Pokazywanie postów oznaczonych etykietą topinambur. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą topinambur. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 lipca 2018

Deszcze niespokojne



Przez kilka dni Ostoja była miejscem, które nawet deszcze omijały szerokim łukiem. Nad Warszawą burze, w Łodzi leje, a w Ostoi ledwo pokropiło. Aż przyszedł wreszcie deszcz upragniony, przez dwie doby spadł niemal centymetr wody na każdy metr kwadratowy. Zbiorniki na deszczówkę dopełniły się prawie, w głównych jest teraz 5000 litrów i miejsce na ostatni 1000. Mniejsze zbiorniki wszystkie pełne, a nadmiar wody odprowadzany jest rurami dokładnie tam, gdzie tej wody potrzeba.


Na słomianych grządkach gradacja wzrostu - najlepiej rosną pomidory, dynie i kabaczki, a najsłabiej ogórki. Ale sądzę, że one się tylko powoli rozpędzają. Mam nadzieję że jeszcze nabiorą tempa i puszczą się ku słońcu. Tu, na kostkach słomy, wszystko bowiem prowadzone jest w pionie, po tyczkach, aby jak najlepiej wykorzystać powierzchnię. Dodatkowo rośliny są dosyć agresywnie przycinane, aby nie zacieniały się wzajemnie.



Pomidory w pojemnikach zaczęły okazywać pierwsze objawy zakażenia Alternarią, powodującą suchą plamistość liści. Poszły więc w ruch nożyczki i oprysk ze skrzypu - każdy liść, choćby z najmniejszą plamką został obcięty, a rośliny solidnie spryskane. Dla niewprawnego oka wyglądały po tym zabiegu jak badylki z zawiązkami owoców i malutkim pędzelkiem listków na czubku. Minęło kilka dni, i wszystkie zaczynają mieć liści coraz więcej, a owoce zaczynają się powiększać, jest więc spora szansa, że zostaną uratowane.

Stare wyniesione grządki skrzynkowe są w fazie międzyplonów. Zebrałem z nich jakiś czas temu zielony groszek i bób, topinambury rosną jako osłona od wiatru i plon jesienny, a z tyłu kiełkują późne fasole. Jak na grządki utworzone wyłącznie przy użyciu starych desek, zrębek i odrobiny kompostu to można powiedzieć, że radzą sobie dobrze. Są też jedynie minimalnie podlewane w największe upały. Najprawdopodobniej tej jesieni zbudowane pięć lat temu ze startych odpadowych desek obramowania zostaną przeniesione w nowe miejsce i ponownie wypełnione zrębkami, a w tym miejscu powstanie nowa grządka wyniesiona w postaci wału. Jeśli czasu i sił starczy.

To tu właśnie wcześniej stały te obramowania - na szczerym, jałowym piachu. Potem zastąpił je wał, a teraz jest płaska żyzna grządka z warstwą utworzonej na miejscu gleby. Porasta ją w tym roku polikulturowa dżungla zieloności, pnąca się w górę po siatkach i płożąca po ziemi. Jedne plony zebrane, inne ich miejsce zajmują. Zasadą jest wypełniać każdą niszę, aby nie zajęły jej rośliny niepożądane. W tej chwili dominują pomidory i fasole, z topinamburem w tle od północy. Ale jest tu i sałata, i buraki, i truskawki, melony, rukola, szczypiory i czosnki, nasturcje i inne kwiaty oraz pojedyncze kabaczki tu i ówdzie.

Hitem tygodnia są buraki liściowe, w tym roku po prostu przesłodkie. To zapewne wysoka zawartość składników odżywczych, a głownie minerałów sprawia, że tak doskonale smakują. Pomimo że nie padało, ich ogonki liściowe są bardzo soczyste, a chłodnik z nich przyrządzony smakuje wyśmienicie. Nieustannie tu i ówdzie owocują maliny, te, które się zdecydować nie mogą, czy są letnie czy jesienne. Bardzo to miłe móc sobie przy okazji skubnąć kilka prosto z krzaka w trakcie ogrodowych prac. Jeszcze się pojawiają pojedyncze truskawki, ale w tym roku przez suszę nie nacieszyliśmy się nimi zbyt długo. Jest jednak jeszcze szansa, że zakwitną ponownie i zaowocują, niech no tylko zdrowo poleje.

