W pierwszych dniach marca krótkotrwałe ocieplenie oczyściło Ostoję ze śniegu. Na grządkach, gdzie jesienią posiałem marchewkę, od razu zrobiło się może nie zielono, ale widać, że cos zaczęło rosnąć. Pszczoły radośnie wykonały swój pierwszy oblot, a ja sprawdziłem, czy mają dość pokarmu na resztę zimy. Póki co (odpukać w niemalowane) wszystkie pszczele rodziny przezimowały i przez dwa dni cieszyłem się ich radosnym brzęczeniem. Trzeciego dnia jednak przyszło ochłodzenie, które cały czas trwa, długo więc sobie bidulki nie polatały.Jeżeli chodzi o roślinność, to bardzo nieśmiało zaczyna się wyłaniać. Pokazuje się w zakątkach o najcieplejszych mikroklimatach. Nie jest tak, że nagle wszędzie w Ostoi pokazują się tulipany, póki co dokładnie przeciwnie - wyszły jedynie w jednym miejscu. Nad stawem zupełnie nieoczekiwanie ukazały się z ziemi listki narcyzów, podczas gdy na podwórku nie ma jeszcze ani jednego. Do tej pory żyłem w przekonaniu, że zwierzyna narcyzów nie rusza, ale przekonanie to okazało się błędne - sarny skróciły narcyzy dokładnie o połowę. I teraz mamy zagadkę - czy takie narcyzy zakwitną? Być może dowiemy się tego w kwietniu.
Blog o permakulturze i Permakulturowym Miejscu Pokazowym "Ostoja" zlokalizowanym w sercu Puszczy Bolimowskiej, w obszarze Natura 2000, nad brzegiem rzeki Rawki, rezerwatu przyrody.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tulipany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tulipany. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 18 marca 2021
Powolny marzec
sobota, 15 kwietnia 2017
Ostoja - odcinek świąteczny
Autem, wyładowanym po dach, zajechałem do Ostoi w Wielką Sobotę. Tylko na parę godzin, aby zrobić to, co konieczne. Na liście koniecznych rzeczy była również ta paczka, z zawartością do zmontowania. Przed przystąpieniem do pracy, wykonałem standardowy obchód włości, aby zobaczyć, jak wygląda wszystko przed nadejściem zapowiadanych na przyszły tydzień przymrozków.
Nareszcie na mojej szparagowo-topinamburowej grządce zakwitły ... tulipany. Kwitną tu co roku, na obrzeżach, aby urozmaicić dosyć nudny widok. Zasadniczo nie poświęcam zbyt wiele uwagi estetyce, uznając, że przyroda sama najlepiej spełnia tą rolę, ale do tulipanów mam drobną słabość, i tam, gdzie rośliny cebulowe pełnią też inne funkcje, sadzę tulipany właśnie, oraz jeszcze bardziej lubiane, narcyzy.
Nareszcie kwitną też śliwy, wiśnie i czereśnie, choć radość jest może przedwczesna, w świetle prognoz pogody. Ponieważ jednak jak na razie moje przeżycie nie zależy od urodzaju (ufff .....), to ze stoickim spokojem obserwuję to, co się dzieje w pogodzie i w przyrodzie.
Oszalały jagody kamczackie, kwiecia tyle, jak nigdy przedtem. Zdecydowanie lubią Ostoję, w odróżnieniu od borówki amerykańskiej, która słabo rośnie i jeszcze gorzej owocuje. Pocieszam się, że to chwilowe, i że z każdym rokiem będzie lepiej.
Donice podsiąkowe wybuchły rzodkiewkami, kilka różnych odmian kiełkuje przyzwoicie.
Totalnie nieprofesjonalne i niezgodne z instrukcją na opakowaniu nasion zagęszczenie jest jak najbardziej celowe - lubię mikrolistki rzodkiewek, większość zostanie wycięta i zjedzona, aby te, które ocaleją miały miejsce do dalszego wzrostu.
Na spirali ziołowej wylazły szafirki. Dostałem je od kogoś w doniczce i zlitowałem się nad nimi zwracając im wolność. Odwdzięczają się niemal śródziemnomorskim błękitem. W towarzystwie aromatycznego bluszczyka kurdybanka dodają niemrawej jeszcze o tej porze roku spirali znamion życia.
W mikrosadzie wyłazi spod ściółki rabarbar, goniąc wszechobecne truskawki. Pokazały się też przegorzany, pokrzywy, nawłocie, same inwazyjne paskudy, w Ostoi witane z otwartymi ramionami. Jak to się tu mówi, biomasy nigdy dość. Każda roślina ma tu jakąś wartość, każda się przyda.Spacer spacerem, a zawartość paczki sama się nie złoży. Po kilkunastu minutach na podwórku dumnie prezentuje się wózeczek. Jego zadaniem jest oszczędzić mój grzbiet, lub to co z niego zostało. Będzie woził ścięte przez bobry pnie, siano znad rzeki, liście i kompost. Mam nadzieję, że dzięki niemu prace w Ostoi będą posuwać się odrobinę szybciej. Kończę niezbędne prace w strugach deszczu i wyruszam do miasta. Do widzenia Ostojo, do zobaczenia po świętach.
poniedziałek, 20 marca 2017
Zapowiedzi
Pierwszy dzień astronomicznej wiosny w Ostoi wita zmianę pór roku jedynie tulipanami. Wychylają się one z grubych warstw ściółki, tworząc zapowiedź tego, co za kilka tygodni zacznie się dziać. To chyba najtrudniejszy czas dla mnie w ciągu całego roku - zewsząd wszyscy donoszą o kiełkujących, kwitnących, wyłaniających się ogrodowych cudach, a tu w lasach szaro, buro i ponuro. Zakradać się zaczyna zwątpienie, że jesienne wysiłki poszły na marne, że kłącza i cebulki nie przetrwały zimy, ale rozsądek podpowiada, że po prostu ... jeszcze nie czas.
Z tego wszystkiego oddałem się niezwykle kojącemu zajęciu, jakim jest ciężka praca. Postanowiłem przeciąć Zajęczą Górkę rowem konturowym, tak zwanym swale, którego zadaniem jest stworzyć warunki do wzrostu drzew, poprzez wyłapanie, spowolnienie, rozprowadzenie i umożliwienie wsiąkania wody deszczowej. Początki wydają się być obiecujące, przy lekkiej mżawce widać, że dno rowu ładnie chłonie wilgoć, a na wale poniżej rowu wysiane nasiona zaczęły pięknie pęcznieć pod ściółką. Wielkość i kształt rowu surowej weryfikacji podda pierwszy ulewny deszcz, na który czekam z utęsknieniem. Całość wymaga jeszcze wielu dni pracy, bo niby ta moja górka mała, ale inaczej się mierzy wzrokiem, a inaczej łopatą.
Tymczasem w mieście, pod eksperymentalnym oświetleniem ledowym, które poza światłem białym daje również sporo czerwieni i purpury, mamy kolejną zapowiedź tego, że sezon 2017 zapowiada się ciekawie. Jak uważni czytelnicy pamiętają, zbierałem nasiona własnych pomidorów w poprzednim sezonie, a kilka tygodni temu eksperymentalnie wysiałem trzy z nich aby zobaczyć, czy kiełkują. No i wszystkie trzy wykiełkowały, a jakże. I nie dość, że pięknie wykiełkowały, to już zaczęły zawiązywać pierwsze pąki kwiatowe! Rośliny te miały tylko potwierdzić, że nasiona kiełkują, ale skoro już za moment zakwitną, postaram się je jakoś utrzymać przy życiu do drugiej połowy maja, kiedy to będzie je można wyekspediować na zewnątrz. Będzie to o tyle trudne, że wszędzie jak okiem sięgnąć, zaczynają się piętrzyć kuwety i doniczki z rozsadami, maluczko, a zabraknie parapetów i podłóg na to całe towarzystwo. Czego i Państwu, drodzy czytelnicy, życzę.
Z tego wszystkiego oddałem się niezwykle kojącemu zajęciu, jakim jest ciężka praca. Postanowiłem przeciąć Zajęczą Górkę rowem konturowym, tak zwanym swale, którego zadaniem jest stworzyć warunki do wzrostu drzew, poprzez wyłapanie, spowolnienie, rozprowadzenie i umożliwienie wsiąkania wody deszczowej. Początki wydają się być obiecujące, przy lekkiej mżawce widać, że dno rowu ładnie chłonie wilgoć, a na wale poniżej rowu wysiane nasiona zaczęły pięknie pęcznieć pod ściółką. Wielkość i kształt rowu surowej weryfikacji podda pierwszy ulewny deszcz, na który czekam z utęsknieniem. Całość wymaga jeszcze wielu dni pracy, bo niby ta moja górka mała, ale inaczej się mierzy wzrokiem, a inaczej łopatą.
Tymczasem w mieście, pod eksperymentalnym oświetleniem ledowym, które poza światłem białym daje również sporo czerwieni i purpury, mamy kolejną zapowiedź tego, że sezon 2017 zapowiada się ciekawie. Jak uważni czytelnicy pamiętają, zbierałem nasiona własnych pomidorów w poprzednim sezonie, a kilka tygodni temu eksperymentalnie wysiałem trzy z nich aby zobaczyć, czy kiełkują. No i wszystkie trzy wykiełkowały, a jakże. I nie dość, że pięknie wykiełkowały, to już zaczęły zawiązywać pierwsze pąki kwiatowe! Rośliny te miały tylko potwierdzić, że nasiona kiełkują, ale skoro już za moment zakwitną, postaram się je jakoś utrzymać przy życiu do drugiej połowy maja, kiedy to będzie je można wyekspediować na zewnątrz. Będzie to o tyle trudne, że wszędzie jak okiem sięgnąć, zaczynają się piętrzyć kuwety i doniczki z rozsadami, maluczko, a zabraknie parapetów i podłóg na to całe towarzystwo. Czego i Państwu, drodzy czytelnicy, życzę.
