Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bób. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bób. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 czerwca 2024

Mnogość niespodzianek

Któż nie lubi niespodzianek, prawda? No cóż, ja nie lubię! Bo niespodzianki bywają bardzo rozmaite, czasami z pozoru miłe, też potrafią przyprawić o ból głowy. W czerwcu niespodzianką największą było to, że był w nim lipiec - fenologiczny. Lipy kwitły jak szalone, wszystko działo się za wcześnie, przy akompaniamencie lejącego się z nieba żaru. Głupie alerty RCB przestrzegały co chwila przed ulewami i gradobiciem, ale w praktyce nic w Ostoi nie spadło i wszystko wyschło, czego nie podlałem. Oczekuję dnia, gdy dostanę alert RCB o tym, aby nie wierzyć w alerty RCB ... W tym żarze i suszy, niespodziankę sprawił dziki ryż rosnący w kastrze na podwórku - wodę w kastrze oczywiście uzupełniałem, a ryż odwdzięczył się taką gęstwiną zieleni, że teraz martwię się, czy przełoży się to na plon. Z czego on bidak te nasiona zbuduje, z tego błota w którym rośnie? Interweniować jednak nie zamierzam, niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba, albo jakoś tak ...
 
Jakoś tak zimą, albo jeszcze jesienią, zamarzyły mi się pomidory wiszące, w koszykach przy wejściu do Ostojowej chatki. Jak to ja - poczytałem o odmianach i wymarzyłem sobie jedną szczególnie, oczami wyobraźni widząc te setki małych pomidorków tuż za progiem. Choć to niewiarygodne, lepsze by to było nawet od spirali ziołowej! (A łyżka na to - niemożliwe!). Rozpuściłem wici i z pomocą znajomej ogrodniczki udało się dorwać nasiona delikwenta - pomidora, którego łodygi miały być wiotkie i przewieszać się z koszyka tak, aby tworzyć pokryte owocami girlandy. Posiałem, przesadziłem do koszyka, a ten niecny drań, zamiast się przewieszać, stoi sztywno jak ... powiedzmy, żołnierz na warcie i zwisać nie ma zamiaru. Ot, taka niespodzianka. Gdy zaczął próbować podnosić dach, na siłę wygiąłem go do dołu i uwiązałem, a czym się ta historia skończy, dowiemy się za jakiś czas. 

Na dach wybiera się także fasola, rywalizując w tym wyścigu z winoroślą, która całkowicie w tym roku przemarzła i nie dawałem jej za wielkich szans. Tymczasem, być może, da nawet kilka gron. A fasola, to Jaś, z tym że dwie z czterech roślin to Jaś klasyczny, biały, a kolejne dwie to Jaś o nasionach czarnych jak dusza polityka. Dostałem tylko dwa nasiona tego kuriozum i oba wykiełkowały. Teraz zastanawiam się, czy dobrze zrobiłem sadząc czarno - białą parę, Jasiów w dodatku. Brzmi, jakby mogło sprowadzić kłopoty. A poważnie, cieszyłbym się z tego, gdyby powstała krzyżówka, ale równie dobrze, jak co roku, mogę zużyć nasiona tej fasoli do wigilijnego barszczu (miny rodziny, gdy zobaczą czarną fasolę, pewnie będą bezcenne, pytanie tylko, w jaki sposób sprawić, aby nie utraciła koloru). Co z tego wyrośnie, będzie więc niespodzianką, ale że jest to najcieplejsze miejsce w całej Ostoi i w poprzednich latach potrafiłem zbierać stąd fasolę nawet w pierwszych dniach grudnia, to trzeba uzbroić się w cierpliwość. Jedno jest pewne - przy zbiorach nie obejdzie się bez drabiny.

Bób sprawił dwie niespodzianki, jedną przykrą (choć się tego spodziewałem) i drugą fajną (choć to właśnie chciałem osiągnąć). Przykrą, bo zabiły go upały przedwcześnie i wydał mały plon, a fajną, gdyż w plonie są wszystkie odmiany kolorystyczne które wysiałem plus najprawdopodobniej jedna fajna krzyżówka. Prawdopodobnie, bo dokładnego przeglądu nasion dokonam dopiero wtedy, gdy wyschną. Na pewno jeszcze ten bób pokażę, bo myślę, że warto. Póki co, nasiona suszą się na ganku, a gdy wyschną, pójdą na dobę do zamrażarki, aby pozbyć się potencjalnych szkodników mogących ziarna uszkodzić przy przechowywaniu. Następnie mozolnie wybiorę nasiona do siewu w przyszłym roku. Będę się też zastanawiał nad nowym miejscem dla bobu - grządka pod sosną jest jednak tak skutecznie przez drzewo wysuszana, że bób zasługuje na lepszą lokalizację. Ale konia z rzędem temu, kto wskaże taką w Ostoi ... sosny, sosny wszędzie!

Przez lata w czerwcu kwietna łąka nad stawem pokrywała się bielą złocieni. W tym roku odrobinę niespodziewanie złocienie nie zdominowały łąki. Odrobinę, bo w rozmowach ze specjalistami dowiedziałem się kiedyś, że złocień dominować przestaje po 3-4 latach, i to się zaczyna sprawdzać. Dodatkowo na małą ilość bieli wpłynęła susza, można było momentami odnieść wrażenie, że kwiaty rosną od razu suszone. Cały czas powstrzymuję się z pierwszym koszeniem, w ostatnim dniu czerwca ma być 35 stopni w cieniu, myślę więc, że sięgnę po kosę dopiero w lipcu i niewykluczone, że będzie to raz pierwszy i ostatni.