Formujący się nad Ukrainą cykloniczny wir ma podobno niebawem mieć wpływ na pogodę u nas, przynosząc wiatr, burze i nawet grad. Poświęcam więc wiele czasu na podwiązywanie wszystkiego, co się pnie. W malutkiej Ostoi jest około setki tyczek, do tego jeszcze dochodzą rośliny pnące się po siatkach. Kończę przed nadejściem nocy z nadzieją, że nie taki cyklon straszny jak go malują. No i że jeszcze zdrowo popada. Niemal wszystko co żyje formuje teraz owoce, a przecież taki ogórek to niemal w całości woda ...

niedziela, 3 czerwca 2018

Piec na upalne dni

 Fale upałów przetaczają się nad Ostoją, a deszcze omijają ją w miarę skutecznie. Gdy na dworze żar, najmilszym miejscem pracy okazuje się piwnica. Porządkuję więc w niej różniste różności w samo południe i czasami natrafiam na zdumiewające znaleziska. Jedno z nich to zeszłoroczne bulwy topinambura przechowywane w piasku. Zebrało im się na kiełkowanie, te z lewej musiały pokonać jedynie opór pokrywki, ale te z prawej podniosły ważące ponad 3 kilogramy wiaderko, dlatego takie sfatygowane ...

W starym drewnianym domu temperatury są znośne nawet i na parterze, biorę się więc w największy skwar za drobny lifting pieca. Praca z gliną w porze upału jest bardzo komfortowa, o ile tylko uzupełnia się wodę, bo bardzo szybko paruje. Piec z założenia miał plecami grzać łazienkę, a pusta przestrzeń (tak zwane hypocaustum) miała grawitacyjnie wymuszać przepływ powietrza. Niestety, czy to fuszerka, czy ruchy domu i pieca sprawiły, że na złączu wszystko pękało, piec dostał więc gustowny szlaczek z ceglanych płytek, pokrywający wszystkie pęknięcia. Ewidentną fuszerką był tynk na piecu, zdecydowałem się więc dać mu nowy. Przy okazji zniknęły wszystkie okopcenia powstałe przez trzy zimy użytkowania. Postanowiłem też wyssać z trzewi pieca wszystkie popioły, osady i śmieci, przemysłowym odkurzaczem. Okazało się, że wszystkiego nazbierała się niecała szklanka, czyli o ile piec z zewnątrz dalekim był od ideału, o tyle spala dobrze.

Szaleńcze plony sałaty zadają kłam teorii, że źle znosi ona upały. Znosi dobrze, ale gdy się ją posadzi w odpowiednim mikroklimacie. Ta grządeczka umieszczona została od północnej strony domu, bezpośredniego słońca ma może dziennie z godzinę. Przycupnęła sobie pod sosną, i plonuje nieprzerwanie od wielu tygodni. Stale obcinam zewnętrzne liście, a ze środków wyrastają nowe. Sałaty nie obumierają, nie kwitną, rosną sobie radośnie, a całkowity brak chwastów nie dziwi, bo przecież rosną tak gęsto, że nie ma dla nich wolnej niszy.

Gęstwina jest zresztą charakterystyczna dla Ostoi, choć zasadniczo całkowicie odmienna od jej pierwotnego stanu. Tam, gdzie wcześniej straszył piach z odrobiną porostów, doskonale sobie radzi polikultura bobowo-ziemniaczana. Jeśli porównacie ze zdjęciem w poprzednim wpisie, sami zobaczycie jak gwałtowny jest wzrost. Podobnie w ziemniaczanych wieżach, ta z glebą lokalną urosła już do połowy wysokości, a ta z kompostem jest niemal pełna i za chwilę zakończy się dokładanie. Na plony jednakże trzeba jeszcze będzie poczekać.

Tuż obok mała plantacja topinamburu nie tylko że zarosła przeznaczony sobie areał, to stara się skolonizować okolicę. Cieszy mnie to bardzo, bo wszystko, co wyrasta poza ustalone ramy, staje się źródłem ściółki. Z tej powierzchni dwóch metrów kwadratowych oczekuję plonu w ilości dwóch dużych wiader, plus materiału do ściółkowania i na kompost. Kolejna, większa plantacja topinambura założona na Zapłotku powoli pozwoli mi przenosić jego uprawę do stref dalej oddalonych od domu. Tu spełnił już on swoje zadanie, a jego stanowiska można już wykorzystać pod cenniejsze uprawy.

