poniedziałek, 29 maja 2017

Niewiadome


Ostoja to miejsce dla osób o mocnych nerwach. Podczas gdy w niedalekim mieście liście drzew już nierzadko wielkości dłoni, to tutaj niektóre zaczynają dopiero wychylać się z pąków. Przedłużona niepewność, czy to, co się posadziło jesienią przyjęło się i czy wiosną wystartuje, wystawia cierpliwość na próbę. Kilka tygodni wpatrywania się w delikatne oznaki życia jest dosyć stresujące, ale gdy wreszcie wegetacja ruszy, tym bardziej każdy listek cieszy. Najbardziej raduje mnie tej wiosny morwa Billa Mollisona, nie dość że puszcza listki, to jeszcze ma pierwsze kwiaty, i dla ozdoby biedronkę. Myślę, że Billa to by ucieszyło, choć z drugiej strony uznałby to pewnie za oczywiste - wszak całe życie twierdził, że podążając drogą natury jest się skazanym na sukces.

Czy sukcesem będzie uprawa w kostkach słomy w tym roku, tego jeszcze nie wiem, ale jak na razie wysyp grzybów na kostkach świetnie wróży. Grzyby rozkładają słomę i dostarczają roślinom składników odżywczych. Jednakże pomidory, dynie i ogórki raczej chyba wolą współpracować z bakteriami ... ale może nie do końca? Może to jedna z powtarzanych prawd, które nie zawsze i nie wszędzie się sprawdzają? Wolę, że kostki tętnią grzybowym życiem, gdyby stały tak niezmienione, "jak nowe", wtedy byłby powód do zmartwień. A o wynikach porozmawiamy na koniec sezonu.

Gdy zaczynają kwitnąć truskawki, pewnym jest i wiadomym, że prędzej czy później zjawią się leśne ptaki i tyle będziemy widzieć nasze truskawki. Ostoja otoczona lasem jest w ptaki niezwykle bogata, a istotą moich działań tutaj jest współpraca z naturą, a nie działanie przeciw niej. Nie będę więc chronił truskawek siatkami, gdyż ptaki potrafią w nich utkwić i zakończyć żywot w ten dość okrutny sposób. Od paru lat eksperymentuję ze strategią wojny psychologicznej - przed pojawieniem się owoców rozkładam czerwone elementy w ogrodzie, ptaki je sprawdzają i uznają za niejadalne. Gdy pojawią się truskawki, nie od razu i nie wszystkie ptaki uznają je za darmowy posiłek. Do tej pory używałem malowanych na czerwono kamieni, ale w tym roku mam nowy pomysł - kolorowe nakrętki od butelek i kartoników z napojami. Aby nie zaginęły w ściółce, umieszczone na patyczkach. Nie wiem czy się sprawdzą, ale jestem dobrej myśli.

Skoro o ptakach i śmierci mowa, nie wiem dlaczego, ale ptasie zgony wydają się mnie prześladować. Nie dość, że bażant zabił mi się o szybę w oknie w środku Warszawy, to teraz w Ostoi niejaka pleszka zakończyła swój żywot w ... piecu, wpadając do niego kominem. W piecu już się oczywiście nie pali, znalazłem ją za szybą zimnego paleniska, martwą już niestety. Jak się tam dostała, pozostanie już na zawsze niewiadomą, oby jak najmniej takich niespodzianek w przyszłości.

czwartek, 25 maja 2017

Druga połówka

Druga połowa maja to chyba najbardziej intensywny okres prac ogrodowych w Ostoi. Czas głównie sadzenia i ostatnich przygotowań do pełni sezonu, która już nie jest tak pracochłonna. W pełni sezonu wszystko po prostu rośnie, pod czujnym okiem ogrodnika i nie wymaga tak częstych działań i interwencji. Druga połowa maja to jednak również początek czasu zbiorów i obfitości. Po ściśle wiosennych pokrzywach, dzikich roślinach jadalnych, niedźwiedzich czosnkach i szczypiorach, przychodzi czas na rzodkiewki, sałaty oraz bogactwo ziół ze spirali ziołowej.

Ostoja zaczyna powoli nabierać tradycyjnego wyglądu - z prawej i z lewej obok grządek bardziej tradycyjnych (o ile w Ostoi cokolwiek jest "tradycyjne") zaczynają się piętrzyć worki uprawowe i kostki słomy. Z rozrzewnieniem wspominam rok pierwszych sześciu kostek - to były czasy! Teraz, łącznie jest ich prawie 80, Najstarsze kostki zamienią się w zwykłe grządki w przyszłym roku, bo potrzeba średnio trzech sezonów w Ostoi, aby rozpadły się wystarczająco bez dodatkowej pomocy z mojej strony.
 Kostki bowiem to nie tyle "medium" uprawowe, ale mechanizm dodawania materii organicznej go gleby i przywracania jej życia - bez orki, nawozów, pielenia, ale ze znaczną ilością wody zużytej do podlewania niestety. Co roku przygotowuję kostki inaczej, eksperymentując i poszukując takiej metody, która w jak największym stopniu korzystałaby wyłącznie z tego, co pochodzi z Ostoi. Jak może niektórzy pamiętają, początkowo kostki służyły wyłącznie uprawie pomidorów, teraz już sadzę w nich także inne rośliny.

 Mało eksperymentów natomiast mogę już wymyślić w odniesieniu do uprawy w workach - wyniki tej metody są na tyle dobre, że nie ma sensu zbytnio kombinować. Nie byłbym jednak sobą, gdybym czegoś nowego nie spróbował w tym sezonie. A nowości są dwie - pierwsza to zastosowanie włókna kokosowego zamiast torfu odkwaszonego w moim podłożu. Torf najlepiej gdyby pozostał tam, gdzie się tworzy, czyli w torfowiskach krajów nadbałtyckich, a włókno kokosowe musi być transportowane do Polski z tak daleka, że nie do końca równoważy to fakt, iż jest odpadem produkcyjnym z eko plantacji. Czyli znowu nie ma rzeczy idealnych i trzeba wybierać między dżumą a cholerą. Niestety, uprawa w workach rządzi się swoimi prawami i niezwykle trudno byłoby przygotować odpowiednie podłoże tylko z tego, co rośnie w Ostoi. Jest to oczywiście możliwe, ale w obecnej sytuacji wykracza poza moje jednoosobowe moce przerobowe. Mam nadzieję że mnie za to ekolodzy nie zlinczują.

 Druga nowość to zastosowanie w workach ściółki w postaci igieł sosnowych i zrębki z drzew iglastych. Wedle powszechnie obowiązujących poglądów, pomidory powinny tego nie przeżyć i zostać za życia "zakwaszonymi". Jednakże, jestem zdania, że tak się nie stanie. To bowiem nie surowiec sam w sobie, ale warunki w jakich się on rozkłada, decydują głownie o tym, jaki odczyn będzie miała powstała z niego gleba. Myślę, że jeśli warunki pozostaną tlenowe, a takie panują na szczycie worka, to odczyn ściółki pozostanie obojętny, o ile tylko nie będzie ona zbyt wilgotna. A temu z kolej, jak większość czytelników już zapewne wie, zapobiec ma moja zasada nawadniania worków zawsze od dołu.

Kolejne tygodnie pokażą, czy eksperymenty się powiodły. Na razie, po posadzeniu mikro pomidorów odmiany Tiny Tom w małych trzylitrowych workach, pora na odrobinę relaksu. Nadchodzi noc, zamiast więc tradycyjnego spaceru nad rzekę, pora zmyć z siebie brud i trud ogrodniczych prac w podwórkowej saunie, która w nocy sprawia wrażenie nadjeżdżającego pociągu ... No cóż, może to wrażenie to efekt zbyt długiego przebywania na słońcu bez kapelusza? Kończę więc i żegnam, do następnego wpisu :)

środa, 17 maja 2017

Jeden dzień


Jeszcze przed świtem budzą mnie puszczyki, a wkrótce dołącza do nich całe ptasie radio. Ostoja o tej porze roku to chóry mieszane, ptasio-żabie. Wstaję więc, i korzystając z tego, że za chłodno i za mokro na prace nadworne, żwawym krokiem ruszam na spacer. Bo jeśli nie teraz, to nigdy.

Mgły ścielą się nisko, a rachityczne mchy i porosty symulują zimę.

Światło jak i my, wkracza do lasu ścieżkami. Tu łatwiej mu dotrzeć, niż pod zwarte korony nawet rachitycznych sosen. Nieco później Słońce wznosi się wyżej i wrażenie "światła w tunelu" rozpływa się i zmienia, ale nadal jest dość malowniczo. 



Łąki z kolei całe w świetle pastelowo rozproszonym, wilgotnym i miękkim. Ale tylko nieco nad ziemią. Wyżej niebo oferuje zupełnie inne widoki.



