Myślę, że jest to wystarczający argument, aby osobom, które oburzają się, że w bobrową działalność ingeruję, zabierając im drzewa, które ścięły, zaproponować, aby przyjechały, i bobry adoptowały. Niech dadzą im dom u siebie, swoje drzewa i swoje stawy. Jest z tym jednak pewien problem - większość oburzonych dla bobra mogłoby mieć tylko wannę i domową paprotkę, sporo bobra widziało tylko w telewizji, no ale pałanie świętym oburzeniem, przyznaję, mają do perfekcji opanowane.

I tak oto skończył się sezon, w ogrodzie coraz mniej pracy, ale nie oznacza to, że nic się nie dzieje. Posadziłem wreszcie szpinak, który w ogóle nie chciał mi z nasion kiełkować w odpowiednim terminie, czyli w pierwszej dekadzie września. Było po prostu za ciepło. Wkurzyłem się i wsypałem nasiona do słoika z wodą, a następnie umieściłem w lodówce na pięć dni. Po upływie tego czasu, odcedziłem nasiona na sitku i od razu posiałem w wielodoniczce. Na efekty nie trzeba było długo czekać, szpinak wreszcie pięknie wykiełkował. Poszedł niedawno na grządki uprzątnięte po innych uprawach, bo gleba i żyjące w niej mikroorganizmy nie lubią próżni - muszą mieć jakieś korzenie roślin, z którymi mogą współpracować. Poza tym, to przecież jedzenie, które dzięki zadbaniu o nie teraz, będzie dostępne o ponad miesiąc wcześniej wiosną. No i jedna rzecz mniej do zrobienia w przyszłym roku. Żegnamy więc definitywnie ogrodowy 2024, niech żyje 2025 :) 

środa, 26 lipca 2023

W okowach suszy

Wyobraźcie sobie talerz pełen wody. Napełniliście go nią z głębi ziemi i wynieśliście na zewnątrz. Postawiliście w upalnym słońcu, całkowicie nieosłonięty od jego promieni i wiatru. Co z wodą się stanie? Gdy byłem małym dzieckiem, dowiedziałem się tego z książeczki "Jak Słonko oddało pieskowi wodę", a nieco później, w szkole, poznałem parowanie. Wiem, że gdy jest upał i z nieba leje się żar, to aby wody nie tracić, trzeba wodę zacieniać i chronić od wiatru. Woda wtedy wolniej paruje. I dłużej pozostaje w stawie. Podobnie, woda mniej paruje z łąk bujnie porośniętych, a tam, gdzie słońce pali glebę, paruje szybciej. Poziom wód gruntowych spada, susza mocniej kąsa. Nie wszędzie i nie wszyscy czytali o słonku i piesku, więc woda w ich stawach opada szybciej niż ustawa przewiduje. 

Tymczasem, mój solidnie zarośnięty i na tyle zacieniony, na ile to tylko możliwe staw, oraz gleba wokół niego, walczą i się nie poddają. Łąka i trawy nie zaznają kosy, dopóki solidnie nie popada, choćbym miał czekać jeszcze miesiąc czy dwa. Jedyne koszenie to przejazd elektryczną kosiarką po ścieżkach w leśnym ogrodzie nad stawem, po to, aby zminimalizować nieco ryzyko łapania kleszczy w trakcie zbierania plonów. Staw jest też właściwie ukształtowany, a jego brzegi są w całości pokryte gęstą szatą roślinną. Płytka woda, która nagrzewa się najszybciej, szczególnie tam, gdzie słońce dociera w południe, ocieniona jest baldachimem liści grzybieni. Staw leży w linii tak zwanego sektora wiatru letniego, co sprawia, że wiatr gdy wieje wymusza cyrkulację wody - pcha zimną wodę z głębszej części stawu, w stronę cieplejszego, płytszego końca, dzięki czemu mieszkańcom stawu mniej się dają we znaki deficyty tlenowe przy wysokich temperaturach.

Nie odnajdziesz tu łysej jak czaszka skina ziemi, przeciwnie, pomimo upałów i braku jakiegokolwiek podlewania, coś kwitnie cały czas, niekiedy obficie. Drzewa, krzewy, byliny, trawy trwają, a niektóre można powiedzieć wręcz, że "lubią to". Ogród leśny nad stawem jest jedynym, w którym brak strat wśród drzew i krzewów. W innych leśnych ogrodach bez podlewania schną leszczyny, a nawet, co pierwszy raz w życiu moje oczy widzą, wyschły na wiór pokrzywy. Jedynie w miejscach o specyficznym mikroklimacie, całkowicie zacienionych na przykład, borówka amerykańska ugina się pod ciężarem owoców, ale bywają dni, że owoce te wyglądają jak już ususzone, tak wody brakuje.