A w leśnym ogrodzie nastał czas zbiorów jagody kamczackiej, mojego ulubionego wiosennego owocu. Naładowane antyoksydantami jagody doskonale smakują i działają prozdrowotnie. W formie mlecznych koktaili doskonale się sprawdza w te upały, dzięki czemu nawet przy piecu da się wytrzymać.

sobota, 9 grudnia 2017

Przedzimie

Poprzedni "szary" wpis nie nastrajał optymistycznie - ten niewiele lepszym będzie, choć będę się starał. Sytuacja życiowa sprawiła, że Ostoja została pozostawiona niemal samej sobie. Niemal, bo bezustannie gospodarują w niej bobry. Nasz tak zwany "sorek", czyli położony w pobliżu starego zakola osikowy lasek, został w ponad połowie zrównany z ziemią przez te arcygryzonie. A że obecnie nic nie jestem w stanie z tym i z nimi zrobić, to ze stoickim spokojem kładę na to przysłowiową "lachę".  Zajmę się ściętymi drzewami, gdy mróz ściśnie i sytuacja pozwoli, albo później. Wierzę też, że "ekolodzy", którzy propagowali reintrodukcję bobra i doprowadzili do rozrostu populacji ponad pojemność siedlisk zajmą się tym problemem ... Nie zajmą się? Serio?

Jestem wielkim miłośnikiem przyrody, kocham wszystkie zwierzęta duże i małe, w tym i te bobry moje przeklęte. "Nie lubię" natomiast ludzi, którzy bezplanowo i bezmyślnie, choć w dobrej wierze, robią szkody więcej niż pożytku. I nie chodzi tu bynajmniej o moje osiki, ale o krajobraz doliny mojej rzeczki, będącej do cholery krajobrazowym parkiem, który to krajobraz do stu diabłów te hordy dzikie bobrów teraz "kształtują", a ściślej demolują. Bo jest ich po prostu za dużo. Bo trzeba było ich populację monitorować, i część odłowić, i wysłać tam, gdzie ich brakuje.... A ponieważ wzbiera we mnie gniewna tyrada, to tu ten wątek kończę.... Przy okazji jednak, ciekawostka - padające drzewa ścięte przez bobry spowodowały wyrwanie z korzeniami drzew stojących obok. Patrząc na odsłonięty widok, na płytkość gleby, i korzeni, i na to co pod nimi, ciężko mi poniekąd uwierzyć, że gospodarując tu, mam plony jakiekolwiek.

A skoro o plonach mowa, to wróćmy na chwilę do topinamburu. Gdyby nie gazotwórczy efekt tej rośliny, chyba bym ją wybrał na herb Ostoi. Topinambur bowiem radzi tu sobie najlepiej ze wszystkich roślin jadalnych, plonując bardzo obficie. A przypomnieć wypada, że rośnie głównie wzdłuż ścieżek, wśród szparagów, a nielicznie tylko na grządkach. Łodygami i liśćmi ściółkuję ścieżki, a mimo to, bulwy topinambura kopię i noszę do piwnicy wiadrami. Większości w ogóle nie wykopuję, bo doskonale zimuje w glebie i w każdej chwili można go stamtąd wykopać, gdyby zaszła taka potrzeba - ot takie "zapasy nienaruszalne".

Ale, jest i nowość w tym roku - próbuję topinambur kisić, pierwszy raz w życiu. W jednych słojach plasterki, w innych cale bulwy. Z przyprawami jak do ogórków, z azjatyckimi, z "leśnymi", z własnymi kompozycjami. Chcę znaleźć sposób na "odgazowanie" tej wspaniałej rośliny, albowiem jak do tej pory wszyscy słabo trawimy inulinę, której topinambur ma bogactwo wielkie. I choć to probiotyk i samo zdrowie, to z uwagi na obiektywne trudności z wietrzeniem sypialni w zimie, prace nad pozbawieniem topinamburu "siły odrzutu" trwają. Czy zakończą się sukcesem, zobaczymy. Na razie wiemy tyle, smakując pierwsze próbki, że wyrób smakowitym jest na pewno, a nawet "woda" z niego ma ewidentnie miłe walory smakowe - pikantna, kwaskowa i orzeźwiająca jest.  I tak jak poprzednio dynie, tak i tym razem topinambur, kojarzy mi się ze słońcem zamkniętym w słoikach na długie zimowe wieczory. Ale już niedługo moi mili, byle do zimowego przesilenia, byle do niego ...

poniedziałek, 20 listopada 2017

Szaro


O ile jest taka pora roku której nie lubię, taki czas, gdy zmuszać się muszę do bycia w Ostoi, to jest to teraz. Szarość, burość i wilgoć dominująca nad wszystkim, wietrzysko i mżawka, nieuchronny rozkład i obumieranie, to wszystko sprawia, że entuzjazm do prac nadwornych jest nikły, a energii tyle, ile słońca w południe, czyli naprawdę niewiele. Czary goryczy dopełniają bobry, które w tym roku oszalały i zamiast ściąć sobie jedno czy dwa drzewa, to napoczynają niemal wszystkie. Przyjdzie się pożegnać z osikowym zagajnikiem, ze stratą dla bobrów również.

Chodzenie po lesie w okolicy bobrowego siedliska wymaga niezwykłej ostrożności. W wielu miejscach nory bobrowe wchodzą w brzeg po kilkanaście metrów, czasami podchodząc pod samą powierzchnię gruntu. Jeden nieostrożny krok i lecisz człowieku do dziury, a dziękuj opatrzności jeśli wyjdziesz z tego cało. Staram się odnajdywać takie miejsca i oznaczać patykami, aby jakiś zabłąkany przechodzień, dwunożny czy czworonożny, nie wleciał do przedpokoju pana bobra i nie zrobił sobie krzywdy.

Bobry zresztą przez swoje własne działania ucierpiały - zbudowały bowiem główną komorę mieszkalną w kopnym piachu, nie dbając  pozwolenie na budowę czy nadzór budowlany.  Powiększając ją nieustannie sprawiły, ze sufit stawał się coraz cieńszy, aż wreszcie się zawalił. Do komory wtargnęła też woda, formując wcale nie taki mały stawik w piaszczystej grobli. Maluczko, a deszcze dokończą dzieła zniszczenia, ściany komory zawalą się i nic nie zostanie z tej bobrowej inwestycji.

Zastanawia mnie gdzie teraz sprawcy tej pięknej katastrofy budowlanej zamieszkają, bo to dwuosobowe jacuzzi na pewno nie nadaje się do remontu. Cieszę się, że nie doświadczyłem zarwania się bobrowego sufitu pod moimi nogami, upadek do tej komory wypełnionej lodowatą wodą i zaostrzonymi przez bobry patykami gromadzonymi na zimę nie należałby do przyjemności.



Miało być jesienne sadzenie drzewek, a może nawet jakieś fajne warsztaty w Ostoi, ale życie wypłatało kilka przykrych figli, i z planów nie wyszło nic. Trzeba było ustalić priorytety i zająć się głównie nimi, a jednym z nich była naprawa cieknącego dachu w szopie. Próby łatania skończyły się niepowodzeniem, co i rusz powstawały nowe dziury. Doszło więc do nieplanowanej inwestycji - szopa dostała nowy, blaszany dach. Poza oczywistą korzyścią polegającą na zapewnieniu suchego stanu wnętrza szopy, liczę także na widoczną poprawę jakości spływającej z szopy deszczówki. Rozważam czy z tej okazji zamienić obecny przenośny płócienny zbiornik na wodę deszczową na stały tysiąclitrowy zbiornik IBC.

To, że szaro i ponuro nie zwalnia od prac, które trzeba wykonać. Jedną z nich było wykopanie topinamburów i ziemniaków z najstarszych grządek. Malutkie, bo zaledwie o wymiarach niespełna metr na metr, wypełnione niemal wyłącznie zrębkami, zaskoczyły obfitością i rozmiarami topinamburów. Z dwóch takich grządeczek zebrałem ponad 30 litrów bulw. Trzeba pamiętać o tym, że na grządkach tych w międzyczasie, wspólnie z topinamburami, rosły i groszki, i bób, i fasole, i po jednym małym krzaczku koktailowego pomidora, i pewnie jeszcze coś, o czym zapomniałem.

Fioletowe ziemniaczki są miłym dodatkiem, ich łodygi już dawno obumarły i zniknęły, znajduję je więc poniekąd przy okazji. Wybieram najładniejsze, układam w wiaderku z torfem i znoszę do piwnicy, mam nadzieję, że dobrze tam przezimują. Nie sadzę ich teraz, bo nie wiem jeszcze czy nie zmienię koncepcji. Mogę jak w poprzednich latach przenieść obramowanie grządki gdzie indziej i wypełnić świeżymi zrębkami, ale mogę też pozostawić je tu gdzie są jeszcze na rok. Trudno mi teraz zdecydować, czy powiększać areał ogrodu. Decyzję podejmę pewnie w końcu zimy, na razie zasilam grządki popiołem drzewnym, wyrównuję i przysypuję cienką warstwą zrębek, niech tak odpoczywają.

