Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biomasa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biomasa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 lipca 2018

Co piszczy w słomie

W Ostoi obowiązuje jedna zasada - pracuję z tym, co jest, wykorzystuję wszystko, do czego mam dostęp. Żaden surowiec nie jest problemem, każdy stanowi potencjalny materiał do wykorzystania. Jedynie uprzedzenia, obawy i brak wyobraźni sprawiają, że pożytków z posiadania surowca możemy nie dostrzec. Mam na myśli głównie surowce organiczne, z których najważniejszymi tu w Ostoi są słoma, siano i zrębki.

Niejednokrotnie spotykam się z opinią, że słoma jest niezwykle ryzykownym materiałem z uwagi na pestycydy. Bardzo wiele osób poszukuje słomy z upraw ekologicznych, a często nie znajdując takowej, rezygnują w ogóle z jej stosowania. Myślę, że ostrożność jest wskazana, ale nie powinna być za daleko posunięta.

Ostoja w części słomą stoi - wykorzystuję ją do ściółkowania grządek mających formę wałów, do wież ziemniaczanych i wreszcie do uprawy w kostkach. Słomę mam nieekologiczną, ale kupowaną konsekwentnie z tego samego źródła od lat i początkowo testowaną przed masowym zastosowaniem - dlatego nie mam obaw, że przywlokę sobie z nią groźne pestycydy. Wierzę również, że słoma odpowiednio przygotowana - nawieziona i nawilżona, gdzie kwitnie bogate życie bakteryjno-grzybowe, bardzo szybko zostaje oczyszczona ze wszystkich szkodliwych substancji, właśnie przez te mikroorganizmy, które ją skolonizowały. Dlatego też w przypadku niepewnego źródła zróbmy test - posadźmy w próbce dobrze nawilżonej słomy sadzonkę lub wysiejmy nasiona. Jeśli słoma jest skażona, szybko się o tym dowiemy.

W kostkach słomy uprawiać można niemal wszystkie rośliny, ja sadzę w niej głównie pomidory, dynie i ogórki, okazyjnie również melony i jako rośliny towarzyszące fasole i zioła - głównie bazylię. 

Uprawa pomidorów w słomianych kostkach jest niezwykle wygodna i efektywna. W zależności od odmiany można pomieścić na jednej kostce dwie lub trzy rośliny. Zdecydowanie preferuję odmiany o wzroście ciągłym, owocują one bowiem do późnego lata, a nawet wczesnej jesieni. Wymagają one jednakże podpór i pielęgnacji pędów, czyli usuwania nadmiaru rozgałęzień zwanych "wilkami". Nic tak jednak nie nagradza, jak pnące się ponad głowę pędy obwieszone albo gronami małych koktajlowych owoców, albo mniej licznymi, ale za to dużo większymi, pomidorami.

Wierni czytelnicy bloga wiedzą wszystko o moich zmaganiach z wieżami ziemniaczanymi i o niezbyt spektakularnych efektach tej metody uprawy, choć i tak porównywalnymi z uprawą polową. Do "wieży pełnej ziemniaków" jest jednakże jeszcze daleko, wierzę jednak głęboko, że się takowej w Ostoi dochowam. Dla ścisłości, nie chodzi o wieżę wypełnioną podłożem na początku sezonu, z sadzeniakami umieszczonymi na różnych poziomach - to (choć oczywiście całkiem dozwolone) "oszustwo". Chodzi o wieżę, w której na poziomie ziemi umieszcza się 2-3 sadzeniaki, przez cały sezon dokłada podłożę i ściółkę w miarę wzrostu roślin, aż wieża wypełni się po brzegi. Moje tegoroczne wieże właśnie się wypełniły - urosły o ponad metr, a łodygi ziemniaków wznoszą się w niebo o niemal kolejny. Czy doczekam się plonu na całej wieży wysokości? O tym dowiemy się za kilka tygodni. 

Z kronikarskiego obowiązku wspomnę o grządce sałatowej, która po siódmej już turze zbiorów, nadal produkuje. Zaczynają się pojawiać nuty goryczy w liściach dłużej niezbieranych, ale wszystkie one są jeszcze w zupełności jadalne. Nie ma śladów tendencji do kwitnienia, a grządeczka produkuje dokładnie tyle, ile potrzebujemy. Z innej grządki dokładam jedynie rukolę. Obcinam więc po raz kolejny dolne liście wszystkim sałatom, tym razem goląc "na jeża" - pozostawiam jedynie najmniejsze listeczki w nadziei, że przedłuży to ponownie życie sałat i że uda mi się, kto wie, dotrwać do dziesięciu zbiorów? 

Wracając do słomy, mam nadzieję, że przyjdzie taki dzień, że w Ostoi nie będzie ona potrzebna. Że produkcja własnej biomasy i ściółki będzie tak duża, że "import" słomy ustanie. Albowiem dwa są znaki widome, że permakulturę robisz dobrze - pierwszy to taki, że przybywa gleby, a drugi taki, że masz tyle własnej biomasy, iż nie musisz żadnej sprowadzać spoza własnych domowych pieleszy.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Gdyby

 W niedzielne popołudnie deszcz zlał wreszcie Ostoję solidnie, padało kilka godzin. Mokre krzewy pomidorów zaczęły się giąć pod ciężarem wody i mokrych owoców, zaistniała więc potrzeba pilnej interwencji. W jej efekcie do kuchni trafiły pomidory odmiany Rosyjski Gigant Novikova 32, starej odmiany którą w tym roku pierwszy raz testuję. Pomidory zachwycają nie tylko smakiem, ale i rozmiarami, o czym świadczą wskazania wagi - największy osobnik ważył 639 gram, a inne niewiele mu ustępowały, To wszystko oczywiście bez żadnych nawozów sztucznych czy chemicznych środków ochrony roślin, no i przy bardzo ograniczonej opiece nad roślinkami. Przyznacie że niezły wynik, a gdyby nie ten deszcz, to kto wie, może udałoby się dobić do tych 700 gram, o których piszą, że stanowią szczyt możliwości tej odmiany.

W zakątkach podwórka, w grządkach, brzózkach i krzaczkach, jak grzyby po deszczu wyrastają ... grzyby oczywiście. Są absolutne wszędzie i mam uzasadnione podejrzenia, że jest to efekt stałego zagospodarowywania grzybowych odpadków przez ostatnie lata. Nie tylko resztki i robaczywe grzyby trafiają do gleby, ale nawet i woda po grzybów płukaniu, która też na pewno zawiera miliardy grzybowych zarodników. Ostatnio nawet rozdrabniam resztki w wiadrze z wodą, aby "zasięg rażenia" zarodników był większy. A gdyby tak jeszcze ściółki mieć więcej, a nie tylko ten piach Ostojowy, byłby grzybowy raj. Choć i obecnie nie można narzekać.

Tradycyjnie już zbieram co urosło, dokładnie tyle, ile ja i goście zjedzą. Gdyby czegoś zabrakło, to świeża dostawa czeka w odległości najwyżej trzydziestu kroków od kuchni. Dużym minusem jest brak produkcji zwierzęcej czy choćby jajek, ale dopóki w Ostoi nikt nie mieszka na stałe, nie jest to możliwe. Potencjał w tym zakresie jest, króliki i drób mogłyby z powodzeniem w Ostoi zamieszkać. Myślę o tym, bo gdyby nadszedł taki dzień, że towar z półek w sklepach zniknie, albo co gorsza znikną sklepy, to zdolność i umiejętność produkcji własnej żywności okaże się nieoceniona.

Nareszcie znajduję czas, aby wybrać się w nieco dalsze okolice, zaledwie kilka kilometrów na północ. Tam sianokosy na całego, a wzrok mój przykuła krawędź pomiędzy łąką świeżo skoszoną i jak widać regularnie wykorzystywaną rolniczo, a sąsiednim pasem ziemi, "zdziczałym" i zdominowanym przez nawłoć. Przyznacie że ilość biomasy dosychającej na łące i czekającej na zebranie wygląda niezwykle mizernie w porównaniu z nawłociowym szaleństwem. Pomijając już pszczelarskie i prozdrowotne właściwości nawłoci, można by chyba tą piękną łąkę efektywniej wykorzystać - wzorzec jest za miedzą. Gdyby tylko gospodarz chciał to dostrzec...

sobota, 26 grudnia 2015

Nowe życie starych rzeczy

W Ostoi straszy. Straszą stare graty, mające po kilkadziesiąt lat, meble z salonów PRL'u, dywany, wykładziny, gazety, które trafiły tu z miasta, aby "jeszcze się przydać". Przez wiele lat stanowiły siedlisko głównie pająków, a czasem i myszek. Powoli w ramach procesu odgracania, postanowiłem rozłożyć stary tapczan na czynniki pierwsze i jakoś go spożytkować. Na pierwszy ogień poszła skrzynia na pościel - jej dno z cieniutkiej sklejki zostało wykorzystane na obicie suszarni ziół, a boki utworzą doskonałe obramowanie kolejnej wyniesionej grządki.

