czwartek, 14 maja 2015

Zaczęło się


W Ostoi, choć później niż w okolicy, to jednak wszystko rosnąć zaczyna jak na przysłowiowych drożdżach. Portulaka, która pozostawała zielona i smaczna nawet pod śniegiem, teraz wybujała w pędy kwiatowe - kwitnie pięknie ale i smakuje nadal wyśmienicie. Po raz kolejny, w tym roku jak i w poprzednim, z pod zrębki wychodzą pędy ziemniaków, posadzonych w dniu zbioru poprzednich, czyli w końcu września. Ta jednodniowa uprawa ziemniaków jest źródłem wielkiej satysfakcji bo udowadnia, ile zbędnej pracy człowiek potrafi sobie sam na własne plecy wziąć, a której przyroda tak naprawdę od niego nie wymaga. Jest duża szansa że w tym roku nie będzie już przymrozków które rok temu w maju lekko uszkodziły moje ziemniaki, tak więc perspektywy na obfity zbiór malują się w optymistycznych kolorach.

Do od dawna rosnącej cebuli dołączył właśnie pierwszy bób, również siany po zeszłorocznych zbiorach. Jesteśmy wielkimi fanami bobu, siejemy wiele odmian, również i dopiero teraz, w maju. Bioróżnorodność reprezentowana w tym przypadku bogactwem odmian, prowadzi jak zawsze do obfitości, gdyż dzięki temu bobem będziemy mogli cieszyć się dłużej, w miarę jak kolejne odmiany będą dojrzewać. Nie siejemy dużo, ot trochę dla samych siebie, w znacznej mierze już z własnych nasion. W tym roku po raz pierwszy też wysialiśmy bób na grządkach głęboko ściółkowanych słomą, zobaczymy jak będzie rósł w porównaniu do uprawy w zrębkach.



W minisadziku, gdzie w zeszłym roku posadziliśmy kolumnowe odmiany drzewek owocowych, pieknie wyrosła koniczyna biała. Poza pełnieniem roli rośliny okrywowej, wabiacej owady, wiążącej azot z powietrza, zmniejszającej parowanie, pełni ona rolę "żywej ściółki", slużącej do ścinania i pokrywania powierzchni w miejscu cięcia, w technice zwanej "chop and drop" czyli "zetnij i upuść". Koniczynę tą ścinam sierpem i upuszczam tam, gdzie stoję, w znaczący sposób zwiększy to żyzność gleby w nadchodzących miesiącach. Wśród koniczyny rosną inne rośliny uzytkowe, takie jak szczaw lioński, dziewanna, truskawki i wiele, wiele innych.

Wreszcie została obsadzona grządka warzyw wieloletnich. W przyszłości będą na niej rosły szparagi, topinambury, rabarbar i kilka innych gatunków, przeplatanych niewielkim dodatkiem roślin jednorocznych. Karpy, bulwy i kłącza trafiły pod bardzo grubą warstwę słomy, przez którą teraz się pracowicie przebijają młode pędy - pozostawimy je w spokoju na 2-3 lata. A póki co, na obrzeżach grządki rosną sobie tulipany, powoli wychodzą liście truskawek, a na pierwszym planie dumnie zieleni się świeżo wyhodowany imbir. Wykopiemy go na jesieni i zobaczymy jak smakuje wyhodowany w środku polskiego lasu egzotyczny korzeń.

Spirala ziołowa bardzo ładnie przetrwała zimę, wśród ocalałych z zeszłego roku rozmarynów, lawend i szałwi wyrosły sobie jakieś grzyby. Cieszy nas to bardzo, bo świadczy to o zdrowiu gleby i zachodzących w niej procesów. Na dole spirali odbijają mięty, lubczyki, tymianki i macierzanki, zdążyły już przekwitnąc krokusy, żonkile i narcyzy, a poziomki, ogóreczniki i rudbekie dopiero się budzą. Mamy nadzieję, że liczne gatunki zasiedlające spiralę zagęszczą się w tym roku i że z czasem osiągniemy taki stań, że z pomiedzy roślin nie będzie widać podłoża.

Eksperymentalnie hodujemy z pestek jabłonie - praktycznie nie ma pestki, z której nie zaczęłoby rosnąć drzewko. Nieprawdą jest, że wszystkie takie drzewka dadzą owoce niejadalne - to prawda, że prawie żadne drzewko nie będzie identyczne jak jego rodzice, ale owoce takich drzewek będą miały jakość od doskonałych do niejadalnych. Warto więc sadzić i eksperymentować, tym bardziej, że nawet owoc nic niewart smakowo dla ludzi, ciągle nadaje się dla zwierząt, lub do wytwarzania na przykład octu jabłkowego.