Po krótkim i mokrym dniu we wszystkich odcieniach szarości, gdy tak wcześnie zapada zmrok, trzeba odczarować Ostojowy spleen odrobiną słońca zaklętą w złocistym miąższu własnej dyni prosto z piekarnika. Ta jasność, kolor, zapach i smak, w połączeniu z ciepłem promieniującym od pieca, pozwalają rozgrzać skostniałe z lekka ciało i duszę. Rozweselić ale i przypomnieć, że jest czas rodzenia i czas umierania, a oba są częścią jednego cyklu przyrody, w którym zaistnieć muszą nieuchronnie oba te elementy, aby życie w całym swoim bogactwie mogło rozwijać się i toczyć dalej.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Migawki sierpniowe

Najpiękniejsze chwile w Ostoi to czas, gdy kończy się dzień. Słońce zachodzi za rzeczką, a człek, po całym dniu prac wszelakich, siedzi i gapi się z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku (wiem, wiem, w piętkę gonię i ciągle to powtarzam). Przyroda odpoczywa od skwaru, za wyjątkiem komarów, które wtedy właśnie potrafią urządzać sobie zawody w upierdliwości. Wkrótce nad łąkami krążyć zaczną nietoperze, w tym zapewne i te, które żyją za okiennicami domku, na pohybel komarom. Głosy dnia ustępują głosom nocy, a powierzchnię wody marszczą rybki, zbierając z niej pyszczkami upadłe owady. Wiele z tych rybek nosi niewdzięczną nazwę piekielnica, co z uwagi na ich zasługi w odkomarzaniu jest zupełnie niezasłużone.

Pogoda potrafi płatać figle i gdy w planach jest nocne oglądanie deszczów meteorytów z roju Perseid, musiało się właśnie zachmurzyć. W nadziei, że może w środku nocy lub nad ranem pogoda jednak się zmieni, ustawiam aparat wycelowany w niebo i padam w objęcia Morfeusza. Gdy budzę się rano, oczom moim ukazuje się taki widoczek - wielobarwne szlaki gwiazd wszelkiego autoramentu, układające się w subtelny, harmoniczny wzorzec. Kolejny dowód na to, że "a jednak się kręci". Są nawet trzy czy cztery meteoryty, w formie wyalienowanych z wzorca kresek. To doświadczenie trzeba będzie koniecznie powtórzyć przy różnych okazjach i przy lepszej pogodzie.

W "Kąciku Nowego Świata" grzecznie rosną sobie rośliny z obu Ameryk, tworząc ładną i zgraną polikulturę. Opóźniona w rozwoju kukurydza dopiero zaczyna doganiać jakony, dołem rosną fasolki, a nieco z boku dyniowate. W tle ściana z topinambura, tak zwanej żywności awaryjnej, gdyż nawet spod śniegu jego bulwy można wydobyć. Wszystko oczywiście w materacu różnorakiej ściółki, spodem z przewagą zrębki, górą głównie słomianej. Całość praktycznie niepodlewana, rośnie sobie samodzielnie.


Jeśli wpatrzymy się dobrze w gąszcz roślin, mignie nam tu i ówdzie śmieszna roślinka przypominająca truskawki na patyku - to komosa rózgowa, zwana też szpinakiem truskawkowym. Owoce rzeczywiście przypominają malutkie truskawki, a liście można spożywać jak szpinak, jednakże ani owoc nie jest zbyt smaczny, ani liści nie jest wiele. Główna zaleta tej rośliny to jej wygląd oraz możliwość wykorzystania mini-owoców do dekoracji potraw. Jest to roślina niewymagająca i łatwa w uprawie, mam nadzieję, że raz wysiana będzie się dalej samodzielnie mnożyć z czarnych i twardych nasion skrytych w mini-owocach.