Ogród warzywny, siłą rzeczy, musi być podlewany, ale uwierzcie, w tym roku nie uruchomiłem w ogóle systemu nawadniania. Co więc robię? Latam z konewką. Jest to bardzo dużo pracy, ale pozwala mi to najlepiej wykorzystać bardzo nikłe zapasy wody deszczowej. Podlewam tylko to, co widzę, że może zaraz paść. Czasami podlewanie jest zupełnie symboliczne, jak czosnku, który rósł w truskawkach. Baldachim ich liści sprawiał, że ziemia była o wiele bardziej wilgotna niż na grządkach z samym czosnkiem. Jednakże w obu przypadkach rok okazał się "czosnkowy" - zebranych ponad sto główek schnie, aby niedługo zapleść się w warkocze.

Tegoroczne uprawy w kostkach słomy wymagają większej ilości wody niż zwykle, obawiam się, że to tak zwana "nowa normalność" i że z każdym rokiem będzie tylko gorzej. W zeszłym roku każdą roślinę na kostce podlewałem konewką licząc do czterech, dziś muszę liczyć do pięciu. Taka dwudziestoprocentowa inflacja - czy musiała też trafić do ogrodu? Na szczęście nie dotyka ona na razie plonów, z jednym wyjątkiem. Zapowiadający się świetnie bób niestety usechł bez mała żywcem i jego plony są o wiele mniejsze, niż oczekiwane. Co ciekawe, rosnący wraz z bobem groszek cukrowy dał strąki największe w historii - i bądź tu mądry człowieku.

Pomimo suszy doskonale powiodła się uprawa bardzo wczesnych ziemniaków w wiaderkach, rośliny rosły, rosły, aż z dnia na dzień zżółkły i zdziadziały. Dokonałem więc zbiorów (trudno to nazwać wykopkami, bo nic nie trzeba kopać) i okazało się, że z dwóch małych kartofelków umieszczonych w początku kwietnia w wiadrze zrobiło się kilka średnich i kilkanaście brzdąców. Wynik mógłby być o wiele lepszy, gdybym rośliny podlewał oraz dosypał ziemi do wiader do pełna, gdy rośliny podrosły. Metoda ta jednak świetnie rokuje na przyszłość, być może udałoby się całość uprawy ziemniaka na własne potrzeby przenieść do takich wiaderek? Mogłoby to chyba pomóc w dalszym zmniejszaniu ryzyka wystąpienia zarazy ziemniaczanej i jeszcze skuteczniejszej ochronie moich pomidorów.

A pomidory w tym roku .... nie powinienem nic mówić, aby nie zapeszyć, ale wygląda na to, że idą dobrze. Konsekwentna, cotygodniowa inspekcja, reagowanie natychmiast na wszelkie zmiany na liściach, opryski prewencyjne z wody utlenionej, no i poniekąd ta susza - wszystko to sprawiło, że jak do tej pory atak zarazy ziemniaczanej został zduszony w zarodku i pozostaje tylko mieć nadzieję, że tak będzie dalej, równocześnie dalej obserwując i zapobiegając. Upał i żar lejący się z nieba nie faworyzuje zarazy i to jest jedyna chyba pozytywna jego strona. 

sobota, 30 lipca 2022

Trudny miesiąc

 

Lipiec był miesiącem trudnym, ale owocnym. Dosłownie i w przenośni. Posypały się plony roślin z "berry" w nazwie angielskiej - od truskawek, przez agresty i porzeczki, po malinojeżyny. Te ostatnie okazały się najbardziej odporne na brak opadów i podlewania, bo leśnego ogrodu nigdy nie podlewam. W lesie, po jedynych dłuższych opadach, wystąpił epizod kurkowy, który pozwolił nacieszyć się nieco tymi grzybami, zaraz jednak wystąpił i epizod grzybiarski, za nic mający sobie nowe ogrodzenie i tabliczki informujące o tym, że teren jest prywatny i że w sumie wypadałoby nie wchodzić. Niestety, poszanowanie dla własności prywatnej jest tu w okolicy równie rzadkie, jak trufle w sosnowym młodniku, czyli nie istnieje.

Łatwiej nieco mi zrozumieć wszystkie ptaki, tłumnie ściągające do Ostoi aby pożywić się właśnie dojrzewającymi owocami. Nie używam żadnych siatek, zasadniczo w ogóle nie chronię w żaden sposób owoców. Kilka lat stosowania czerwonych nakrętek na grządkach z truskawkami nauczyło ptaki, że lepiej to czerwone na ziemi zostawić w spokoju, i truskawek nie ruszają. Natomiast, nie zebraliśmy niemal aronii, a z borówki amerykańskiej może jedną dziesiątą pozostawiły nam ptaki. Ale, ze wspomnianej wcześniej malinojeżyny, nie "zginął" ani jeden owoc. Jeśli ptaki wybierają swoje dania na podstawie wartości odżywczych, to byłoby to złą rekomendacją dla malinojeżyny. Lecz ponieważ tego nie wiemy, to zjedliśmy wszystkie owoce ze smakiem. Dodatkowo, w gęstych trawach odkryłem łany poziomek, które wyrosły z przeterminowanych nasion. Nasiona te rozsypałem jesienią, a teraz cieszyliśmy się pierwszymi owocami.

