wtorek, 9 czerwca 2015

Kickstarter kicks ass a Polak nie Potrafi

Zasadniczo wpisy na tym blogu staram się ograniczać do opisywania tego, co brzmi w trzcinie i stoi w Ostoi, czasami jednak człowiek musi, inaczej się udusi. Wpis ten poświęcony jest rosnącemu w popularność i znaczenie crowdfundingowi, na niwie polskiej i międzynarodowej, a w szczególności moim doświadczeniom ze wspieraniem krajowych i zagranicznych kampanii w kilku serwisach crowdfundingowych - od Polak Potrafi, przez WeTheTrees, po pramatkę internetowego crowdfundingu, czyli Kickstartera.

Moja przygoda z crowdfundingiem związanym z permakulturą, ekologią, samowystarczalnością oraz pokrewnymi dziedzinami zaczęła się na Kickstarterze, i na doświadczeniach związanych właśnie ze wspieraniem takich inicjatyw chciałbym się skupić. Istnieje bowiem zasadnicza różnica pomiędzy wsparciem udzielanym dla powstania czegoś, co niesie ze sobą wyłącznie treści materialne, jak wodoodporny hijab, a wspieraniem projektu, u podstaw którego leżą zasady etyki permakulturowej i którego celem jest szeroko pojęta troska czy to o ludzi, czy to o środowisko, jak w przypadku wsparcia dla szkoły permakultury w ekstremalnie ubogiej Ghanie.

Crowdfundingowe kampanie o międzynarodowym zasięgu cechuje ogromna troska o wiarygodność organizatora. Organizator dobrze wie, że za perfekcyjnie zrealizowaną kampanią idzie kredyt zaufania, które wcale nie tak łatwo zyskać, ale bardzo łatwo stracić. Dlatego też organizatorzy kampanii starają się hołdować zasadzie "exceed backers expectations" czyli dostarczyć wspierającym nagrody nie tylko te obiecane, ale często i całą gamę nagród "ekstra", niezwiązanych bezposrednio z tematem prowadzonej właśnie kampanii. W mistrzowski sposób pokazują to kickstarterowe kampanie Paula Wheatona, gdzie poza ewidentnym dostarczaniem konkretnego produktu, wspierajacy liczyć może na wiele dodatków. Nawet drobiazg cieszy,  i nieistotna jest jego wartość materialna, jest on bowiem świadectwem tego, że Twoja rola jako osoby wspierającej dany projekt jest doceniana.

W ramach podstawowej zasady etycznej permakultury, czyli zasady Troski o Ludzi, niektóre projekty skierowane są nie tylko do tych, którzy je wspierają, ale również ich celem jest altruistyczne udostępnienie owoców pracy organizatora kampanii wszystkim zainteresowanym, całkowicie za darmo. Wspierający, poza otrzymaniem przewidzianych przez projekt nagród, ma pełną świadomość tego, że wspierając organizatora wspiera się również jakąś szeroko pojętą wspólnotę czy ideę, co staje się źródłem prawdziwej satysfakcji. Doskonałym przykładem tego jest kampania Rosemary Morrow, jednej z najbardziej uznanych w świecie nauczycielek permakultury, która wiedzę i dorobek swego życia pragnie w ramach tej kampanii udokumentować w formie kursów dla nauczycieli permakultury, dostępnych oczywiście dla wspierających w formie rozmaitych nagród, ale i dla osób niezwiązanych z kampanią, za darmo.

Cechą wspólną wszystkich kampanii zagranicznych z jakimi do tej pory miałem do czynienia jest to, że wraz z zakończeniem projektu, dostarczeniem wszystkim nagród jakie im obiecano oraz ekstra prezentów, podziękowań i innych uprzejmości, kontakty między organizatorem a wspierającymi nie kończą się na tym. Z reguły organizatorzy zapraszają wspierających do kontynuacji "znajomości" w takiej lub innej formie, służąc niejednokrotnie radą i pomocą lub ofiarowując dostęp do swoich witryn czy for internetowych. Towarzyszą temu niejednokrotnie emaile, webinary i newslettery. Czynią to oczywiście również po to, aby nawiązywać ze wspierającymi więzi, które ułatwią zdobycie wsparcia dla kolejnych projektów. Niemniej jednak, troska o wspierających jest tak ewidentna, że nie sposób jej nie zauważyć. Nawet jednodolarowe wsparcie jest doceniane, a niejednokrotnie twórcy kampanii przedstawiają wspierającym szczegółowe rozliczenia poniesionych wydatków pokazujące jasno, że lwia część pieniędzy z crowdfundingu wydawana jest na realizację projektu, a nie przejadana przez organizatora.