Majestatycznie i dumnie, jak para bombowców, suną ptaki w milczeniu, jedyne co zakłóca ciszę w tej magicznej chwili to donośny szum ich skrzydeł. 

Nieopodal zrywa się też kaczka, ale nie do lotu - ucieka udając ranną, a w trzcinowisko usiłują się schować małe puchate kuleczki - kacze dzieci.

Wierzbka u sąsiadów, w połowie powalona przez bobry, a w połowie przez ludzi, nie traci kontaktu z ziemią i rośnie sobie w najlepsze. Wyciąga gałęzie do słońca, a korzenie ma w wodzie. Tu, kilkaset metrów od rzeki, bobry zdecydowały się zamieszkać. Nie pomieszkały długo, a mimo to krajobraz zmieniły. Przybyło wody, ubyło drzew.


Ale pora brać się do pracy ... Bo nadszedł taki dzień, że zamiary przerosły siły, i dość kompostu samemu w Ostoi nie mogę tej wiosny naprodukować. Za dużo się dzieje, i tu, i gdzie indziej, w rozkroku między miastem i wsią, trzeba było podkulić ogon pod siebie, i kompost zakupić. A ponieważ transport jest dosyć kosztowny, a kompost się nie psuje, zamówiłem całą paletę. Po wielu perypetiach doczekałem się wreszcie dostawy - samochodem, który za nic do Ostoi wjechać rady by nie dał. W związku z czym, od głównej drogi, do Ostoi, kompost transportowałem na raty ręcznym wózkiem wcześniej opisywanym, pokonując z każdą partią 200 metrów w jedną stronę i wracając "na pusto" piaszczystą leśną dróżką, urozmaiconą korzeniami sosen. Wózeczek złożył się z lekka pod ładunkiem dziesięciu worków od razu na starcie, więc wynegocjowałem z nim kompromis wynoszący siedem sztuk. W godzinę kompost był na podwórku, a ja wreszcie na moment zalegam w cieniu, ale z głęboką wdzięcznością dla atrakcji wiejskiego żywota, zastępujących wszystkie fitnesy i siłownie świata.

Po chwili wytchnienia pora zająć się resztą - sadzić pomidory, wysiać fasole, przygotować podłoże do uprawy w workach, lista jest długa, i w praktyce jej końca nie widać. W przerwach postanawiam zrobić kilka zdjęć roślin na spirali ziołowej, bo ostatnie robiłem dosyć dawno temu. Odniosłem wrażenie, że uczestnicy ostatnich warsztatów o budowie takich spiral mieli pewien niedosyt aktualnych zdjęć, więc tą drogą uzupełniam - to dla Was, jeśli oglądacie :)
Spirala wyłysiała na samej górze - ostatniej zimy, pomimo iż w poprzednich latach bywały sroższe i było dobrze, nie przeżyły rozmaryny. Pomimo tradycyjnego okrycia świerkowymi gałązkami, na razie brak życia na górze. Ale reszta spirali pięknie się zagęszcza.

Miejscami jest na tyle gęsto, że zaczynam się zastanawiać nad interwencją. Jednakże, spirala ta jest "bezobsługowa", czyli poza zbiorami ziół i bardzo rzadkim podlewaniem w najgorsze sierpniowe upały, staram się w jej życie nie ingerować. 

Z drugiej strony jednak, to spirala ziołowa jest bez wątpienia ludzkim tworem i nie należy traktować jej jak wytworu nieskażonej natury. Trzeba będzie wypełnić misję ogrodnika i wpaść w ten gąszcz z sekatorem. Bo nic staram się nie wyrywać - miejsce korzeni jest w ziemi, a obcięta góra spełnia rolę ściółki. Tym sposobem do natury wraca wszystko, co mogę jej oddać, nawet na ludzką ręką zbudowanej spirali.

Na całej działce kwitnie czosnek niedźwiedzi, jedna z moich ulubionych roślin. Podziwiam, jak wiosną wyłania się z gleby, tym jednym, dwoma, czasami trzema listkami. Pamiętam, jak wprowadziłem go do Ostoi, wbrew wszelkim regułom, w ten kopny, suchy piach. Jak pierwszy raz wykiełkował, niemal wszędzie mając po jednym małym listku, jak w pierwszym roku niemal nie kwitł. Jak z roku na rok ma liści coraz więcej i coraz większych, no i jak od roku niemal wszędzie kwitnie. Pośród wielu porażek czosnkowy sukces dodaje mi sił do dalszego eksperymentowania.

Nad stawikiem przy spirali ziołowej mrugają modrymi oczkami niezapominajki, spomiędzy kamieni spirali wybijają mięty, rozpycha się po cienistej stronie bluszczyk kurdybanek, a tu i ówdzie widzę świeżą siewkę sosny, brzozy czy klonu. Ich żywot wkrótce się zakończy, takich siewek jest w Ostoi mnóstwo, większość i tak kończy żywoty w sierpniowe susze i upały. 



A nieopodal zupełnie świeży eksperyment właśnie decyduje się przebudzić z zimowego snu. Pokazuje miniaturowy pierwszy listek i daje nadzieję, że i z nim będzie tak jak z czosnkiem niedźwiedzim. To urodlin, znany też jako pawpaw, o pysznych, dużych owocach. Na razie jednak daje pierwsze oznaki życia od jesieni, kiedy został posadzony. Sadzenie go w Ostoi to wyzwanie może mniejsze niż holzerowskie sadzenie cytryn w Alpach, ale mimo to solidne. Opady w Ostoi i rodzaj gleby daleko odstają od upodobań tej rośliny, ale będę próbował stworzyć jej właściwy mikroklimat i to tradycyjnie, bez chuchania i dmuchania na urodlin.

Na rozmaitych pracach upływa dzień, a słońce chyli się ku zachodowi. W cieniu tonie już znaczna część Ostoi, stare wały permakulturowe, ociupinkę tylko młodsze grządki wyniesione, pierwsze worki uprawowe, których lada dzień będzie więcej i całkowicie tegoroczne kostki słomy, nie obsadzone jeszcze roślinami, ale do tego celu przygotowane. Pora na dziś kończyć, choć jeszcze widno. Zaczynam czuć dobrodziejstwa ciągania wózka, słodkie zmęczenie w przedramionach.

Jeszcze rzut okiem na ostatni zakątek Ostoi tonący w słońcu. Teraz już zieleń bardziej się złoci niż zieleni. Mini sad na pierwszy rzut oka wygląda jak zły sen ogrodnika, ale te łany pokrzyw, mniszka, przegorzanu i tylko ja wiem czego jeszcze są tu wszystkie pożądane i celowe. Nikt nie uwierzy patrząc na to, że w tym miejscu był niemal czysty piach jeszcze całkiem niedawno. Każda z rosnących tu roślin spełnia wiele zadań, ma swoje miejsce i czas. Wpisuje się we wzorzec malutkiego leśnego ogrodu i pełni szereg funkcji, z których najważniejszą jest budowa gleby, czyli to, czego Ostoja potrzebuje najbardziej. I wraz z tą refleksją kolejny dzień w Ostoi przechodzi do historii, którą w dużej mierze same piszą te wszystkie rośliny, o jakich tu ja z kolei piszę, a moja rola jest tylko taka, aby to im ułatwiać. Na dziś jednak tego ułatwiania wystarczy, dobrej nocy.


środa, 3 maja 2017

Pozory


Choć nadszedł maj, to utworzone na jesieni w Ostoi nowe rzędy mini sadu z pozoru nie tętnią życiem. Tylko na krawędzi grządek pysznią się narcyzy miniaturki. Ale to tylko pozory, wystarczy podejść bliżej i pochylić się nieco nad warstwą zrębki, aby dostrzec wyłaniające się z niej życie, w bardzo różnorodnych formach.

Najważniejsi partnerzy w dziele tworzenia nowych grządek kryją się pod ziemią - to strzępki grzybni, dzięki którym drzewka mają szansę się przyjąć i współpracując, rozkwitać, dosłownie i w przenośni. Ci mali pomocnicy są łatwi do wykrycia po rozgarnięciu zrębki, gdzie morze ich małych nitek tworzy subtelne białe firanki. Grzybki zaczęły już także manifestować swą obecność nad ziemią, ukazując kapelusze gustownie dobrane pod kolor domu.

Przez zrębki przebijają się pierwsze zieloności - łubin trwały, który ma stanowić źródło azotu dla innych roślin, bób, który w tym roku spełni tą samą rolę, ale dodatkowo da nam mały, ale bardzo smaczny plon, oraz truskawki, które poza dostarczeniem owoców mają stanowić okrywę gleby i zmniejszać parowanie. Mam w Ostoi kilka odmian truskawek, po to, by zbiory nie następowały jednocześnie. Najlepiej sprawdzają się w tym względzie odmiany owocujące od lata do jesieni, w ubiegłym roku ostatnią własną truskawką cieszyłem się w początku grudnia.

Pod młodym drzewkiem pyszni się pokrzywa - dla jednych utrapiony chwast, a dla mnie roślina przydatna - wczesną wiosną daje witaminy, gdy podrośnie dobrze smakuje, a o każdej porze roku dostarcza innym roślinom substancji odżywczych przerobiona na płynny nawóz. Tu jednakże stanowić ma źródło ściółki - bo po co nosić ściółkę pod drzewka, skoro może pod nimi wyrosnąć, i okresowo ścinana chronić glebę przed wysychaniem i dodawać składników odżywczych? Obok zieleni się czosnek niedźwiedzi, roślina tak smaczna, jak pożyteczna - odstrasza rozmaite szkodniki, a posadzone wokół drzewka zmniejsza ryzyko uszkodzenia go przez nornice.

Niedaleko w towarzystwie pokrzywy rośnie żywokost, możemy więc na jednym zdjęciu zobaczyć dwie najcenniejsze rośliny, jakimi może pochwalić się Ostoja. Trudno mi sobie wyobrazić permakulturowe gospodarowanie bez tej pary. W moich warunkach żadne inne rośliny nie są tak przydatne w ogrodzie, do sporządzania nawozów, gnojówek, oprysków, ściółkowania, a również jako podręczna apteczka i surowiec kulinarny. Powinienem dodać, że żadna z tych roślin nie rosła nigdy w miejscu, gdzie znajduje się teraz mini sad, aczkolwiek rosną w pobliżu nad rzeką. I podczas gdy inni je tępią, ja posadziłem u siebie i cieszę się, że rosną.

Na spirali ziołowej nadal jeszcze pozornie zima i niewiele się dzieje. Pomimo iż spirala przeżywała bez szkody bardziej srogie zimy niż ostatnia, to znacznie w tym roku ucierpiały rośliny ciepłolubne - rozmaryn i szałwie. Czekam z niecierpliwością, czy jeszcze odbiją, a póki co wynajduję radujące oko oznaki życia innych gatunków. Przoduje bluszczyk kurdybanek, szczypiory i mięty. a koloru spirali dodają szafirki. Kwitnie też samotny tulipanek, no cóż, jest to raczej spirala kulinarno-lecznicza, a nie kwiatowa. Zielenią się nieśmiało majeranki i tymianki, ale do wiosennego wybuchu wegetacji jeszcze chyba daleko. O dziwo, zauważyłem, że zimę przetrwał piołun luizjański, teoretycznie nie zimujący w naszych warunkach klimatycznych. Spirala jednak posiada swoje sekrety - tworzy mikroklimaty, które potrafią czasami czynić takie cuda.

Niedaleko spirali, pod płotem, pyszni się młoda świdośliwa, cała w kwieciu. Pamiętam jak sadziłem ją dwa lata temu na jesieni. W zeszłym roku pierwszy raz zakwitła, skromnie bardzo. W tym roku, wspomagana przez polikulturę pozornie zbędnych i uciążliwych "chwastów" rosnących u jej podnóża, radzi sobie nadzwyczaj dobrze. Może dochowam się wreszcie pierwszej garstki owoców w tym roku? Patrząc na otaczające mnie połacie ściółki ze zrębki, nie mogę doczekać się chwili, gdy cała ona zniknie pod łanem różnorodnej zieloności - pokrzyw, żywokostów, mniszków, krwawników, wszystkiego, co zechce tu żyć, i wspierać się wzajemnie. Wszak pamiętać należy, że jeszcze kilka lat temu był tu tylko tak zwany szczery piach ...

sobota, 15 kwietnia 2017

Ostoja - odcinek świąteczny

Autem, wyładowanym po dach, zajechałem do Ostoi w Wielką Sobotę. Tylko na parę godzin, aby zrobić to, co konieczne. Na liście koniecznych rzeczy była również ta paczka, z zawartością do zmontowania. Przed przystąpieniem do pracy, wykonałem standardowy obchód włości, aby zobaczyć, jak wygląda wszystko przed nadejściem zapowiadanych na przyszły tydzień przymrozków.

Nareszcie na mojej szparagowo-topinamburowej grządce zakwitły ... tulipany. Kwitną tu co roku, na obrzeżach, aby urozmaicić dosyć nudny widok. Zasadniczo nie poświęcam zbyt wiele uwagi estetyce, uznając, że przyroda sama najlepiej spełnia tą rolę, ale do tulipanów mam drobną słabość, i tam, gdzie rośliny cebulowe pełnią też inne funkcje, sadzę tulipany właśnie, oraz jeszcze bardziej lubiane, narcyzy.
 Nareszcie kwitną też śliwy, wiśnie i czereśnie, choć radość jest może przedwczesna, w świetle prognoz pogody. Ponieważ jednak jak na razie moje przeżycie nie zależy od urodzaju (ufff .....), to ze stoickim spokojem obserwuję to, co się dzieje w pogodzie i w przyrodzie.
 Oszalały jagody kamczackie, kwiecia tyle, jak nigdy przedtem. Zdecydowanie lubią Ostoję, w odróżnieniu od borówki amerykańskiej, która słabo rośnie i jeszcze gorzej owocuje. Pocieszam się, że to chwilowe, i że z każdym rokiem będzie lepiej.
 Donice podsiąkowe wybuchły rzodkiewkami, kilka różnych odmian kiełkuje przyzwoicie.
 Totalnie nieprofesjonalne i niezgodne z instrukcją na opakowaniu nasion zagęszczenie jest jak najbardziej celowe - lubię mikrolistki rzodkiewek, większość zostanie wycięta i zjedzona, aby te, które ocaleją miały miejsce do dalszego wzrostu.
 Na spirali ziołowej wylazły szafirki. Dostałem je od kogoś w doniczce i zlitowałem się nad nimi zwracając im wolność. Odwdzięczają się niemal śródziemnomorskim błękitem. W towarzystwie aromatycznego bluszczyka kurdybanka dodają niemrawej jeszcze o tej porze roku spirali znamion życia.








W mikrosadzie wyłazi spod ściółki rabarbar, goniąc wszechobecne truskawki. Pokazały się też przegorzany, pokrzywy, nawłocie, same inwazyjne paskudy, w Ostoi witane z otwartymi ramionami. Jak to się tu mówi, biomasy nigdy dość. Każda roślina ma tu jakąś wartość, każda się przyda.
 Spacer spacerem, a zawartość paczki sama się nie złoży. Po kilkunastu minutach na podwórku dumnie prezentuje się wózeczek. Jego zadaniem jest oszczędzić mój grzbiet, lub to co z niego zostało. Będzie woził ścięte przez bobry pnie, siano znad rzeki, liście i kompost. Mam nadzieję, że dzięki niemu prace w Ostoi będą posuwać się odrobinę szybciej. Kończę niezbędne prace w strugach deszczu i wyruszam do miasta. Do widzenia Ostojo, do zobaczenia po świętach.


niedziela, 9 kwietnia 2017

Słoiki

 W Warszawie od tygodnia śliwy w białym kwieciu, a w Ostoi, niecałe 70 kilometrów od miasta, dopiero przekwitają krokusy, a śliwy nieśmiało prezentują pąki. Nie zmienia to faktu, że pora brać się solidnie do robót wszelakich. Jeszcze słonko dobrze nie wstało, a ja już w terenie, napełniam koszyk młodą pokrzywą, żywokostem i kokoryczą. Dwie pierwsze umieszczę w słoikach w celach eksperymentalno-ogrodniczych, tą trzecią w zupełnie nieeksperymentalnym celu leczniczym, bo z kokoryczą żartów nie ma, więc nie będę eksperymentował.

Ferwor prac nie zwalnia jednak od spaceru, niemal o zmierzchu wyruszam więc, a to sunąc ciemną doliną, a to łapiąc ostatnie słońce na łąkach. Każdy niemal spacer ujawnia coś nowego, nigdy nie wiadomo co się zza zakrętu wyłoni. I tym razem również, niedaleczko, widok jak po przejściu tatarskiego najazdu lub ministra Szyszki plenipotentów.  Były drzewa - nie ma drzew. Tu jednakże, to bóbr, morderca drzew, bezlitośnie wykarczował co mu przypadło do gustu. Cały ciemny lud tnący co popadnie nie wykarczował tylu drzew w Dolinie Rawki, ile od czasu reintrodukcji bobry wycięły. Czy bobry są eko, niech każdy sam osądzi.

Bele siana nadal gniją na łące, bardzo by mi się one przydały. Ileż to grządek można by założyć, gdyby obfitość takiego siana mieć. Można by metodę Ruth Stout porządnie potestować, no może poza jej upodobaniem do ganiania po ogrodzie nago, bo niestety już komary się roją na potęgę. Niestety dodzwonić się do właściciela bel nie udaje, dlatego pozostaje się oblizywać, fotografować, i dalej dzwonić próbować.