Muszę się przyznać do jednego poważnego zaniedbania, graniczącego z lekkomyślnością. Do tej pory nie uruchomiłem w Ostoi nawadniania. Ryzykowałem, strategicznie planując swoje wizyty i ręczne podlewanie konewkami grządek ogrodu kuchennego oraz upraw w kostkach słomy, obserwując prognozy i radar pogody. Jeszcze nigdy nie było roku tak kapryśnego i jednocześnie tak nietrafionych prognoz. Miało padać - nie padało - to główna mantra lipca w Ostoi. Pomimo tego, udało się utrzymać ogród kuchenny przy życiu, a nigdy nie podlewany ogród upraw głównych, zwany Zapłotkiem, miejscami zamienił się w dżunglę, gdzie kukurydza, dynie i pomidory zarosły już nawet ostatnie ścieżki. Ogród ten w sumie radzi sobie zdecydowanie lepiej niż grządki podwyższone przy domu, no ale niemożliwością w takich warunkach byłoby uprawiać na przykład sałatę.

W tym roku postawiłem sobie za punkt honoru wygrać z zarazą ziemniaczaną na pomidorach i jak na razie, odpukać, to się udaje. Jest to jednak trudna walka. Wszelkie moje opryski profilaktyczne niestety nie pomogły i zaraza, jak w zegarku, czyli jak w poprzednich latach, pojawiła się dokładnie 15 lipca. Zabrałem się wtedy za nią solidnie, wykonując opryski pomidorów nawet dwa razy w tygodniu, oczywiście środkami naturalnymi, ale zmieniając je co oprysk. Zwiększyłem też stężenia dwukrotnie. Zacząłem dodawać kleik z mąki do niektórych oprysków, aby dłużej trzymały się na roślinie, do innych w tym samym celu dodawałem mleko. Przyłożyłem się do tego naprawdę solidnie i zaraza zaczęła się cofać. Oczywiście, wszystkie zainfekowane liście obcinałem natychmiast, ale na głównych pędach trzeba było czekać na efekty oprysków. Po pewnym czasie, wszystkie te paskudne brązowe plamy przestały się powiększać, a wkrótce potem zjaśniały i teraz widzą je tylko co bardziej wprawne oczy. Na dzień dzisiejszy zaraza jest pod kontrolą, a na krzakach pomidorów pierwsze owoce zaczynają dojrzewać. 

W ostatnim tygodniu lipca zebrałem do końca czosnek. Posadziłem łącznie 100 ząbków jesienią, z czego 40 na jednej grządce dedykowanej dla czosnku (1 m2) oraz 60 na pięciu grządkach z truskawkami (5 x 1m2). Łącznie z tej uprawy zebrałem 96 główek czosnku, przy czym na grządce czosnkowej nie były one wcale większe niż te rosnące wśród truskawek. Decydująca okazała się odmiana - Siberian wygrał z Harnasiem, a te obie z moją odmianą, która dała główki najmniejsze, ale za to najbardziej aromatyczne. Czyli żadnych niespodzianek. Natomiast, dostałem solidną lekcję od czosnku, którą muszę zapamiętać. Grządki truskawkowe podlewałem ręcznie po to, aby mieć nieco więcej owoców. Okazało się, że pomimo upałów i suchej wierzchniej warstwy, pod zrębkami, na poziomie główek czosnku, jest za mokro. Czosnek przy zbiorze obdzierał się ze skórki, główki rozpadały się, a wszystko dodatkowo oplatała niesamowita ilość białej grzybni. Z grzybni generalnie się cieszę, ale niekoniecznie chciałbym ją mieć w takiej ilości na czosnku, który ma służyć cały rok do następnych zbiorów. Zauważyłem to przy pierwszej główce i na szczęście poszedłem po rozum do głowy - postanowiłem odroczyć zbiory i nie podlewać już truskawek. Krótko mówiąc - pomogło. 

Niewiarygodnie pięknie rosną ziemniaki, wyprowadzone z ogrodu upraw głównych na Zapłotku do ogrodu leśnego w Sorku po to, aby zwiększyć ich odległość od pomidorów. Krzaki rozłożyły się na ścieżki i miejscami nie można przejść. Równolegle, pojawiły się nornice, przewiduję więc, że mogą wystąpić znaczące straty w plonach. Otwory i kanały nornic były widoczne niemal wszędzie, a w biały dzień widziałem te zwierzaczki biegające do stawu, pewnie aby się napić. Trwało to jakiś czas, aż pojawił się lis i zaczął dosłownie eksterminować nornice. To pora, kiedy lisy karmią młode, było więc duże zapotrzebowanie na tłuste kąski. W efekcie, nornic już niemal nie mam, mam za to dosłownie setki głębokich na stopę dziur, które lis wygrzebał w pogoni za nornicami. Dziury są wszędzie, a co ciekawe, największe spustoszenie jest na kwietnej łące, która miejscami wygląda jakby ryło w niej stado dzików. Pracowicie nagarniam lisi urobek z powrotem do dziur, z nadzieją, że to co tam rosło, odrośnie. Resztę pozostawiam naturze w nadziei, że ustali się jakaś nornicowo-lisia równowaga.

