Tegoroczny luty w Ostoi był bardzo zimowy, najbardziej zimowy od 13 lat. Temperatura na podwórku spadła do minus 27 stopni pewnej lutowej nocy, miałem więc pewne obawy co do zimowli moich pszczół. Gdy się jednak ociepliło, oczom naszym ukazał się taki widok:
Pszczoły przetrwały zimę dobrze i w ulach jest jeszcze dużo pokarmu. Teraz wszystko zależy od tego, jak zachowa się przyroda i jaka będzie pogoda w nadchodzącym sezonie. Ostatnie lata były ekstremalnie trudne dla pszczół - dwa główne pożytki były dla nich praktycznie niedostępne: robinia wymarzała, lipa wysychała. Jak będzie w tym roku, zobaczymy.
Staw zamarzł solidnie, jak to mówią, można by po nim jeździć czołgiem. Mnie to umożliwiło wygodne zajęcie się olchami, które uprawiam na brzegach stawu. Ponieważ rosną miejscami na dosyć stromych brzegach, dużo wygodniej jest pracować z lodowej tafli, która też ułatwia transport wszystkiego, co zostaje ścięte. Lód zwykle budzi obawy o dostępność tlenu dla ryb, które spędzają pod nim zimę, szczególnie gdy się słucha znajomych opowiadających o tym, jak im ryby w stawach sną z powodu przyduchy. W Ostoi ten temat, odpukać, do tej pory nie istniał, nigdy nie zdarzyło się, by zima rybom zaszkodziła. Jak to możliwe? Po pierwsze, staw jest zaprojektowany tak, by ryby miały rozległe, głębokie miejsce do zimowania, po drugie w stawie nie ma gatunków ryb o wysokich wymaganiach tlenowych, są tylko takie, które świetnie zimują w okolicznych starorzeczach. Mam więc nadzieję, że gdy zejdzie lód, nie zobaczę w stawie tego, co znajomi.Moja olchowa uprawa nabrała uporządkowanego wyglądu po zimowych porządkach, olchy te uprawiane są "na słupki". Gdy osiągną odpowiednią grubość, zostaną ścięte tak, by mogły odrastać z karpy. Powstanie mini plantacja odroślowa - źródło rzeczonych słupków, palików, podpórek i tym podobnych elementów, potrzebnych w każdym siedlisku. Wszystkie ścięte gałązki stanowią ściółkę, pnie natomiast zmuszony jestem zabezpieczać siatką przed żarłocznością bobrów, które tej zimy są nadzwyczaj aktywne, ale na szczęście nie w moim stawie. "Zintegrowana strategia radzenia sobie z bobrami" przyniosła chyba efekt, bobry widząc, że niemal wszystko warte wysiłku zostało osiatkowane, przeniosły się ze swoją aktywnością tam, gdzie ich miejsce, czyli do nadrzecznego rezerwatu. W tych rzadkich chwilach, gdy jest czas na krótki spacer, odwiedzam je po sąsiedzku i podziwiam ich dzieła.

Wziąwszy pod uwagę, że całość materiały na tą tamę została przetransportowana z lasku odległego o dobre kilkaset metrów, jak tu nie podziwiać tych małych zakapiorów?
Marzec ociąga się w tym roku srodze, dopiero w drugiej połowie miesiąca zakwitły pierwsze krokusy. Nie ma na dzień dzisiejszy niemal wcale pokrzywy, a może to ja nie bardzo mam czas jej szukać. W każdym razie tam, gdzie być powinna na podwórku, pod ręką, jeszcze jej nie ma. Dziś wyszły z ziemi pierwsze zielone czubki liliowców, ale tylko w leśnym ogrodzie nad stawem. Zasadniczo, nie dość że jest nie za ciepło, to jeszcze jest koszmarnie sucho jak na marzec. W zasadzie w ogóle nie ma opadów, a oczywiście, po śniegu od dawna ani śladu...