W przypadku polskich projektów moje doświadczenia są niestety zgoła inne i nie do końca pozytywne. Nie jest to eufemizm, ale uczciwa moim zdaniem ocena sytuacji - same projekty są dobre a czasami i genialne, zawodzą organizatorzy. O ile od kampanii mającej na celu realizację teledysku Hera koka hasz LSD nikt raczej nie oczekuje głębokich podwalin etycznych w zakresie istoty projektu jak i sposobu jego realizacji, o tyle w przypadku podpierania się w zbieraniu pieniędzy szczytnymi hasłami permakultury i pokrewnych dziedzin opierających się na takim właśnie fundamencie zasad, już można czegoś takiego oczekiwać. Projekt taki bowiem to nie zrzutka na wino czy też datek na tacę, to rodzaj umowy zawieranej pomiędzy organizatorem a wspierającymi, z której o ile wspierający wywiazuje się automatycznie, to organizatorzy czasami nie bardzo.

Pozytywne w polskich kampaniach są szczytne idee, szczytne cele, dobre chęci, wyglądające świetnie "na papierze", a czasami nawet pozytywne są i dokonania organizatorów, szczególnie gdy projekt ma służyć celom charytatywnym, pomocy lub edukacji jakiejś społeczności czy też organizacji wspólnego przedsięwzięcia grupy zapaleńców, będącego przykładem i wzorem do naśladowania dla innych w ich dążeniu do życia w zgodzie z naturą czy też szeroko pojętej samowystarczalności. Jednakże, to nie te idee i dokonania stoją w centrum projektu, znajduje się tam bowiem organizator i jego osobiste interesy. O ile w trakcie zabiegania o fundusze potencjalni wspierający wabieni są na wszystkie sposoby, o tyle niejednokrotnie w momencie udanego zakończenia kampanii ich rola zmienia się w rolę petenta, kontakt z twórcą kampanii wygasa, nagrody nie docierają, a Ty drogi wspierający czujesz się trochę tak, jakbyś nocą wbrew swojej woli został w jakimś ciemnym zaułku dawcą nerki i to nie do końca nawet wiedząc komu. Murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść. Pół biedy jeszcze, gdy pomimo braku elementarnego poczucia wdzięczności dla wspierających w postaci wywiązania się z doręczenia nagród organizator realizuje to, na co zebrał fundusze - wtedy okay, zaciskasz zęby i siedzisz cicho, bo widzisz, że Twoje pieniądze pozwoliły coś stworzyć, nie dla samego organizatora ale dla przysłowiowego dobra ogółu. Gorzej jednak, gdy po wstępnej euforii projekt taki upada, a efekty zbiórki obracają się wniwecz. Przedsięwzięcie mające w perspektywie funkcjonować lata, umiera zanim się nawet na dobre narodziło. Wtedy trudno nie czuć się oszukanym i wykorzystanym, a w takim stanie ducha tym trudniej zdobyć się na wspieranie kolejnych crowdfundingowych inicjatyw. Z reguły też, poza jednym chlubnym przypadkiem z jakim osobiście się spotkałem, nie sposób liczyć na jakiekolwiek rozliczenie wydatków ze strony organizatorów. Odnosi się generalnie wrażenie, że dla wielu crowdfunding to sposób nie tyle na realizację samej szczytnej idei, ale głównie na przysłowiowy chleb powszedni, z masłem.

O ile organizatorzy kampanii w światowych serwisach crowdfundingowych nabywają u mnie coraz większego zaufania, o tyle naszych rodzimych organizatorów określiłbym póki co mianem Mistrzów Jednej Kampanii. Przegrywają z zachodnimi kolegami brakiem pokory i brakiem troski o przyszłe losy projektu, jak i o tych, którzy ich, szlachetne i warte skądinąd sfinansowania pomysły wspierają. Szczególnie wyznawcy permakultury powinni mieć w pamięci to, że nie wywiązując się ze zobowiązań jakie na siebie nałożyli przyjmując pieniądze od wspierających, naruszają elementarną zasadę troski o ludzi oraz podważają zaufanie wspierających do crowdfundingu jako do instytucji. Organizatorzy powinni pamietać, ze nie chodzi tu o żadne pieniądze, ani o duże, ani o małe, ale o elementarną zasadę wzajemnego zaufania dzięki której w ogóle crowdfunding ma szanse funkcjonować. A że warto aby istniał i miał się dobrze, tego chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć.

Podstawową zasadą crowdfundingu jest reinwestowanie sukcesu organizatora w dwie społeczności - tą, do której projekt był skierowany, oraz tą, która go wspomogła. Wypłata środków z udanego projektu crowdfundingowego powinna stanowić początek, a nie koniec więzi organizatora ze wspierającymi. Nie zapominajcie o tym drodzy organizatorzy.

poniedziałek, 25 maja 2015

Ingrediencje


Raz zainicjowane zmiany w Ostoi wydają się samoczynnie rozwijać lawinowo. Tam, gdzie utworzymy nową niszę ekologiczną, natychmiast zaczynają pojawiać się nowe gatunki roślin i zwierząt, poprzednio w Ostoi niewidziane. Na przykład skryte w glebie nasiona roślin, czekające na zmianę warunków na sprzyjające do kiełkowania mogą przetrwać setki lat, a bywa ich nawet tysiąc sztuk na metrze kwadratowym. W taki też pewnie sposób pojawił się u nas nigdy wcześniej nie widziany glistnik - jaskółcze ziele. Roślina cenna, o silnych właściwościach leczniczych, między innymi doskonały składnik maści na wszelkie choroby skórne.

Składniki takiej maści są bardzo proste - tyle samo świeżego ziela glistnika, co i bazy maści (w tym przypadku smalcu) oraz dosłownie po kilka kropli spirytusu i gliceryny. Skropione spirytusem i gliceryną ziele ucieramy z bazą maści dokładnie, a gotową już maść przechowujemy w lodówce, nawet do kilku miesięcy. Obok glistnka rośnie cały szereg innych ingrediencji na lecznicze preparaty - od świeżych pędów sosny po kokorycz pustą. O ile sosen ci u nas zawsze był dostatek, a nawet i nadmiar, to kokorycz pojawiła się niedawno, sama z siebie, nie siana.

Bardzo cennym źródłem składników kulinarnych oraz leczniczych zaczyna być spirala ziołowa. Zagęszcza się ona w tym roku ładnie, a na tym małym skrawku powierzchni rośnie już ponad dwa tuziny użytecznych gatunków. Gdy urządzaliśmy spiralę, na ogromnej górze widniały drobne sadzonki, za niedługo z pod góry roślin nie będzie widać podłoża. Spirala jak na razie jest "bezobsługowa" - nie podlewana, nie nawożona, nie pielona, daje nam wszystko "za darmo" i samodzielnie ewoluuje. Pojawiły się na niej miedzy innymi nie sadzone i nie siane wyki - znak, że przyroda uznała, iz w glebie jest zbyt mało azotu, w związku z tym wyka powinna nieco go związać z powietrza.

W naszych ogrodniczych działaniach staramy się wykorzystywać narzędzia, surowce i składniki pochodzące w jak największej mierze z recyclingu. Świetnym przykładem jest wykonywanie rozsad w rolkach od papieru toaletowego lub papierowych ręczników. Doskonale rosną w nich wszelkie boby, grochy i fasole, a sadzonki takie sadzimy wraz z rolką, kóra nie dość że kompostuje się w glebie samoczynnie, to jeszcze pomaga utrzymać wilgoć w strefie korzeniowej w pierwszych tygodniach życia rośliny w gruncie.

W Ostoi budujemy nisze ekologiczne powoli, metr po metrze, wedle permakulturowej zasady która mówi, że powolny lecz konsekwentny wygrywa wyścig. Każdy kolejny fragment tworzony jest z myślą o budowie gleby, a jakby dodatkowo pełnić ma inne użytkowe funkcje. Z reguły zaczyna się od wyścielenia starymi gazetami kawałeczka gruntu, przykrycia go grubą warstwą ściółki, a następnie na takiej bazie dodajemy element funkcjonalny. Dwa przykłady takich mikro-rozwiązań to wieża ziemniaczana i fasolowe tipi.

Prosta konstrukcja z resztek drutu zbrojeniowego ustawiona na warstwie ściółki tworzy idealne środowisko do uprawy ziemniaków, tak zwaną wieżę ziemniaczaną. Gdy ziemniaki wykiełkują, będziemy w wieży ściółkę uzupełniać, tak jak to czyniliśmy w zeszłym roku, uprawiając je w workach. Fasolowe tipi z kolei to żerdzie związane u góry, ustawione na obrysie okręgu, w którego centrum na bardzo żyznym "wzniesieniu" sadzimy dynię, a na obwodzie pnące fasole oraz (eksperymentalnie) kukurydzę. Niezaleznie od tego, czy pomysł się sprawdzi pod względem produkcji, czy nie, w przyszłym sezonie w miejscu takich struktur będziemy już mieć w miarę żyzną glebę, którą będziemy mogli w dowolny sposób wykorzystać.

Nieodłącznymi składnikami życia w Ostoi są tubylcy obserwujący nasze działania, czy to z za płotu, czy też wizytujący nas na podwórku. Dziwny zając obiega szopę w kółko, niewiadomo w jakim celu. Nietoperz żyje za okiennicą, a ptaszyny w domkach i własnych gniazdach. Koziołek sarny spotykany o poranku już przestaje się bać, nie ucieka, i jak tak dalej pójdzie, będziemy sobie mówić "Dzień dobry sąsiedzie". Połowicznie się to nawet już udało, to znaczy ja mu już mówię. Wszyscy, jak tu stoimy, rośniemy, chodzimy, latamy i pływamy, jesteśmy istotnymi ingrediencjami tego ekosystemu i każde życie ma tu swoją unikalną wartość. Nasza siła jest w bioróżnorodności i wzajemnym dawaniu sobie nawzajem tego, czym możemy się bez szkody dla siebie i innych dzielić. Dzięki temu jest nas tu coraz więcej i żyjemy w coraz lepszej harmonii, tworząc po prostu lepsze miejsce na Ziemi.

czwartek, 14 maja 2015

Zaczęło się


W Ostoi, choć później niż w okolicy, to jednak wszystko rosnąć zaczyna jak na przysłowiowych drożdżach. Portulaka, która pozostawała zielona i smaczna nawet pod śniegiem, teraz wybujała w pędy kwiatowe - kwitnie pięknie ale i smakuje nadal wyśmienicie. Po raz kolejny, w tym roku jak i w poprzednim, z pod zrębki wychodzą pędy ziemniaków, posadzonych w dniu zbioru poprzednich, czyli w końcu września. Ta jednodniowa uprawa ziemniaków jest źródłem wielkiej satysfakcji bo udowadnia, ile zbędnej pracy człowiek potrafi sobie sam na własne plecy wziąć, a której przyroda tak naprawdę od niego nie wymaga. Jest duża szansa że w tym roku nie będzie już przymrozków które rok temu w maju lekko uszkodziły moje ziemniaki, tak więc perspektywy na obfity zbiór malują się w optymistycznych kolorach.

Do od dawna rosnącej cebuli dołączył właśnie pierwszy bób, również siany po zeszłorocznych zbiorach. Jesteśmy wielkimi fanami bobu, siejemy wiele odmian, również i dopiero teraz, w maju. Bioróżnorodność reprezentowana w tym przypadku bogactwem odmian, prowadzi jak zawsze do obfitości, gdyż dzięki temu bobem będziemy mogli cieszyć się dłużej, w miarę jak kolejne odmiany będą dojrzewać. Nie siejemy dużo, ot trochę dla samych siebie, w znacznej mierze już z własnych nasion. W tym roku po raz pierwszy też wysialiśmy bób na grządkach głęboko ściółkowanych słomą, zobaczymy jak będzie rósł w porównaniu do uprawy w zrębkach.



W minisadziku, gdzie w zeszłym roku posadziliśmy kolumnowe odmiany drzewek owocowych, pieknie wyrosła koniczyna biała. Poza pełnieniem roli rośliny okrywowej, wabiacej owady, wiążącej azot z powietrza, zmniejszającej parowanie, pełni ona rolę "żywej ściółki", slużącej do ścinania i pokrywania powierzchni w miejscu cięcia, w technice zwanej "chop and drop" czyli "zetnij i upuść". Koniczynę tą ścinam sierpem i upuszczam tam, gdzie stoję, w znaczący sposób zwiększy to żyzność gleby w nadchodzących miesiącach. Wśród koniczyny rosną inne rośliny uzytkowe, takie jak szczaw lioński, dziewanna, truskawki i wiele, wiele innych.

Wreszcie została obsadzona grządka warzyw wieloletnich. W przyszłości będą na niej rosły szparagi, topinambury, rabarbar i kilka innych gatunków, przeplatanych niewielkim dodatkiem roślin jednorocznych. Karpy, bulwy i kłącza trafiły pod bardzo grubą warstwę słomy, przez którą teraz się pracowicie przebijają młode pędy - pozostawimy je w spokoju na 2-3 lata. A póki co, na obrzeżach grządki rosną sobie tulipany, powoli wychodzą liście truskawek, a na pierwszym planie dumnie zieleni się świeżo wyhodowany imbir. Wykopiemy go na jesieni i zobaczymy jak smakuje wyhodowany w środku polskiego lasu egzotyczny korzeń.