Lipy przekwitły, okoliczne łąki wyglądają jak fryzura skina, upał pali glebę, a pszczoły głodują. Nie ma bez mała żadnych pożytków w okolicy, jedyną widoczną enklawą jest mój ogród leśny i podwórkowy. Tłumy pszczół obsiadają dziko rosnące rośliny nad brzegiem stawu - karbieniec pospolity, tarczycę pospolitą, krwawnicę czy tojeść, pszczoły są na każdym kwiatku posadzonym przeze mnie w ogrodzie. Wyleczyłem je z warrozy parownikiem Doktora Kwaska i wspomogłem lekko cienkim syropem, patrząc jednak na niebywałą sytuację z cukrem, myślę, że zabiorę się tej jesieni za dalsze zwiększanie liczby pszczelich pożytków w Ostoi. 

Pomimo suszy i upału, oraz wiosennych opóźnień, ruszyły ogórki i cukinie. Wkrótce, pomimo że w tym roku posadziłem ich mniej, zacznie się klasyczna cukiniowa klęska urodzaju. Na razie jednak, każda nowa cukinia cieszy i przysłowiowo, staram się mieć cukinię w każdym posiłku (co i w praktyce niemal się udaje). Wydaje się, że powiększenie areału uprawy dyń kosztem cukinii było dobrym rozwiązaniem. Dynie jednakże nie znają umiaru - wspinają się na sosny, na ogrodzenia, na pomidory .... Staram się zajmować swoimi uprawami jak najmniejszą powierzchnię Ostoi, ale chyba pora zastanowić się nad relokacją dyń z Zapłotka do leśnego ogrodu, tak jak zrobiłem to z ziemniakami. Podobnie, dobrym rozwiązaniem okazała się rezygnacja z uprawy cukinii na grządkach Parszywej Dwunastki, czyli grządkach podwyższonych tuż przy domu. Dzięki temu jest więcej miejsca na sałaty i kwiaty (nigdy bym nie przypuszczał, że coś takiego kiedyś napiszę, wszak sałaty i kwiaty miały u mnie raczej niski priorytet). Obecnie, na każdej z grządek Parszywej dwunastki co najmniej jedna stopa kwadratowa (obszar w przybliżeniu 30 x 30 cm) dedykowana jest jakimś kwiatom, dzięki czemu moje pszczoły mają przynajmniej namiastkę kwitnącego lata. Jak widać, miejsce takie jak Ostoja jest w stanie ciągłej zmiany i nic, ani sąsiednie łąki, ani moje grządki, nie pozostaje takie samo na długo, a moją rolą jest przystosowywać się i swoje siedlisko do nowych okoliczności, co czasami bywa trudne. Dzięki temu jednak, nie można narzekać na nudę i to jest chyba najbardziej pozytywna lipcowa konkluzja.

środa, 29 czerwca 2022

Suchy czerwiec czy mokry?

 

Czerwiec dobiega już końca, a ja absolutnie nie miałem czasu nic o tym, co się dzieje w Ostoi napisać. Nie odwiedzałem jej za często, ale strategicznie zaplanowane wizyty pozwoliły utrzymać przy życiu jak do tej pory wszystko, co zostało posiane i posadzone, bez uruchomionego podlewania. Czerwiec w mojej opinii był miesiącem zasadniczo suchym, ale z mojej perspektywy było dość mokro, bo sporo czasu spędziłem w stawie, sadząc ciekawe rośliny wodne - nad wodą, pod wodą oraz na krawędzi wody i lądu. Strzałka olbrzymia, rozpław sercolistny, przęstka pospolita i manna mielec uzupełniły florę stawu. Na brzegu posadziłem pierwsze egzemplarze lasecznicy trzcinowatej, jednej z najwyżej rosnących traw jakie da się w naszym klimacie uprawiać.

Sadzenie roślin wodnych w ponad trzydziestostopniowe upały to sama przyjemność, szczególnie że mój staw ma niezwykle zróżnicowaną termikę. W zależności od preferencji, można się przemieścić w płytką strefę ciepłą lub do bardzo zimnej strefy głębokiej. Pięknie wyczuwalna w trakcie pływania jest też termoklina, czyli rozwarstwienie wody ciepłej i zimnej na pewnej głębokości. Obserwacje wskazują, że o tym wszystkim wiedzą też ryby, wybierając sobie rejon zimny w ciągu dnia, ale odwiedzając najcieplejsze kąty stawu od wieczora do poranka. Na płyciznach okazjonalnie widać też tarło rybek, będzie więc wkrótce ich kolejne pokolenie.