 Wysoka woda zimowa usypała piękny prezencik - hałdę czyściutkiego, jak przesianego piasku rzecznego, Piasek taki doskonały jest na przykład do ukorzeniania w nim sztobrów czy sadzonek z pędów zdrewniałych, problem tylko etycznej natury i prawnej tu jest, bo było nie było, prezencik leży w rezerwacie. Może jednak za jedno wiaderko przyroda się nie pogniewa, a władze ścigać nie będą? Mam piasku bez liku i ten nie jest mi akurat potrzebny, z lubością jednak obserwuję, jak przyroda potrafi człowiekowi pomóc - piasek przetransportować, przepłukać i usypać pod nosem.

 Tymczasem w słoiku kokorycz kąpie się w alkoholu, powstaje Intractum Corydalidis, czyli intrakt z ziela i bulwek tej sympatycznej roślinki. Zainteresowanych charakterystyką, działaniem i dawkowaniem tego cuda odsyłam do obfitej literatury, na przykład u doktora Różańskiego. Jest to bardzo silne ziółko, dlatego przy jego stosowaniu należy zachować rozwagę i ściśle trzymać się zaleceń. Kokorycz pusta pojawiła się w Ostoi dokładnie w drugim roku moich w niej działań, i od tamtej pory rozrasta się coraz obficiej. Jest magnesem dla trzmieli, które o tej porze roku niewiele mają pożytków, cieszą się też nią pierwsze pszczoły-murarki opuszczające mój domek dla owadów. Kokorycz obecnie jest w pełni kwitnienia, a gdy tylko wyda nasiona zniknie, do następnej wiosny, ale trwałym po niej wspomnieniem zostanie ten intrakt w słoiku.

 W innych słoikach rozpoczynam eksperymenty z tak zwanymi fermentowanymi sokami roślinnymi (FSR), które na początek sporządzam z żywokostu i pokrzywy w małych, próbnych ilościach. FSR zawierają żywe kultury bakterii, takich, jakie żyją na roślinach z których je sporządzamy. W bardzo dużym rozcieńczeniu służą do poprawy jakości gleby i wspomagania wzrostu roślin. Dowiedziałem się o nich czytając o naturalnym rolnictwie rodem z Korei i postanowiłem zacząć zgłębiać temat. Koreańscy rolnicy stosują wiele niezmiernie skutecznych metod, których wspólną cechą jest to, że surowce w nich stosowane są niezwykle tanie, lub zgoła darmowe, a przy tym całkowicie naturalne. O tym, jak idą eksperymenty, będę informował w dalszych wpisach, na razie trzeba czekać, aż bakterie zrobią swoje i rośliny w słoikach zamienią się w życiodajną ciecz.

Narzekałem, narzekałem, ale się doczekałem - wyszły wreszcie narcyzy! I te mniejsze, i te większe, zabrały się za kwitnienie. Te tutaj celowo opasują grządkę, aby chronić ją przed podziemnymi agresorami - krety, myszy i nornice nie lubią podobno narcyzów. W Ostoi nie mam zasadniczo (odpukać) problemów z tymi stworzeniami, strzeżonego jednak ... A nawet jeśli nie przeciw kretom, to dla samego widoku, warto ujmować grządki w takie ramy. Dodatkowo, powinny one zapobiec wchodzeniu traw na grządki, co roku jesienią dosadzam więc kolejne, mając w planie otoczyć narcyzami wszystkie grządki roślin wieloletnich. A póki co, wracam wraz ze swoimi słoikami do miasta, potrzebują one bowiem ciepła i uwagi, no i ... co to by był za powrót ze wsi do miasta,  bez słoików?

niedziela, 2 kwietnia 2017

Horrory



Prima Aprilis jednym wielkim horrorem był. Jeszcze kilka dni temu u pomidorków było 18-20 stopni, a tu nagle, z niczego, zrobiło się pierwszego kwietnia 25 stopni. Pomidorki odpowiedziały gwałtownym wzrostem, w związku z tym palety z siewkami zaczęły wyglądać jak koszmar ogrodnika. Gęsto, za gęsto, zdecydowanie. Postanowiłem jednak zaryzykować i trzymać się planu, czyli rozsadzać to całe tałatajstwo za kilka dni. Nie dałbym rady tego zrobić teraz i tak, bo inne sprawy odciągają mnie od pomidorków skutecznie, i choć na pewno na widok takiej palety kraje się serce niejednego profesjonalisty, to ja potraktuję ten etap jako selekcję - przesadzę do doniczek najsilniejsze siewki, mając nadzieję, że wyrosną z nich bardzo silne rośliny.

Tu pewnie kolejny horror i brak profesjonalizmu, na jednej palecie groch z kapustą, a ściślej pomidory z bazylią, plus papryki, co nie chcą wschodzić. To oczywiście później wysiane nasiona, jeszcze tych siwek też na razie nie będę pikował do doniczek. Myślę , że poradzą sobie dobrze, nawet jeśli spędzą w tej kuwecie jeszcze ze dwa tygodnie.


Sałata, o zgrozo, zarosła samą siebie, nic nie widać poza sałatą. Teraz najładniejsze sadzonki pójdą do małych worków uprawowych, a z nieco gorszych będziemy codziennie odcinać nożyczkami zewnętrzne świeże listki i zajadać ile wlezie. Wygląda na to, że trochę ona pożyje, jeśli tylko temperatury nieco spadną. Kilka godzin dziś spędziła na zewnątrz, nie sądzę jednak aby było tam chłodniej niż w domu. Słoneczko pięknie przypiekało, a sałatki trzymały się dzielnie jak kniaź Jarema w Zbarażu. Nic nie więdło, nie marniało, a opaliwszy się nieco, wróciło do domu.

Totalny horror ze słomą w kostkach, na której tradycyjnie, jak co roku, planuję uprawiać pomidory. Z całej dostawy pięćdziesięciu sztuk, dobrze zbite kostki są ... dwie. Co z tego że dali kilka gratis, jak istnieje ryzyko, że całe to przedsięwzięcie rozsypie się w trakcie sezonu? No ale że nie mam innego źródła, to trzeba było zacisnąć zęby i zjeść tę żabę .. Obwiązuję te żałosne "grządki sznurem, żeby mi się to wszystko nie rozjechało. Jeśli na tych kostkach uda mi się wyhodować ładne pomidory to .... ok, wyzwanie przyjęte :) Popróbujemy.

Wiosna i jej wysłannicy chcą mnie chyba wygnać z Ostoi. Na większej części podwórka, do niedawna zwanej klepiskiem z uwagi na niebywałą żyzność i szatę roślinną (gdzie oczywiście nie rosło nic), teraz plenią się łany kokoryczy pustej, bardzo mocnego ziółka na wiele dolegliwości. Mam nadzieję, że natura nie chce mi w ten sposób czegoś zakomunikować, ale na wszelki wypadek nieco zbiorę i przerobię na intrakt, czyli wyciąg alkoholowy.


A na totalnym już ugorze, gdzie dwu-trzymilimetrowe mchy tulą się do piasku, totalny odjazd - morze kwiecia. Malusieńkie kwiatki biało- żółte ścielą się obficie, aż żal stopę postawić. Jakoś się jednak po tym podwórku muszę poruszać, przeganiając pierwsze trzmiele i pszczoły murarki. Domek dla owadów jeszcze senny, ale pierwsi mieszkańcy już go opuścili. Z każdym ciepłym dniem będzie ich na pewno coraz więcej. Cieszy bardzo ta bioróżnorodność roślinno-zwierzęca, której jeszcze kilka lat temu zupełnie tu nie było.


Zasadniczo jednak o czym innym chciałem napisać. Przez cały dzień w Ostoi towarzyszyły mi dziwne trzaski, szelesty poruszenia... W obrębie podwórka jakby mniej, ale zza płotu dochodziły nieustannie i masowo. Było ich tak wiele, i w sumie były one wystarczająco natarczywe, abym udał się na zwiad. Tuż za furtką ogarnęły mnie te trzaski całkowicie i przez moment zakradł się gdzieś z dna duszy pierwotny element obawy przed nieznanym, jednakże dość szybko zorientowałem się, kto straszy. A straszyły sosny - w pierwszy naprawdę upalny dzień postanowiły masowo posłać w świat potomstwo. Trzaski bowiem pochodziły z szyszek, które jak na komendę postanowiły się otwierać. Fascynujące zjawisko, którym brzmiał cały las, jeszcze nigdy wcześniej tak intensywnie sosny w mojej obecności nie przemawiały. Kolejny raz przekonałem się, że lekcjom udzielanym przez naturę nigdy nie ma końca, trzeba tylko nadstawiać zmysłów aby z nich skorzystać.