poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Szok i niedowierzanie

 Po dniach w podróży przeplatanych dniami w mieście, Ostoja doczekała się wreszcie swojej kolejki. Wpadłem na trzydniówkę. Nie sam, z ponad półtorej setki drzewek i krzewów motylkowych, oraz innych wiążących azot z powietrza. Karagana syberyjska, moszenki południowe, oliwnik, rokitnik i robinia, wszystko czekające, by pójść do piachu. Dosłownie, nie w przenośni. Jesień, zima i wiosna do tej pory są nadzwyczaj suche, to i piaski Ostoi przypominają więc nieco piaski pustyni. Nowe nasadzenia będą musiały mocno się starać, aby przeżyć, pomimo mojej doraźnej pomocy. Jeżeli nic się nie zmieni, jeśli nie zacznie solidnie padać, zapowiada się bardzo trudny hydrologicznie rok.

Kontynuuję próby obsadzenia roślinnością suchej, erodującej, południowej skarpy, gdzie jak w piosence Bajmu, "tylko piach, suchy piach". Tym razem chcę spróbować techniki "rybiej łuski", która pozwala gromadzić wodę gdy pada, na okres suszy. Woda spływająca ze stoku ma się zatrzymać w piaszczystym półksiężycu, wsiąknąć w wał i być dostępną dla korzeni, gdy wokół wszystko wyschnie. Pora na praktyczne zastosowanie technik pustynnych chyba właśnie nadeszła. Jeżeli w kwietniu gleba jest sucha na głębokość szpadla, to wiedz, że coś jest nie tak.

Dziesięć litrów wody wlane do półksiężyca znika w przeciągu minuty. Równie dobrze można by gospodarować na plaży na Helu. Czy to jednak powód, aby się poddać? Raczej nie, jeśli mnie się tu uda, uda się każdemu. Według długoterminowych prognoz pogody najbliższy skromny deszcz ma spaść za tydzień. Opady na poziomie 0.1 mm nie są w stanie nawet wsiąknąć w hydrofobowy (nieprzepuszczający wody) piasek. Dzięki półksiężycom spływająca po skarpie woda ma szanse zatrzymać się i wsiąknąć. Z utęsknieniem czekać będę na deszcz, aby zobaczyć to w praktyce.

Rokitnik już w piachu. Zeszłoroczne liście jako magazyn organicznej materii na dno dołka, na to dwie warstwy kartonu, sporo wody, ale tylko teraz, przy sadzeniu. Na to warstwa zrębek do wewnątrz półksiężyca i stara słoma na zewnątrz. Kolejne rybie łuski będą wypełniać przestrzenie pomiędzy dziś zrobionymi, jeżeli padać będzie na tyle solidnie, że woda z półksiężyców zacznie się przelewać, zbierać ją będą położone niżej "wykopaliska".


Efekt końcowy jest fajny, ale czy zadziała? Przekonamy się za kilka miesięcy. Tymczasem, już następnego poranka przekonałem się, że włóczące się po okolicy wiejskie Burki rozgrzebały ściółkę słomianą znacząco. I co, walczyć z tym? Grodzić się? Siedzieć za drutami we własnoręcznie stworzonym więzieniu? Jeszcze spróbuję się przed tym bronić ... choć zwykle innym doradzam, aby od tego zaczynali ... No ale, nie każdy przecież graniczy z rezerwatem ... W nagrodę, trzy daniele weszły niemal na podwórko - małe, ale urocze stadko.

Zdecydowana większość roślin trafia na północną stronę Zapłotka, czyli ogródka poza podwórkiem. Chcę mieć tam pas chroniący od wiatrów, blokujący napór sosen i dodający żyzności. Plusem będą plony jadalnych owoców, na przykład z rokitników. Te, które sadziłem w poprzednich latach jeszcze nie owocują. Jeśli się jednak uwzględni, że uznawana powszechnie za gatunek inwazyjny czeremcha amerykańska zaowocowała w Ostoi w wieku 10+, nie należy tracić nadziei, ani spieszyć się tym bardziej. Sadzę gęsto, zdając sobie sprawę, że jeśli połowa się przyjmie, to będzie sukces. Powinienem to robić zeszłej jesieni, ale niestety tradycyjny okres sadzenia przeleciał mi koło nosa. Próbuję teraz, jak to się mówi "rzutem na taśmę", nadrobić. Półtora dnia pracy i wiadra puste, grzbiet i dłonie przypominają o swej obecności, ale za to do jesieni mam spokój z tego typu pracami.