Rama tapczanu na której spoczywały sprężyny została obita starą wykładziną która kiedyś przez lata zdobiła warszawską kuchnię. Dwa sosnowe słupki, kolejne dwa na poprzeczki, i mamy doskonałą wiatę na drewno do ogniska. Sprężyny zostały zachowane, aby na wiosnę zrobić z nich ... wiszący ogródek. Warstwa włókna kokosowego oraz płócienne obicie tapczanu trafiły do kompostownika, a wszystkie części metalowe - mechanizmy otwierania i zamykania tapczanu, gwoździe i wkręty, do specjalnego pojemnika na "używany metal" w szopie. Oj, niejednokrotnie pojemnik ten uratował tok prac, gdy zabrakło "takiej jednej śrubki", a do najbliższej Castoramy "hektary" przez las. Tym sposobem stary tapczan praktycznie się "zdematerializował", lepsze to chyba rozwiązanie, niż spalenie go czy wywózka na wysypisko.

Wszystkie przedpotopowe gazety pozostawiane przez pokolenia, oraz zupełnie nowożytny "spam" w postaci korespondencji i rachunków trafia pod grządki i drzewka, jako warstwa hamująca rozwój traw i roślin niepożądanych. W taki sam sposób utylizuję opakowania kartonowe, po usunięciu metalowych zszywek i plastikowych przylepców. Gazety przykrywane są grubą warstwą zrębki z drzew liściastych, dzięki czemu grzybnia pięknie się wśród nich rozwija. Piaszczysta gleba Ostoi desperacko potrzebuje wszelkiej materii organicznej, wszystko więc, co może stanowić jej źródło jest dla nas bardzo cenne i trafia albo bezpośrednio do gleby, albo do kompostownika. W biomasie rodzi się nowe życie, najpierw bakterie i grzyby, nieco później nicienie, dżdżownice i stawonogi, pojawiają się tam, gdzie jeszcze niedawno straszył suchy i goły piach.

A na grządkach od 2-3 lat istniejących, inwazja grzybów za inwazją. Po ślicznych muchomorach czerwonych, teraz nastąpił wysyp maślanki wiązkowej - grzyba dosyć intensywnie trującego. Cieszy nas on jednak, gdyż wkrótce obumrze i użyźni nasze grządki, a z sobie tylko znanej przyczyny, najlepiej mu się rośnie wśród truskawek. Czy dzięki temu truskawki będą lepiej rosły na wiosnę? Jestem głęboko przekonany, że tak. Bo podczas gdy ja prowadzę recycling mebli z poprzedniej epoki, grzyby czynią to samo z każdą materią organiczną, dużo bardziej efektywnie ode mnie. Przywracają życiu wszystko, co martwe, a nam pozostaje tylko z ich zdolności umiejętnie korzystać.

czwartek, 11 czerwca 2015

Coś z niczego

Jeszcze w październiku w Ostoi obok szopy straszył ugór pokryty rachityczną trzmieliną. Ta mała przestrzeń podwórka poddana została w listopadzie permakulturowej rewitalizacji. Z plątaniny krzaczorów pozostawiliśmy dwie trzmieliny, oraz ukryty poprzednio wśród nich głóg, który został dzięki temu wyeksponowany i mamy nadzieję, że teraz ruszy z kopyta. Poprzez ugór poprowadziliśmy miniaturowy rów konturowy, tak zwany swale, którego zadaniem jest spowalniać, rozprowadzać i umożliwiać wsiąkanie wody deszczowej. Do rowka dodatkowo uchodzi nadmiar wody deszczowej ze zbiornika zbierającego ją z dachu szopy. Całość wyściółowaliśmy, zasialiśmy nasiona i nieco bulw oraz kłączy, a także posadziliśmy kilka drzewek i krzewów. Teraz w czerwcu możemy się cieszyć widokiem kilkudziesięciu gatunków roślin rosnących w miejscu trzmieliny, zadaniem których jest głównie budować strukturę i żyzność gleby, aby w przyszłości powstał tu mini ogród leśny - tzw. food forest.