Pomimo mojej rybackiej przeszłości, wielu znajomych i życzliwych kolegów, którzy nadal z rybami pracują, przez długi czas nie udawało mi się zakupić do stawu złotej orfy - kolorowej odmiany jazia. Niespodziewanie, udało się. Kilka telefonów i rybki trafiły do Ostoi. Jest to projekt wysokiego ryzyka, gdyż rybki te są doskonale widoczne dla wszelkich drapieżców - od okoni w stawie, przez czaple i zimorodki, po wydry. Ba, przy obecnych rozmiarach zagraża im pływak żółtobrzeżek i zaskroniec. Czy przeżyją, czy urosną, okaże się za rok. Póki co cieszą oko, pływając tuż pod powierzchnią wody i zbierając z lustra stawu pył z mielonego ziarna kukurydzy, którym czasami dokarmiam karasie i liny. Niepokoi mnie opadający poziom wody w stawie, ale do stanu minimalnego, przy którym trzeba by zacząć interweniować, jeszcze daleko. Staw dojrzał i może funkcjonować samodzielnie, cieszy oko i dostarcza cennych plonów, a gdybym się z nim rozstał, będzie sam sobie radził wspaniale jeszcze przez wiele lat.

Największa niespodzianka tego czerwca, poza pogodą, to całkowite, totalne i nieuchronne zniknięcie wszystkich malinojeżyn z leśnego ogrodu. W poprzednich latach owoce te nie wzbudzały żadnego zainteresowania jego mieszkańców innych niż człowieki, a w tym roku ptasia ferajna napadła krzewy i zrabowała wszystko. Mam głębokie przeświadczenie, że jest to efekt suszy i że ptaki traktują te owoce jako źródło wody. Może tak jest, może nie, faktem jest, że tydzień temu zbierałem pierwsze dojrzałe owoce, a dziś zbierać można jedynie fioletowe ptasie kupy. No i co z tym zrobić? Totalnie nic, niech im idzie na zdrowie. W przyszłym roku zastanowię się, czy nie dodać w leśnym ogrodzie dodatkowych poidełek, jak widać staw ptakom za wodopój nie wystarcza. Tymczasem, pora zebrać czarną porzeczkę, którą póki co ptaki pogardziły ... póki co.

czwartek, 18 marca 2021

Powolny marzec

 

W pierwszych dniach marca krótkotrwałe ocieplenie oczyściło Ostoję ze śniegu. Na grządkach, gdzie jesienią posiałem marchewkę, od razu zrobiło się może nie zielono, ale widać, że cos zaczęło rosnąć. Pszczoły radośnie wykonały swój pierwszy oblot, a ja sprawdziłem, czy mają dość pokarmu na resztę zimy. Póki co (odpukać w niemalowane) wszystkie pszczele rodziny przezimowały i przez dwa dni cieszyłem się ich radosnym brzęczeniem. Trzeciego dnia jednak przyszło ochłodzenie, które cały czas trwa, długo więc sobie bidulki nie polatały.

Jeżeli chodzi o roślinność, to bardzo nieśmiało zaczyna się wyłaniać. Pokazuje się w zakątkach o najcieplejszych mikroklimatach. Nie jest tak, że nagle wszędzie w Ostoi pokazują się tulipany, póki co dokładnie przeciwnie - wyszły jedynie w jednym miejscu. Nad stawem zupełnie nieoczekiwanie ukazały się z ziemi listki narcyzów, podczas gdy na podwórku nie ma jeszcze ani jednego. Do tej pory żyłem w przekonaniu, że zwierzyna narcyzów nie rusza, ale przekonanie to okazało się błędne - sarny skróciły narcyzy dokładnie o połowę. I teraz mamy zagadkę - czy takie narcyzy zakwitną? Być może dowiemy się tego w kwietniu.

Jak co roku, na jednej ze ścieżek tuż po zejściu śniegu zieleni się jedzenie - to portulaka. Warzywo liściowe, smaczne i zdrowe. Trzeba się tylko trochę natrudzić przy zbiorze, bo to maleństwa. No ale i tak rozetki portulaki są większe, niż maleńkie pokrzywy już wyłaniające się z gruntu. Jak tu już pisałem wielokrotnie, nie ma lepszej bomby witaminowej niż napar z mikropokrzyw, portulaka natomiast doskonale się nadaje do udekorowania na przykład kanapek. Sałaty też przetrwały (fajnie, pamiętając, że termometr odnotował niedawno minus 22), ale nie wyglądają apetycznie i muszą puścić nowe liście, które to dopiero zaczniemy spożywać.

W Ostoi krąg krokusów otacza niemal każde drzewko owocowe na podwórku. I znowu, tylko w jednym kręgu ukazały się młode rośliny. Liczę na to, że gdy zakwitną, pszczoły będą w stanie latać i że zobaczę je na krokusach. leszczyny też całe w kwiatach, ale pszczółki pyłku oczywiście nie noszą, bo za zimno. Miałem sporo planów rozmaitych prac, ale z uwagi na pogodę wiele z nich musi niestety poczekać. Robię więc, co mogę - wycinam zeszłoroczne maliny, trochę pracuję w lesie i przede wszystkim, myślę nad tym, co, gdzie i kiedy posadzić w warzywniku, a więc i kiedy wysiać.