Miałem się następnie zająć stolarką, ale brak wody w glebie zmienił moje plany. "Parszywa Dwunastka", czyli nowe grządki przeschły w czasie mojej nieobecności do szczętu. Ponieważ nieuchronnie zbliża się czas, kiedy trafią na nie rośliny, postanowiłem założyć nawadnianie. W Ostoi do tej pory testowałem taśmy, węże zraszające i linie kroplujące, teraz przyszła pora na kroplospływy. Pozwalają one podać wodę bardzo precyzyjnie, dokładnie w miejsce, w które chcemy, bez ograniczeń stałym dystansem między kroplownikami. Nieco ponad sto rurek, dziesiątki złączek i spędzony na słoneczku dzień zaowocował udaną próba - kroplospływy działają prawidłowo, a rośliny ocenią, czy im to odpowiada. Fajne jest to, że krople trafiają do ziemi tak głęboko, jak głęboko umieści się "lancę" kroplospływu, woda nie paruje więc tak szybko, gdyż trafia od razu kilka(naście) centymetrów wgłąb.

Rzutem na taśmę, sadzę kilka testowych roślin i sieję nieco nasion, aby sprawdzić, jak zachowują się grządki, zanim posadzę na nich rośliny ciepłolubne w drugiej połowie maja. Nie chce mi się wierzyć, jak szybko te grządki obeschły, z drugiej strony doskonale wiem, że wynoszenie grządek ma sens tylko tam, gdzie solidnie pada. Po dwóch suchych latach i trzecim roku zaczynającym się jak opowieść z cyklu "sorry, taki mamy klimat" zaczynam się skłaniać ku bardziej efektywnym strategiom użycia wody, ale spróbuję jeszcze powalczyć z tymi grządkami, wszak sezon na dobre się jeszcze nie zaczął i może wreszcie spadnie deszcz ...


Czy nie ma tu jednakże niekonsekwencji? Wszak jedną z podstawowych strategii oszczędzania wody jest zmniejszanie jej parowania poprzez ściółkowanie, a jak uważni czytelnicy wiedzą, w Ostoi wszystko też ściółką stoi? Szok i niedowierzanie - grządki łyse jak po depilacji. W tym szaleństwie jest jednak metoda - brak ściółki i wzruszony (nie pełen uczuć, ale przekopany) grunt to sygnał dla chwastów wszelkiej maści do kiełkowania (dlatego działkowicze walczą z chwastami latami). Chcę aby "wszystko" teraz właśnie wykiełkowało, aby usunąć niepożądane roślinki gdy są bardzo młode i świetnie widoczne. Ściółkowanie rozpocznę natychmiast po obsadzeniu grządek, w końcu maja tych grządek nie poznacie. Przy okazji, na tych grządkach idealnie widać, jak ze wszech stron atakuje las - co rano, na gładkim dywaniku kompostu na powierzchni grządki znajduję nasiona sosen, które wiatr raczył przynieść zza płotu. I jak pisał w powieści "Wielki las" nieodżałowany Zbigniew Nienacki, "Pojął Horst Sobota, że człowiek jest niczym wobec mocy leśnych i że on sam, choć jeszcze nie stracił domu - kiedyś przegra z lasem nieodwołalnie. Ponieważ człowiek żyje krótko, a las jest wieczny. ", tak i ja sądzę, że nie będzie nas, będzie las.


 Aby wnieść nutkę optymizmu do tego wpisu donoszę, że żonkile i szafirki nie zawiodły. Po przekwitłych już krokusach teraz one cieszą oko, rozrzucone po krawędziach ścieżek. Na spirali ziołowej widać rozmaryn i szałwię w dobrej kondycji, zima więc im nie zaszkodziła. Spirala coraz mocniej zarasta i znów mam dylemat, czy interweniować. Po ubiegłym "roku bluszczyka kurdybanka" nadszedł rok krwawnika, który usiłuje zdominować spiralę. Na pewno będę musiał wreszcie się wziąć za trawy, bo tych na spirali nie chcę, a ich przybywa.

Pod lipą, od północy, czyli w ciągłym cieniu, niebieszczą się dumnie syberyjskie cebulice, a towarzyszy im kokorycz, narcyzy i barwinki. Tulipany do zakwitnięcia potrzebują jeszcze nieco czasu, ale niedużo. Jest ładnie, ale nienachalnie ładnie. Taki to już urok nieposiadania rabat roślin ozdobnych, a raczej wplatania ich bezładnie w inne nasadzenia. Wszystkie wiklinowe płotki ozdabiające Ostoję uległy samoczynnej biodegradacji, czyli mówiąc po ludzku, rozpadły się. Gdybym miał wierzbę lub wiklinę, pokusiłbym się o zrobienie nowych, a tak mam dylemat - kupić nowe, czy nie? Wymiana płotków co 4 lata mi się nie uśmiecha, zastanowię się nad czymś trwalszym. Wszędzie, gdzie to możliwe staram się mieć "miękką krawędź", czyli granicę wyznaczoną przez rośliny (temu służą między innymi obwódki z żonkili", ale gdzieniegdzie element nieożywiony też cieszy oko.

Kilka dni temu w południowym krańcu Polski podziwiałem kwitnące dosłownie niemal wszystko. Dziś w Ostoi podziwiam pierwszą i jedyną śliwkę, która chwali się przed światem swymi delikatnymi płatkami. Jagody kamczackie oczywiście również kwitną - obficie, ale nie tak spektakularnie. One zawsze pierwsze zaczynają sezon i coraz lepiej owocują. Cieszy mnie bardzo obecność bardzo dużej liczby murarek, skaczących z kwiatka na kwiatek, jest też nieco trzmieli i pszczół miodnych. Żurawie drą dzioby zapamiętale, a wielkie gołębie grzywacze grzebią przy gnieździe wśród młodych sosen.  Pierwszy zaskroniec uciekł przed strumieniem wody z węża skierowanym pod kwitnące karagany. Pewnie nie pamięta, żeby ktoś go kiedyś oblał przed Lanym Poniedziałkiem, jak i ja nie pamiętam, żebym kiedykolwiek o tej porze roku musiał podlewać ogród.

6 komentarzy:

  1. Też zrobiłam taką "rybią łuskę", sadząc jabłonkę na granicy górki :) u nas też nie pada za wiele (jutro ma być deszcz ze śniegiem!) ale ziemia nie jest bardzo sucha. Gdybym miała gdzieś piach, chyba skusiłabym się na szparagi ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie też trochę martwi ten brak deszczu, w okolicach Wrocławia dwa dni temu popadało troszkę, a długoterminowa prognoza pokazuje, że następny deszcz za 10 dni i to przy 18-19 stopniach, nie wiem czemu czuję, że ten deszcz wyparuje, zanim dosięgnie ziemi...
    Miałam plan "hartować" korzenie takich roślin jak pomidory czy papryki tak, żeby sięgały głębiej, a nie tylko przy powierzchni (podlewać jeszcze rzadziej i obficiej albo wcale nie podlewać). Nie jestem jednak pewna czy ta strategia się sprawdzi, jeśli na ok. 40-50 cm jest już po prostu sucho, a wilgoć dosięga i gromadzi się dzięki ściółce właśnie na pierwszych 10-20 cm (taka była moja obserwacja w ubiegłym sezonie).

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam pytanie, czy to nawadnianie trzeba ręcznie odkręcać, czy też jest jakiś zegar, który sam tym steruje? Rozumiem, że woda pochodzi ze zbiorników, o których Pan kiedyś pisał. Czy do tego potrzebny jest prąd? Na działce niestety nie mamy prądu i zastanawiam się jak to rozwiązać. A drugie pytanie dotyczy sposobu nawadniania: czy najtańsza linia kroplująca zdaje egzamin? I jaki system był wg. Pana najlepszy po testach?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Używam sterownika nawadniania, który jest na baterie. Korzystam z wielu źródeł wody, w zależności od sytuacji, i z różnych systemów nawadniania, nie ma jednego idealnego. Każdy system nawadniania wymaga ciśnienia wody, a jeśli nie ma prądu, to jedyne wyjście to podnieść zbiornik z wodą wyżej, aby wytworzyć ciśnienie grawitacyjnie. W takiej sytuacji trzeba sprawdzać parametry linii kroplującej i dobrać taką, która działa przy najmniejszym ciśnieniu. Zawsze można też rozważyć zasilenie małej pompki z akumulatora ładowanego panelem słonecznym.

      Usuń
  4. Super, dziękuję za odpowiedź.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń