poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Zapłotek

 W Ostoi niemal wszystko ma swoją nazwę. Piaszczyste wzniesienie za furtką od strony rzeki to Zajęcza Górka, a długi pas wzdłuż płotu pod brzozami to Lotnisko. Dziś swoje imię otrzymał ogródek na Zajęczej Górce - z racji tego, że jest za płotem podwórka, oraz ma swój własny "płot", został Zapłotkiem. Dzięki posiadaniu własnej nazwy, łatwiej będzie objaśniać, o które miejsce w Ostoi chodzi, miejscowym i przyjezdnym. Zapłotek, a ściślej ostatnia jego nieurządzona część, otrzymał niewielką dawkę kompostu liściowego oraz siana, bez wykładania kartonami. Zobaczymy, czy trawy zdołają w takich warunkach odrosnąć. Jeśli tak się stanie, nie ma problemu - siano na bok, i do kosy! A potem się "wykartonuje" i przykryje ponownie sianem. Jeśli natomiast nie odrosną, to .. tym lepiej.

W największy żar południowy staram się wybierać prace w cieniu. Po zeszłotygodniowych porządkach w piwnicy, teraz przyszła pora na szopę. W szopie  gratów pod sufit i bałagan nieziemski, dach już nieco przecieka, krótko mówiąc Sodoma i Gomora. Jednakże, wszystkiego bym się spodziewał, ale nie takiej ilości jaj bezskorupowych ślimaków. Pomrowy urządziły sobie z szopy porodówkę, ich jaja są praktycznie pod każdą rzeczą leżącą na podłodze. Ślimacze żłobki otrzymały nakaz natychmiastowej eksmisji do lasu, choć niektórzy twierdzą, że jaja takie smakują jak kawior, to jakoś nie miałem chęci próbować.

 Przed wieczorem wróciłem na Zapłotek celem dokończenia ogrodzenia. No bo cóż, bez ogrodzenia szanse wychodowania czegokolwiek na Zajęczej Górce, gdzie ów Zapłotek się mieści, są zerowe. A wiecie przez kogo? Tak, oczywiście przez zające. Wczoraj jeden znowu wdarł się na podwórko po nocy, wpadł w pozostawione do umycia wielodoniczki, narobił hałasu i zbiegł w panice. Na Zajęczej Górce natomiast, czują się one jak u siebie w domu. Rolka siatki plastikowej nie domknęła obwodu (jak zwykle niemal wszystko w ogrodzie robię bez pomiarów, czyli na tak zwane Bolka Oko), postanowiłem więc, że Zapłotek otrzyma .. płotek, zrobiny z tego, co znajdę w odległości 20 kroków od Zapłotka. I tak oto stanął płotek drewniany, z furteczką a jakże, z sosnowych żerdek i patyków. Gdybym miał moce przerobowe, od razu cały Zapłotek bym tak obtańcował, rezygnując z siatki, ale na razie nie ma na to szans, doba ma tylko tyle godzin, ile ma. Rzutem na taśmę dodałem do płotka domek dla ptaszków, i na razie temat uważam za zamknięty.

 A na pierwszej zapłotkowej części, przygotowanej temu kilka tygodni, wykiełkowały fasole i mają się dobrze. Miałem oczywiście nic tam nie uprawiać do przyszłego roku, ale nie byłbym sobą, gdybym kilku nasion nie wetknął, eksperymentalnie. No i z dwunastu osiem wykiełkowało, i wydaje się mieć dobrze na tej rozgrzanej słońcem górze piachu, absolutnie bez podlewania i jakiejkolwiek innej troski. Gorzej, że widać ślady obecności ślimaczej, co jest ewenementem na Zajęczej Górce, no ale to pewnie efekt uboczny mokrej wiosny i ściółki z łąkowego sianka.

 W innym miejscu zupełnie, koło kompostownika, znajduję kolejne jaja pomrowów, a w nich o ile mnie wzrok nie myli, widać już małe ślimory. Te też otrzymują nakaz eksmisji, lądują w zaroślach nad rzeką, gdzie wilgoć i cień powinny pozwolić im przetrwać. Coraz mocniej główkuję, jak tu by zwabić jeża do Ostoi, bo zasadniczo nie widuję jeży w okolicy. Myślę, że na podwórku czułby się dobrze i byłby sporym wsparciem dla ptaków, płazów i gadów zamieszkujących Ostoję. Póki jednak jeża nie ma, wychodzę co wieczór z latarką, zbieram skrzętnie ślimaki z kostek słomy i eksmituję do lasu.

Dzisiejszy poranek był pierwszym wyraźnie chłodnym od wielu dni, pora więc zacząć przygotowania do zimy. Tak, tak, do zimy, w początku sierpnia. Niektóre działania dobrze zacząć już, a jednym z nich jest przygotowanie hodowli dżdżownic do przezimowania. Teraz zamieszkują one duży, osiemsetlitrowy kompostownik, ale gdy zima będzie sroga, większość z nich nie przeżyje. Zapewniam więc części z nich lokum na zimę, w postaci małej "farmy dżdżownic" zwanej też wermikomopstownikiem, którą przed nadejściem mrozów zabiorę do domu. Na razie farma musi nabrać rozpędu, czyli w świeżym podłożu muszą rozwinąć się bakterie. Szykuję wszystko, i wstawiam do piwnicy, zajrzę do farmy za dwa tygodnie i wtedy też może dodam pierwsze dżdżownice. Kończąc te prace, uporczywie powracam myślami do Zapłotka ... a może coś jeszcze tam w tym roku posadzić?

środa, 2 sierpnia 2017

Fala upałów


Jak cały kraj, tak i Ostoja nie ustrzegła się fali upałów. O ile jednak gdzie indziej towarzyszą im niejednokrotnie gwałtowne burze i ulewy, o tyle w Ostoi, tradycyjnie już, sierpień oznacza pustynną niemal suszę. Najbardziej cierpią uprawy w kostkach słomy, wysychające najszybciej i one wymagają najwięcej podlewania. Najlepiej zdecydowanie znosi upały ta część Ostoi, gdzie w listopadzie założyłem nowe grządki i obsadziłem roślinnymi gildiami. Wszystko tu zieleni się ładnie pomimo upału. i choć drzewka wzrastają bardzo powoli, to teren ten zaczyna się zmieniać diametralnie na korzyść.

Grządki zaczynają wchodzić w fazę szczytu produkcji, dostarczając sporych ilości super zdrowych warzyw i owoców. Mam pełnię sezonu na pomidorki koktajlowe i ogórki, na większe pomidory trzeba będzie jeszcze kilka dni poczekać. Pomidory prosto z krzaka są tak gorące, że sok niemal parzy usta, ale ich smak i zapach wart jest ryzyka. Podrastają też dyniowate, pierwsze cukinie gotują się na parze dosłownie w kilka minut, tak są miękkie i delikatne. Lada moment zacznie się też czas fasoli, coraz więcej strączków wychyla się z zielonego gąszczu.

Większość roślin cały czas jeszcze kwitnie, ale upały sprawiają, że kwiaty schną, lub opadają zawiązki owoców. Druga połowa lata może nie być tak dobra, jak jego początek. Wszędzie za to tętni życie - głównie owadzie, bo tylko owady zdają się nie zwracać uwagi na upał. Ptaki są bardzo rzadko widoczne w środku dnia, zajęcy w ogóle ani śladu, wydaje się, że "wszystko" funkcjonuje do dwóch godzin po świcie, a następnie dopiero zaczyna harcować na dwie godziny przed zmierzchem. Tylko owady niezrażone upałem, są cały dzień aktywne, ale też i z większym zapałem piją ze specjalnego poidełka żwirowego jakie dla nich zrobiłem przy spirali ziołowej. Dzięki temu drobnemu dodatkowi mniej ich tonie w oczku wodnym przy próbie zaspokojenia pragnienia.

A gdy słońce chowa się za lasem i Ostoję z wolna zaczyna ogarniać mrok, ludzie, zwierzęta i rośliny przyjmują to z ulgą. Ptaki wznawiają swoje trele, zwiędłe pozornie liście roślin nabierają wigoru, a ludzie nadrabiają to, czego nie pozwolił im zrobić upał. Nocą, gdy niebo całe w gwiazdach, praca w Ostoi się jednak nie kończy. Z zakamarków dziennych ukryć wychodzą jej nocni mieszkańcy - nietoperze, lelki czy ropuchy. Te ostatnie upodobały sobie szczególnie kuwety z wodą, w których stoją rośliny uprawiane w workach. Jeżeli jeszcze przy kuwecie stoi lampka solarna wabiąca nocne owady, to możecie być pewni, że nocą napotkacie tam takiego właśnie rechoczącego pomocnika.

niedziela, 23 lipca 2017

Czyste szaleństwo

 Całkiem niedawno pisałem o "resecie" donic w Ostoi, a tu proszę - już w nich kiełkują rzodkiewki, buraki, kapusty pac-choi i nie wiadomo jeszcze co. Upały i deszcze przyspieszają kiełkowanie i wszystko rośnie jak zwariowane, miecz to jednakże obosieczny. Rośliny mogą od razu "iść w kwiat", jeśli wysokie temperatury utrzymają się dłużej, a przed nami, tuż za rogiem, bezlitosny sierpień - miesiąc, w którym zawsze w Ostoi jest najcieplej i najbardziej, przeraźliwie wręcz sucho.

Póki co jednak, po porannym kapuśniaczku, zbieram co tam urosło - a to urwę kabaczka, a to ogórka, a to pierwsze dojrzałe pomidorki, a to się potknę  grzyba prawdziwego lub takiego co kozaczy, a to zioła ze spirali urwę i w słonecznej kuchni zaparzę na orzeźwiającą nawet w upał herbatę. Generalnie jednak jeszcze zielono mi - setki niedojrzałych pomidorów codziennie na deszczu mokną. Nie pamiętam takiego roku, aby tyle opadów nawiedzało Ostoję, zapewne wynika to z faktu, że system do zbierania deszczówki gotowy i sprawny jest, ot, zwykła złośliwość przyrody (a raczej efekt zmian klimatu, miotających nami od ekstremum do ekstremum),

 A skoro o spirali ziołowej mowa, to wydaje się, że zaczęła pełnić ona nową rolę - azylu dla zapylaczy. Okoliczne łąki wykoszone niemal do gołego i całe bzykające towarzystwo oraz majestatyczne motyle nie mając się gdzie podziać, wylądowały na podwórku w Ostoi. Zagęszczenie pszczół, trzmieli, motyli, chrząszczy jest ogromne, niemal nie ma kwiatka bez kilku owadów. Szaleńczy taniec nad spiralą trwa od świtu do zmierzchu, ze szczególnym natężeniem w okresie, kiedy na spiralę pada bezpośrednie światło słoneczne.


Ciągle sobie obiecuję znaleźć czas, aby pogapić się na to rojowisko przepięknych owadów, ale robota goni. Kontynuuję prace nad grządkami poza podwórkiem - syzyfowe prace. Kolejny fragment terenu przygotowuję nieco inaczej niż poprzedni, wszak głównym zadaniem Ostoi jest eksperymentowanie i sprawdzanie, co działa, a co nie. Tym razem najpierw koszę trawę, pozostawiając ją na miejscu. Kosiarka, podobnie zresztą jak i inne narzędzia "samobieżne" w Ostoi jest elektryczna. Nie używam żadnych narzędzi spalinowych.

Próbuję "podziubać" glebę widłami, ale zagłębiają się one na 4-5 centymetrów. Ubicie gleby jest zadziwiające, jak na tutejsze piaski. Wywożę taczką kompost liściowy i rozsypuję cieniutką warstwą, bo nie mam go za dużo, Kompost ten powstawał latami ze zbieranych jesienią liści i pozostawiony samemu sobie przekształcał się w mniej lub bardziej jednorodną masę, bogatą w kwasy humusowe i zasiedloną głównie przez grzybnię, ale i sporą ilość większych stworzeń, wliczając w to dżdżownice.

Kompost wraz ze skoszoną trawą polewam obficie wodą, przykrywam mokrymi kartonami i gazetami, a następnie całość ściółkuję sianem zebranym z nadrzecznej łąki. Warstwę siana daję grubą, na 20-25 centymetrów, i tak z czasem osiądzie. Tu nie robię ścieżek w stylu "dziurki od klucza", postanawiam, że ta część będzie poletkiem testowym dla uprawy ziemniaków, nie będzie więc konieczności wchodzić na tą część grządki częściej niż dwa-trzy razy w roku. Materiału starczyło na kolejną jedną trzecią terenu, pozostała więc ostatnia już, na szczęście, jedna trzecia do zagospodarowania. Mam już pewien pomysł, jak do sprawy podejść, ale o tym już po jego realizacji.