poniedziałek, 21 marca 2016
Ta ostatnia niedziela
Gdy tylko w niedzielny poranek zaczęło się rozwidniać, całym światem Ostoi wstrząsnął ogłuszający łoskot, wyrywając mnie i okoliczne psy z objęć Morfeusza. W pierwszej chwili przypominało to odgłosy remontu generalnego w zapuszczonej kamienicy, ze szczególnym uwzględnieniem borowania dziur w ścianach. Tak jakoś pomiędzy otwarciem pierwszego oka, a drugiego, nadeszła myśl, że to dzięcioł obrabia ścianę domu. Hałas był na tyle intensywny, że trzeba było zapomnieć o spaniu. Rad nierad, wyruszyłem na spacer. Okazało się, że nie dom padł ofiarą dzięcioła, a potężny maszt piorunochronu tuż koło niego. Kolejne zadanie do dopisania do listy - sprawdzić stan masztu, choć skąd wziąć wystarczająco długą drabinę? O tym pomyślę później, bo o zadaniach bieżących przypomniały chmary sikorek - skończyła im się kulka, o czym nie omieszkały wywrzeszczeć wszem i wobec wyraźnie pretensjonalnym tonem. Dostawszy nową kulkę, zamilkły, a ja kontynuowałem obchód.
Niedaleko od furtki wędrowały sarenki, kolejne dwieście metrów dalej, i ostatnie z pół kilometra w górę rzeki. Nie dały się tym razem zbytnio zbliżyć, ale i ja ochoty na podchody bladym świtem nie miałem. Słabo wyszła więc próba uwiecznienia ich, tym bardziej, że światła jeszcze było malutko. W krzaczkach, gdzie na jesieni czerwienią się zwykle muchomory, łosie urządziły sobie toaletę, slalom trzeba uprawiać aby uniknąć wdepnięcia w łosiowe kupki.
Nad starorzeczami bobry uprawiać musiały drzewną wspinaczkę, bo wierzbki wszystkie ogłowione niemal do cna. Ciężko będzie w tym roku o jakiekolwiek bazie na Wielkanoc. Podobnie, trzymając się wielkanocnej tematyki, zajęcy ani śladu, co dziwi bardzo, bo przecież nie na darmo część Ostoi zwana jest od lat Zajęczą Górką. Gdzie się podziali wszyscy jej długousi rezydenci? Nie mam pojęcia, choć widok wałęsającego się po okolicy samopas psa, nie przywołuje na myśl optymistycznych scenariuszy. Trzymajmy kciuki za kłapouchy, w nadziei, że jednak wkrótce je zobaczymy.
Z kolei tak zwane kąpielisko, czyli skrawek łączki między rzeczką a stawkiem, odwiedziły dziki, darmową orką odwdzięczając się za gościnę. Łąki dookoła wyglądają jak po występach szalonego traktorzysty, gleba "kołami do góry" na niemal połowie terenu. Nasuwa się tu refleksja o zasadności permakulturowych i ekologicznych zaleceń, aby nie orać gleb i nie przekopywać ogrodu - skoro przyroda przekopuje, to znak, że wszystko ma swoje miejsce i czas, i że nie należy ani w czambuł potępiać, ani na ślepo wierzyć. Jak to zwykle w permakulturze, słynne "to zależy", po raz kolejny pokazuje tutaj swą moc.
Skoro o mocy mowa, przez grubą warstwę ściółki przebijać się zaczynają moje czosnki niedźwiedzie - oczekiwane z tęsknotą zielone żagielki wiosny. Zwiastują chwile z czosnkowym pesto oraz nieuchronny początek sezonu grzebania w ziemi. Pora zacząć przygotowywać rozsady wszelakie, a moja obserwacja jest taka, że to fenologicznie czas, aby wysiać na miejskim parapecie pomidorki.
A na grządkach same z siebie wyłazić zaczynają szczypiorki, cebule, czosnki, całe to smakowite towarzystwo rośnie sobie trzeci rok samo, bez ingerencji mojej innej, niż delikatne podszczypywanie surowca kulinarnego i uważanie, aby tego tałatajstwa przypadkowo nie rozdeptać lub nie wykopać. W światku tych roślinek jestem nieco jak słoń w składzie porcelany, zdecydowanie pewniej czuję się w lesie, wśród solidnych drzew, zadzierając głowę ku ich koronom, niż pochylając się nad rzędem roślinek, wśród małych perma-grządeczek.
Kilka lat temu posadzone krokusy kwitną już tu i tam, niebieskie, fioletowe i żółte. Te posadzone w zeszłym roku, nie wychyliły jeszcze łebków spod ziemi. Tulipany coraz piękniej się zielenią, zaczynają się też meldować żonkile i narcyzy. W departamencie roślin dzikich nastał czas super zdrowej niemowlęcej pokrzywy, którą po długiej zimie warto wykorzystać jako źródło witamin i minerałów, zaparzając we wrzątku. Energetyzuje dużo skuteczniej niż Red Bull.
Nastał też czas prac doniczkowych. O moich donicach pisałem już dwukrotnie, między innymi tutaj. Teraz przeszły one proces drobnej renowacji, polegający na usunięciu tej zeszłorocznej roślinności, która od jesieni się nie skompostowała i przykryciu cienką kołderką kompostu od dżdżownic. Tak przygotowane donice zostały wstępnie obsiane i leciutko wyściółkowane słomą. Można je teraz pozostawić samym sobie na długie tygodnie, o ile planów nie pokrzyżują mrozy, niedługo cieszyć się będziemy pierwszymi rzodkiewkami. A jeśli mrozy spłatają nam figla, to trudno, zaczną kiełkować inne umieszczone w donicach nasiona. Taki zasiew ma na celu wykorzystanie wszystkich dostępnych nam nisz, nie tylko w przestrzeni, sadząc obok siebie rośliny rosnące "plonem wgłąb" i "plonem wzwyż", ale również i w czasie - te rosnące szybko, z tymi co powoli. I takim to sposobem, pomiędzy niezamówionym budzeniem od dzięcioła, a doniczkowym preludium do ogródkowego sezonu, upłynęła ostatnia niedziela zimy. A od jutra ... witaj wiosno!
Niedaleko od furtki wędrowały sarenki, kolejne dwieście metrów dalej, i ostatnie z pół kilometra w górę rzeki. Nie dały się tym razem zbytnio zbliżyć, ale i ja ochoty na podchody bladym świtem nie miałem. Słabo wyszła więc próba uwiecznienia ich, tym bardziej, że światła jeszcze było malutko. W krzaczkach, gdzie na jesieni czerwienią się zwykle muchomory, łosie urządziły sobie toaletę, slalom trzeba uprawiać aby uniknąć wdepnięcia w łosiowe kupki.
Nad starorzeczami bobry uprawiać musiały drzewną wspinaczkę, bo wierzbki wszystkie ogłowione niemal do cna. Ciężko będzie w tym roku o jakiekolwiek bazie na Wielkanoc. Podobnie, trzymając się wielkanocnej tematyki, zajęcy ani śladu, co dziwi bardzo, bo przecież nie na darmo część Ostoi zwana jest od lat Zajęczą Górką. Gdzie się podziali wszyscy jej długousi rezydenci? Nie mam pojęcia, choć widok wałęsającego się po okolicy samopas psa, nie przywołuje na myśl optymistycznych scenariuszy. Trzymajmy kciuki za kłapouchy, w nadziei, że jednak wkrótce je zobaczymy.
Z kolei tak zwane kąpielisko, czyli skrawek łączki między rzeczką a stawkiem, odwiedziły dziki, darmową orką odwdzięczając się za gościnę. Łąki dookoła wyglądają jak po występach szalonego traktorzysty, gleba "kołami do góry" na niemal połowie terenu. Nasuwa się tu refleksja o zasadności permakulturowych i ekologicznych zaleceń, aby nie orać gleb i nie przekopywać ogrodu - skoro przyroda przekopuje, to znak, że wszystko ma swoje miejsce i czas, i że nie należy ani w czambuł potępiać, ani na ślepo wierzyć. Jak to zwykle w permakulturze, słynne "to zależy", po raz kolejny pokazuje tutaj swą moc.
Skoro o mocy mowa, przez grubą warstwę ściółki przebijać się zaczynają moje czosnki niedźwiedzie - oczekiwane z tęsknotą zielone żagielki wiosny. Zwiastują chwile z czosnkowym pesto oraz nieuchronny początek sezonu grzebania w ziemi. Pora zacząć przygotowywać rozsady wszelakie, a moja obserwacja jest taka, że to fenologicznie czas, aby wysiać na miejskim parapecie pomidorki.
A na grządkach same z siebie wyłazić zaczynają szczypiorki, cebule, czosnki, całe to smakowite towarzystwo rośnie sobie trzeci rok samo, bez ingerencji mojej innej, niż delikatne podszczypywanie surowca kulinarnego i uważanie, aby tego tałatajstwa przypadkowo nie rozdeptać lub nie wykopać. W światku tych roślinek jestem nieco jak słoń w składzie porcelany, zdecydowanie pewniej czuję się w lesie, wśród solidnych drzew, zadzierając głowę ku ich koronom, niż pochylając się nad rzędem roślinek, wśród małych perma-grządeczek.
Kilka lat temu posadzone krokusy kwitną już tu i tam, niebieskie, fioletowe i żółte. Te posadzone w zeszłym roku, nie wychyliły jeszcze łebków spod ziemi. Tulipany coraz piękniej się zielenią, zaczynają się też meldować żonkile i narcyzy. W departamencie roślin dzikich nastał czas super zdrowej niemowlęcej pokrzywy, którą po długiej zimie warto wykorzystać jako źródło witamin i minerałów, zaparzając we wrzątku. Energetyzuje dużo skuteczniej niż Red Bull.
Nastał też czas prac doniczkowych. O moich donicach pisałem już dwukrotnie, między innymi tutaj. Teraz przeszły one proces drobnej renowacji, polegający na usunięciu tej zeszłorocznej roślinności, która od jesieni się nie skompostowała i przykryciu cienką kołderką kompostu od dżdżownic. Tak przygotowane donice zostały wstępnie obsiane i leciutko wyściółkowane słomą. Można je teraz pozostawić samym sobie na długie tygodnie, o ile planów nie pokrzyżują mrozy, niedługo cieszyć się będziemy pierwszymi rzodkiewkami. A jeśli mrozy spłatają nam figla, to trudno, zaczną kiełkować inne umieszczone w donicach nasiona. Taki zasiew ma na celu wykorzystanie wszystkich dostępnych nam nisz, nie tylko w przestrzeni, sadząc obok siebie rośliny rosnące "plonem wgłąb" i "plonem wzwyż", ale również i w czasie - te rosnące szybko, z tymi co powoli. I takim to sposobem, pomiędzy niezamówionym budzeniem od dzięcioła, a doniczkowym preludium do ogródkowego sezonu, upłynęła ostatnia niedziela zimy. A od jutra ... witaj wiosno!
czwartek, 10 marca 2016
Końcówka zimy
Ostoja wita nadchodzący koniec zimy tulipanami. One jako pierwsze wychyliły się z grubej ściółki na grządkach. Pomimo, że w miejscach całkowicie zacienionych leży jeszcze odrobina śniegu, to życie w grubej ściółce toczy się już w najlepsze. Leniwie przeciągają się dżdżownice, wędrują drobne stawonogi. Za tulipanami podążają pierwsze pędy szczypiorku, a z zeszłego roku pozostała na grządkach portulaka warzywna, o dziwo opisywana powszechnie jako "warzywo letnie". Teraz, choć nie obficie, dostarcza nadal świeżych listków do sałatek.
Wszędzie tam, gdzie ściółkę stanowią zrębki, mam spory wysyp grzybów, niestety nie jadalnych, ale i tak bardzo on mnie cieszy. Roli grzybni w ogrodzie nie sposób przecenić, choć niektórzy twierdzą, że właściwym dla niej miejscem jest raczej sad, a nie warzywnik. W Ostoi stawiam na naturalną sukcesję i procesy glebotwórcze, wierząc, że gdy grzyby wykonają swoją pracę dekompozycyjną, to zaczną zanikać, a utworzoną przez nie glebę z czasem zdominują bakterie. Wszystko co żyje i rośnie, cieszy, pamiętam bowiem, że zaczynałem od piaszczystego, martwego ugoru, na którym nic nie rosło. I nadal większa część Ostoi jest taka, czeka w kolejce na permakulturowe przekształcenie.
Zeszłoroczny eksperyment z uprawą w kostkach słomy zaskoczył mnie na tyle pozytywnie, że w tym roku powiększam areał słomianych upraw. Na sześciu kostkach słomy rosło 18 krzaków pomidorów, co było zdecydowaną przesadą. Z trzech krzaków na kostkę w tym roku "zejdę" do dwóch, za to liczba kostek wzrośnie z sześciu do 22. "Pomidorowy kącik" będzie na pewno "oczkiem w głowie" w tym sezonie. W starych sześciu kostkach, które trzymają się jeszcze znośnie, posadzę inne rośliny. A w przyszłym roku, w miejscu po najstarszych kostkach powstanie "tradycyjna" grządka. Takim to sposobem, krok po kroku, areał upraw będzie się powiększał.
Zupełnie nowym eksperymentem jest próba uprawy najszybciej podobno rosnącego drzewa świata - krzyżówki dwóch odmian paulowni. Cechą charakterystyczną tej krzyżówki są ogromne liście (potencjalny materiał do ściółkowania i na kompost) oraz bardzo szybki wzrost (podobno w 6 lat średnica pnia dorasta do ponad 30 cm). Co więcej, ścięte drzewo odrasta, i proces ten można powtórzyć 3-4 krotnie. Próbuję uprawiać krzyżówkę z nasion, jak na razie, odpukać, skutecznie - praktycznie 90% nasion kiełkuje i rośnie sobie w tymczasowych pojemnikach, czekając na prawdziwą wiosnę. Z tym drzewem wiążę duże nadzieje w zakresie energetycznej samowystarczalności, może ono bowiem w odnawialny i szybki sposób stać się źródłem doskonałej jakości opału. Jak ważne jest to zagadnienie, widać dobrze właśnie w końcówce zimy - nic tak o niej nie przypomina, jak niemal pusta drewutnia.
poniedziałek, 27 kwietnia 2015
Zręby
W Ostoi wyznajemy jedną żelazną zasadę - postęp naszych prac musi być widoczny w poprawie jakości gleby. A nie jest to łatwe - w sercu sosnowego lasu, na górze piasku, niełatwo osiągnąć pozytywne efekty. Najbardziej doskwiera brak materii organicznej, a na ile tylko to możliwe, staramy się ograniczyć "import" czegokolwiek spoza naszych granic i radzić sobie z tym, co mamy. Przyczyn tego jest wiele i nie chodzi tu o finanse, ale o ryzyko zawleczenia materiału zawierającego biocydy, metale ciężkie i inne substancje całkowicie w Ostoi niepożądane, jak również o tak zwane "kilometry" - odległość z jakiej trzeba by coś sprowadzać i jaki byłby koszt takich działań dla środowiska. Czasami jednak robimy wyjątek, bo inaczej się nie da. Wyjątki zasadniczo są dwa - pierwszym są zrębki z drzew liściastych, a drugim słoma w kostkach.