Z pomidorami na dwoje babka wróżyła - te uprawiane w workach jeszcze nie dojrzewają, ale są "rycerzami bez skazy" - żadnych zniekształceń, chorób, odchyleń od normy, natomiast te uprawiane na kostkach słomy w połowie już zebrane, a część z nich niestety ucierpiała i wykazuje objawy suchej zgnilizny wierzchołkowej, czyli tak zwanego BER (Blossom End Rot). Nie jest to ani zjawisko masowe, ani nie niszczy całych owoców, jednakże uczy aby na przyszłość zadbać o większą dostępność wapnia i bardziej równomierne nawodnienie. Brak wapnia bowiem, lub problemy w jego przyswajaniu, w połączeniu z gwałtownymi zmianami dostępności wody, są głównymi przyczynami tej choroby. Na nic opryski z pokrzywy jak niektórzy radzą - trzeba raczej uciec się do dowolnej rozpuszczalnej soli wapnia, może to być na przykład jego chlorek, i w bardzo małym stężeniu podać roślinom. A na przyszły sezon, kostki słomy w ramach przygotowań solidnie potraktować dolomitem, lub może preparatem własnej roboty ze skorupek jaj, solidnie wcześniej w piekarniku wyprażonych.

To jednak, co w przyszłym sezonie wymaga całkowitej zmiany, to "rusztowania" po których pną się pomidory. Starałem się unikać masywnych konstrukcji, ale siatka typu szklarniowego, rekomendowana między innymi do ogórków, totalnie się nie sprawdziła. Zmuszony byłem wzmacniać całą konstrukcję przy użyciu linek, a przy pielęgnacji pomidorów siatka wielokrotnie wchodziła w paradę. Intensywnie więc zacznę poszukiwać lepszej metody na tymczasowe "rusztowania"na przyszły rok, ale póki co, raczę się tylko pomidorkiem prosto z krzaka, czego i Wam życzę, Drodzy Czytelnicy.






czwartek, 2 czerwca 2016

Amok


Druga połowa maja upłynęła w Ostoi pod hasłem "amok" - tyle pracy nie było tu jeszcze nigdy. Złożyły się na to głównie przygotowania do warsztatów permakultury oraz prace przy nowych grządkach, donicach i uprawie w kostkach słomy. Najmniej pracy pochłonęła eksperymentalna uprawa w workach - pomidorowo-bazyliowe duety w nich rosnące wydają się jak na razie być samowystarczalne. Jedyną czynność obsługową, uzupełnianie wody w wanienkach w których stoją worki, wykonały za mnie burze. I oby tak dalej, do chwili, gdy pomidorki i bazylia trafią na pizzę z własnego pieca. Oczywiście przesadzam, tak dobrze nie będzie, pomidory wymagać będą i podcinania, i podwiązywania, ale i tak podoba mi się ten pomysł i będę go rozwijał.

Tymczasem na grządkach coraz więcej zieleni, choć w porównaniu do Warszawy jesteśmy tu w naszym lesie o dwa-trzy tygodnie wegetacyjnie do tyłu. Pomimo to jednak, nawet w "grządce recyclingowej" zbudowanej wyłącznie z ramy po starym tapczanie i ze zrębki, mamy nad ziemią komplet obsady aktorskiej - topinambury, ziemniaki, bób i fasolę. Obawiałem się bardzo o losy tej grządki, bo miała stanowić warsztatowy przykład na to, że ogród można mieć bez mała wszędzie i z niczego, ale jednak mnie nie zawiodła. Z uwagą śledzić będę jej dalszy rozwój i już teraz ciekaw jestem plonów. Grządka ta stanowi jedynie przygotowanie terenu całkowicie jałowego pod przyszłe uprawy, w przyszłym roku wyglądać będzie zupełnie inaczej, niemniej jednak jeśli i w tym roku może dać jakiś plon, to dlaczego nie?

Pamiętacie donice o których wielokrotnie pisałem? W amoku zapomniałem o nich nieco i nie zebrałem rzodkiewek. Każda mała donica dała ich tyle, ile na zdjęciu, a trzeba pamiętać, że rzodkiewki to tylko jeden z czterech rządków w każdej donicy. Warsztatowi goście byli z lekka zdumieni gąszczem w donicach, a temu, jak takie donice samodzielnie budować poświęciliśmy kilka chwil również, i zbudowaliśmy jedną, w niecałe 10 minut. Kolejny dowód na to, że nawet na małym balkonie można mieć swoje warzywa.