Spirala ziołowa bardzo ładnie przetrwała zimę, wśród ocalałych z zeszłego roku rozmarynów, lawend i szałwi wyrosły sobie jakieś grzyby. Cieszy nas to bardzo, bo świadczy to o zdrowiu gleby i zachodzących w niej procesów. Na dole spirali odbijają mięty, lubczyki, tymianki i macierzanki, zdążyły już przekwitnąc krokusy, żonkile i narcyzy, a poziomki, ogóreczniki i rudbekie dopiero się budzą. Mamy nadzieję, że liczne gatunki zasiedlające spiralę zagęszczą się w tym roku i że z czasem osiągniemy taki stań, że z pomiedzy roślin nie będzie widać podłoża.

Eksperymentalnie hodujemy z pestek jabłonie - praktycznie nie ma pestki, z której nie zaczęłoby rosnąć drzewko. Nieprawdą jest, że wszystkie takie drzewka dadzą owoce niejadalne - to prawda, że prawie żadne drzewko nie będzie identyczne jak jego rodzice, ale owoce takich drzewek będą miały jakość od doskonałych do niejadalnych. Warto więc sadzić i eksperymentować, tym bardziej, że nawet owoc nic niewart smakowo dla ludzi, ciągle nadaje się dla zwierząt, lub do wytwarzania na przykład octu jabłkowego.

Jak widać w Ostoi zaczęlo dziać się tyle, że trudno wszystko w krótkim wpisie zawrzeć. Poza pracami umownie mówiąc ogrodniczymi, jest całe wielkie spektrum innych tematów, o których można by pisać, ale tak naprawdę to nie ma kiedy. W nielicznych wolnych chwilach  staramy się cieszyć pięknem przyrody, głosami ptaków i serenadami żab, zapachami lasu, rzeki i łąki, które tu zwiemy eliksirami, a od czasu do czasu sauną, w której u nas dominuje zapach drewna brzozowego i własnych ziół, ze szczególnym uwzględnieniem piołunu, który staramy się zawsze mieć rosnący na podorędziu. Zaczęło się życie w Ostoi takie, jakie najbardziej lubimy, i jak się zapewne domyślacie, cieszy nas to niepomiernie!

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Zręby


W Ostoi wyznajemy jedną żelazną zasadę - postęp naszych prac musi być widoczny w poprawie jakości gleby. A nie jest to łatwe - w sercu sosnowego lasu, na górze piasku, niełatwo osiągnąć pozytywne efekty. Najbardziej doskwiera brak materii organicznej, a na ile tylko to możliwe, staramy się ograniczyć "import" czegokolwiek spoza naszych granic i radzić sobie z tym, co mamy. Przyczyn tego jest wiele i nie chodzi tu o finanse, ale o ryzyko zawleczenia materiału zawierającego biocydy, metale ciężkie i inne substancje całkowicie w Ostoi niepożądane,  jak również o tak zwane "kilometry" - odległość z jakiej trzeba by coś sprowadzać i jaki byłby koszt takich działań dla środowiska. Czasami jednak robimy wyjątek, bo inaczej się nie da. Wyjątki zasadniczo są dwa - pierwszym są zrębki z drzew liściastych, a drugim słoma w kostkach.
Zrębki stanowią podstawę naszego ogrodnictwa - to z nich powstały pierwsze ogródki, to w nich rośnie większość naszych upraw. Jak już niejednokrotnie pisałem, naszą inspiracją jest tu Paul Gautschi i film o jego ogrodzie "Back to Eden". Jeśli chodzi o zrębki, nie mamy raczej obaw o ich biologiczną i chemiczną czystość. Nieco inaczej ma się sprawa ze słomą w kostkach - tu lubimy upewnić się (na ile to możliwe), że zboża z których pochodzi słoma były uprawiane w technologiach tradycyjnych. Zazwyczaj słomę stosujemy wyłącznie do ściółkowania, ale w tym roku postanowiliśmy pouprawiać nieco roślin bezpośrednio w kostkach słomy. Ogródek taki ma wiele zalet - można go usytuować i na betonie, i na zachwaszczonej ziemi, i na trawniku przed blokiem. Jest bardzo wygodny w obsłudze - nie trzeba się zbytnio schylać. Po zakończonym sezonie słoma stanowi doskonały składnik kompostu, a gleba pod nią jest dobrze użyźniona. Ogródek eksperymentalny w Ostoi składa się jedynie z 6 kostek, ale na początek to wystarczy - jeśli się sprawdzi, w przyszłym roku powiększymy areał.
Podczas gdy wszędzie wokół już wiosna, w Ostoi jesteśmy kilka tygodni do tyłu - sorry, taki mamy (mikro)klimat. Gdy inni już dawno zakończyli zbiory pędów sosny, u nas są one jeszcze zbyt malutkie aby je zbierać. Dopiero zaczęły kwitnąć syberyjskie cebulice, w najlepsze kwitną żonkile, moja ulubiona kokorycz też pięknie kwitnie, ale śliwki lubaszki które w Warszawie już przekwitły, tu dopiero zaczynają. Miłą niespodziankę sprawiły natomiast tulipany, tak dla żartu powtykane na obrzeżach grządek (rośliny cebulowe hamują wzrost traw w swojej okolicy) - przetrwały świetnie zimę i właśnie zdecydowały się ujawnić swe kolory.
Na stokach Zajęczej Górki, gdzie "nic nie chce rosnąć", próbujemy powstrzymać erozję sadząc rząd żarnowca. Sadzimy w zygzak, zmiaturyzowaną metodą "net and pan", gdzie dołki z roślinami łączy się rowkami tak, aby całość wody deszczowej spływającej z góry po piaszczystym stoku spowolnić, rozproszyć i wchłonąć w grunt, a w nim jak najdłużej zatrzymać. Nie jesteśmy przesadnymi optymistami co do efektów, ale próbujemy - jak niejednokrotnie pisałem, każda taka próba stanowi dla nas kolejną lekcję, a satysfakcja gdy się jednak uda jest nagrodą za wszelkie trudy i znoje.
Trzeciego maja przypada Międzynarodowy Dzień Permakultury - zamierzamy go uczcić posadzeniem kilku drzew. Bylibyśmy szczęśliwi, gdyby choć jeden nasz czytelnik uczynił to samo i dał nam tu znać. Z góry wielce Wam dziękujemy! Tegoroczny Dzień Permakultury poświęcony jest glebom - pamiętajmy też i o tym. Gleby stanowią bowiem zręby naszej cywilizacji, bez zdrowych gleb nie ma zdrowej żywności i zdrowych społeczeństw.