Marzec ociąga się w tym roku srodze, dopiero w drugiej połowie miesiąca zakwitły pierwsze krokusy. Nie ma na dzień dzisiejszy niemal wcale pokrzywy, a może to ja nie bardzo mam czas jej szukać. W każdym razie tam, gdzie być powinna na podwórku, pod ręką, jeszcze jej nie ma. Dziś wyszły z ziemi pierwsze zielone czubki liliowców, ale tylko w leśnym ogrodzie nad stawem. Zasadniczo, nie dość że jest nie za ciepło, to jeszcze jest koszmarnie sucho jak na marzec. W zasadzie w ogóle nie ma opadów, a oczywiście, po śniegu od dawna ani śladu...
Przez trzy kolejne tygodnie usiłowałem uprzątnąć kostki słomy, w których uprawiałem przez dwa lata warzywa. Niestety. były wciąż tak przymarznięte do ziemi, że nie sposób było oderwać je w całości. Dziś wreszcie się udało, aczkolwiek nadal w każdej z kostek, we wnętrzu, tkwi spora bryła lodu. Wszystkie kostki wyniosłem poza podwórko, by zużyć je tam jako ściółkę. W miejscu gdzie stały natomiast... ziemia zmieniła się diametralnie. No przesadzam nieco, tylko jej wierzchnia warstwa, ale za to jak! Z piaseczku jak na plaży na Helu, miejscami niemal w czarnoziem. Niestety, zwiedziały się o tym pobliskie drzewa i cały ten obszar jest dosłownie przerośnięty ich korzeniami. Nie chcąc wojować z drzewami, kolejne kostki postawię na grubej warstwie kartonu, będzie to chronić kostki przed "inwazją drzew" przez jakieś trzy miesiące. Później, myślę że dadzą sobie radę z kartonem, wspomagane z góry przez warzywa rosnące na kostkach. Nie mam jednak za bardzo innego miejsca na tą uprawę, a nie chcę z niej rezygnować.
Jak co roku, ściółka ze starych kostek trafiła na Zapłotek, ale w tym roku także trafiła do Mai. Maja to była jedyna grządka, jedyne miejsce w siedlisku, które nie miało nazwy. Utworzyłem tą grządkę w kwietniu zeszłego roku, w lesie, w szczerym piachu. Zapomniałem nazwać. Grządka spisała się dobrze, dała ładny plon ziemniaków, pomidorów, cukinii. Zawiodła w kwestii kukurydzy, ale ta w sumie w zeszłym roku przez upały i suszę zawiodła niemal wszędzie. Dziś odświeżyłem grządkę po zeszłym sezonie i po zimie. Przykryłem ją cienko słomą, przeciągnąłem grabiami po ścieżce i to koniec porządków. Teraz, gdy tylko zakwitnie mniszek lekarski, posadzę tu ziemniaki. W końcu maja dodam inne warzywa. A co z tą Mają? Myśląc o nazwie, wpadł mi do głowy wers "Tą grządkę, którą tu widzicie, zowią Mają", no i przez moment był to tylko żart, ale teraz... niech już ta grządka nazywa się Maja.
Ostatnie poważne wczesnowiosenne zadanie, z którym się jeszcze nie uporałem, to napełnienie grządek Stalowej Ósemki. Ile bym do nich nie wsypał, wszystko mało. No cóż, widziały gały co brały, to jedno, ale drugie, to przykra prawda, że wszelkie podłoża nasypane i nieubite, niezwykle szybko osiadają. Oczywiście, w grządkach w obecnym stanie można by już sadzić, ale wolę napełnić je poprawnie teraz i mieć spokój przez cały sezon, niż interweniować w trakcie. Myślę, że grządki te z powodzeniem przyjęłyby jeszcze ze dwa metry sześcienne kompostu, ale dam im już tylko ostatnią dawkę, po 150 litrów na grządkę, czyli nieco ponad metr w sumie. Później trzeba się brać za montaż treliaży przy północnej ścianie każdej z grządek, to też będzie wymagało nieco czasu, bo swoim zwyczajem, będę chciał przetestować nowe, nieco inne niż poprzednio rozwiązanie, ale o tym już kiedy indziej.








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz