Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 maja 2021

Maj w pigułce

Święto Pracy, pierwszy dzień maja, niczym nie różnił się od pozostałych dni tutaj - pracy po kokardę. Nareszcie zakwitł mniszek lekarski, to znak, że pora sadzić ziemniaki. Sadzeniaki przechowywałem w wiadrach z piaskiem, w piwnicy. Porosły w tym roku niebywale, ale przezimowały wszystkie co do sztuki. Wysypawszy delikatnie wszystko do kastry, rozplątałem te ziemniaczane węzły gordyjskie i pracowicie posadziłem na Zapłotku, czyli dokładnie tam, gdzie rok temu. Albowiem zaprawdę, powiadam wam, nie wierzę w płodozmian tu i teraz. W takim trybie uprawy, jak w Ostoi, można sadzić ziemniaki w to samo miejsce, i ani nie ma chorób, ani nie ma szkodników, a plony nie maleją, a raczej rosną. Kluczem jest bardzo grube ściółkowanie jesienią i sadzenie w tą ściółkę właśnie. Teraz pozostaje czekać, aż wyjdą ze ściółki (a ponieważ piszę to w końcu maja, to potwierdzam, że wyszły i jak na razie mają się dobrze.

Siewy zimowe wreszcie ruszyły z kopyta i powoli sałaty i szpinak zaczynają się nam nudzić. Zagęszczenie i rozmiar szpinaku pokazuje, że metoda się sprawdza. Skrzętnie wszystko notuję, w specjalnym pliku o nazwie "Co się udało i co powtórzyć". Powiedzieć co zanotowałem w pliku o nazwie "Co się nie udało i czego nie powtarzać?" No dobrze, powiem. Pietruszka się nie udała, nie wzeszła ani jedna. Za to pięknie wzeszła marchew i seler naciowy, ale tych oczywiście jeszcze nie jemy, bo są za malutkie. Zapowiadają się jednak dobrze, a szczególnie cieszy mnie marchew, bo w Ostoi bywa z nią bardzo różnie.

Hitem maja była niewątpliwie rójka pszczelej rodziny, która opuściła ul i usiadła na sośnie. Sporo czasu zajęło mi wykombinowanie, jak ją stamtąd zdjąć i osiedlić w nowym ulu. Ekwilibrystyka na szczycie drabiny z kilkoma kilogramami pszczół nad głową nie jest taka prosta, ale w ostatecznym rozrachunku udało się całe towarzystwo zapakować do pudła, znalazła się też matka, rodzina w komplecie trafiła więc do nowego domu. I tym sposobem, choć tego zupełnie nie planowałem, mam o jeden ul więcej, no i w związku z tym nieco więcej pracy, ale na szczęście takiej, która cieszy.

Ogrodniczo, sezon się spóźnia i przez cały maj rozważałem, kiedy przystąpić do sadzenia pomidorów i dyniowatych, odkładając tą decyzję. W międzyczasie, pogoda sprzyjała wielce leśnemu ogrodowi, który zaczął się pięknie zielenić bez najmniejszych zabiegów i podlewania. Drzewa i krzewy zdążyły zakwitnąć i przekwitnąć, a pomidorów jak nie posadziłem, tak czekam dalej. Dopiero gdy nadszedł ostatni weekend maja, ruszyła machina dyniowo-pomidorowa. Sadziłem i siałem przez dwa dni, od świtu do zmierzchu, obsadzając większość miejsc na podwórku sadzonkami, a w wolne siejąc nasiona. Do obsiania cukiniami i dyniami pozostał mi jeszcze fragment Zapłotka, miejsce z najgrubszą ściółką z liści. Mam nadzieję, że uda się to zrobić w przeciągu najbliższych kilku dni.

Po dwudniowym maratonie sadzenia rozsad pozostała już tylko taczka koszyczków i doniczek do umycia. Nie zgadniecie, ile ich jest w tej taczce ... a może ktoś zgadnie? W każdym razie, jest to moment wyzwolenia - najważniejsze rozsady poszły do gruntu, kości zostały rzucone. Teraz pozostaje czekać, pilnie obserwując pogodę, albo ... nie obserwować i wrócić za miesiąc, bo i cóż z tej obserwacji? Jeżeli tak jak w zeszłym roku w czerwcu przyjdzie grad (tfu, tfu), to nie ma zmiłuj. Może więc lepiej zająć się czym innym?


Jak powiedział, tak zrobił. Włażę do stawu, sadzę nowe rośliny wodne. Im grad niestraszny. Jak zawsze, sadzę większość w dno stawu, ale kilka sadzę w koszykach, aby sobie poobserwować, co się z nimi w stawie dzieje. A gdy to robię, patrzę i śmieję się sam do siebie - tam, przy dnie, w zeszłorocznym koszyku, wschodzi dziki ryż. Głęboko pod powierzchnią coś się zieleni. Trzymajcie kciuki, aby wyrósł, dojrzał i obsypał ziarnem. Pokażę go wam gdy wyjdzie nad wodę, bo teraz nie wygląda zbyt efektownie, no ale pomimo to, bardzo mnie cieszy, że wykiełkował.

Maj obfitował w tyle pięknych zachodów słońca, że nie bardzo wiedziałem, który pokazać. Uzbierała się ich spora kolekcja, odkąd nieco ponad rok temu regularnie je fotografuję. Ktoś zapytał o sprzęt, technikę i tym podobne detale - no cóż, jak wszystkie zdjęcia tutaj, robione są "z marszu", małym, kieszonkowym, na dzisiejsze standardy wiekowym Olympusem, z którym się nie mogę rozstać, bo jest niezniszczalny i wodoodporny. Nie ma czasu na ustawki, statywy, pozowania, poprawiania. Cyk, myk - wyszło, to dobrze, nie wyszło to trudno. Zupełnie tak samo, jak z tymi rozsadami ....




 

czwartek, 18 sierpnia 2016

Migawki sierpniowe

Najpiękniejsze chwile w Ostoi to czas, gdy kończy się dzień. Słońce zachodzi za rzeczką, a człek, po całym dniu prac wszelakich, siedzi i gapi się z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku (wiem, wiem, w piętkę gonię i ciągle to powtarzam). Przyroda odpoczywa od skwaru, za wyjątkiem komarów, które wtedy właśnie potrafią urządzać sobie zawody w upierdliwości. Wkrótce nad łąkami krążyć zaczną nietoperze, w tym zapewne i te, które żyją za okiennicami domku, na pohybel komarom. Głosy dnia ustępują głosom nocy, a powierzchnię wody marszczą rybki, zbierając z niej pyszczkami upadłe owady. Wiele z tych rybek nosi niewdzięczną nazwę piekielnica, co z uwagi na ich zasługi w odkomarzaniu jest zupełnie niezasłużone.

Pogoda potrafi płatać figle i gdy w planach jest nocne oglądanie deszczów meteorytów z roju Perseid, musiało się właśnie zachmurzyć. W nadziei, że może w środku nocy lub nad ranem pogoda jednak się zmieni, ustawiam aparat wycelowany w niebo i padam w objęcia Morfeusza. Gdy budzę się rano, oczom moim ukazuje się taki widoczek - wielobarwne szlaki gwiazd wszelkiego autoramentu, układające się w subtelny, harmoniczny wzorzec. Kolejny dowód na to, że "a jednak się kręci". Są nawet trzy czy cztery meteoryty, w formie wyalienowanych z wzorca kresek. To doświadczenie trzeba będzie koniecznie powtórzyć przy różnych okazjach i przy lepszej pogodzie.

W "Kąciku Nowego Świata" grzecznie rosną sobie rośliny z obu Ameryk, tworząc ładną i zgraną polikulturę. Opóźniona w rozwoju kukurydza dopiero zaczyna doganiać jakony, dołem rosną fasolki, a nieco z boku dyniowate. W tle ściana z topinambura, tak zwanej żywności awaryjnej, gdyż nawet spod śniegu jego bulwy można wydobyć. Wszystko oczywiście w materacu różnorakiej ściółki, spodem z przewagą zrębki, górą głównie słomianej. Całość praktycznie niepodlewana, rośnie sobie samodzielnie.


Jeśli wpatrzymy się dobrze w gąszcz roślin, mignie nam tu i ówdzie śmieszna roślinka przypominająca truskawki na patyku - to komosa rózgowa, zwana też szpinakiem truskawkowym. Owoce rzeczywiście przypominają malutkie truskawki, a liście można spożywać jak szpinak, jednakże ani owoc nie jest zbyt smaczny, ani liści nie jest wiele. Główna zaleta tej rośliny to jej wygląd oraz możliwość wykorzystania mini-owoców do dekoracji potraw. Jest to roślina niewymagająca i łatwa w uprawie, mam nadzieję, że raz wysiana będzie się dalej samodzielnie mnożyć z czarnych i twardych nasion skrytych w mini-owocach.

Z pomidorami na dwoje babka wróżyła - te uprawiane w workach jeszcze nie dojrzewają, ale są "rycerzami bez skazy" - żadnych zniekształceń, chorób, odchyleń od normy, natomiast te uprawiane na kostkach słomy w połowie już zebrane, a część z nich niestety ucierpiała i wykazuje objawy suchej zgnilizny wierzchołkowej, czyli tak zwanego BER (Blossom End Rot). Nie jest to ani zjawisko masowe, ani nie niszczy całych owoców, jednakże uczy aby na przyszłość zadbać o większą dostępność wapnia i bardziej równomierne nawodnienie. Brak wapnia bowiem, lub problemy w jego przyswajaniu, w połączeniu z gwałtownymi zmianami dostępności wody, są głównymi przyczynami tej choroby. Na nic opryski z pokrzywy jak niektórzy radzą - trzeba raczej uciec się do dowolnej rozpuszczalnej soli wapnia, może to być na przykład jego chlorek, i w bardzo małym stężeniu podać roślinom. A na przyszły sezon, kostki słomy w ramach przygotowań solidnie potraktować dolomitem, lub może preparatem własnej roboty ze skorupek jaj, solidnie wcześniej w piekarniku wyprażonych.

To jednak, co w przyszłym sezonie wymaga całkowitej zmiany, to "rusztowania" po których pną się pomidory. Starałem się unikać masywnych konstrukcji, ale siatka typu szklarniowego, rekomendowana między innymi do ogórków, totalnie się nie sprawdziła. Zmuszony byłem wzmacniać całą konstrukcję przy użyciu linek, a przy pielęgnacji pomidorów siatka wielokrotnie wchodziła w paradę. Intensywnie więc zacznę poszukiwać lepszej metody na tymczasowe "rusztowania"na przyszły rok, ale póki co, raczę się tylko pomidorkiem prosto z krzaka, czego i Wam życzę, Drodzy Czytelnicy.