niedziela, 5 kwietnia 2015

Krajobraz po bitwie

Po ciepłych klimatach przedwiośnia nastał w Ostoi czas nawałnic, dosłownie i w przenośni. Gwałtowne zmiany pogodowe - deszcze ze śniegiem, porywiste wiatry i okazjonalny grad, oddzielone od siebie chwilami oślepiającego słońca i tego, co można nazwać wiosennym upałem (zwykle w samo południe), przychodzą i odchodzą. Na obrzeżach permakulturowych grządek z grubej warstwy ściółki dumnie wychylają się tulipany, nic sobie z tych zmian pogodowych nie robiąc, za to robiąc swoje - czyli rosnąc.

Pod starodawnymi lipą i klonem z płytkiej ściółki wyłania się zielony żagielek niedźwiedziego czosnku i pierwsze listki mniszka lekarskiego, niechybny znak nadchodzących wiosennych sałatek. Bardzo cieszy mnie, że czosnki przetrwały kolejną batalię z zimą oraz z niezwykle ubogą glebą wypełnioną niemal do szczętu filcem korzeni stuletnich drzew. Najprawdopodobniej do nagiej gleby wraca życie, pod pokładami ściółki dwoi się i troi aby stworzyć roślinom lepsze warunki bytowe. Pod klon i lipę trafiają wszystkie gałęzie strącone przez wichury, co jeszcze bardziej przyczynia się do tego, że małym roślinom pod wielkimi drzewami żyje się lepiej. Ciekawym zjawiskiem jest spora sterta sosnowych szyszek tuż pod klonem - to dzięcioł urządził sobie zimową kuźnię i tym samym przyczynił się do dzieła ściółkowania.

Na grządkach ze zrębki widać zeszłoroczne truskawki, przetrwały zimowe trudy doskonale. A tuż za nimi powstają pierwsze niemal niedostrzegalne rowki, a w nich pierwsze zasiewy. Pies z kulawą nogą by się nie domyślił, że cokolwiek tu posiano, gdyby nie rządek białych tabliczek skrupulatnie opisujących symbolami co gdzie ma w przyszłości wyrosnąć. Taki właśnie jest urok uprawy permakulturowej - upodobniamy nasz ogród do tego, co można dostrzec w naturalnych lasach czy na łąkach, gdzie naprawdę trudno choćby o skrawek nagiej gleby, na którą paść mogłyby nasiona, tak jak to sobie człowiek w swoim małym rozumku uznał za konieczne i jedynie słuszne. Natura natomiast sądzi inaczej, i z chaosu zrębki pozwala wyłonić sie moim warzywom, czy to się specom podoba, czy nie.

W Ostoi zakończyła się zasadnicza faza stawiania pieca - zapłonął pierwszy ogień. Piec przez kolejne tygodnie będzie schnąć, wydalając z siebie setki litrów wody. Piec trzeba jeszcze poprawić pod względem staranności wykończenia, a także włożyć sporo pracy w przeróbki instalacji elektrycznej, prace murarsko-malarskie, no i w generalne sprzątanie. Przy "trybie weekendowym" prac w Ostoi, minie wiele tygodni zanim to wszystko się zakończy. Do tego czasu w domu królować niestety będzie wszechobecny bałagan, no ale taka jest kolej rzeczy gdy się nie jest cały czas na miejscu i działa z doskoku.

Wśród resztek cegieł na ganku wygrzewa się sąsiadka - ruda kocica zza lasu. Odwiedza regularnie, w nadziei na smaczny kąsek. Z reguły długo nie zabawia, ot, jedynie tyle, aby coś wyżebrać. No i warunki do wygrzewania nie za dobre - ledwie się rozłoży, a tu kolejny deszcz ze śniegiem z zachodu leci, albo i grad. Początki tego kwietnia są zupełnie inne od zeszłorocznych i po raz kolejny się okazuje, że wobec cykli w przyrodzie najlepszym co możemy zrobić, to obserwować je ze stoickim spokojem. Każda nawałnica się kiedyś kończy, a po niej wychodzi słońce, a w jego blasku nawet krajobraz po bitwie wygląda bardziej pogodnie i optymistycznie nastraja na przyszłość, tą bliższą i dalszą..

niedziela, 15 marca 2015

Przedwiośnie


W Ostoi kończy się czas dokarmiania ptasiej chałastry, a nadchodzi czas treli i godów. Aby ptaszyny nie zaciągały kredytów we frankach na swe gniazdka, ufundowałem im kilkanaście domków w rozmaitych standardach.
Jak na razie zainteresowanie domkami przejawiają jedynie sikorki, ale w pobliżu słychać też wrzaski sójek i innych, bliżej niezidentyfikowanych obieków latających. Na to aby się dowiedzieć, czy domki znajdą nowych lokatorów, trzeba jeszcze nieco poczekać, ale jestem dobrej myśli. Po całej zimie dokarmiania liczba ptaków w okolicy wydaje się być większa niż w poprzednich latach, co pozwala mieć nadzieję na wiosenne ptasie koncerty.
Na łąkach natomiast hałasują żurawie, odprawiając coroczne rytuały. Na razie trzymają się jednak z dala od domu, w zasięgu słuchu, ale nie wzroku.

W świecie roślinnym dopiero pierwsze jaskółki wiosny - wychodzą ze ściółki krokusiki, i te żółte, i te fioletowe. W najcieplejszym mikroklimacie spirali ziołowej pozytywnie zareagowały tulipany, już widać ich listki nad warstwą zrębki. W wielu miejscach kiełkują żonkile, jeszcze trochę, a naprawdę kwietnie zrobi się w Ostoi. A pomyśleć, że jeszcze trzy lata temu nie było tu ani jednego wiosennego kwiatuszka. Czekam na pojawienie się czosnku niedźwiedziego, niecierpliwie.

Na grządkach zdumiewa mnie portulaka - ta mała roślinka od lata, przez jesień i zimę do teraz, jak się zieleniła, tak się zieleni. Wygarniałem ją spod śniegu w styczniowe dni, a teraz prezentuje się równie dobrze jak niedługo po posadzeniu. Doskonała roślinka sałatkowa, szkoda tylko że taka malutka. Wszędzie panoszy się też biała koniczyna będąca moją główną rośliną okrywową, oraz zaczynają odrastać truskawki. Pierwszy krzew jagody kamczackiej dostał włochatych listków, wkrótce pewnie i pozostałe pójdą jego śladem.

Sok z brzóz płynie bardzo słabo, ale płynie, z klonu natomiast wcale, czyli dokładnie odwrotnie, niż piszą specjaliści. Klon powinien dawać sok wcześniej - fachowcy sobie, a przyroda sobie. Bobry za to nie próżnują, jak cięły, tak tną. Dzięki nim, drewutnię mam pełną niemal po brzegi, wszystko w niej to efekt pracy gryzoni, ani jedno drzewo nie poległo pod moją piłą aby drewutnię napełnić. Miło patrzyć na zapas drewna, mniej miło na bezdrzewne brzegi rzeczki naszej ulubionej. Niby przyroda wie, co robi, ale bobra tu ludzie, a nie przyroda, reintrodukowali. Gdyby wraz z bobrem reintrodukowano wilka, to może byłaby szansa na jakąś równowagę ....

