Wrzesień zaczął się w Ostoi tak pracowicie, że na pisanie brak czasu, ale jeśli teraz nie odnotuję, to myśl ulotna umknie. Bez dalszego więc ociągania się - do rzeczy.
O niespodziankach jest ten wpis, a pierwsza z nich to smak fioletowych ziemniaków. Kupiłem ich kilka rok temu. Posadziłem, a na jesieni nie zachwyciły smakiem. Postanowiłem dać im drugą szansę. Przechowałem sadzeniaki w torfie i posadziłem wiosną. Kilka, tradycyjnie już, pozostawiłem na zimę pod ściółką. Obie partie wykiełkowały, a teraz nadszedł czas degustacji. Ich wygląd po ugotowaniu jest dla mnie dosyć odstręczający, ale smak ... rewelacja! Co się więc stało, że smak się poprawił? Ano pewnie pierwsze pokolenie ostojowe jest lepiej przystosowane do warunków, a każde następne będzie jeszcze lepsze.
Wszyscy już wiedzą, że Ostoja pomidorem stoi. Kilka pomidorowych newsów musi więc się się i dziś pojawić. Pierwsza niespodzianka to jakość pomidorów z kostek słomy. Zarówno koktailowe, jak i większe, smakiem po prostu zniewalają. Goście Ostoi zawsze dostają je do skosztowania i zachwytom nie ma końca. Ja również nabieram wprawy, ucząc się co roku nowych trików. W tym roku po raz pierwszy przyciąłem końcówki pędów dużych pomidorów pierwszego września, po to, aby krzaki nie traciły już energii na wzrost, a wszystko szło w owoce. Po kilku dniach widzę, że to działa, owoce zaczynają szybciej dojrzewać, pomimo niesprzyjającej pogody.
No a wielkie pomidory? Rozpychają się totalnie, rozginając druty podpór! Ten gagatek będzie musiał być rozcięty, aby trafić na talerz. Przewiduję, że ważyć będzie ponad 70 deka. Jest takich więcej, a najpiękniejsze rosną na krzakach z sadzonek odpadowych, które żal mi było wyrzucić. Z braku miejsca na kostkach, zostały one osadzone w workach, ale miejsca na więcej worków też nie było. Powędrowały więc pod zachodnią ścianę domu, gdzie słońce jest dosłownie przez godzinę, ale za to pali mocno. W teorii, te pomidory nie miały prawa tak ładnie wyglądać. Tymczasem nie tylko że owoce piękne, ale mają i tą zaletę, że później niż inne dojrzewają, co wydłuża sezon. W przyszłym roku pod tą ścianę domu powędruje na pewno więcej pomidorów.
No a żeby mieć co sadzić, to zacząć trzeba od zebrania nasion. Zbieram więc pieczołowicie, opisując nasiona w torebeczkach i prowadząc selekcję. A to nasiona z owoców najwcześniejszych, a to z najładniejszych, po kilkanaście sztuk prima sort. Ale poza tym, zbieram po raz pierwszy masówkę - setki, jeśli nie tysiące nasion, jak leci. Robię to głównie przy sporządzaniu przecieru z pomidorów. Idzie to błyskawicznie. A po co mi tyle nasion? A po to, aby siać je wszędzie i spróbować dochować się samosiejek w leśnym ogrodzie. Tegoroczne "leśne pomidory", bez podlewania i opieki przeżyły, pora więc rozszerzyć ramy eksperymentu.
Skoro jesteśmy już w leśnym ogrodzie, to zobaczcie, co pnie się po młodej jabłonce. Poznajecie? Brawo, to fasola - a konkretnie moja ulubiona odmiana tyczna szparagowa, Goldmarie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie wielkość tego strąka. Ma nieco ponad 35 centymetrów i jest to bez wątpienia największy strąk tej odmiany, jakiego się kiedykolwiek dochowałem w Ostoi. A fasola ta wyrasta z gęstwy innych roślin - koniczyn, fasoli karłowych, łubinów, żywokostów i pnie się po młodym drzewku ku słońcu. Nie wymagała opieki, nie była nawożona, podlana minimalnie w największe upały, a jednak dała taki strąk. Powstaje teraz dylemat, czy z jej nasion wyrosną rośliny dające równie duże strąki? Odpowiedź zapewne już za rok.
Pamiętacie urodlin, czyli słynny amerykański pawpaw? Najbardziej się obawiałem letnich upałów, bo jak już pisałem, najwięcej urodlinów ginie od nadmiaru słońca, a nie od zimowych mrozów. Moje wszystkie przeżyły, nieco nawet urosły, jesteśmy więc na dobrej drodze. A jak to się stało? Ano przeżyły dzięki temu, że rosły w gęstwie ... bobu, momentami wyższego od nich. Teraz, gdy bób zebrany ostatecznie, pocięty i zużyty na ściółkę, a ryzyka nadmiernej solaryzacji brak, urodliny mogą cieszyć oko swoją, pomimo bobowych zasłon, zbyt jednak jasną barwą. Im bowiem urodlin zdrowszy, tym ciemniejsza zieleń jego listowia. Podobno, bo nie mam z nimi innych doświadczeń, niż właśnie teraz nabywane. Mam nadzieję że teraz urodliny są bezpieczne do następnego lata, a czy je przed nim osłonić, zdecyduję na wiosnę.
Tam, gdzie jeszcze niedawno rosły fioletowe ziemniaki, czyli w skrzyni od palet, teraz już kiełkują jesienne rzodkiewki. Posadzone w dniu zbioru ziemniaków, na warstwie świeżego kompostu z odrobiną ściółki nie stroją żadnych fochów tak jak wiosenne, tylko po prostu wschodzą i rosną. To już drugie pokolenie rzodkiewek w Ostoi po lecie, albowiem zebrałem właśnie te z donic podsiąkowych. Żadnych niespodzianek - zdrowe, ładne i smaczne, normalnie nudy. Polecam jesienną uprawę rzodkiewek, dużo mniej stresująca niż wiosenna, przynajmniej w Ostoi.
Niby żadna niespodzianka, ale co roku tak samo cieszy - chodzi o grzyby z podwórka Ostoi. Nie z lasu, z podwórka. Co roku wyrastają, z początku skromnie, jak na zdjęciu, im dalej w jesień, tym obficiej. Grzyby to jeden z powodów braku czasu, zbieram i marynuję w słoikach, smażę wielkie kanie, duszę i suszę, generalnie jest z tym sporo pracy, ale i sporo zadowolenia. Odkryciem tego roku jest potrawa przypadkowo skomponowana - kasza gryczana smażona z grzybami i cebulą, a w wersji wypas - takaż kaszanka. Gorąco polecam.
Wpis ten kończę fasolowym tipi, niewidocznym spod fasoli. Miało nic nie wyrosnąć, bo posiane zdecydowanie za późno. Miało wyschnąć, bo przyszły upały, a nie było podlewane. Teraz ma nie obrodzić, bo dopiero we wrześniu całe w kwiatach, ale jak to w Ostoi - pożyjemy, zobaczymy, a o efektach nie zapomnimy napisać. Fajne jest to, że życie w Ostoi jest tak pełne niespodzianek. Może i małych, może i niewielkiej rangi, ale suma ich cieszy tak, że warto poświęcać tu swój czas i energię, obserwując efekty. Jak tłumaczył bowiem Bill Mollison, permakultura to próba uczynienia naszego miejsca na Ziemi lepszym, i to właśnie się dzieje dzięki ostojowym niespodziankom.
Blog o permakulturze i Permakulturowym Miejscu Pokazowym "Ostoja" zlokalizowanym w sercu Puszczy Bolimowskiej, w obszarze Natura 2000, nad brzegiem rzeki Rawki, rezerwatu przyrody.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fasolowe tipi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fasolowe tipi. Pokaż wszystkie posty
środa, 6 września 2017
poniedziałek, 25 maja 2015
Ingrediencje
Raz zainicjowane zmiany w Ostoi wydają się samoczynnie rozwijać lawinowo. Tam, gdzie utworzymy nową niszę ekologiczną, natychmiast zaczynają pojawiać się nowe gatunki roślin i zwierząt, poprzednio w Ostoi niewidziane. Na przykład skryte w glebie nasiona roślin, czekające na zmianę warunków na sprzyjające do kiełkowania mogą przetrwać setki lat, a bywa ich nawet tysiąc sztuk na metrze kwadratowym. W taki też pewnie sposób pojawił się u nas nigdy wcześniej nie widziany glistnik - jaskółcze ziele. Roślina cenna, o silnych właściwościach leczniczych, między innymi doskonały składnik maści na wszelkie choroby skórne.