W ramach recyclingu plastikowych butelek pozostałych po gościach, sporządziliśmy sobie tak zwane wicking bed, czyli donicę w której rośliny czerpią wodę ze znajdującego się na jej dnie rezerwuaru. Właśnie plastikowe butelki są idealnym materiałem do konstrukcji takiego rezerwuaru, a praktycznie każdy pojemnik, byle wystarczająco wysoki (minimum 30 centymetrów) nadaje się do sporządzenia takiej donicy. My wykorzystaliśmy kastrę budowlaną, która tylko zajmowała miejsce w szopie. Ostatnim niezbędnym surowcem użytym w konstrukcji była agrowłóknina, która oddziela rezerwuar od podłoża, w którym rosną rośliny.

Donica ta posłuży nam do testu niezwiązanego z Ostoją - tu na miejscu zasadniczo takich donic nie potrzebujemy. co innego w mieście. Na naszym miastowym tarasie donice takie mogą się okazać niezastąpione w tworzeniu mini farmy miejskiej, czyli w tak zwanym urban farmingu. Donica taka pozwala ograniczyć podlewanie do minimum, przeciętnie wystarczy uzupełnić wodę w rezerwuarze co dwa tygodnie. Chcemy przetestować jak sprawdzi się to w praktyce w Ostoi, zaglądając do donicy właśnie raz na dwa tygodnie. Hołdując zasadzie bioróżnorodności wysialiśmy w donicy nasiona kilkunastu roślin, z zamiarem stworzenia z nich tak zwanej gildii roślinnej, czyli zbiorowiska roślin wzajemnie się wspierających. Pośrodku donicy zasadziliśmy nawet mikro - jabłonkę wyhodowaną z nasionka sklepowego jabłka - jak eksperyment miejski, to na całego.

Gdy tylko czas pozwala, gromadzimy biomasę. Czy to zrębki, czy to gałęzie i pnie padłych drzew, czy też materiał roślinny pochodzący z wykaszania ścieżki prowadzącej nad rzekę, ile możemy, tyle zwozimy i magazynujemy. Wszystko to posłuży nam do ściółkowania oraz jako materiał do kompostu, konstrukcji hugli i innych wynalazków. Z części mieszaniny zeszłorocznych łodyg, trzcin, traw i tegorocznych pokrzyw powstanie również ściółka do pokrycia absolutnie łysych piaszczystych fragmentów, gdzie poza nielicznymi porostami nic nie rośnie. Na tak wyściółkowane fragmenty wcześniej czy później wkroczy sukcesja - naturalne następstwo gatunków, przy pomocy którego z gołego ugoru natura tworzy puszcze. Tak, wiemy że na przestrzeni setek lat, ale my postaramy się to przyspieszyć.

Z wielką radością obserwujemy ptaki, które zaakceptowały domki zrobione dla nich ze zbędnych fragmentów pni i desek. W pierwszym roku istnienia budek odwiedzają nas głównie sikory. Obserwując jak uwijają się przy karmieniu młodych widzimy, jak wiele owadów eliminują one z naszego otoczenia. Mamy nadzieję, że eliminują głównie te uciążliwe dla nas, choć oczywiście pewności takiej nie mamy. Sądząc jednak po przybywających białych kleksach w trawie, jedzenie musi być wysokokaloryczne. Cieszy nas to, bo dzięki temu mamy darmowe nawożenie obszarów pod budkami, podobno najmocniej zasila ono glebę fosforem. Poobserwujemy to w kolejnych latach i przekonamy się, czy pod budkami rzeczywiście rośliny lepiej rosną. Mamy nadzieję że permakulturowa zasada pracy z naturą, a nie przeciw niej sprawi, że to nie my, a ptaki, będą dodawać nowe żyzne nisze w Ostoi.

Czy to zaniedbany ugór za szopą, śmieciowe butelki, zalegająca po koszeniu biomasa, czy w końcu skrawki pni i desek z przed lat, wszystkie mogą stanowić problem, ale mogą równie dobrze stanowić okazję lub rozwiązanie, jak głosi jedna z zasad permakultury. Pozytywne myślenie i dostrzeganie możliwości zrobienia czegoś z niczego, kryjących się wszędzie wokół nas, jest cenną umiejętnością którą warto w sobie wyrabiać i wykorzystywać gdy tylko się da, a jedynym ograniczeniem tutaj jest tylko nasza wyobraźnia.