Z opisywanych na tym blogu "atrakcji" największą furorę wzbudził oczywiście kolektor solarny z puszek, bo pogoda dopisała, i mieliśmy darmowe dodatkowe pięćdziesiąt stopni Celsiusza na wylocie kolektora, co chyba zaimponowało młodzieży. Starszych natomiast najbardziej chyba zadziwiły metody permakulturowego nawożenia gleby, od bokashi, przez gnojówkę z pokrzyw, po hodowlę własnych "efektywnych mikroorganizmów" czyli starą, poczciwą herbatkę kompostową. A gdy już osiadł kurz po warsztatach, trzeba było na gwałt wsadzać te rozsady, te wszystkie nieposadzone co to posadzić trzeba, te dostane, te, przysłane, te niechciane nawet, bo wstyd aby cokolwiek, co żywe i rośnie, nie znalazło swego domu w Ostoi. I tak to w amoku dobiegł końca maj. Oby czerwiec przyniósł trochę uspokojenia, bardzo go potrzeba.

czwartek, 14 maja 2015

Zaczęło się


W Ostoi, choć później niż w okolicy, to jednak wszystko rosnąć zaczyna jak na przysłowiowych drożdżach. Portulaka, która pozostawała zielona i smaczna nawet pod śniegiem, teraz wybujała w pędy kwiatowe - kwitnie pięknie ale i smakuje nadal wyśmienicie. Po raz kolejny, w tym roku jak i w poprzednim, z pod zrębki wychodzą pędy ziemniaków, posadzonych w dniu zbioru poprzednich, czyli w końcu września. Ta jednodniowa uprawa ziemniaków jest źródłem wielkiej satysfakcji bo udowadnia, ile zbędnej pracy człowiek potrafi sobie sam na własne plecy wziąć, a której przyroda tak naprawdę od niego nie wymaga. Jest duża szansa że w tym roku nie będzie już przymrozków które rok temu w maju lekko uszkodziły moje ziemniaki, tak więc perspektywy na obfity zbiór malują się w optymistycznych kolorach.

Do od dawna rosnącej cebuli dołączył właśnie pierwszy bób, również siany po zeszłorocznych zbiorach. Jesteśmy wielkimi fanami bobu, siejemy wiele odmian, również i dopiero teraz, w maju. Bioróżnorodność reprezentowana w tym przypadku bogactwem odmian, prowadzi jak zawsze do obfitości, gdyż dzięki temu bobem będziemy mogli cieszyć się dłużej, w miarę jak kolejne odmiany będą dojrzewać. Nie siejemy dużo, ot trochę dla samych siebie, w znacznej mierze już z własnych nasion. W tym roku po raz pierwszy też wysialiśmy bób na grządkach głęboko ściółkowanych słomą, zobaczymy jak będzie rósł w porównaniu do uprawy w zrębkach.



W minisadziku, gdzie w zeszłym roku posadziliśmy kolumnowe odmiany drzewek owocowych, pieknie wyrosła koniczyna biała. Poza pełnieniem roli rośliny okrywowej, wabiacej owady, wiążącej azot z powietrza, zmniejszającej parowanie, pełni ona rolę "żywej ściółki", slużącej do ścinania i pokrywania powierzchni w miejscu cięcia, w technice zwanej "chop and drop" czyli "zetnij i upuść". Koniczynę tą ścinam sierpem i upuszczam tam, gdzie stoję, w znaczący sposób zwiększy to żyzność gleby w nadchodzących miesiącach. Wśród koniczyny rosną inne rośliny uzytkowe, takie jak szczaw lioński, dziewanna, truskawki i wiele, wiele innych.

Wreszcie została obsadzona grządka warzyw wieloletnich. W przyszłości będą na niej rosły szparagi, topinambury, rabarbar i kilka innych gatunków, przeplatanych niewielkim dodatkiem roślin jednorocznych. Karpy, bulwy i kłącza trafiły pod bardzo grubą warstwę słomy, przez którą teraz się pracowicie przebijają młode pędy - pozostawimy je w spokoju na 2-3 lata. A póki co, na obrzeżach grządki rosną sobie tulipany, powoli wychodzą liście truskawek, a na pierwszym planie dumnie zieleni się świeżo wyhodowany imbir. Wykopiemy go na jesieni i zobaczymy jak smakuje wyhodowany w środku polskiego lasu egzotyczny korzeń.