Jak widać w Ostoi zaczęlo dziać się tyle, że trudno wszystko w krótkim wpisie zawrzeć. Poza pracami umownie mówiąc ogrodniczymi, jest całe wielkie spektrum innych tematów, o których można by pisać, ale tak naprawdę to nie ma kiedy. W nielicznych wolnych chwilach  staramy się cieszyć pięknem przyrody, głosami ptaków i serenadami żab, zapachami lasu, rzeki i łąki, które tu zwiemy eliksirami, a od czasu do czasu sauną, w której u nas dominuje zapach drewna brzozowego i własnych ziół, ze szczególnym uwzględnieniem piołunu, który staramy się zawsze mieć rosnący na podorędziu. Zaczęło się życie w Ostoi takie, jakie najbardziej lubimy, i jak się zapewne domyślacie, cieszy nas to niepomiernie!

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Zręby


W Ostoi wyznajemy jedną żelazną zasadę - postęp naszych prac musi być widoczny w poprawie jakości gleby. A nie jest to łatwe - w sercu sosnowego lasu, na górze piasku, niełatwo osiągnąć pozytywne efekty. Najbardziej doskwiera brak materii organicznej, a na ile tylko to możliwe, staramy się ograniczyć "import" czegokolwiek spoza naszych granic i radzić sobie z tym, co mamy. Przyczyn tego jest wiele i nie chodzi tu o finanse, ale o ryzyko zawleczenia materiału zawierającego biocydy, metale ciężkie i inne substancje całkowicie w Ostoi niepożądane,  jak również o tak zwane "kilometry" - odległość z jakiej trzeba by coś sprowadzać i jaki byłby koszt takich działań dla środowiska. Czasami jednak robimy wyjątek, bo inaczej się nie da. Wyjątki zasadniczo są dwa - pierwszym są zrębki z drzew liściastych, a drugim słoma w kostkach.
Zrębki stanowią podstawę naszego ogrodnictwa - to z nich powstały pierwsze ogródki, to w nich rośnie większość naszych upraw. Jak już niejednokrotnie pisałem, naszą inspiracją jest tu Paul Gautschi i film o jego ogrodzie "Back to Eden". Jeśli chodzi o zrębki, nie mamy raczej obaw o ich biologiczną i chemiczną czystość. Nieco inaczej ma się sprawa ze słomą w kostkach - tu lubimy upewnić się (na ile to możliwe), że zboża z których pochodzi słoma były uprawiane w technologiach tradycyjnych. Zazwyczaj słomę stosujemy wyłącznie do ściółkowania, ale w tym roku postanowiliśmy pouprawiać nieco roślin bezpośrednio w kostkach słomy. Ogródek taki ma wiele zalet - można go usytuować i na betonie, i na zachwaszczonej ziemi, i na trawniku przed blokiem. Jest bardzo wygodny w obsłudze - nie trzeba się zbytnio schylać. Po zakończonym sezonie słoma stanowi doskonały składnik kompostu, a gleba pod nią jest dobrze użyźniona. Ogródek eksperymentalny w Ostoi składa się jedynie z 6 kostek, ale na początek to wystarczy - jeśli się sprawdzi, w przyszłym roku powiększymy areał.
Podczas gdy wszędzie wokół już wiosna, w Ostoi jesteśmy kilka tygodni do tyłu - sorry, taki mamy (mikro)klimat. Gdy inni już dawno zakończyli zbiory pędów sosny, u nas są one jeszcze zbyt malutkie aby je zbierać. Dopiero zaczęły kwitnąć syberyjskie cebulice, w najlepsze kwitną żonkile, moja ulubiona kokorycz też pięknie kwitnie, ale śliwki lubaszki które w Warszawie już przekwitły, tu dopiero zaczynają. Miłą niespodziankę sprawiły natomiast tulipany, tak dla żartu powtykane na obrzeżach grządek (rośliny cebulowe hamują wzrost traw w swojej okolicy) - przetrwały świetnie zimę i właśnie zdecydowały się ujawnić swe kolory.
Na stokach Zajęczej Górki, gdzie "nic nie chce rosnąć", próbujemy powstrzymać erozję sadząc rząd żarnowca. Sadzimy w zygzak, zmiaturyzowaną metodą "net and pan", gdzie dołki z roślinami łączy się rowkami tak, aby całość wody deszczowej spływającej z góry po piaszczystym stoku spowolnić, rozproszyć i wchłonąć w grunt, a w nim jak najdłużej zatrzymać. Nie jesteśmy przesadnymi optymistami co do efektów, ale próbujemy - jak niejednokrotnie pisałem, każda taka próba stanowi dla nas kolejną lekcję, a satysfakcja gdy się jednak uda jest nagrodą za wszelkie trudy i znoje.
Trzeciego maja przypada Międzynarodowy Dzień Permakultury - zamierzamy go uczcić posadzeniem kilku drzew. Bylibyśmy szczęśliwi, gdyby choć jeden nasz czytelnik uczynił to samo i dał nam tu znać. Z góry wielce Wam dziękujemy! Tegoroczny Dzień Permakultury poświęcony jest glebom - pamiętajmy też i o tym. Gleby stanowią bowiem zręby naszej cywilizacji, bez zdrowych gleb nie ma zdrowej żywności i zdrowych społeczeństw.