Podczas gdy większość ogrodników za pewne już wysiała lub zaraz wysieje pomidory, ja w tym roku zamiast ryzykować zbyt wczesnym siewem, zamierzam zaryzykować "za późnym". Czy rzeczywiście okaże się za późny, czy też trafiony w punkt, to się jak zwykle okaże, ale jedno jest pewne - lwią część rozsad wysieję w tym roku dopiero w kwietniu. Teraz jednak powoli zaczynam siać warzywa zimnolubne - w tym eksperymentalnie sieję bób w specjalnych wysokich doniczkach, które zwykle służą do przygotowania sadzonek drzew. Tak głębokie i wąskie doniczki powinny doskonale się sprawdzić dla bobu, który szybko wytwarza silny korzeń palowy. W podobnych, ale mniejszych doniczkach wysiałem już też groszek cukrowy, a to wszystko w zasadzie w ramach eksperymentów, bo i tak oba te warzywa sieję też bezpośrednio do gruntu, ale to dopiero pewnie w początku kwietnia. Naprawdę, im dłużej zajmuję się ogrodem, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nie ma sensu się spieszyć.

Nie spieszą się też ani chmury, ani żurawie, majestatycznie przepływając nad Ostoją, a różnica między nimi taka, że chmury się nie drą. W tym roku chyba jest więcej i żurawi, i chmur, a najwięcej jest nocy z temperaturą poniżej zera, choć już tak bardziej symboliczną. Te zimne noce jednak sprawiają, że ten marzec jest powolny w porównaniu z wieloma poprzednimi. A ponieważ prognozy sugerują, że taka sytuacja jeszcze nieco potrwa, to na prawdziwy wybuch wiosny w Ostoi przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać.




niedziela, 20 grudnia 2020

Przystanek końcowy

 

No i dojechaliśmy do grudnia. Rok nieubłaganie zbliża się do końca, za chwilę zapanuje astronomiczna zima. Nie widać jej wcale w okolicy, poza okazjonalnym szronem o poranku. Szron topi się w ciągu dnia, wtedy ze wszystkiego kapie deszcz destylowanej wody z topiącego się lodu. Jest to zbawienne, gdyż od dawna nie padało. Jesienne nasadzenia wręcz wołają o deszcze lub o pokrywę śniegu, ale póki co, nie widać ich na horyzoncie. A jeszcze siedem lat temu zima w grudniu była taka, że co słabsze auta nie były w stanie o własnych siłach opuścić Ostoi i byłem zmuszony odholowywać je na ubity trakt ....

Grządki we wzorowym porządku oczekują wiosny. Parszywa Dwunastka jak widać na zdjęciu jest w połowie zaściółkowana cienko słomą, a w połowie zakompostowana. Czyli pokryta warstwą kompostu. Dodatkowo, na każdej z grządek odbył się siew zimowy. Czyli wysiew nasion teraz, aby wykiełkowały wiosną. Marchew, szpinak, pasternak, pietruszka, wężymord - to główne siewy tutaj. Chcę zobaczyć, jak kiełkują (o ile w ogóle) w zależności od ściółkowania. I jak rosną. Bo ilu ogrodników czy ekspertów, tyle opinii. A ja lubię mieć swoją. Jak na razie, w niektóre dni kompost zamarza, podczas gdy pod ściółką nie, ale z drugiej strony kompost szybciej się nagrzewa, gdy słońce świeci. Czy jak w piosence Jana Kaczmarka "Pero, pero, bilans musi wyjść na zero"? Czas pokaże.

Jak co roku, sieję zimą bób. Jest to odpowiedź na zmiany klimatu. Liczę, że przyjdzie taki rok, że bób przez zimę nie zmarznie, rozgałęzi się i wyda świetny plon. Jak do tej pory, udaje mi się to raz na kilka lat. Zwykle wiosenne przymrozki zabijają młode pędy, ale w większości lat odbijają gdy zrobi się cieplej. Wiem, wiem, to wszystko nieprofesjonalne, ale mnie takie zabawy nomen omen bawią. Siew zimowy bobu sprawdza się doskonale już w strefie klimatycznej ósmej, no a my w teorii jesteśmy w szóstej, ale nie co roku. Jak to mówią, nie ryzykujesz, nie pijesz szampana. I nie jesz bobu.

Pora zdjąć siatkę z zimowego jarmużu. Ryzyko, że o tej porze roku zaatakują go szkodniki jest znikome, aczkolwiek nie zerowe. Uprzątając ogród znalazłem w starych doniczkach, pod deskami, w zakamarkach, wiele ślimaków. Wystarczy jakieś niespodziewane ocieplenie, a całe to towarzystwo powędruje pożywić się świeżymi witaminami. Dlatego jarmuż rośnie w części zwanej Plażą - czyli tam, gdzie ścieżki wyściela piasek, a to trochę zniechęca ślimaki. Mam nadzieję, ze dadzą sobie spokój i pójdą gdzie indziej. Siatka jednak zdała egzamin - w Ostoi, gdzie uprawa jakichkolwiek roślin kapustnych jest niezwykle trudna, z uwagi na glebę i szkodniki, dochowałem się całkiem ładnych młodych jarmuży.

Po odkryciu roślin usuwam pożółkłe liście i tą odrobinę chwastów, jakie wyrosły w grządce. Zdaję sobie doskonale sprawę, że ilość jarmużu jest tu symboliczna, ale pamiętajcie - Ostoja jest miejscem pokazowym, gdzie w mikroskali testuję i pokazuję multum rozwiązań, a nie produkuję masy towaru. Każde z rozwiązań można "wyskalować w górę", czyli zamiast metra kwadratowego obsadzić i prowadzić w identyczny sposób 10, 100 czy 1000 metrów. Siatka zdjęta z jarmużu wędruje na grządkę, gdzie właśnie posadziłem bób a to po to, aby żarłoczne ptaki nie dobrały się do świeżo posadzonych nasion.