Pomimo suszy leśny ogród w Sorku nie jest nigdy podlewany. W tym roku w międzyrzędziach posadziłem między innymi ziemniaki, tworząc rodzaj uprawy agroleśnej, ale i syntropijnej. Ziemniaki zostały ułożone na granicy gleby i ściółki, a następnie obsypane trawą skoszoną na ścieżkach. Co dwa - trzy tygodnie koszę ścieżki i dosypuję trawy pod ziemniaczane krzewy. To jedyne zabiegi jakie tu wykonuję. Póki co, odpukać, wszystko rośnie pięknie, ale ostateczną ocenę pozwolą tej uprawie wystawić dopiero plony, a do nich jeszcze daleko.

Zacząłem reanimować szczyt spirali ziołowej, gdzie w bezśnieżną zimę wymarzły szałwie i rozmaryny. Zależy mi szczególnie na rozmarynie, zakupiłem więc dwie mrozoodporne odmiany - Arp oraz Hill Hardy. Po latach braku jakiejkolwiek opieki nad spiralą i pozwoleniu jej żyć własnym życiem, szczyt zarosły trawy, musiałem więc je usunąć. Starałem się jak najmniej ingerować w resztę spirali, co nie było łatwe i raz jeszcze utwierdziło mnie w przekonaniu, że sens mają jedynie spirale takiej wielkości, gdzie wszędzie można dosięgnąć bez wchodzenia na nie. No ale cóż, ci, którzy czytają bloga od dawna, wiedzą dlaczego spirala jest taka, a nie inna. Nie ma więc co się nad tym użalać, wdrapałem się na wierzchołek, posadziłem rozmaryny i teraz pozostaje jedynie czekać, co z tego wyniknie.

Susza sprawiła, że pszczoły nie mają za dużo nektaru w okolicy i z miodem jest nieco gorzej niż rok temu o tej samej porze. Ale ponieważ mamy jeszcze nieco zeszłorocznego miodu, postanowiłem na razie nic pszczołom  nie zabierać i zrobić jedno "wielkie" miodobranie dopiero po lipie. Na razie wziąłem więc jedynie plaster zbudowany naturalnie (bez węzy) , aby podelektować się nieco smakiem najświeższego i najmniej przetworzonego miodu, jaki sobie można wyobrazić. To, co jeszcze zadziwia w tym roku, to absolutny brak nastroju rojowego u pszczół, brak budowy mateczników, dosłownie zero chęci do cichej wymiany matki czy też do podziału rodziny. Do końca nie jestem pewien, czy się z tego cieszyć, czy smucić, a więc póki co, nie robię nic.

Jeśli chodzi o warzywnik, bo to interesuje zwykle największą rzeszę czytelników, to wszystko idzie dobrze, ale nie do końca. Czasami gdy się zbytnio zaufa swoim mistrzom, przydarza się zonk. Zanim pobrałem nauki u Charlesa Dowdinga, ściółkowałem swoje grządki w ogrodzie kuchennym słomą przeważnie, i przez lata wszystko szło dobrze. Charles jednak zachęca do tego, aby ściółkować wyłącznie kompostem. I tak też na dużej części grządek zrobiłem, a efekty były piękne. Do czasu. Do momentu wielkich czerwcowych upałów i suszy. Ponieważ nie mogłem być na miejscu i podlewać codziennie - zresztą i tak nie uznaję codziennego podlewania - to o ile rośliny już podrośnięte przetrwały moje nieobecności pięknie, to większość małych rozsad, szczególnie sałat padła. Małe roślinki nie zdążyły po prostu sięgnąć głębiej po wodę, zanim spaliło je słońce. Nauka stąd na przyszłość jest taka - ufaj, ale sprawdzaj, oraz, jeśli cos działa - nie zmieniaj. Na szczęście starsze sałaty plonują tak dobrze, że mógłbym otworzyć salad bar.

O jakonach pisałem wielokrotnie, także i to, że chyba wreszcie opanowałem naprawdę ich uprawę. Potwierdza się to teraz, rosną jak na drożdżach. Ruszyły też kukurydze, pomidory i groszek cukrowy, lenią się cukinie, dynie i ogórki. Zebrałem sporo jagody kamczackiej, nieco truskawek, skończył się całkiem szpinak. Dojadamy ostatnie ziemniaki z zeszłorocznych zbiorów, zjedliśmy właśnie ostatnią dynię. W piwnicy niewiele ubyło słoików z przetworami, szczególnie tymi z cukinii i dyni, myślę, że nie damy rady spożyć tego do tegorocznych zbiorów, ale trzeba się będzie starać. Skrzętnie notuję wrażenia z otwierania słoików sporządzonych wedle różnych receptur, aby wiedzieć, które warto powtórzyć, a o których należy zapomnieć. Niestety, niektóre rewelacyjne przepisy z Internetu okazują się chybione, albo inaczej, nie trafiają w mój kulinarny gust  raczej już z nich więcej nie skorzystam.