niedziela, 5 kwietnia 2015

Krajobraz po bitwie

Po ciepłych klimatach przedwiośnia nastał w Ostoi czas nawałnic, dosłownie i w przenośni. Gwałtowne zmiany pogodowe - deszcze ze śniegiem, porywiste wiatry i okazjonalny grad, oddzielone od siebie chwilami oślepiającego słońca i tego, co można nazwać wiosennym upałem (zwykle w samo południe), przychodzą i odchodzą. Na obrzeżach permakulturowych grządek z grubej warstwy ściółki dumnie wychylają się tulipany, nic sobie z tych zmian pogodowych nie robiąc, za to robiąc swoje - czyli rosnąc.

Pod starodawnymi lipą i klonem z płytkiej ściółki wyłania się zielony żagielek niedźwiedziego czosnku i pierwsze listki mniszka lekarskiego, niechybny znak nadchodzących wiosennych sałatek. Bardzo cieszy mnie, że czosnki przetrwały kolejną batalię z zimą oraz z niezwykle ubogą glebą wypełnioną niemal do szczętu filcem korzeni stuletnich drzew. Najprawdopodobniej do nagiej gleby wraca życie, pod pokładami ściółki dwoi się i troi aby stworzyć roślinom lepsze warunki bytowe. Pod klon i lipę trafiają wszystkie gałęzie strącone przez wichury, co jeszcze bardziej przyczynia się do tego, że małym roślinom pod wielkimi drzewami żyje się lepiej. Ciekawym zjawiskiem jest spora sterta sosnowych szyszek tuż pod klonem - to dzięcioł urządził sobie zimową kuźnię i tym samym przyczynił się do dzieła ściółkowania.

Na grządkach ze zrębki widać zeszłoroczne truskawki, przetrwały zimowe trudy doskonale. A tuż za nimi powstają pierwsze niemal niedostrzegalne rowki, a w nich pierwsze zasiewy. Pies z kulawą nogą by się nie domyślił, że cokolwiek tu posiano, gdyby nie rządek białych tabliczek skrupulatnie opisujących symbolami co gdzie ma w przyszłości wyrosnąć. Taki właśnie jest urok uprawy permakulturowej - upodobniamy nasz ogród do tego, co można dostrzec w naturalnych lasach czy na łąkach, gdzie naprawdę trudno choćby o skrawek nagiej gleby, na którą paść mogłyby nasiona, tak jak to sobie człowiek w swoim małym rozumku uznał za konieczne i jedynie słuszne. Natura natomiast sądzi inaczej, i z chaosu zrębki pozwala wyłonić sie moim warzywom, czy to się specom podoba, czy nie.

W Ostoi zakończyła się zasadnicza faza stawiania pieca - zapłonął pierwszy ogień. Piec przez kolejne tygodnie będzie schnąć, wydalając z siebie setki litrów wody. Piec trzeba jeszcze poprawić pod względem staranności wykończenia, a także włożyć sporo pracy w przeróbki instalacji elektrycznej, prace murarsko-malarskie, no i w generalne sprzątanie. Przy "trybie weekendowym" prac w Ostoi, minie wiele tygodni zanim to wszystko się zakończy. Do tego czasu w domu królować niestety będzie wszechobecny bałagan, no ale taka jest kolej rzeczy gdy się nie jest cały czas na miejscu i działa z doskoku.