"Rzutem na taśmę", na wyścigi ze zmrokiem, postanawiam ogrodzić teren nowego ogródka, aby ochronić go przed dziką zwierzyną. Udało mi się zrobić 80%, gdy zapadła noc. Rano, obudzony przez żurawie wyjrzałem przez okienko poddasza i ujrzałem to - las napierający ze wszystkich stron na skrawek ziemi, który mu właśnie wyrwałem. Jak zwykle, opadły mnie wątpliwości, czy "pracuję z przyrodą a nie przeciw niej". Może lepiej byłoby oddać lasom co leśne i z podkulonym ogonem wrócić na warszawski taras?

A na tarasie tym, łatwiutko i czyściutko, hodować można również własne jedzenie, o czym świadczy niewyobrażalna obfitość pomidorów, papryczek, fasolek, ziół i innego tałatajstwa, które zaczynają go zarastać. Nie trzeba się użerać z dzikiem, zającem czy łosiem, kosy nie wyjadają nasion od razu po posadzeniu, ot, czasami kot sąsiadów coś rozgrzebie lub obsika. Użeranie się z lasem ma jednak (chyba ...) ukryty cel - jeżeli mnie się uda i wśród tych sosen i piachów Ostoi powstanie kiedyś prawdziwa oaza obfitości, bioróżnorodności i zrównoważonego rozwoju, oznaczać to będzie, że każdy i wszędzie dokonać tego potrafi. Bo w tym szaleństwie jest metoda - jak pisał nieodżałowany Bill Mollison, projektant permakulturowy potrafi zrobić Ogród Edenu z pustej skały sterczącej pośrodku oceanu, wymaga to jedynie czasu, wytrwałości i ... odrobiny szaleństwa.

niedziela, 16 lipca 2017

Setka

Tak szybko leci czas - to już setny wpis na tym blogu. Od czasu jego założenia Ostoja zmieniła się może ni nie do poznania, ale znacząco. Pierwsza "uprawa" miała powierzchnię trzech metrów kwadratowych, dziś w jej miejscu pleni się zieloność na nieco większej powierzchni. Te pierwsze trzy donice, zbite z odpadowych desek, są jednak nadal w użyciu - co roku przesuwane o kawałek i wypełniane zrębkami, zdobywają dla ogrodu nową przestrzeń, poszerzając go nieustannie.

Wspomniane ostatnio kulki nasienne przeżyły ciężkie czasy, ucztowało na nich z pół lasu. Ku mojemu zadowoleniu, kiełkuje jednak z nich przynajmniej łubin, co stanowi niewątpliwy postęp w porównaniu z pierwszą próbą zastosowania kulek. Ojcem sukcesu w dużej mierze jest pogoda, deszczu mieliśmy ostatnio może nie nadmiar, ale przyzwoitą ilość. Pomimo dywersyjnych działań zająca, polegających na obgryzaniu wszystkiego co żyje na wysokości dziesięciu centymetrów, łubiny mają szansę ocaleć - zając po prostu rośnie i niedługo nie przejdzie między sztachetami, siewki będą wtedy bezpieczne.

A skoro o deszczu mowa, to właśnie popłynęła pierwsza deszczówka z nowych zbiorników. Skończyłem zasadniczo budowę systemu zbierania wody deszczowej, jeszcze pozostały do wykonania drobiazgi. System jednak już działa, a wczorajszy mały deszczyk wlał pierwsze litry wody do jednego z sześciu zbiorników. Pozwoliłem wodzie przenocować w nowym miejscu i rano postanowiłem wody spróbować. Zapachu nie ma, smak dosyć neutralny, pH 7,4 - generalnie smaczna woda. Prawdziwy sprawdzian jakości wymaga jednak czasu, na ścianach zbiorników musi wytworzyć się lokalna flora bakteryjna, musi ustalić się równowaga, wszystko musi się wielokrotnie napełnić i opróżnić, ale tak czy inaczej od tej pory Ostoja ma kolejne źródło wody, dobrej, darmowej i niezawodnie dostępnej, tak długo, jak długo padają deszcze.

Opisywane kiedyś tutaj gotowanie na słońcu to stały punkt programu w Ostoi. Może gotowanie to za dużo powiedziane, dziś na przykład zaparzyłem w garnku zioła ze spirali ziołowej, na letnią, orzeźwiającą herbatkę. Stara "kuchnia słoneczna" wyklejona folią aluminiową straciła nieco blasku, wyścieliłem ją więc roboczo tzw. folią ratunkową. Zapas takiej folii do różnych celów zawsze mam w Ostoi, w relacji ceny (2-3 złote) do zdolności odbijania promieni słonecznych nie ma ona sobie równych. Mam w planach kilka projektów z jej wykorzystaniem, na razie jednak czekają na swoją kolej.