Czekając na nadejście astronomicznej i prawdziwej wiosny, pora przygotowywać rozsady. Miejskie parapety zajęte przez skrzynki z wysianymi pomidorami, miechunkami, paprykami i innymi ami. Przegląd kolekcji nasion zrobiony, wszystko posegregowane i czekające w gotowości. W sobotę, 14 marca, eksperymentalnie wysiałem rzodkiewki, miniaturowe marchewki i nieco groszku, zobaczymy czy cokolwiek z tego ocaleje. Jak to się mówi, nawet gdy ze stu prób tylko jedna kończy się powodzeniem, te 99 dużo może nas nauczyć.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Zimowa huśtawka

W Ostoi prawdziwej, śnieżnej zimy jeszcze w tym roku nie było. Zimy takiej, gdy bez łopaty w samochodzie nie ma sensu do Ostoi jechać. Jak na przykład dwa lata temu, ech, wtedy to była zima. W tym roku jest taka zima, że raz jest troszkę śniegu, a raz go wcale ni ma :)  Zdarzają się dni mroźne, zdarzają się odwilże, deszcze i dni nieomal wiosenne. Trudno orzec, czy to dobre dla przyrody, wydaje mi się że nie bardzo, bo momentami głupieje ona i w naszym ludzkim rozumieniu zachowuje się nieracjonalnie, no ale czy tak jest naprawdę, to tylko przyroda wie.

Odwilże upływają pod znakiem bobrowej aktywności. Bobry w tym roku, jak nigdy dotąd na przestrzeni kilkunastu lat, tną osikę. Nigdy przedtem tego nie robiły, cięły głównie olchy, brzozy, okazjonalnie młode dęby i sosny. W tym roku wyprawiają się bardzo, bardzo daleko wgłąb lądu właśnie po osikę, a ściętą wloką setki metrów do swych spiżarni. Na "miejscu zbrodni" pozostawiają objedzone z kory mniejsze fragmenty gałęzi, które pracowicie zbieram - może powstanie z tego płotek, cały w śladach zębów bobrowej hałastry. Gdy pogodowa huśtawka wychyla się w kierunku mrozów, bobry, jak duchy, znikają, i tylko kikuty pni świadczą o tym, że to ich królestwo.

Pora odwilży lub temperatur w okolicy zera to doskonały czas do obserwacji mikroklimatów. Świetnie wtedy widać, gdzie śnieg nie zalega, gdzie się topi, gdzie utrzymuje się najdłużej. Informacje te można wykorzystać przy planowaniu nowych nasadzeń. Widać też doskonale, jaki wpływ na tworzenie mikroklimatów mają nasze prace ziemne. Mini-swale (mały rowek wykonany dokładnie poziomo, mający na celu spowalniać wodę deszczową i pozwalać jej wsiąkać) cechuje się zdecydowanie wyższą temperaturą niż gleba powyżej i poniżej. Wszystkie powierzchnie utwardzone chłoną ciepło dnia i oddają je w nocy, śniegu na nich więc tyle co nic, lub wcale. W punkcie zerowym pogodowej huśtawki, w ogrodzie najwięcej śniegu na słomianych ściółkach, a całkiem go brak pod koronami drzew.

Gdy trafi się natomiast dzień odrobinę bardziej śnieżny i zdecydowanie bardziej mroźny, przyjeżdżając na parę godzin do Ostoi, nie ma co marzyć o nagrzaniu domu. Zamiast tego, lepiej rozpalić w survivalowym "rakieciaku" z 18 starych cegieł i przy użyciu dosłownie kilku gałązek upiec sobie kiełbaskę, czy co kto tam sobie upiec lubi. Ogieniek wśród śniegu ma moc magiczną, i samo patrzenie na niego sprawia, że człowiekowi na ciele i duszy cieplej. Wkrótce w Ostoi ma pojawić się piec z prawdziwego zdarzenia, ale póki co, taki nadworny piecyczek musi wystarczyć i czyni to całkiem nieźle. Każde okoliczności zimowej hustawki mają swój urok, ale jednak w styczniu wolałbym aby bobry spały, śnieg zalegał, a starorzecza pokrywał lód. Marzy mi się połowić z pod lodu okonie, wszystko jednak wskazuje na to, że przy tegorocznej huśtawce to się nie uda.