Wśród resztek cegieł na ganku wygrzewa się sąsiadka - ruda kocica zza lasu. Odwiedza regularnie, w nadziei na smaczny kąsek. Z reguły długo nie zabawia, ot, jedynie tyle, aby coś wyżebrać. No i warunki do wygrzewania nie za dobre - ledwie się rozłoży, a tu kolejny deszcz ze śniegiem z zachodu leci, albo i grad. Początki tego kwietnia są zupełnie inne od zeszłorocznych i po raz kolejny się okazuje, że wobec cykli w przyrodzie najlepszym co możemy zrobić, to obserwować je ze stoickim spokojem. Każda nawałnica się kiedyś kończy, a po niej wychodzi słońce, a w jego blasku nawet krajobraz po bitwie wygląda bardziej pogodnie i optymistycznie nastraja na przyszłość, tą bliższą i dalszą..

niedziela, 15 marca 2015

Przedwiośnie


W Ostoi kończy się czas dokarmiania ptasiej chałastry, a nadchodzi czas treli i godów. Aby ptaszyny nie zaciągały kredytów we frankach na swe gniazdka, ufundowałem im kilkanaście domków w rozmaitych standardach.
Jak na razie zainteresowanie domkami przejawiają jedynie sikorki, ale w pobliżu słychać też wrzaski sójek i innych, bliżej niezidentyfikowanych obieków latających. Na to aby się dowiedzieć, czy domki znajdą nowych lokatorów, trzeba jeszcze nieco poczekać, ale jestem dobrej myśli. Po całej zimie dokarmiania liczba ptaków w okolicy wydaje się być większa niż w poprzednich latach, co pozwala mieć nadzieję na wiosenne ptasie koncerty.
Na łąkach natomiast hałasują żurawie, odprawiając coroczne rytuały. Na razie trzymają się jednak z dala od domu, w zasięgu słuchu, ale nie wzroku.

W świecie roślinnym dopiero pierwsze jaskółki wiosny - wychodzą ze ściółki krokusiki, i te żółte, i te fioletowe. W najcieplejszym mikroklimacie spirali ziołowej pozytywnie zareagowały tulipany, już widać ich listki nad warstwą zrębki. W wielu miejscach kiełkują żonkile, jeszcze trochę, a naprawdę kwietnie zrobi się w Ostoi. A pomyśleć, że jeszcze trzy lata temu nie było tu ani jednego wiosennego kwiatuszka. Czekam na pojawienie się czosnku niedźwiedziego, niecierpliwie.

Na grządkach zdumiewa mnie portulaka - ta mała roślinka od lata, przez jesień i zimę do teraz, jak się zieleniła, tak się zieleni. Wygarniałem ją spod śniegu w styczniowe dni, a teraz prezentuje się równie dobrze jak niedługo po posadzeniu. Doskonała roślinka sałatkowa, szkoda tylko że taka malutka. Wszędzie panoszy się też biała koniczyna będąca moją główną rośliną okrywową, oraz zaczynają odrastać truskawki. Pierwszy krzew jagody kamczackiej dostał włochatych listków, wkrótce pewnie i pozostałe pójdą jego śladem.

Sok z brzóz płynie bardzo słabo, ale płynie, z klonu natomiast wcale, czyli dokładnie odwrotnie, niż piszą specjaliści. Klon powinien dawać sok wcześniej - fachowcy sobie, a przyroda sobie. Bobry za to nie próżnują, jak cięły, tak tną. Dzięki nim, drewutnię mam pełną niemal po brzegi, wszystko w niej to efekt pracy gryzoni, ani jedno drzewo nie poległo pod moją piłą aby drewutnię napełnić. Miło patrzyć na zapas drewna, mniej miło na bezdrzewne brzegi rzeczki naszej ulubionej. Niby przyroda wie, co robi, ale bobra tu ludzie, a nie przyroda, reintrodukowali. Gdyby wraz z bobrem reintrodukowano wilka, to może byłaby szansa na jakąś równowagę ....

Czekając na nadejście astronomicznej i prawdziwej wiosny, pora przygotowywać rozsady. Miejskie parapety zajęte przez skrzynki z wysianymi pomidorami, miechunkami, paprykami i innymi ami. Przegląd kolekcji nasion zrobiony, wszystko posegregowane i czekające w gotowości. W sobotę, 14 marca, eksperymentalnie wysiałem rzodkiewki, miniaturowe marchewki i nieco groszku, zobaczymy czy cokolwiek z tego ocaleje. Jak to się mówi, nawet gdy ze stu prób tylko jedna kończy się powodzeniem, te 99 dużo może nas nauczyć.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Zimowa huśtawka

W Ostoi prawdziwej, śnieżnej zimy jeszcze w tym roku nie było. Zimy takiej, gdy bez łopaty w samochodzie nie ma sensu do Ostoi jechać. Jak na przykład dwa lata temu, ech, wtedy to była zima. W tym roku jest taka zima, że raz jest troszkę śniegu, a raz go wcale ni ma :)  Zdarzają się dni mroźne, zdarzają się odwilże, deszcze i dni nieomal wiosenne. Trudno orzec, czy to dobre dla przyrody, wydaje mi się że nie bardzo, bo momentami głupieje ona i w naszym ludzkim rozumieniu zachowuje się nieracjonalnie, no ale czy tak jest naprawdę, to tylko przyroda wie.

Odwilże upływają pod znakiem bobrowej aktywności. Bobry w tym roku, jak nigdy dotąd na przestrzeni kilkunastu lat, tną osikę. Nigdy przedtem tego nie robiły, cięły głównie olchy, brzozy, okazjonalnie młode dęby i sosny. W tym roku wyprawiają się bardzo, bardzo daleko wgłąb lądu właśnie po osikę, a ściętą wloką setki metrów do swych spiżarni. Na "miejscu zbrodni" pozostawiają objedzone z kory mniejsze fragmenty gałęzi, które pracowicie zbieram - może powstanie z tego płotek, cały w śladach zębów bobrowej hałastry. Gdy pogodowa huśtawka wychyla się w kierunku mrozów, bobry, jak duchy, znikają, i tylko kikuty pni świadczą o tym, że to ich królestwo.

Pora odwilży lub temperatur w okolicy zera to doskonały czas do obserwacji mikroklimatów. Świetnie wtedy widać, gdzie śnieg nie zalega, gdzie się topi, gdzie utrzymuje się najdłużej. Informacje te można wykorzystać przy planowaniu nowych nasadzeń. Widać też doskonale, jaki wpływ na tworzenie mikroklimatów mają nasze prace ziemne. Mini-swale (mały rowek wykonany dokładnie poziomo, mający na celu spowalniać wodę deszczową i pozwalać jej wsiąkać) cechuje się zdecydowanie wyższą temperaturą niż gleba powyżej i poniżej. Wszystkie powierzchnie utwardzone chłoną ciepło dnia i oddają je w nocy, śniegu na nich więc tyle co nic, lub wcale. W punkcie zerowym pogodowej huśtawki, w ogrodzie najwięcej śniegu na słomianych ściółkach, a całkiem go brak pod koronami drzew.

Gdy trafi się natomiast dzień odrobinę bardziej śnieżny i zdecydowanie bardziej mroźny, przyjeżdżając na parę godzin do Ostoi, nie ma co marzyć o nagrzaniu domu. Zamiast tego, lepiej rozpalić w survivalowym "rakieciaku" z 18 starych cegieł i przy użyciu dosłownie kilku gałązek upiec sobie kiełbaskę, czy co kto tam sobie upiec lubi. Ogieniek wśród śniegu ma moc magiczną, i samo patrzenie na niego sprawia, że człowiekowi na ciele i duszy cieplej. Wkrótce w Ostoi ma pojawić się piec z prawdziwego zdarzenia, ale póki co, taki nadworny piecyczek musi wystarczyć i czyni to całkiem nieźle. Każde okoliczności zimowej hustawki mają swój urok, ale jednak w styczniu wolałbym aby bobry spały, śnieg zalegał, a starorzecza pokrywał lód. Marzy mi się połowić z pod lodu okonie, wszystko jednak wskazuje na to, że przy tegorocznej huśtawce to się nie uda.

poniedziałek, 20 października 2014

Na pniu

W Ostoi zapanowała jesień w całej swej okazałości. Ogromny klon na podwórku jako ostatni oddał daninę liści, tworząc niezwykle barwny kobierzec. Cztery ponad godziny zajęło zagospodarowanie tego dywanika, ale parafrazując znane powiedzenie, "z tej biomasy nie oddamy ani guzika". Zdecydowana większość listowia trafiła w postaci kolejnej cienkiej warstwy na nową grządkę permakulturową, gdzie pokryta ostatnią warstwą, tym razem ze słomy, oraz dociśnięta z lekka brzozowymi gałęziami, przekształcać się będzie w materię organiczną do wiosny, albo i dłużej. Liście mojego klonu są bowiem niezwykle trwałe i o ile nie są rozdrobnione, potrafią leżeć w formie niezmienionej i dwa lata.

W pokrytym zrębkami minisadziku nadal dzieją się rzeczy zadziwiające. Mimo iż były przymrozki, to nadal kwitną, owocują i dojrzewają truskawki oraz poziomki. Ilościowo są to bardzo skromne plony, ale jakże smakowite. Podobnie i maliny, jeszcze i kwitną, i owocują. Pleni się też dumnie koniczyna biała, stanowiąca okrywę, ale tu i ówdzie spomiędzy niej wyrastają samoczynnie wielkie kapelusze pieścieniaka uprawnego, grzyba dobrego w smaku, choć o dziwnym, szarym kolorze blaszek. Pomijając jednak aspekt kolorytyczny, jego walory kulinarne są nie do pogardzenia. Cieszy również i to, że przyroda płata mi takie niespodzianki w postaci całkowicie  niespodziewanych plonów.
 
A skoro o grzybach mowa, to dość dawno już temu pisałem o kłodach zaszczepionych grzybnią boczniaka i shiitake. Otóż absolutnie bez mojego udziału zaczęły one teraz właśnie rosnąć. Na pniu tu i tam zaczęły wykwitać owocniki, o bardzo subtelnej barwie i zniewalającym smaku - to moje pierwsze boczniaki z własnej hodowli. Przyznam się, że cień zwątpienia zdążył zagościć w moim sercu, bo długo trzeba było na te pierwsze grzyby czekać, ale czekanie się opłaciło. A skoro raz się powiodło, to warto rozwijać tą hodowlę, tym bardziej, że naprawdę nie ma przy niej nic do roboty. Teraz z pewna dozą niecierpliwości oczekuję na shiitake - pojawia się jeszcze w tym roku, czy już raczej nie? 

poniedziałek, 29 września 2014

Budowa komórkowa

Kawałek po kawałku przekształcam podwórko Ostoi w obszar uprawny. Przypomina to wzrost jakiegoś dziwnego organizmu, komórka po komórce, poprzez pączkowanie.
W ostatni weekend wypączkował kolejny ogródek. Od wiosny pod warstwą kartonu i zrębki, obsianej koniczyną i łubinem, dogorywała trawa, a teraz przestrzeń przeznaczoną na grządki pokryłem cienką warstwą starego obornika. Na obornik poszła kilkucentymetrowa warstwa ziemi ogrodowej. Całość doprawiłem odrobiną mączki bazaltowej i popiołem z drewna liściastego.
Gotową bez mała grządkę przykryła gruba warstwa słomy i w takim stanie grządka będzie "dojrzewać" do wiosny.
A wiosną trafią na nią ziemniaki i bób oraz inne rośliny motylkowe. Pod samym płotem znajdzie się rząd topinamburów - wieloletnia osłona przed ciekawskim spojrzeniem, i pożywienie na sytuacje awaryjne.
Grządka, choć sie nieco wije,  jest superergonomiczna - wszędzie łatwo sięgnąć (szerokość 120 cm), a długość ściezki jest ograniczona do minimum. Zapowiada się całkiem nieźle, a jak się sprawdziła, to napiszę za rok.
A za płotem, dosłownie centymetr za nim, dziki ryją jak oszalałe. Trzydzieści metrów od rozszczekanych psów, za płotem sąsiednim. Ryją w mojej stercie zrębek, ryją w czystym niemal piachu, szukają robaków i pędraków. Póki co nie ryją pod drzewkami posmarowanymi tzw. sosem z kości. Czyżby on rzeczywiście działał?
Bobry ścięły ogromną brzozę, tym razem u sąsiadów. Spryciule zrobiły to tak, że wpadła czubkiem tuż przy samym wejściu do ich nory. Zadziwiająca precyzja, pozazdroszczenia godna.
W październiku budowy komórkowej ciąg dalszy - trzy małe ogródeczki w metodzie Square Foot Garden zastąpi jedna większa grządka. I tak, krok po kroku, areał uprawny rośnie.  A to coś, na wyrost ochrzczone trawnikiem, maleje. I mówi do nas "maluczko, a mnie nie ujrzycie ...".