Tam, gdzie w chwili powstawania tego bloga "nie było nic", a ściślej nic nie rosło, dziś dumnie wznoszą swe kapelusze kanie, w mini ogrodzie leśnym. Kilkanaście drzewek, nieco krzewów, byliny, zioła, podszyt i kilka pnączy, a na dokładkę grzyby wszelakie, zdają się zadawać kłam temu, że jeszcze niedawno był tu szczery piach. Zakątkowi temu daleko tu jeszcze do pełni świetności, ale rozwija się zdecydowanie we właściwym kierunku. Im więcej tu rośnie, im bardziej różnorodnie, tym szybciej formuje się gleba, tym bardziej zrównoważony jest rozwój Ostoi. Jak zawsze powtarza mój mistrz, Geoff Lawton, bez tworzenia gleb nie ma permakultury.

Jeżeli czegoś się przez te lata prowadzenia bloga nauczyłem, to na pewno uprawy pomidorów w słomie. Dojrzewają już pierwsze koktajlówki, maluczko, a będzie ich obfitość. Większe też "dają radę" rosną ładnie, ale jeszcze wciąż wszystkie zielone. Za kilka tygodni będę się mógł zapewne tu pochwalić zdjęciami całych gron kolorowych maleństw i dumnych pojedyńczych gigantów. Zaglądajcie więc na bloga, bo będzie się działo.

Wszystkim wiernym czytelnikom, którzy czytują, komentują, a przede wszystkim tym, którzy po przeczytaniu robią podobne rzeczy u siebie, gorąco dziękuję. To dla Was piszę, z nadzieją, że złapiecie bakcyla permakultury i stworzycie własne Ostoje. Będzie dla mnie największą radością, jeśli Wasze będą wspanialsze od mojej, i tego właśnie Wam życzę.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Reset

Ostojowe "najdłuższe sianokosy nowożytnej Europy" dobiegły właśnie końca - łączka nad rzeką prawidłowo kosą wykoszona, a siano niemal w całości zwiezione. Niemal, bo zmrok sprawił, że zabrakło czasu na ostatnie dwa kursy. Wożenie siana taczką z powodzeniem zastępuje siłownię, jest formą "spaceru farmera" tak lubianego przez strongmanów. Szczególnie gdy siano mokre i swoje waży. No a przecież trzeba jeszcze ten worek po tamie bobrowej przetaszczyć do taczki, nie wpadając przy tym w błotko głębiej niż do pół kalosza. Czynności takie mają zbawienny wpływ na psychikę, nie pozwalają myślom odpływać i każą się koncentrować na taszczonej materii i własnych całkowicie realnych krokach, a nie jakichś wydumanych życiowych wyborach. Umysł dostaje błogi reset, i naprawdę odpoczywa, a przy okazji rosną zapasy ściółki - przyjemne z pożytecznym.

Po zakończeniu większości zbiorów z donic podsiąkowych, przyszła pora zresetować je również. To, co w nich jeszcze rosło w zdecydowanej większości trafiło do kompostownika, tu i tam ocalała a to fasolka, a to bazylia, a to pomidor. Na wierzch każdej donicy dodałem po "calu" kompostu i obsiałem dosyć odważnie różnymi różnościami. Nie wiem, czy na niektóre nie za wcześnie, ale wszystko "w rękach" pogody. Ciekaw jestem tych wschodów, co wykiełkuje, a co się na mnie kolokwialnie mówiąc wypnie, jak to mówią, nie spróbujesz to się nie dowiesz. Więc próbuję. I nadal twierdzę, że jeśli chodzi o "wydajność z hektara", to te moje donice są niezwykle trudne do pobicia, gdyż dwa, a nawet czasami trzy fale plonów w sezonie pozostawiają konkurencję daleko w tyle.

W workach uprawowych też nieźle, zaczynają się czerwienić pierwsze pomidorki-koktajlówki. Pomidory zostały pozbawione większości dolnych liści, we na kostkach słomy zresztą również. Zaczynają owocować ogórki w słomie, a "słomiane" pomidory zachowują się z lekka ambiwalentnie. Odmiany sprawdzone w zeszłym roku, głównie o wzroście ciągłym, na starych, zeszłorocznych kostkach "idą jak burza", natomiast nowe odmiany testowe, głównie owocujące jednocześnie, na nowych tegorocznych kostkach, nie chcą kooperować. Gdyby nie rosnące na tych samych kostkach ogórki i dyniowate, myślałbym że to wina kostek, ale nie - raczej po prostu te odmiany są zbyt wydelikacone dla jednak pionierskich warunków Ostoi. Nie pomaga również ostatnio i wiatr, chłoszczący nowe kostki i ich mieszkańców, podczas gdy kostki stare są nieco bardziej osłonięte. Tak czy inaczej, warto było spróbować i potestować, jeszcze się nie poddajemy, wszak do końca sezonu daleko, dużo się jeszcze może wydarzyć.

System do zbiórki wody deszczowej powoli nabiera kształtów, wcinam się w stare rynny i wstawiam nowe elementy niezbędne do tego, aby gromadzona woda deszczowa miała dobrą jakość. Wszystko idzie jak z płatka do chwili, gdy okazuje się, że nie mam jak połączyć przerobionych rynien z "orurowanymi" zbiornikami - zabrakło dosłownie dwóch złączek. Podirytowany, przykładam zbyt wiele siły do tuby z klejem, i po chwili mam już "wszystko w kleju". Postanawiam najpierw się, i otoczenie, umyć, a następnie odpuścić. Ta robota może poczekać, z pustego i Salomon nie naleje ... Co usłyszawszy, niebo zaczęło lać, a ja obserwuję, jak "moja" deszczówka przez gotową rynnę, zamiast do zbiorników, leci na ziemię. No cóż ...

Na nerwy najlepsze podobno ziółka ... idę więc nazbierać skrzypu. Postanawiam zrobić preparat ochronny dla roślin, rozpalam więc w mojej podwórkowej "superkuchni". Za paliwo służą mi patyki, które z drzew zrzuciła wichura. Dziesięć szklanek wody w osmolonym garze zaczyna wrzeć błyskawicznie. Wrzucam do gara skrzyp i pozwalam mu gotować się pół godziny. Gdy ostygnie, zlewam do butelek i pozostawiam na około dwa tygodnie. Wtedy mikstura będzie gotowa i posłuży do antygrzybiczych oprysków, po uprzednim rozcieńczeniu. Wpatruję się w płomień huczący w mikropalenisku i nadziwić się nie mogę, jak mało potrzeba, aby zawsze mieć ciepłą strawę i wodę do mycia.

Postanawiam zrobić zdjęcie tego, czym palę, bo nikt mi chyba nie uwierzy, jeśli nie zobaczy. O niewierni wiejscy Tomasze, pytający w internetach "indukcja czy gaz" ...  zróbcie sobie letnie kuchnie i palcie tym, co u Was na ziemi leży, przysłużycie się w ten sposób swoim portfelom, a i naszej planecie.




czwartek, 6 lipca 2017

Niemal dwieście minut z życia Ostoi ...

... czyli krótki reportaż fotograficzny o tym, jak jednoosobowo, wyłącznie z odpadów, buduje się najprostszą, małą grządkę permakulturową. :)

10:00

10:28








10:38








11:01








12:28








13:19








Leje jak z cebra, koniec na dziś.

środa, 5 lipca 2017

Gra w kulki

Dawno, dawno temu, bo w roku 2013 pisałem o kulkach nasiennych, tak zwanych "seed balls". Jak pisałem również, były to rozpaczliwe próby stworzenia wokół Ostoi żywopłotu, a po ponad trzech latach mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że zakończyły się niepowodzeniem. Z kulek z nasionami różnych "żywopłotowych" drzew i krzewów nic absolutnie nie wykiełkowało. Podejrzewam, że nasiona padły łupem leśnej zwierzyny, która za nic ma ludzkie starania. Postanowiłem jednak odgrzać pomysł kulek i dać mu drugą szansę, a to za sprawą zająca, który ewidentnie "poleciał sobie ze mną w kulki".

Zając ów, miłosiernie pozostawiony w spokoju w czasie swych wizyt na podwórku Ostoi nie docenił gościnności gospodarza i pewnej nocy zamiast jak do tej pory paść się koniczynami, postanowił skorzystać z bufetu degustacyjnego w mini-sadzie. Próbował niemal każdą roślinę zielną, ścinał ją około pięć centymetrów nad ziemią i w większości przypadków pozostawiał niezjedzoną. Oczyścił z roślin zielnych 1/3 sadziku, pozostawiając jedynie drzewka i krzewy. Na razie. Zającowi więc zostało odebrane prawo pobytu na terenie podwórka, jak na razie wydaje się ten zakaz respektować. Być może upasł się tak w trakcie degustacji, że już nie mieści się między sztachetami płotu?