Poza tym, w ogrodzie wegetują jeszcze sałaty, wszelkiego rodzaju i maści. Coś jest w tym zadziwiającego, że gdy się człowiek "dostroi" do pór roku, to w zimie "nie wchodzą" mu sałaty. Każda pora roku ma swoje preferencje, a w naszym klimacie nie jest nią chyba sałata w grudniu. Choć rośnie, w sumie brak na nią amatorów. Dlatego też, gdy w opalanym własnym drewnem piecu upieką się kartofle, lub gdy upiecze się w nim wyjęta z piwnicy dynia, nikogo nie trzeba zaganiać kijem do stołu, a sałaty ... sobie rosną. Myślę, że nie do końca jest to kwestia gustu, a bardziej powrót do naturalnego rytmu pór roku, który ewidentnie wpływa na żywieniowe preferencje.

Teraz właśnie jest dla mnie odpowiedni czas, aby wychylić nosa z ogrodu i zająć się innymi sprawami. Jedną z tych spraw jest żywokost. Pozyskuję korzeń, z którego wyrabiam intrakt, giceryt, a następnie maść, na potrzeby rodzinno-przyjacielskie, ale też kopiąc karpy żywokostu zawsze się zdarzy, że jakieś korzonki się odłamią i walają się na dnie wiadra. Wykorzystuję je do pomnażania moich zasobów żywokostu, albowiem z każdego kawałka kłącza może wyrosnąć nowa roślina. Najnowszy plan zakłada utworzenie obwódki stawu od zewnątrz z żywokostu (od wewnątrz obwódkę ma stanowić tatarak). Kopię więc, przerabiam i sadzę, raz w roku, właśnie teraz.

Te grządki, które ściółkuję zrębkami (jakim cudem znowu wróciliśmy do ogrodu, wszak, miałem wychylić z niego nosa?) dostają teraz odrobinę uzupełnienia przed zimą. Ale, część grządek już w listopadzie skosiłem do gołej ziemi i przykryłem zrębkami. I co ? I jest dobrze. Truskawki przebijają się młodymi liśćmi przez warstwę zrębki, podobnie czynią czosnki. Stare liście truskawek porażone grzybami rozkładają się pod warstwą zrębek i do wiosny nie będzie po nich ani śladu. Truskawki "otworzą nowy rozdział", miejmy nadzieję, że kończący się happy endem. W rozsypywaniu zrębek skupiam się teraz głównie na leśnym ogrodzie, ale i na grządkach z warzywami wieloletnimi, takimi jak szparagi czy rabarbar.

Na spirali ziołowej postanawiam zrobić eksperyment. Do tej pory ściółkowałem gałązkami świerkowymi na zimę, a w tym roku użyłem słomy. Wystają z niej praktycznie tylko młode rozmaryny i szałwie, oraz odrobina lawendy, resztę ziół ściąłem prawie równo z ziemią. Spirala po wielu latach od założenia wymaga odnowienia - nie po to, aby dawała lepsze plony, ale po to, aby lepiej wyglądać na zdjęciach. Żartuję oczywiście, odnawiam ją, gdyż chcę, aby pozostała produktywna. Trapią ją dwie plagi - siewki sosny oraz kępy traw, a żadnych z nich na spirali nie chcemy. Dlatego też, co widziałem, to usunąłem, wyściółkowałem, a resztę będę na bieżąco usuwał od wiosny. Ma być spirala ziołowa, a nie sosnowa.

Gdy się gospodaruje na jałowych piaskach, wielkiego znaczenia nabiera nawożenie "moimochodem". Ptak, który odwiedza ogród, zrywając się do lotu z reguły wali kupę. Takie są reguły aerodynamiki. Oczywiście nieco żartuję, ale tylko trochę. Ptaki naprawdę walą kupę gdy startują do lotu. A ta kupa, to źródło żyzności, a szczególnie fosforu, którego w Ostoi brak. Dlatego też przygotowuję rozmaite rodzaje karmników dla skrzydlatych pomocników Ostoi, w których karmię ich głownie słonecznikiem pastewnym, gdyż to lubią najbardziej. Karmniki są rozproszone w wielu miejscach nad grządkami, aby ptaki dość równomiernie nawoziły ogród.

Czasami czuję się tak, jak bym żywił pół puszczy - przy jednym karmniku potrafi być tuzin sikor. Ale to jedynie przy dużych karmnikach. Dlatego też zacząłem robić własne małe karmniki słonecznikowo - tłuszczowe. Topię tłuszcz i mieszam z ziarnem słonecznika (starym łuskanym lub świeżym całym) i napełniam taką mieszanką rozmaite pojemniki. Tłuszcz zastyga i tworzy się powierzchnia świetna dla sikorek i innych podobnych ptaków. W gratisie dostają patyczek (pałeczki po orientalnym żarciu), aby miały na czym przysiąść. Szczególnie lubię obserwować karmniki wykonane z filiżanek, determinacja sikor w wybieraniu z nich ziaren jest godna podziwu.

Na koniec, kilka migawek ze spacerów o zmierzchu. W okolicy żyje kilka rodzin bobrowych, z niektórymi jestem odrobinę zakolegowany. Bywają dni, że nie boją się mnie wcale i dają się obserwować z odległości kilku kroków, niestety zwykle o takiej porze, kiedy nie da się zrobić dobrego zdjęcia (bez flesza).

Krótki filmik z moimi bobrami w roli głównej  znajdziesz tutaj.