Zbliża się powoli czas zbioru czosnku, ale na razie obcinam pędy kwiatostanowe, z których w zasadzie powinno się robić pesto, ale mam jeszcze takowe z poprzednich lat. Siekam więc te pędy i wrzucam do różnych potraw, a to do jajecznicy, a to do zupy z groszku, starając się je zużyć bez konieczności "słoikowania". Plony czosnku zapowiadają się obficie, no ale znowu ta susza .... Dopóki główki pod ziemią, nie chwalmy się plonami. To, co na dzień dzisiejszy wiem, to że ze 100 posadzonych ząbków będzie na pewno ponad 90 główek, a jakiej wielkości, to się przekonamy. Trzy odmiany - Harnaś, Siberian i moja własna rywalizują o palmę pierwszeństwa i jak na razie, sądząc po rozmiarach tego co nad ziemią, wygra Siberian, przed Harnasiem, i moją odmianą. Martwić się? Ależ nie - każdy, kto dostał ode mnie czosnek mówi, że wprawdzie jest mały, ale tak aromatyczny, że jeden ząbek działa jak główka czosnku ze sklepu. Wiem wiem, chcą być mili i przesadzają, ale nieco prawdy w tym jest. A jaki będzie czosnek w tym roku, przekonamy się pewnie już za miesiąc.




czwartek, 4 listopada 2021

Zmiana czasu

 

Przełom października i listopada to w Ostoi moment, gdy ewidentnie czas i wszystko inne zmienia się ostatecznie i nieubłaganie z letniego, na jesienne. Tradycyjna zmiana czasu z letniego na zimowy zasadniczo nas tu nie interesuje, uważamy, że dodatkowa godzina jaką dzięki temu zyskujemy w roku 2021 jest nam potrzebna tak, jak dodatkowa piosenka na płycie Zenka Martyniuka. Czyli wcale. Zmiana natomiast objawia się w ogrodzie, gdzie jesień zaczyna być pełną gębą i trzeba się do tego dostosować. Nadchodzi ten moment, kiedy zbiór i zagospodarowanie plonów przestają być priorytetem, a stają się nim prace porządkowe i przygotowania do przyszłego sezonu. Nie znaczy to jednak, że plony przestają płynąć z ogrodu.

Przykładowo, jest to czas wykopków jacona, zwanego u nas jakonem. Kilka lat zajęło mi opanowanie tej uprawy, bo szczerze mówiąc jest ona długotrwała. Zaczyna się właśnie teraz, od oddzielenia kłączy od jadalnych bulw i zabezpieczenia ich w piasku w piwnicy. W marcu kłącza trzeba posadzić do doniczek, w maju z doniczek na grządki, a zbierać dopiero wtedy, gdy przymrozki zabiją części nadziemne jakona. Myślę jednak, że warto się bawić jakonem - w niezbyt optymalnych warunkach, od sześciu roślin posadzonych na powierzchni jednego metra kwadratowego dostałem w tym roku 10,7 kilograma pysznych bulw, co jak sądzę, nie jest wynikiem najgorszym. W przyszłym roku mam zamiar posadzić dwanaście jakonów na dwóch metrach kwadratowych oraz spróbować innych niż bulwy jadalnych części tej rośliny.

Choć cała Polska świętuje Dzień Spadającego Liścia 23 września, to u mnie można powiedzieć, że to w chwili, gdy wielki klon i lipa na podwórku zrzucą swe odzienie. Jeden dzień w roku poświęcam na zebranie liści z przed chatki i wyściółkowanie nimi ogródka upraw głównych, czyli Zapłotka. Kilka lat doświadczeń udowodniło, że w moich warunkach nie ma lepszej ściółki eliminującej chwasty jak właśnie takie liście. Dodatkowo, ogródek upraw głównych, gdzie rosną głównie ziemniaki, cukinie, kabaczki, patisony i dynie nigdy nie jest przekopywany, podlewany, nawożony. Aby tak być mogło, warstwa liści musi być naprawdę gruba. Część liści zbieram przy pomocy kosiarki, dzięki temu są one rozdrobnione i szybciej się rozkładają. Część używam w całości, dzięki czemu nie muszę dokładać ściółki do Dnia Spadającego Liścia za rok.

Dla kontrastu, i aby pokazać, że nie istnieje jedyna słuszna metoda, na zdjęciu obok widać grządkę ogrodu kuchennego, czyli Parszywej Dwunastki, która (po oczyszczeniu z nadziemnych pozostałości roślin) została wyściółkowana kilkucentymetrową warstwą najlepszego jaki mam kompostu. Kompost został leciutko ubity grabiami i od razu został tu posiany pas marchwi, na 1/3 grządki. Pozostałe 2/3 grządki będzie czekać do wiosny na nowe rośliny. To jest jedyne ściółkowanie i nawożenie tej grządki od teraz, do listopada za rok. W podobny sposób muszę przygotować też grządki Plaży, drugiego ogródka przydomowego. Dwanaście grządek Parszywej Dwunastki i dziesięć grządek Plaży, to zaledwie 24 metry kwadratowe powierzchni uprawnej, ale dają one co roku setki kilogramów bardzo różnorodnych plonów. A ponieważ wraz z plonami usuwam składniki odżywcze, to moim obowiązkiem jest uzupełnić je teraz kompostem (mniej więcej 50 litrów na grządkę, czyli nieco ponad metr sześcienny na całość).

Teraz też jest czas sadzenia czosnku. Ograniczam się do dwóch odmian i stu ząbków - po pięćdziesiąt odmian Harnaś i Siberian. Zdecydowana większość jak co roku trafia między truskawki, ale nieco sadzę też na grządkach, aby sprawdzić, czy główki czosnku będą tam większe. Mam wrażenie, że czynnikiem limitującym w Ostoi nie jest obecnie żyzność ziemi lub jej brak, ale ilość słońca. Jest swoistym błogosławieństwem i przekleństwem jednocześnie gospodarowanie w środku lasu, o czym już tu wielokrotnie pisałem, więc nie będę zanudzał. Czasami jednak myślę, o ile łatwiej byłoby uzyskiwać plony wśród szczerych pól, gdzie od wschodu do zachodu rośliny mają dość światła aby sobie fotosyntetyzować ....

Jak zwykle w Ostoi, nie może być tak, żeby się nie pojawiły jakieś nowości. Tej jesieni wysiewam nasiona kasztana niskiego, którego owoce są jadalne i dosyć smaczne. Dzięki wymianie pozyskałem je wraz z kilkoma innymi ciekawostkami do posadzenia. Część nasion trafi wprost do ziemi w miejsce docelowe, a część spróbuję wykiełkować w domu w doniczkach, bo jak zwykle, nie warto wkładać wszystkich jajek do jednego koszyka. Marzy mi się pas kasztanów niskich pomiędzy orzechami włoskimi i leszczyną, podparty czarnym bzem, kaliną i łanem malin, ale czy i co z tego wyjdzie, to zobaczymy. Plany te bowiem dotyczą tzw. Sorku, czyli dzikiego leśnego ogrodu, gdzie nie we wszystko ingeruję i część rzeczy toczy się własnym torem. Ja jedynie inicjuję zdarzenia, w jednych miejscach bardziej, w innych mniej, a jeszcze gdzie indziej wcale. Kącik orzechowy znajduje się właśnie na pograniczu "dziczy", gdzie nie robię absolutnie nic i gdzie mieszka Bambi, a moją małą "Syntropią", czyli miniaturowym leśnym ogrodem z uprawą alejową, gdzie wpływam na bieg zdarzeń. Kolejne lata pokażą, czy i jak to wszystko zagra.

Z tej samej wymiany pozyskałem kłącza ostrożenia siwego, rośliny o jadalnych podziemnych bulwkach. Roślina ta kocha mieć mokre nogi, sadzę więc ją na brzegach stawu w nadziei, że się przyjmie. W mojej okolicy rośnie ostrożeń warzywny, ale nie nad moim stawem. Nic dziwnego, skoro do czasu inwazji bobrów był to leśny staw, a ostrożenie to rośliny łąkowe. Teraz, gdy bobry wylesiły jeden z brzegów stawu, powstała nisza być może dla ostrożenia siwego. Pomimo obaw, że może nie być mu łatwo, próbuję go zaaklimatyzować do warunków Ostoi, bo daje naprawdę duże plony praktycznie "bez pracy" innej niż zbiory. No ale aby mieć te plony, musi najpierw chcieć tu rosnąć. No cóż - jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz, więc ... próbujemy!

Rok ten jest pierwszym, kiedy świadomie nie sadzę żadnych nowych drzew i krzewów jesienią. Co roku właśnie o tej porze w Ostoi ich przybywało, ale teraz postanawiam skupić się na tym, co już w ziemi. Zagęszczenie roślin i liczba gatunków jakie przez lata wprowadziłem do siedliska jest więcej niż wystarczająca, aby stało się ono oazą bioróżnorodności i żywicielką gospodarzy. Oby tylko to, co posadzone do tej pory chciało rosnąć, kwitnąć, owocować i dawać plony. Tej jesieni zamierzam się skupić na regeneracji najstarszych grządek warzywnych oraz na umownie mówiąc naprawie wszystkiego tego, co już jest, zamiast na czymkolwiek nowym. Myślę, że ograniczenie apetytu na ekspansję wyjdzie na zdrowie zarówno Ostoi, jak i mnie. Trzeba wiedzieć, kiedy powiedzieć stop. Przy okazji, czy ktoś wie, jak powiedzieć stop kaniom, które rosną i rosną na grządkach? Chciałbym tu już grubo liśćmi ściółkować, a one nie chcą przestać ....


niedziela, 1 sierpnia 2021

A czy B ?