Tak czy inaczej, postanowiłem awaryjnie uzupełnić podszyt w sadziku poprzez danie ostatniej szansy kulkom nasiennym. Skłoniła mnie do tego pogoda - niemal codziennie padające deszcze, ciekawość - czy kulki zadziałają w nieco lepiej kontrolowanych warunkach podwórka i na koniec lenistwo - nie bardzo mi się uśmiechało robić rozsady i sadzić od nowa wszystko, co zając unicestwił.

Sporządziłem więc mieszankę roślin motylkowych, z lekkim dodatkiem innych wzbogacających glebę, takich jak gryka czy gorczyca, z przewagą jednak tych pierwszych. Dodałem peluszkę, łubiny, seradele, wyki, koniczyny i co tam jeszcze miałem pod ręką, pragnąc wykorzystać tą okazję do podniesienia żyzności gleby. Następnie, wedle receptury Fukuoki sporządziłem kulki, nie mając jednakże zalecanej suchej, mielonej gliny czerwonej, użyłem taką, jaka była, czyli żółtoszarą, świeżą i lekko wilgotną. Nie powinno to mieć żadnego znaczenia przy natychmiastowym użyciu kulek bez ich suszenia, a kulki oczywiście zostały porozrzucane po sadziku natychmiast gdy tylko były gotowe. Do gliny dodałem dużo kompostu, aby rośliny gdy (jeśli) wykiełkują, miały jak najlepsze warunki. Teraz pozostało jedynie czekać i obserwować, co z tego wyniknie.

Od dłuższego czasu z niepokojem  spoglądam w niebo, bo pogoda też nam płata nieprzyjemne figle. Wiatr wywrócił jedną z największych osik, potężne drzewo było napoczęte przez bobry i rok temu owinięte przeze mnie siatką, aby nie mogły dzieła destrukcji kontynuować. Drzewo upadło do wody tak, że trzeba by je piłować na kawałki pod wodą, albo wyciągać ciężkim sprzętem z bajorka, nie mam więc na to ani czasu ani ochoty na razie. Może w lecie poziom wody opadnie nieco, wtedy się tym zajmę. Teraz, dosłownie, uwiązuję do kostek słomy dynie, kabaczki, papryki i pomidory, bo wiatr próbuje je wyrywać z korzeniami. Póki co, miotane we wszystkie strony, rosną jednak, a nawet kwitną i zaczynają owocować.

Posadzony w tym roku zupełnie inaczej niż poprzednio bób, nie boi się wiatru. Zamiast sadzić w tradycyjnych rzędach, posadziłem bardzo ciasno, po trzy ziarna w dołku. Wąskie, gęste pasy bobu pomiędzy innymi roślinami sprawiają, że nie wylega tak jak zwykle. Bób sadziłem również pod każdym młodym owocowym drzewkiem, po 5-10 ziaren w kółeczku. W efekcie mamy obfitość smacznych nasion, z której chętnie korzystamy. Udał się też ładnie groszek cukrowy, który bardzo długo nie chciał kiełkować bawiąc się w chowanego. Wreszcie możemy się cieszyć niepowtarzalnym smakiem lata zaklętym w jego zielonych strączkach.

W zrębkach schronienie znalazły padalce, wygląda na to, że ciężarne samice pragnące składać jaja. Miło mi, że wybrały właśnie Ostoję na swój padalcowy żłobek. To bardzo pożyteczne zwierzęta, zjadające wiele szkodników. Są niestety rzadkością w Ostoi, zdominowanej przez zaskrońce i zwinki. Wypada więc pozostawić pryzmę zrębek w spokoju na jakiś czas, a gdy już to będzie niezbędne, pobierać ją z pryzmy z wierzchu, bo padalce znalazły swój nowy dom na jej spodzie. Mam nadzieję że padalce się nie obrażą i nie wyniosą, gdy uszczuplę im nieco nieruchomość. Wszak nowe projekty czekają i same się nie zrobią, a bez zrębek to żadna robota, przynajmniej w Ostoi.