Bobry urządzają hekatombę wierzb, które dawniej dominowały w krajobrazie. Ma to określone skutki, na przykład wiosną, gdy od pyłku wierzb zależy tutaj rozwój rodzin pszczelich. Natura nie jest tak zerojedynkowa jak się ludziom wydaję, myślę, że kręcimy sobie bat na własne tyłki reintrodukując gatunki uznane przez nas za zagrożone, a następnie nie monitorując i nie regulując ich populacji. Odtwarzamy jeden gatunek, szkodzimy wielu, o których nie pomyśleliśmy lub nawet czasem nie wiemy o ich istnieniu. To w szerszym kontekście, nie tylko bobrów u mnie.

Jak co roku łabędzie zimują, jak od kilku lat żurawie zimują również, wydry żrą karasie ze stawu, sarny strzygą murawy nad stawem równo jak pod zapałkę, zając się zesrał dokładnie pod posadzonym dopiero co rokitnikiem, ale go na razie nie ruszył, trzy gatunki dzięcioła kują obumarłą osikę. 





Na drugim brzegu rzeki panny z łódzkiego, a także kawalerowie i młodzież, nie przechodzą obojętnie, a raczej gapią się na mnie przez jakiś czas i wydają paszczą dźwięki, niezbyt życzliwe. W końcu jednak ruszają w dalszą drogę w poszukiwaniu miejsc, gdzie trawa zielona.





Tradycyjnie, jak co roku, wieszam po sześć bombek na dwóch sosnach strzegących wejść do Ostoi - sześć od północy i sześć od południa. Po jednej za każdy miesiąc mijającego roku. Trudno uwierzyć, że sosny te mają około trzydzieści lat....

Myślę, że jest to ostatni wpis w tym roku, taki przystanek końcowy, a więc wszystkim, którzy czytali moje wpisy tutaj życzę Wesołych Świąt i wszelkiej pomyślności w nadchodzącym Nowym Roku 2021.  

środa, 13 maja 2020

Znów przyjdzie maj ...

W Ostoi budzik się włącza około trzeciej trzydzieści. Jeszcze w całkowitych ciemnościach odzywają się ptasie trele, stopniowo narastając do poziomu, który nie daje spać. Gdy do chóru dołączają żurawie, znak to, że zaraz będzie widno i że skoro spać się nie da, to równie dobrze można zająć się czymś konstruktywnym. Wbijam się więc w kalosze i wyruszam w łąki, aby o porannej rosie zebrać pokrzywę, lub żywokost. Rośliny są wtedy "wypoczęte" i pełne wigoru, wypełnione wodą i całe w kroplach rosy. Z takich właśnie roślin powstają moje najlepsze nawozy do warzywnika. Przy okazji obserwuję sąsiadów - a to lisa, a to bobra, a to łosia, a to sarny, no i te drące się żurawie, często w towarzystwie stad małych ptaszków wybierających coś tam z trawy. Zwykle melduje się też dyżurny zając, który nieśpiesznie strzyże trawy wokół mego stawu. Po stawie zwinnie pływają zaskrońce, a pod powierzchnią wody bujnie kwitnie życie seksualne traszek. Ogromne ilości larw ważek sugerują, że z komarami problemu w tym roku nie będzie.

Po porannym spacerze i kawie, ale jeszcze przed śniadaniem, wędrują do ziemi kolejne rozsady, w tym ostatnia na ten rok partia bobu. Zawziąłem się na bób po raz kolejny, tak średnio nachodzi mnie taka zawziętość co drugi rok. I to jest właśnie ten rok - bobowy. Testuję dwie nowe odmiany, ale także jak zawsze sieję własne nasiona. Małe partie bobu wysadzam co tydzień - dwa, dzięki czemu plony się rozłożą w czasie i nie spotka nas klęska urodzaju. Piszę zresztą tu o tym do znudzenia - lepiej mieć cztery sałaty w tygodniu przez 10 tygodni, niż 40 sałat jednorazowo.

Część bobu trafia na Plażę, czyli nowe grządki z piaskowymi ścieżkami. Nie spieszę się z ich zapełnianiem, gdyż prognozy pogody nie są optymistyczne. Deszcz ze śniegiem i przygruntowe przymrozki sugerują, że nie ma sensu się spieszyć. te nowe grządki zachowują się ciekawie. Gdy nie pada, wierzchnia warstwa kompostu wysycha i wygląda "pustynnie", ale każdy centymetr głębiej ukazuje więcej wilgoci, przy dnie grządki jest, powiedziałbym, mokro. Zobaczymy, jak sytuacja będzie tu wyglądać w sierpniu, który zawsze jest dla Ostoi miesiącem krytycznej suszy.

Tymczasem, porządkuję grządki Parszywej Dwunastki - zbieram wszystko, co do zebrania, usuwam całość ściółki i daję ją do kompostownika oraz uzupełniam grządki nowym, najlepszym jaki mam, kompostem. Lekko ubijam grabiami, aby kompost osiadł, bo nie cierpię, gdy osiada w trakcie sezonu. Grządki muszą być gotowe na moment, gdy (jak w piosence) znów przyjdzie maj, a z majem bzy, Na bzach średnio mi zależy, ale wraz z bzami przychodzą pomidory, które w domu porosły "jak drzewa", oraz czas siewu do gruntu ogórków, cukinii, kabaczków i dyń. To na ten czas czekam z utęsknieniem co roku, bo nie ukrywam, że te właśnie rośliny lubię uprawiać najbardziej. Kolejnym krokiem po uprzątnięciu grządek będzie naprawa systemu nawadniania, bo spodziewam się, że w tym roku pogoda nie będzie dla nas łaskawa i padać będzie tyle, co kot napłakał.

Po serii porannych prac nadchodzi pora śniadania, udaję się więc do mojej spiżarni i apteki, po codzienną porcję witamin i mikroelementów. Można tam iść bez maseczki i o zgrozo, nie zapłacić za towar. Ogród nawet nie odczuł straty, przeciwnie, zwolnione miejsce szybko zapełni się nowym towarem. Wyprawa zajęła mi dwie minuty, bo spiżarnia i apteka mieszczą się tuż przy domu. Naprawdę wiele problemów tego świata można rozwiązać w ogrodzie. Bardziej świeżych witamin nie jadają nawet miliarderzy, chyba, że przy okazji tłuczenia kasy uprawiają również ogródek ... Wierzę głęboko (i nie jest to wiara ślepa, a oparta na solidnym fundamencie nauki), że jesteśmy tym, co jemy i że jedzenie jest najlepszym lekarstwem, bo przede wszystkim zapobiega zanim trzeba leczyć. No i przy tym nieźle smakuje. Fajne jest też uczucie, że bierze się jedynie tyle, ile naprawdę potrzeba, nic się nie marnuje, a osławiony ślad węglowy jest ujemny. Zdementować jednak muszę przypuszczenia, jakoby dziewięćdziesięciokilowy chłop był w stanie robić od świtu do zmierzchu na tych paru "korzonkach". Istotą posiłku są mleko, jajka i chleb własnego wypieku, żeby nie było, że tu jakąś ciemnotę wciskam... Na razie jeszcze Ostoja tych produktów nie wytwarza, ale żywię nadzieję że zacznie, gdy tylko zamieszkam w niej na stałe. Tymczasem, kompensuję  ekologiczne koszty ich pozyskiwania z zewnątrz, między innymi sadząc więcej drzew.

I tak, gdy wybija godzina dziewiąta rano, a ja już po kilku godzinach pracy i po solidnym śniadaniu, mogę się brać za kolejne zajęcia. O nich napiszę już jednak innym razem - pewne idee, projekty i czyny muszą dojrzeć, aby mogły ujrzeć światło dzienne. Dość powiedzieć, że tradycyjnie kończę pracę o zachodzie słońca, wgapiam się w nie przez kwadrans, czekając aż się schowa w ten ostatni przed zapowiadanym załamaniem pogody wieczór i gdy tylko zniknie, znikam również, aby czas złej aury spożytkować na sprawy miejskie i znowu wrócić do Ostoi, gdy znów przyjdzie maj.


niedziela, 26 kwietnia 2020

Drobne sprawy

Czasami w permakulturowym siedlisku dzień upływa na jakimś zajęciu głównym, z kilkoma zajęciami pobocznymi, a czasami najeżony jest setkami drobnych zadań. Jedno jest pewne - dzień do dnia niepodobny, i każdy inny, w zależności co akurat przyroda serwuje na talerzu. W trakcie prac bowiem, siłą rzeczy człek dostrzega że tu oto wyrosło, tam oto ma sucho, gdzie indziej jeszcze zakwitło, tu się pojawiło, a tam zniknęło. Ilość informacji jaka dopływa do mózgu tego, kto umie patrzeć, przypomina przewijający się przez całą dobę pasek u dołu ekranu w wiadomościach, aczkolwiek o niebo bardziej pozytywny i mniej denerwujący.

Zaraz po przyjeździe, widzę, że grusze w kwiatach, popisują się tak tylko pewnie, bo młode i głupie, owoców jeszcze raczej z tego nie będzie. Otwieram ganek i z miejsca wynoszę na podwórko bób. Posadzony w wielodoniczkach po to, aby paskudne leśne ptaszyska nie skonsumowały nasion i młodych siewek, a bandyta dudek żeby wszystkiego nie wykopał szukając tłustych chrabąszczowych larw. Bób wschodzi sobie w temperaturach niemal identycznych jak na dworzu, a więc powoli, siałem kilka partii w odstępach kilkudniowych, aby podobnie rozłożyć przyszłe zbiory. Oprócz tego, oczywiście bób jest też i w gruncie, gdzie zmaga się z suszą, ale czy coś z niego będzie i czy ptaki pozwolą - to się okaże. Gankowa rezerwa zostanie podlana, a wieczorem znów wróci na ganek.

Idąc leśnym ogrodem cieszę się, że mój ulubieniec, łubin trwały odbija ślicznie. Znowu będzie niebiesko, gdy zakwitnie. Z Ostoją jest ciekawa sprawa - w suchej części naturalnie dominuje kolor słońca (wiesiołek, mniszek), podczas gdy w rezerwacie nad rzeką dominuje kolor wody (od maleńkiej niezapominajki, po wyniosły przetacznik kłosowy). Moje łubiny przełamują tą hegemonię żółci, podkreślaną wiosną przez miniaturowe narcyzy. Ciekawy (już przeszły moment) to kwitnienie krokusów, z których połowa jest żółta, a połowa niebieska. Uzmysławiam sobie teraz, że mało jest w Ostoi czerwieni, ciekawe dlaczego?

Od północnej strony domu stoi w zimnie i cieniu spora ilość niechlujnie wyglądających doniczek. Stare, nieużywane doniczki napełniam po prostu piachem. Gdy przycinam bukszpan czy karaganę, wtykam w ten piasek obcięte gałązki, po dwie na doniczkę. Obcięte jesienią 2018, przestały tu cały rok 2019 bez żadnej opieki i teraz, wiosną 2020 zielenią się radośnie, prosząc o posadzenie na miejsce docelowe. Uczynię to niebawem, a doniczki znowu napełnię piaskiem i sukcesywnie będę w ten piasek wtykał co tam mi w ręce wpadnie. Może nawet celowo utnę parę gałązek czarnego bzu i kaliny, aby sprawdzić, czy też się ukorzeni?