Składniki takiej maści są bardzo proste - tyle samo świeżego ziela glistnika, co i bazy maści (w tym przypadku smalcu) oraz dosłownie po kilka kropli spirytusu i gliceryny. Skropione spirytusem i gliceryną ziele ucieramy z bazą maści dokładnie, a gotową już maść przechowujemy w lodówce, nawet do kilku miesięcy. Obok glistnka rośnie cały szereg innych ingrediencji na lecznicze preparaty - od świeżych pędów sosny po kokorycz pustą. O ile sosen ci u nas zawsze był dostatek, a nawet i nadmiar, to kokorycz pojawiła się niedawno, sama z siebie, nie siana.
Bardzo cennym źródłem składników kulinarnych oraz leczniczych zaczyna być spirala ziołowa. Zagęszcza się ona w tym roku ładnie, a na tym małym skrawku powierzchni rośnie już ponad dwa tuziny użytecznych gatunków. Gdy urządzaliśmy spiralę, na ogromnej górze widniały drobne sadzonki, za niedługo z pod góry roślin nie będzie widać podłoża. Spirala jak na razie jest "bezobsługowa" - nie podlewana, nie nawożona, nie pielona, daje nam wszystko "za darmo" i samodzielnie ewoluuje. Pojawiły się na niej miedzy innymi nie sadzone i nie siane wyki - znak, że przyroda uznała, iz w glebie jest zbyt mało azotu, w związku z tym wyka powinna nieco go związać z powietrza.
W naszych ogrodniczych działaniach staramy się wykorzystywać narzędzia, surowce i składniki pochodzące w jak największej mierze z recyclingu. Świetnym przykładem jest wykonywanie rozsad w rolkach od papieru toaletowego lub papierowych ręczników. Doskonale rosną w nich wszelkie boby, grochy i fasole, a sadzonki takie sadzimy wraz z rolką, kóra nie dość że kompostuje się w glebie samoczynnie, to jeszcze pomaga utrzymać wilgoć w strefie korzeniowej w pierwszych tygodniach życia rośliny w gruncie.
W Ostoi budujemy nisze ekologiczne powoli, metr po metrze, wedle permakulturowej zasady która mówi, że powolny lecz konsekwentny wygrywa wyścig. Każdy kolejny fragment tworzony jest z myślą o budowie gleby, a jakby dodatkowo pełnić ma inne użytkowe funkcje. Z reguły zaczyna się od wyścielenia starymi gazetami kawałeczka gruntu, przykrycia go grubą warstwą ściółki, a następnie na takiej bazie dodajemy element funkcjonalny. Dwa przykłady takich mikro-rozwiązań to wieża ziemniaczana i fasolowe tipi.
Prosta konstrukcja z resztek drutu zbrojeniowego ustawiona na warstwie ściółki tworzy idealne środowisko do uprawy ziemniaków, tak zwaną wieżę ziemniaczaną. Gdy ziemniaki wykiełkują, będziemy w wieży ściółkę uzupełniać, tak jak to czyniliśmy w zeszłym roku, uprawiając je w workach. Fasolowe tipi z kolei to żerdzie związane u góry, ustawione na obrysie okręgu, w którego centrum na bardzo żyznym "wzniesieniu" sadzimy dynię, a na obwodzie pnące fasole oraz (eksperymentalnie) kukurydzę. Niezaleznie od tego, czy pomysł się sprawdzi pod względem produkcji, czy nie, w przyszłym sezonie w miejscu takich struktur będziemy już mieć w miarę żyzną glebę, którą będziemy mogli w dowolny sposób wykorzystać.
Nieodłącznymi składnikami życia w Ostoi są tubylcy obserwujący nasze działania, czy to z za płotu, czy też wizytujący nas na podwórku. Dziwny zając obiega szopę w kółko, niewiadomo w jakim celu. Nietoperz żyje za okiennicą, a ptaszyny w domkach i własnych gniazdach. Koziołek sarny spotykany o poranku już przestaje się bać, nie ucieka, i jak tak dalej pójdzie, będziemy sobie mówić "Dzień dobry sąsiedzie". Połowicznie się to nawet już udało, to znaczy ja mu już mówię. Wszyscy, jak tu stoimy, rośniemy, chodzimy, latamy i pływamy, jesteśmy istotnymi ingrediencjami tego ekosystemu i każde życie ma tu swoją unikalną wartość. Nasza siła jest w bioróżnorodności i wzajemnym dawaniu sobie nawzajem tego, czym możemy się bez szkody dla siebie i innych dzielić. Dzięki temu jest nas tu coraz więcej i żyjemy w coraz lepszej harmonii, tworząc po prostu lepsze miejsce na Ziemi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)