Zrębki stanowią podstawę naszego ogrodnictwa - to z nich powstały pierwsze ogródki, to w nich rośnie większość naszych upraw. Jak już niejednokrotnie pisałem, naszą inspiracją jest tu Paul Gautschi i film o jego ogrodzie "Back to Eden". Jeśli chodzi o zrębki, nie mamy raczej obaw o ich biologiczną i chemiczną czystość. Nieco inaczej ma się sprawa ze słomą w kostkach - tu lubimy upewnić się (na ile to możliwe), że zboża z których pochodzi słoma były uprawiane w technologiach tradycyjnych. Zazwyczaj słomę stosujemy wyłącznie do ściółkowania, ale w tym roku postanowiliśmy pouprawiać nieco roślin bezpośrednio w kostkach słomy. Ogródek taki ma wiele zalet - można go usytuować i na betonie, i na zachwaszczonej ziemi, i na trawniku przed blokiem. Jest bardzo wygodny w obsłudze - nie trzeba się zbytnio schylać. Po zakończonym sezonie słoma stanowi doskonały składnik kompostu, a gleba pod nią jest dobrze użyźniona. Ogródek eksperymentalny w Ostoi składa się jedynie z 6 kostek, ale na początek to wystarczy - jeśli się sprawdzi, w przyszłym roku powiększymy areał.
Podczas gdy wszędzie wokół już wiosna, w Ostoi jesteśmy kilka tygodni do tyłu - sorry, taki mamy (mikro)klimat. Gdy inni już dawno zakończyli zbiory pędów sosny, u nas są one jeszcze zbyt malutkie aby je zbierać. Dopiero zaczęły kwitnąć syberyjskie cebulice, w najlepsze kwitną żonkile, moja ulubiona kokorycz też pięknie kwitnie, ale śliwki lubaszki które w Warszawie już przekwitły, tu dopiero zaczynają. Miłą niespodziankę sprawiły natomiast tulipany, tak dla żartu powtykane na obrzeżach grządek (rośliny cebulowe hamują wzrost traw w swojej okolicy) - przetrwały świetnie zimę i właśnie zdecydowały się ujawnić swe kolory.
Na stokach Zajęczej Górki, gdzie "nic nie chce rosnąć", próbujemy powstrzymać erozję sadząc rząd żarnowca. Sadzimy w zygzak, zmiaturyzowaną metodą "net and pan", gdzie dołki z roślinami łączy się rowkami tak, aby całość wody deszczowej spływającej z góry po piaszczystym stoku spowolnić, rozproszyć i wchłonąć w grunt, a w nim jak najdłużej zatrzymać. Nie jesteśmy przesadnymi optymistami co do efektów, ale próbujemy - jak niejednokrotnie pisałem, każda taka próba stanowi dla nas kolejną lekcję, a satysfakcja gdy się jednak uda jest nagrodą za wszelkie trudy i znoje.
Trzeciego maja przypada Międzynarodowy Dzień Permakultury - zamierzamy go uczcić posadzeniem kilku drzew. Bylibyśmy szczęśliwi, gdyby choć jeden nasz czytelnik uczynił to samo i dał nam tu znać. Z góry wielce Wam dziękujemy! Tegoroczny Dzień Permakultury poświęcony jest glebom - pamiętajmy też i o tym. Gleby stanowią bowiem zręby naszej cywilizacji, bez zdrowych gleb nie ma zdrowej żywności i zdrowych społeczeństw.
niedziela, 5 kwietnia 2015
Krajobraz po bitwie
Po ciepłych klimatach przedwiośnia nastał w Ostoi czas nawałnic, dosłownie i w przenośni. Gwałtowne zmiany pogodowe - deszcze ze śniegiem, porywiste wiatry i okazjonalny grad, oddzielone od siebie chwilami oślepiającego słońca i tego, co można nazwać wiosennym upałem (zwykle w samo południe), przychodzą i odchodzą. Na obrzeżach permakulturowych grządek z grubej warstwy ściółki dumnie wychylają się tulipany, nic sobie z tych zmian pogodowych nie robiąc, za to robiąc swoje - czyli rosnąc.
Pod starodawnymi lipą i klonem z płytkiej ściółki wyłania się zielony żagielek niedźwiedziego czosnku i pierwsze listki mniszka lekarskiego, niechybny znak nadchodzących wiosennych sałatek. Bardzo cieszy mnie, że czosnki przetrwały kolejną batalię z zimą oraz z niezwykle ubogą glebą wypełnioną niemal do szczętu filcem korzeni stuletnich drzew. Najprawdopodobniej do nagiej gleby wraca życie, pod pokładami ściółki dwoi się i troi aby stworzyć roślinom lepsze warunki bytowe. Pod klon i lipę trafiają wszystkie gałęzie strącone przez wichury, co jeszcze bardziej przyczynia się do tego, że małym roślinom pod wielkimi drzewami żyje się lepiej. Ciekawym zjawiskiem jest spora sterta sosnowych szyszek tuż pod klonem - to dzięcioł urządził sobie zimową kuźnię i tym samym przyczynił się do dzieła ściółkowania.