Drobna radość w leśnym ogrodzie zieleni się dumnie wśród zeszłorocznych liści - to kolejna kępa wrotyczu. Z wrotyczem jest podobnie jak z dziewanną - próby aklimatyzacji obu w Ostoi zawodziły, do momentu zastosowania zmasowanego bombardowania nasionami. Wskakiwałem na rower i w trakcie przejażdżki zbierałem nasiona tych delikwentów, którzy oboje rosną w okolicy jak przysłowiowe chwasty, licznie i bujnie. Rozsypywałem w Ostoi, aż wreszcie pojawiły się, wykiełkowały, urosły, zakwitły i teraz wydają się rozszerzać swój, dumnie mówiąc, areał.

Obok kolejny sezon eksperymentów z zielonymi ściółkami w ramach zasady, że gleba żyje tylko wtedy, gdy są w niej korzenie żywych roślin. Tym razem dwie mikrogrządki przodują tej wiosny. Na jednej, jesienią, po zbiorze fasoli, pozwoliłem rozrosnąć się gwiazdnicy. W łan gwiazdnicy wetknąłem w listopadzie ozimą cebulę. Teraz gwiazdnica poległa, a cebula rośnie przyzwoicie. Bez nawożenia i odchwaszczania, jak to mówią, daje radę. Gwiazdnica rosłaby jak szalona, gdyby nie przejmująca susza. Cebula radzi z nią sobie ewidentnie lepiej, być może sięga korzeniami do głębszych warstw grządki?

Po sąsiedzku kontynuuję próby z żytem ozimym posianym na grządce jako poplon. W kiełkujące jesienią żyto wetknąłem czosnek. Jak widać, radzi sobie dobrze. Tak jak w poprzednich latach, żyto zetnę tuż przed formowaniem kłosów i posłuży ono czosnkowi za ściółkę i zielony nawóz. Grządek takich jest więcej, ale nie sposób o wszystkich opowiedzieć. Czynić to będę wyrywkowo, gdy na konkretnej grządce "wydarzy się" coś ciekawego. Myślę, że niektóre rozwiązania zaskoczą nas wszystkich w tym roku, ale do tego czasu .... cierpliwości!

Tymczasem w ramach realizacji drobnych zadań, kończę nowe grządeczki. Ich budowa zajęła mi w sumie około 6 godzin. Nie będę zwoził ton materiałów z zewnątrz, dlatego są tylko takie wysokie, na ile materiału miałem w siedlisku. Do warzyw liściowych będą na pewno w sam raz, co więcej, to się okaże. Jeżeli czas pozwoli i jeżeli w ciągu roku naprodukuję dość kompostu, to być może dodam im kolejne piętro w końcu tego, lub początku przyszłego roku. Grządki te mają tradycyjnie kilka nowych elementów, które pragnę przetestować. Po pierwsze, nie stoją na ziemi, a są zagłębione w podłoże na około 5 centymetrów. Ma to mi pomóc w walce z suszą. Po drugie, pod każdą grządką jest agrotkanina, mająca powstrzymać korzenie okolicznych drzew od wnikania w grządki. Po trzecie, do ściółkowania ścieżek zdecydowałem się użyć .... piasku, zasobu, w który jak w żaden inny obfituje Ostoja. Czasami problem staje się rozwiązaniem. Po trzech telefonach do sprzedawców zrębek, pełnych stęków-kwęków, gdzie panowie ostatecznie nie chcieli zarobić, bo za daleko, bo się nie opłaca, bo to czy tamto, zdecydowałem się "pójść na całość" i wykorzystać to, co mam. Czyli piach. Ścieżki z piasku będą doskonale chłonąć wodę deszczową, utrudnią życie ślimakom, a grzejąc się od słońca, może nawet powstrzymają rozwój chwastów. No i piachu zawsze mogę dosypać, bez dzwonienia gdziekolwiek. Jak każdy nowy element w Ostoi, tak i te grządki dostały Imię - od dziś, jest to Plaża.

Po zakończeniu robót udaję się na stare grządki, aby urwać coś na kolację. Niezmiennie, od wielu tygodni, kwitnie jarmuż. Obcinam mu te pędy kwiatowe i obcinam, są miękkie i słodziutkie, doskonałe zarówno na surowo, jak i w wielu potrawach. Tnę go tak, i tnę, i pomiędzy zmęczeniem a nudą myśl mi świta takowa, czy aby nie dręczę zbytnio biednej roślinki, chcącej się tylko rozmnożyć, a ja go tak ciach, raz za razem ... Pomyślcie, gdybym jakiegokolwiek zwierza tak traktował, larum jakie by się podniosło, a aktywistów ilu by stało u mych bram, a co - a teoria Gai to pies? Azaliż nie jednym my wszyscy organizmem? Z rośliną, i zwierzem i człekiem zmęczonym, na tym łez padole? No dobrze, już dobrze ... dorzynam jarmużowe watahy i tuż przed zachodem słońca udaję się oddać swej drobnej przyjemności.

Kwadransik relaksu nad wodą, w klimatach żywcem z Szyszkina, z Trzema Budrysami, młodymi łabędziami nieśpiesznie cedzącymi wodę stawu przez nieszczelne dzioby, jest nagrodą za solidnie przepracowany dzień. Ptaki suną majestatycznie po gładkiej tafli stawu, maluczko, a usnąłbym tu w trawach, gdyby nie to ptasie mlaskanie. Przy ostatnich krzykach żurawi, z parą kruków nad głową, kończę ten dzień pełen drobnych spraw, z poczuciem, że był to dobry dzień, tak inny od wczoraj i tak zapewne różny od jutra.