Spirala ziołowa bardzo ładnie przetrwała zimę, wśród ocalałych z zeszłego roku rozmarynów, lawend i szałwi wyrosły sobie jakieś grzyby. Cieszy nas to bardzo, bo świadczy to o zdrowiu gleby i zachodzących w niej procesów. Na dole spirali odbijają mięty, lubczyki, tymianki i macierzanki, zdążyły już przekwitnąc krokusy, żonkile i narcyzy, a poziomki, ogóreczniki i rudbekie dopiero się budzą. Mamy nadzieję, że liczne gatunki zasiedlające spiralę zagęszczą się w tym roku i że z czasem osiągniemy taki stań, że z pomiedzy roślin nie będzie widać podłoża.

Eksperymentalnie hodujemy z pestek jabłonie - praktycznie nie ma pestki, z której nie zaczęłoby rosnąć drzewko. Nieprawdą jest, że wszystkie takie drzewka dadzą owoce niejadalne - to prawda, że prawie żadne drzewko nie będzie identyczne jak jego rodzice, ale owoce takich drzewek będą miały jakość od doskonałych do niejadalnych. Warto więc sadzić i eksperymentować, tym bardziej, że nawet owoc nic niewart smakowo dla ludzi, ciągle nadaje się dla zwierząt, lub do wytwarzania na przykład octu jabłkowego.

Jak widać w Ostoi zaczęlo dziać się tyle, że trudno wszystko w krótkim wpisie zawrzeć. Poza pracami umownie mówiąc ogrodniczymi, jest całe wielkie spektrum innych tematów, o których można by pisać, ale tak naprawdę to nie ma kiedy. W nielicznych wolnych chwilach  staramy się cieszyć pięknem przyrody, głosami ptaków i serenadami żab, zapachami lasu, rzeki i łąki, które tu zwiemy eliksirami, a od czasu do czasu sauną, w której u nas dominuje zapach drewna brzozowego i własnych ziół, ze szczególnym uwzględnieniem piołunu, który staramy się zawsze mieć rosnący na podorędziu. Zaczęło się życie w Ostoi takie, jakie najbardziej lubimy, i jak się zapewne domyślacie, cieszy nas to niepomiernie!

poniedziałek, 29 września 2014

Budowa komórkowa

Kawałek po kawałku przekształcam podwórko Ostoi w obszar uprawny. Przypomina to wzrost jakiegoś dziwnego organizmu, komórka po komórce, poprzez pączkowanie.
W ostatni weekend wypączkował kolejny ogródek. Od wiosny pod warstwą kartonu i zrębki, obsianej koniczyną i łubinem, dogorywała trawa, a teraz przestrzeń przeznaczoną na grządki pokryłem cienką warstwą starego obornika. Na obornik poszła kilkucentymetrowa warstwa ziemi ogrodowej. Całość doprawiłem odrobiną mączki bazaltowej i popiołem z drewna liściastego.
Gotową bez mała grządkę przykryła gruba warstwa słomy i w takim stanie grządka będzie "dojrzewać" do wiosny.
A wiosną trafią na nią ziemniaki i bób oraz inne rośliny motylkowe. Pod samym płotem znajdzie się rząd topinamburów - wieloletnia osłona przed ciekawskim spojrzeniem, i pożywienie na sytuacje awaryjne.
Grządka, choć sie nieco wije,  jest superergonomiczna - wszędzie łatwo sięgnąć (szerokość 120 cm), a długość ściezki jest ograniczona do minimum. Zapowiada się całkiem nieźle, a jak się sprawdziła, to napiszę za rok.
A za płotem, dosłownie centymetr za nim, dziki ryją jak oszalałe. Trzydzieści metrów od rozszczekanych psów, za płotem sąsiednim. Ryją w mojej stercie zrębek, ryją w czystym niemal piachu, szukają robaków i pędraków. Póki co nie ryją pod drzewkami posmarowanymi tzw. sosem z kości. Czyżby on rzeczywiście działał?
Bobry ścięły ogromną brzozę, tym razem u sąsiadów. Spryciule zrobiły to tak, że wpadła czubkiem tuż przy samym wejściu do ich nory. Zadziwiająca precyzja, pozazdroszczenia godna.
W październiku budowy komórkowej ciąg dalszy - trzy małe ogródeczki w metodzie Square Foot Garden zastąpi jedna większa grządka. I tak, krok po kroku, areał uprawny rośnie.  A to coś, na wyrost ochrzczone trawnikiem, maleje. I mówi do nas "maluczko, a mnie nie ujrzycie ...".