Na grządkach ze zrębki widać zeszłoroczne truskawki, przetrwały zimowe trudy doskonale. A tuż za nimi powstają pierwsze niemal niedostrzegalne rowki, a w nich pierwsze zasiewy. Pies z kulawą nogą by się nie domyślił, że cokolwiek tu posiano, gdyby nie rządek białych tabliczek skrupulatnie opisujących symbolami co gdzie ma w przyszłości wyrosnąć. Taki właśnie jest urok uprawy permakulturowej - upodobniamy nasz ogród do tego, co można dostrzec w naturalnych lasach czy na łąkach, gdzie naprawdę trudno choćby o skrawek nagiej gleby, na którą paść mogłyby nasiona, tak jak to sobie człowiek w swoim małym rozumku uznał za konieczne i jedynie słuszne. Natura natomiast sądzi inaczej, i z chaosu zrębki pozwala wyłonić sie moim warzywom, czy to się specom podoba, czy nie.
W Ostoi zakończyła się zasadnicza faza stawiania pieca - zapłonął pierwszy ogień. Piec przez kolejne tygodnie będzie schnąć, wydalając z siebie setki litrów wody. Piec trzeba jeszcze poprawić pod względem staranności wykończenia, a także włożyć sporo pracy w przeróbki instalacji elektrycznej, prace murarsko-malarskie, no i w generalne sprzątanie. Przy "trybie weekendowym" prac w Ostoi, minie wiele tygodni zanim to wszystko się zakończy. Do tego czasu w domu królować niestety będzie wszechobecny bałagan, no ale taka jest kolej rzeczy gdy się nie jest cały czas na miejscu i działa z doskoku.
Wśród resztek cegieł na ganku wygrzewa się sąsiadka - ruda kocica zza lasu. Odwiedza regularnie, w nadziei na smaczny kąsek. Z reguły długo nie zabawia, ot, jedynie tyle, aby coś wyżebrać. No i warunki do wygrzewania nie za dobre - ledwie się rozłoży, a tu kolejny deszcz ze śniegiem z zachodu leci, albo i grad. Początki tego kwietnia są zupełnie inne od zeszłorocznych i po raz kolejny się okazuje, że wobec cykli w przyrodzie najlepszym co możemy zrobić, to obserwować je ze stoickim spokojem. Każda nawałnica się kiedyś kończy, a po niej wychodzi słońce, a w jego blasku nawet krajobraz po bitwie wygląda bardziej pogodnie i optymistycznie nastraja na przyszłość, tą bliższą i dalszą..
Pod starodawnymi lipą i klonem z płytkiej ściółki wyłania się zielony żagielek niedźwiedziego czosnku i pierwsze listki mniszka lekarskiego, niechybny znak nadchodzących wiosennych sałatek. Bardzo cieszy mnie, że czosnki przetrwały kolejną batalię z zimą oraz z niezwykle ubogą glebą wypełnioną niemal do szczętu filcem korzeni stuletnich drzew. Najprawdopodobniej do nagiej gleby wraca życie, pod pokładami ściółki dwoi się i troi aby stworzyć roślinom lepsze warunki bytowe. Pod klon i lipę trafiają wszystkie gałęzie strącone przez wichury, co jeszcze bardziej przyczynia się do tego, że małym roślinom pod wielkimi drzewami żyje się lepiej. Ciekawym zjawiskiem jest spora sterta sosnowych szyszek tuż pod klonem - to dzięcioł urządził sobie zimową kuźnię i tym samym przyczynił się do dzieła ściółkowania.
Na grządkach ze zrębki widać zeszłoroczne truskawki, przetrwały zimowe trudy doskonale. A tuż za nimi powstają pierwsze niemal niedostrzegalne rowki, a w nich pierwsze zasiewy. Pies z kulawą nogą by się nie domyślił, że cokolwiek tu posiano, gdyby nie rządek białych tabliczek skrupulatnie opisujących symbolami co gdzie ma w przyszłości wyrosnąć. Taki właśnie jest urok uprawy permakulturowej - upodobniamy nasz ogród do tego, co można dostrzec w naturalnych lasach czy na łąkach, gdzie naprawdę trudno choćby o skrawek nagiej gleby, na którą paść mogłyby nasiona, tak jak to sobie człowiek w swoim małym rozumku uznał za konieczne i jedynie słuszne. Natura natomiast sądzi inaczej, i z chaosu zrębki pozwala wyłonić sie moim warzywom, czy to się specom podoba, czy nie.
W Ostoi zakończyła się zasadnicza faza stawiania pieca - zapłonął pierwszy ogień. Piec przez kolejne tygodnie będzie schnąć, wydalając z siebie setki litrów wody. Piec trzeba jeszcze poprawić pod względem staranności wykończenia, a także włożyć sporo pracy w przeróbki instalacji elektrycznej, prace murarsko-malarskie, no i w generalne sprzątanie. Przy "trybie weekendowym" prac w Ostoi, minie wiele tygodni zanim to wszystko się zakończy. Do tego czasu w domu królować niestety będzie wszechobecny bałagan, no ale taka jest kolej rzeczy gdy się nie jest cały czas na miejscu i działa z doskoku.
Wśród resztek cegieł na ganku wygrzewa się sąsiadka - ruda kocica zza lasu. Odwiedza regularnie, w nadziei na smaczny kąsek. Z reguły długo nie zabawia, ot, jedynie tyle, aby coś wyżebrać. No i warunki do wygrzewania nie za dobre - ledwie się rozłoży, a tu kolejny deszcz ze śniegiem z zachodu leci, albo i grad. Początki tego kwietnia są zupełnie inne od zeszłorocznych i po raz kolejny się okazuje, że wobec cykli w przyrodzie najlepszym co możemy zrobić, to obserwować je ze stoickim spokojem. Każda nawałnica się kiedyś kończy, a po niej wychodzi słońce, a w jego blasku nawet krajobraz po bitwie wygląda bardziej pogodnie i optymistycznie nastraja na przyszłość, tą bliższą i dalszą..
niedziela, 15 marca 2015
Przedwiośnie
W Ostoi kończy się czas dokarmiania ptasiej chałastry, a nadchodzi czas treli i godów. Aby ptaszyny nie zaciągały kredytów we frankach na swe gniazdka, ufundowałem im kilkanaście domków w rozmaitych standardach.
Jak na razie zainteresowanie domkami przejawiają jedynie sikorki, ale w pobliżu słychać też wrzaski sójek i innych, bliżej niezidentyfikowanych obieków latających. Na to aby się dowiedzieć, czy domki znajdą nowych lokatorów, trzeba jeszcze nieco poczekać, ale jestem dobrej myśli. Po całej zimie dokarmiania liczba ptaków w okolicy wydaje się być większa niż w poprzednich latach, co pozwala mieć nadzieję na wiosenne ptasie koncerty.
Na łąkach natomiast hałasują żurawie, odprawiając coroczne rytuały. Na razie trzymają się jednak z dala od domu, w zasięgu słuchu, ale nie wzroku.
W świecie roślinnym dopiero pierwsze jaskółki wiosny - wychodzą ze ściółki krokusiki, i te żółte, i te fioletowe. W najcieplejszym mikroklimacie spirali ziołowej pozytywnie zareagowały tulipany, już widać ich listki nad warstwą zrębki. W wielu miejscach kiełkują żonkile, jeszcze trochę, a naprawdę kwietnie zrobi się w Ostoi. A pomyśleć, że jeszcze trzy lata temu nie było tu ani jednego wiosennego kwiatuszka. Czekam na pojawienie się czosnku niedźwiedziego, niecierpliwie.
Na grządkach zdumiewa mnie portulaka - ta mała roślinka od lata, przez jesień i zimę do teraz, jak się zieleniła, tak się zieleni. Wygarniałem ją spod śniegu w styczniowe dni, a teraz prezentuje się równie dobrze jak niedługo po posadzeniu. Doskonała roślinka sałatkowa, szkoda tylko że taka malutka. Wszędzie panoszy się też biała koniczyna będąca moją główną rośliną okrywową, oraz zaczynają odrastać truskawki. Pierwszy krzew jagody kamczackiej dostał włochatych listków, wkrótce pewnie i pozostałe pójdą jego śladem.
Sok z brzóz płynie bardzo słabo, ale płynie, z klonu natomiast wcale, czyli dokładnie odwrotnie, niż piszą specjaliści. Klon powinien dawać sok wcześniej - fachowcy sobie, a przyroda sobie. Bobry za to nie próżnują, jak cięły, tak tną. Dzięki nim, drewutnię mam pełną niemal po brzegi, wszystko w niej to efekt pracy gryzoni, ani jedno drzewo nie poległo pod moją piłą aby drewutnię napełnić. Miło patrzyć na zapas drewna, mniej miło na bezdrzewne brzegi rzeczki naszej ulubionej. Niby przyroda wie, co robi, ale bobra tu ludzie, a nie przyroda, reintrodukowali. Gdyby wraz z bobrem reintrodukowano wilka, to może byłaby szansa na jakąś równowagę ....
Czekając na nadejście astronomicznej i prawdziwej wiosny, pora przygotowywać rozsady. Miejskie parapety zajęte przez skrzynki z wysianymi pomidorami, miechunkami, paprykami i innymi ami. Przegląd kolekcji nasion zrobiony, wszystko posegregowane i czekające w gotowości. W sobotę, 14 marca, eksperymentalnie wysiałem rzodkiewki, miniaturowe marchewki i nieco groszku, zobaczymy czy cokolwiek z tego ocaleje. Jak to się mówi, nawet gdy ze stu prób tylko jedna kończy się powodzeniem, te 99 dużo może nas nauczyć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






