środa, 5 lipca 2017

Gra w kulki

Dawno, dawno temu, bo w roku 2013 pisałem o kulkach nasiennych, tak zwanych "seed balls". Jak pisałem również, były to rozpaczliwe próby stworzenia wokół Ostoi żywopłotu, a po ponad trzech latach mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że zakończyły się niepowodzeniem. Z kulek z nasionami różnych "żywopłotowych" drzew i krzewów nic absolutnie nie wykiełkowało. Podejrzewam, że nasiona padły łupem leśnej zwierzyny, która za nic ma ludzkie starania. Postanowiłem jednak odgrzać pomysł kulek i dać mu drugą szansę, a to za sprawą zająca, który ewidentnie "poleciał sobie ze mną w kulki".

Zając ów, miłosiernie pozostawiony w spokoju w czasie swych wizyt na podwórku Ostoi nie docenił gościnności gospodarza i pewnej nocy zamiast jak do tej pory paść się koniczynami, postanowił skorzystać z bufetu degustacyjnego w mini-sadzie. Próbował niemal każdą roślinę zielną, ścinał ją około pięć centymetrów nad ziemią i w większości przypadków pozostawiał niezjedzoną. Oczyścił z roślin zielnych 1/3 sadziku, pozostawiając jedynie drzewka i krzewy. Na razie. Zającowi więc zostało odebrane prawo pobytu na terenie podwórka, jak na razie wydaje się ten zakaz respektować. Być może upasł się tak w trakcie degustacji, że już nie mieści się między sztachetami płotu?

Tak czy inaczej, postanowiłem awaryjnie uzupełnić podszyt w sadziku poprzez danie ostatniej szansy kulkom nasiennym. Skłoniła mnie do tego pogoda - niemal codziennie padające deszcze, ciekawość - czy kulki zadziałają w nieco lepiej kontrolowanych warunkach podwórka i na koniec lenistwo - nie bardzo mi się uśmiechało robić rozsady i sadzić od nowa wszystko, co zając unicestwił.

Sporządziłem więc mieszankę roślin motylkowych, z lekkim dodatkiem innych wzbogacających glebę, takich jak gryka czy gorczyca, z przewagą jednak tych pierwszych. Dodałem peluszkę, łubiny, seradele, wyki, koniczyny i co tam jeszcze miałem pod ręką, pragnąc wykorzystać tą okazję do podniesienia żyzności gleby. Następnie, wedle receptury Fukuoki sporządziłem kulki, nie mając jednakże zalecanej suchej, mielonej gliny czerwonej, użyłem taką, jaka była, czyli żółtoszarą, świeżą i lekko wilgotną. Nie powinno to mieć żadnego znaczenia przy natychmiastowym użyciu kulek bez ich suszenia, a kulki oczywiście zostały porozrzucane po sadziku natychmiast gdy tylko były gotowe. Do gliny dodałem dużo kompostu, aby rośliny gdy (jeśli) wykiełkują, miały jak najlepsze warunki. Teraz pozostało jedynie czekać i obserwować, co z tego wyniknie.

Od dłuższego czasu z niepokojem  spoglądam w niebo, bo pogoda też nam płata nieprzyjemne figle. Wiatr wywrócił jedną z największych osik, potężne drzewo było napoczęte przez bobry i rok temu owinięte przeze mnie siatką, aby nie mogły dzieła destrukcji kontynuować. Drzewo upadło do wody tak, że trzeba by je piłować na kawałki pod wodą, albo wyciągać ciężkim sprzętem z bajorka, nie mam więc na to ani czasu ani ochoty na razie. Może w lecie poziom wody opadnie nieco, wtedy się tym zajmę. Teraz, dosłownie, uwiązuję do kostek słomy dynie, kabaczki, papryki i pomidory, bo wiatr próbuje je wyrywać z korzeniami. Póki co, miotane we wszystkie strony, rosną jednak, a nawet kwitną i zaczynają owocować.

Posadzony w tym roku zupełnie inaczej niż poprzednio bób, nie boi się wiatru. Zamiast sadzić w tradycyjnych rzędach, posadziłem bardzo ciasno, po trzy ziarna w dołku. Wąskie, gęste pasy bobu pomiędzy innymi roślinami sprawiają, że nie wylega tak jak zwykle. Bób sadziłem również pod każdym młodym owocowym drzewkiem, po 5-10 ziaren w kółeczku. W efekcie mamy obfitość smacznych nasion, z której chętnie korzystamy. Udał się też ładnie groszek cukrowy, który bardzo długo nie chciał kiełkować bawiąc się w chowanego. Wreszcie możemy się cieszyć niepowtarzalnym smakiem lata zaklętym w jego zielonych strączkach.

W zrębkach schronienie znalazły padalce, wygląda na to, że ciężarne samice pragnące składać jaja. Miło mi, że wybrały właśnie Ostoję na swój padalcowy żłobek. To bardzo pożyteczne zwierzęta, zjadające wiele szkodników. Są niestety rzadkością w Ostoi, zdominowanej przez zaskrońce i zwinki. Wypada więc pozostawić pryzmę zrębek w spokoju na jakiś czas, a gdy już to będzie niezbędne, pobierać ją z pryzmy z wierzchu, bo padalce znalazły swój nowy dom na jej spodzie. Mam nadzieję że padalce się nie obrażą i nie wyniosą, gdy uszczuplę im nieco nieruchomość. Wszak nowe projekty czekają i same się nie zrobią, a bez zrębek to żadna robota, przynajmniej w Ostoi.