 

Życie i działania w Ostoi są niekończącym się pasmem dylematów i wyborów. Jak zawsze na tym świecie, decyzji wielkiej wagi jest niewiele, ale liczba problemów decyzyjnych rośnie w miarę jak maleje ranga dylematu. Niektóre są przyziemne - w co tu ręce włożyć (pisałem o tym niedawno), czym zająć się najpierw, a co może poczekać. Są takie, których skutki poznam za dzień, miesiąc czy rok. Dziś, o kilku takich właśnie decyzjach i ich skutkach. Oto pierwsza z nich. Gdy zakładałem nowy ogródek na ugorze i nazywałem go Zapłotek, w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałem, że tak dobrze się sprawdzi. Historię Zapłotka opisywałem wielokrotnie, przypomnę więc w jednym zdaniu że jest to ogródek wykonany wyłącznie przy udziale grubego (bardzo, bardzo grubego) ściółkowania - liśćmi, sianem lub słomą, i nigdy nie podlewany oraz nie nawożony.

Dziś, Zapłotek rodzi "tony" cukinii i dyń, a za kilka tygodni urodzi dość ziemniaków dla nas wszystkich. W międzyczasie dał nieco innych inszości, takich jak zielony groszek czy bób, ale zasadniczo jest jedną dżunglą dyniowo-ziemniaczaną. Ileż tu było dylematów! A czy nie za gęsto sadzę? A czy aby nie trzeba podlać? A co z tą chwastnicą czy skrzypem co się pojawiły tu i ówdzie? A czy płodozmian to konieczny jest, czy raczej to bujda? Zawsze gdzieś w głowie czy sercu siedzi ta zadra niepewności, czy dokonało się dobrego wyboru i czy za tydzień, czy miesiąc, czy rok nie będzie się płakać krokodylimi łzami nad zdechłą cukinią ... No cóż, trzeba trochę wierzyć w siebie, a trochę zdać się na intuicję ... i jakoś to idzie.

Kilka ładnych lat temu podjąłem decyzję, że nie będę już zakładał osobnej uprawy czosnku. Zamiast tego, sadzić będę czosnek w truskawkach. Mam ich 5 m2. Rosną w tym samym miejscu już wiele lat - pięć odmian, po 1 m2 każda. Co roku, na jesieni, wtykam w te truskawki ząbki czosnku. Czosnek pomaga zabezpieczać liście i owoce truskawek przed chorobami pleśniowymi. Daję 4 rzędy po 5 ząbków na 1 m2. Łącznie 100 ząbków. Teraz przyszła pora wyrwać czosnki. Zebrałem 91 główek. Główki są mniejsze od sklepowych mniej więcej dwukrotnie. Aromat i "siła rażenia" większe czterokrotnie. Wychodzi na to, że do dania trzeba dodawać połowę tego, co w przypadku kupnego czosnku. Czy gdybym wybrał opcję osobnej czosnkowej grządki, byłoby lepiej? Chyba nie będę sprawdzał, bo jest dobrze jak jest.

Spośród wszystkich elementów Ostoi, żaden nie rodzi tylu dylematów, co pszczoły. Dobrze, że uporałem się już z tym fundamentalnym - czy dobrze, że je mam? Wyszło na to, że "pszczoły, moja miłość", chyba zaczynają przebijać ryby. Potwierdziło się też, to co zawsze w sumie wiedziałem, że mam lepszą intuicję do zwierząt niż do roślin, bo w przypadku pszczół oczywiste braki wiedzy często pokrywam intuicją właśnie. Niestety, pszczelarstwa nie sposób chyba nauczyć się inaczej jak grzebiąc w ulach i żadne książki czy Youtuby tego nie przeskoczą, aczkolwiek oczywiście są pomocne. Pomimo niezbyt dobrego startu sezonu, kończymy go, ja i pszczoły, z tarczą, czyli wcale pokaźną kolekcją słoików z miodem, w tym całą armią miniaturek na drobne upominki.

Postanowiłem też ukisić nieco czosnku w miodzie, w celach kulinarno-leczniczych, i taka mnie naszła refleksja - im dłużej gospodaruję w Ostoi, tym mnogość wyborów i opcji zwiększa się na każdej płaszczyźnie. Tu widzę do zbioru gotowe nasiona aksamitek, obok karagany, jeszcze dalej kłosowca. Czy, a jeśli tak to co, z tym robić? Aksamitki zbieram i wsiewam w grządki, karaganę w ogród leśny, kłosowca w pogranicze kwietnej łąki. Widzę samosiewki olchy wyrastające nad stawem - ściąć, wykopać, zostawić? Oznaczam je sobie w głowie, wrócę do nich w październiku, przesadzę pomiędzy drzewa owocowe, aby wiązały azot z powietrza. Miód można było zużyć osobno, czosnek osobno, a proszę, pojawił się czosnek w miodzie, a wraz z nim wartość dodana. To mikroskopijna liczba opcji, o jakich jestem w stanie napisać, jest ich nieskończenie wiele wokoło. Mnogość tych wyborów, choć czasem męczy, nie jest taka zła, trzeba jedynie trzymać wyobraźnię w ryzach, aby nie prowadziła nas na cudne manowce.