W tym roku wszystko w Ostoi toczy się jakby w spowolnionym tempie. Wegetacja jest opóźniona o dobre dwa tygodnie w porównaniu do nie tak przecież dalekiej Warszawy. Susza, jakiej jeszcze nie było, ale zapowiadana tu wielokrotnie i przewidywana, nie pomaga również. Oczywiście, cały czas są jakieś plony - od marcowych szczypiorków, i roszponek, dzikich pokrzyw i chmielów, poprzez kwietniowe rzodkiewki i podagryczniki, po majowe brokuły sałatkowe, czosnki niedźwiedzie i sałaty. Nie jest jednak łatwo i jak kraczę od lat - łatwiej nie będzie. Poziom wód gruntowych jest niższy o metr niż rok temu i nie widzę żadnych znaków na niebie i na ziemi, które by wskazywały, że ta sytuacja zmieni się na lepsze. Przeciwnie - myślę, że z każdym kolejnym rokiem będzie coraz gorzej i że wkrótce zostaniemy wszyscy ogrodnikami klimatu suchego. Warto więc myśleć o tym już teraz, by za jakiś czas mieć co jeść.
Deszcz tej wiosny jest wielką rzadkością. Ziemia jest sucha jak popiół. Za mojej bytności w Ostoi przez dwa miesiące padało raz, byle jak, kwadrans. Staw, który zwykle był pełen wody w kwietniu po brzegi, ma poziom typowy dla czerwca, o niemal metr niższy. Całe szczęście, że grzybienie białe, które w czasie zeszłorocznej suszy rosły na lądzie, teraz są pod wodą, czyli przeżyły. Patrząc na to wszystko z rozrzewnieniem wspomina człowiek zimne wiosny, kiedy to dwa tygodnie padało i towarzyszył temu ogłuszający rechot żab. Teraz nie ma żab. Nie słyszałem ani jednej w tym roku.Jest za to bogactwo gadów. Do Ostoi przybyły gniewosze plamiste, wcześniej tu nie widziane. W dni słoneczne, od wczesnego popołudnia, nie jest żadną sensacją spotkać na podwórku żmije, zazwyczaj kilka razy dziennie. Jest multum jaszczurek i padalców, a wszystko to znowu potwierdza, że powoli, ale nieubłaganie, idziemy w kierunku klimatu suchego. Zajrzyjcie do dawniejszych wpisów tutaj, a przekonacie się, że o tej orze roku zawsze pisałem tu o wężach wodnych - zaskrońcach. Dziś te wodne to wyłącznie te do podlewania.Profilaktycznie, jak tylko mogę, grubiej wszystko ściółkuję. Chcę ograniczyć straty wody do minimum. W najnowszym ogródku o wdzięcznej nazwie "Maja" dodałem zrębki na ścieżki, dzięki czemu szczery piach na którym znajduje się ten ogródek nie będzie tak szybko obsychał. Na same grządki dołożyłem słomy ze starych kostek i zacząłem sadzić pierwsze rośliny. Dominować tu będą w tym roku ziemniaki z dodatkiem dyń, przy czym w łuku po lewej posadziłem rozsadę ziemniaków z nasion, a po prawej sadzeniaki. Pośrodku chcę mieć tzw. Survivors, czyli pomidory z nasion zeszłorocznych, zebranych z roślin które przetrwały cały sezon i nie zmogła ich żadna zaraza, ziemniaczana w szczególności.
Zacząłem powoli przygotowywać kostki słomy do uprawy, ale jestem pełen obaw, czy w obliczu suszy jest to mądre. Normalnie, deszcze moczyły mi kostki i mogłem zacząć przygotowania bez lania wody, w tym roku są one suche jak przysłowiowy pieprz. A kostka musi być mokra, żeby zaczęła się w środku kompostować. Musi się zacząć w środku kompostować, by można było w niej sadzić rośliny. Czy uda się to osiągnąć do końca maja? Myślę, że tak, ale nie obejdzie się bez lania wody. No a później, w sezonie? Czy podlewanie nie częściej niż raz w tygodniu wystarczy? Jak to mówią - jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz. Robię więc swoje, jak zwykle i - pożyjemy, zobaczymy.
Jedno, co napawa optymizmem, to z wolna pokazujący się dziki ryż i to nie tylko w mojej od lat plonującej kastrze, ale także w nowych nasadzeniach, wykonanych w tzw. chińskich wazach na jesieni. Pokazuje to, że wystarczy wrzucić do wypełnionego błotem i dopełnionego wodą po brzegi pojemnika świeże nasiona ryżu z własnego krzaczka, a w kolejnym roku rozpocznie swój żywot kolejna mikro plantacja. Jeśli nie w opadającym wciąż stawie, to może właśnie w pojemnikach, basenikach i tym podobnych zbiornikach, tuż przy domu, uda się wyhodować dość ryżu dla całej rodziny? Jestem przekonany, że jest to jak najbardziej możliwe - to tylko kwestia powierzchni pojemników i bardzo ważnej regularności zbiorów. Dziki ryż też się nie spieszy - codziennie, w każdym kłosie dojrzewa kilka nasion i jeśli się ich nie zbierze, wpadną do wody i będą stracone. Idealna roślina, by uczyć ludzi permakulturowej zasady, że najlepsze są małe i powolne rozwiązania.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz