czwartek, 2 czerwca 2016

Amok


Druga połowa maja upłynęła w Ostoi pod hasłem "amok" - tyle pracy nie było tu jeszcze nigdy. Złożyły się na to głównie przygotowania do warsztatów permakultury oraz prace przy nowych grządkach, donicach i uprawie w kostkach słomy. Najmniej pracy pochłonęła eksperymentalna uprawa w workach - pomidorowo-bazyliowe duety w nich rosnące wydają się jak na razie być samowystarczalne. Jedyną czynność obsługową, uzupełnianie wody w wanienkach w których stoją worki, wykonały za mnie burze. I oby tak dalej, do chwili, gdy pomidorki i bazylia trafią na pizzę z własnego pieca. Oczywiście przesadzam, tak dobrze nie będzie, pomidory wymagać będą i podcinania, i podwiązywania, ale i tak podoba mi się ten pomysł i będę go rozwijał.

Tymczasem na grządkach coraz więcej zieleni, choć w porównaniu do Warszawy jesteśmy tu w naszym lesie o dwa-trzy tygodnie wegetacyjnie do tyłu. Pomimo to jednak, nawet w "grządce recyclingowej" zbudowanej wyłącznie z ramy po starym tapczanie i ze zrębki, mamy nad ziemią komplet obsady aktorskiej - topinambury, ziemniaki, bób i fasolę. Obawiałem się bardzo o losy tej grządki, bo miała stanowić warsztatowy przykład na to, że ogród można mieć bez mała wszędzie i z niczego, ale jednak mnie nie zawiodła. Z uwagą śledzić będę jej dalszy rozwój i już teraz ciekaw jestem plonów. Grządka ta stanowi jedynie przygotowanie terenu całkowicie jałowego pod przyszłe uprawy, w przyszłym roku wyglądać będzie zupełnie inaczej, niemniej jednak jeśli i w tym roku może dać jakiś plon, to dlaczego nie?

Pamiętacie donice o których wielokrotnie pisałem? W amoku zapomniałem o nich nieco i nie zebrałem rzodkiewek. Każda mała donica dała ich tyle, ile na zdjęciu, a trzeba pamiętać, że rzodkiewki to tylko jeden z czterech rządków w każdej donicy. Warsztatowi goście byli z lekka zdumieni gąszczem w donicach, a temu, jak takie donice samodzielnie budować poświęciliśmy kilka chwil również, i zbudowaliśmy jedną, w niecałe 10 minut. Kolejny dowód na to, że nawet na małym balkonie można mieć swoje warzywa.

Z opisywanych na tym blogu "atrakcji" największą furorę wzbudził oczywiście kolektor solarny z puszek, bo pogoda dopisała, i mieliśmy darmowe dodatkowe pięćdziesiąt stopni Celsiusza na wylocie kolektora, co chyba zaimponowało młodzieży. Starszych natomiast najbardziej chyba zadziwiły metody permakulturowego nawożenia gleby, od bokashi, przez gnojówkę z pokrzyw, po hodowlę własnych "efektywnych mikroorganizmów" czyli starą, poczciwą herbatkę kompostową. A gdy już osiadł kurz po warsztatach, trzeba było na gwałt wsadzać te rozsady, te wszystkie nieposadzone co to posadzić trzeba, te dostane, te, przysłane, te niechciane nawet, bo wstyd aby cokolwiek, co żywe i rośnie, nie znalazło swego domu w Ostoi. I tak to w amoku dobiegł końca maj. Oby czerwiec przyniósł trochę uspokojenia, bardzo go potrzeba.

czwartek, 12 maja 2016

Po bandzie

 W Ostoi czajki drą buzie na całego, a wtórują im żurawie. Spacerując po wątłych łąkowych murawach trzeba naprawdę mieć oczy otwarte, aby nie wdepnąć w czajcze gniazdka i jajka. W trzcinowiskach coś się tłucze i rozrabia, niemal za każdym razem co innego, jednego spaceru dziki, drugiego sarny, trzeciego łosie, a czasami wszystko naraz. A gdy zapada zmrok, jak w starej piosence, "żaby w sadzawce rozpaliły ogień", i rechoczą na całą okolicę.

Ponieważ do Ostoi zbliżają się wielkimi krokami warsztaty permakultury, to "lecę ostro po bandzie", aby uczestnicy mieli co w Ostoi oglądać. Ignorując nadchodzącą Zimną Zośkę, intensywnie sadzę pomidory na mojej grządce z kostek słomy. Ponad 40 krzaczków znalazło swój dom w słomie i jak na razie mają się dobrze. Z niepokojem obserwować teraz będę prognozy pogody i trzymać kciuki za brak przymrozków i gradobić. Póki co, mamy raczej problem odwrotny - brak opadów. Pomimo zapowiedzi burz, jedne idą na Łowicz, inne na Łódź, omijając nasze lasy niezwykle skutecznie. Po trzech latach obserwacji myślę, że nasze opady są o ponad jedną trzecią mniejsze, niż średnia dla regionu.

Zimnej Zośki boi się również yacon, po polsku zwany też jakonem - roślina wybitnie ciepłolubna, od tysięcy lat uprawiana w peruwiańskich Andach, a u nas mało znana. Podhodowałem bulwę w doniczce i dopiero teraz przewiozłem do Ostoi, trafiła na permakulturową grządkę grubo ściółkowaną słomą, jest nadzieja, że da sobie radę w nadchodzącym, zimnym tygodniu. Zupełnie natomiast nie obawiam się o Apiosa, czyli chobot bulwiasty, roślinę z Ameryki Północnej, całkowicie mrozoodporną. Apios ma wypełnić lukę w pnączach, kategorii roślin której zdecydowanie mi brakuje. Nie dość że jest pnączem, to jeszcze wiąże azot z powietrza, pięknie kwitnie, ma jadalne bulwy i podobno właściwości lecznicze - jednym słowem typowa roślina permakulturowa, która spełnia wiele funkcji. Bardzo chciałbym, aby na stałe zagościła w Ostoi, ale ponieważ lubi ona gleby wilgotne, nie będzie łatwo, bo jak wiadomo Ostoja piachem, i na piachu, stoi.

Nie zawodzą natomiast moje wielokrotnie już opisywane donice, z których dosłownie wylewa się zieloność. Rzodkiewki dochodzą, sałaty wychodzą, a nad wszystkim panuje gwiazdnica, przez wielu uznawana za dokuczliwy chwast, a dla mnie pyszna roślina jadalna, do wszelkich sałatek. Czego nie zjemy, użyźni glebę. Nie martwię się wcale, że gwiazdnica zagłuszy inne rośliny - gdy ją zjemy, odbiją. W niektórych donicach ładnie sobie rosną siewki jabłoni wyhodowane ze sklepowych jabłek, dam im jeszcze porosnąć do jesieni, a potem trafią na miejsca docelowe.

Na koniec jeszcze portrecik kwitnącego czosnku niedźwiedziego, którym się wreszcie nieco możemy podelektować. Pamiętam komentarze w stylu "kaktus mi wyrośnie, jak Ci czosnek niedźwiedzi na tym piachu urośnie"... Moi mili, pokażcie Wasze kaktusy. Jak widać warto czasami "pójść po bandzie", zadziałać niekonwencjonalnie i potestować "niemożliwe". A najlepiej to nie wiedzieć, że jest niemożliwe i próbować, wtedy napewno się uda.

środa, 4 maja 2016

Eksperyment

W Ostoi w domku dla owadów ruch jak na Marszałkowskiej, wolna miłość kwitnie wśród pszczół murarek. Gdy Słońce przyświeca na pęczki trzciny, szyszki, glinę i pieńki, pszczółki i inne owady, których jest bez liku, dwoją się i troją, aby zająć jak najlepsze lokum. Pomimo że jakiś zwierz domek zdemolował, odrywając jego tylną ścianę i wyrzucając część zawartości, mieszkańcy domku doskonale przetrwali zimę i teraz usilnie starają się, aby ich następne pokolenia znalazły schronienie w tej jakże ekskluzywnej budowli. Domek zdecydowanie wymaga remontu, ale zwlekam z nim do chwili, gdy w domku zapanuje względny spokój - nie chcę zakłócać owadom wiosennych rytuałów.

Jeśli już jesteśmy przy zwierzętach, to nawet świeżo ułożony z kostek słomy ogródek ma też swojego lokatora. Ten uroczy padalec regularnie wygrzewa się na kostkach, nie przejmując się zbytnio moją obecnością. Brak kończyn nie przeszkadza mu absolutnie w pokonywaniu pionowych ścian kostek, a jedynym, co go niepokoi, są kosy - prawdziwe tegoroczne utrapienie Ostoi. Kosy upodobały sobie ściółkę ze zrębki, którą w niewiarygodny sposób rozrzucają na wszystkie strony w poszukiwaniu larw, poczwarek i dżdżownic. Nie gardzą również posadzonymi nasionami, ale jakby na to nie patrzeć, tu w lesie to one są "bardziej u siebie".

 Gdy kosy na grządkach harcują, trzeba uciekać się do innych metod uprawy. A u podstaw uprawy jest przygotowanie odpowiedniej gleby. Kolejny tegoroczny eksperyment wymaga podłoża silnie higroskopijnego, przygotowuję więc je z torfu i kompostu, z dodatkiem dolomitu dla odkwaszenia oraz mączki bazaltowej, aby zwiększyć zawartość mikro i makroelementów. Podłoże to umieszczę w "dziwnych" donicach z cienkiego filcu. Ta eksperymentalna uprawa ma pokazać, jak prosta, łatwa i przyjemna może być uprawa własnych warzyw, i że jest ona możliwa absolutnie wszędzie. Inspiracją jest system RGSS Larry Halla oraz teoria "air pruning", czyli stymulowanie rozwoju ekstremalnie gęstego i wydajnego systemu korzeniowego poprzez wymuszanie obumierania korzeni w zetknięciu z powietrzem.

Gdy filcowa donica jest już gotowa, trafia ona do tacki z wodą. Taki system zapewni mi "komfort nieobecności" - mam nadzieję, że nawet w największe upały rośliny przetrwają tydzień mojej nieobecności. Pierwsze testowe donice ustawiłem, aby sprawdzić to własnie - jak się kształtuje wilgotność w nich po tygodniu i dłużej, bez żadnej opieki. Jeżeli sprawdzą się, będzie ich więcej. Oczywiście "industrialny" wygląd tacek i donic starałem się jakoś złagodzić, aby nie raził w Ostoi. Tradycyjnie, zrębki i wiklinowe płotki moim zdaniem sprostały zadaniu. Na początek spróbuję uprawy dyń, ogórków i pomidorów , ale metoda ta powinna się sprawdzać praktycznie wszędzie, gdzie jest skrawek miejsca i dość światła. Zamierzam więc ją wypróbować w tym samym czasie i na tarasie w wielkim mieście, a na zakończenie sezonu porównać wyniki.

Metody takie jak powyższa, nie są "solą tej ziemi" w Ostoi - głównym celem jest uprawa czysto permakulturowa, oparta w przeważającej części o rośliny wieloletnie. I choć część tych wieloletnich jest już posadzona, i choć część wcale nieźle rośnie, to na prawdziwe zbiory trzeba czasem poczekać i kilka lat. Na razie więc podziwiam piękne pędy szparagów, czy ogromne liście rabarbarów, ale ich nie zrywam, pozwalając im dobrze się zadomowić. "Bezobsługowe" tulipany dodają tym grządkom kolorytu, i tak jak one mają za rok czy dwa funkcjonować jadalne rośliny wieloletnie - główna praca to mają być zbiory. Tymczasem jednak trzeba być wiernym zasadzie "Zadbaj o Plon" i kolokwialnie mówiąc, mieć co jeść. Stąd też i te metody, z pogranicza permakultury, testowane też po to, aby wynikami podzielić się z Wami, tu na tym blogu, i zachęcić do produkcji własnego jedzenia. Bo jak mawia jeden z amerykańskich miejskich ogrodników, uprawa własnej żywności, to jak druk własnych pieniędzy.

wtorek, 19 kwietnia 2016

Zapowiedź sezonu

 Zazieleniła się Ostoja i okolice. Ale miejscami jest biało. To tam, gdzie kwitną dzikie śliwy i gruszki. Wśród białego kwiecia niosą się trele ptasząt wszelkiej maści, a nad wszystko wybijają się dwa głosy - żurawi znad rzeki i kruków z chmur. Nocami natomiast, zwycięzca jest tylko jeden - to żabi chór z bajorka, który prawie nie daje spać. Narcyzy i żonkile wyrastają wśród brzóz, na ziołowej spirali, w leśnym ogrodzie i przy domu, pięknie prezentując się na tle zieleni. A zieleń ta, to w większości kokorycz, której wysyp w tym roku jest wyjątkowo obfity.

 W moim leśnym ogrodzie jak zwykle pierwsze zakwitły jagody kamczackie. Wśród kwiatów pracowicie uwijają się trzmiele oraz pszczoły murarki, widać okoliczne domki dla owadów spełniają swoje zadanie. Pszczół miodnych jak na razie nie widać, jest ich niestety z roku na rok coraz mniej. Grusza ulęgałka, która nie owocowała od lat, a którą intensywnie przyciąłem niefachowo, "po swojemu", na jesieni, cała w pąkach. Bardzo jestem ciekaw jakości jej owoców. Jakie by nie były, do czegoś się przydadzą - jeśli nie do konsumpcji czy przerobu, to na pokarm dla sąsiedzkich kur, albo w ostateczności na kompost.

W moich "wiecznie wilgotnych" donicach zgodnie z oczekiwaniami wschodzi rzodkiewka, znowu zapowiadają się fajne plony z tych jakże małych "poletek". Wielkim plusem jest to, że donice omijają ptaki i inny zwierz leśny, który bez skrupułów grasuje tej wiosny w ogródku. Żadne ziarenko bobu posadzone tydzień temu nie umknęło uwadze leśnego szkodnika, który z precyzją automatu rozgrzebuje grubą warstwę zrębek dokładnie nad nasionkiem. Podejrzewane o te czyny są wiewiórki, ale za ogon nie zostały złapane ... No cóż, bób posadzony ponownie i przykryty siatką przeciw ptakom, zobaczymy, czy to pomoże.

A tymczasem w mieście ... wszystko zapomidorowane. Sadzonki pomidorów okupują parapety oraz miejsce pod jarzeniówką. Jest to "wielopłaszczyznowy" eksperyment, bo po  raz pierwszy tak wielka liczba odmian, po raz pierwszy część w koszyczkach a nie w doniczkach, i po raz pierwszy część podlewana wodą z dodatkiem herbatki kompostowej. Jak na razie pomidorki mają się dobrze, ale z niecierpliwością oczekuję dnia, kiedy to całe towarzystwo przenieść będzie można do Ostoi, co nastąpi jednak dopiero po Zimnej Zośce. Grządki z kostek słomy czekają już w gotowości na przyjęcie przybyszów z miasta - zapowiada się sezon pod znakiem pomidora.

poniedziałek, 21 marca 2016

Ta ostatnia niedziela

Gdy tylko w niedzielny poranek zaczęło się rozwidniać, całym światem Ostoi wstrząsnął ogłuszający łoskot, wyrywając mnie i okoliczne psy z objęć Morfeusza. W pierwszej chwili przypominało to odgłosy remontu generalnego w zapuszczonej kamienicy, ze szczególnym uwzględnieniem borowania dziur w ścianach. Tak jakoś pomiędzy otwarciem pierwszego oka, a drugiego, nadeszła myśl, że to dzięcioł obrabia ścianę domu. Hałas był na tyle intensywny, że trzeba było zapomnieć o spaniu. Rad nierad, wyruszyłem na spacer. Okazało się, że nie dom padł ofiarą dzięcioła, a potężny maszt piorunochronu tuż koło niego. Kolejne zadanie do dopisania do listy - sprawdzić stan masztu, choć skąd wziąć wystarczająco długą drabinę? O tym pomyślę później, bo o zadaniach bieżących przypomniały chmary sikorek - skończyła im się kulka, o czym nie omieszkały wywrzeszczeć wszem i wobec wyraźnie pretensjonalnym tonem. Dostawszy nową kulkę, zamilkły, a ja kontynuowałem obchód.

Niedaleko od furtki wędrowały sarenki, kolejne dwieście metrów dalej, i ostatnie z pół kilometra w górę rzeki. Nie dały się tym razem zbytnio zbliżyć, ale i ja ochoty na podchody bladym świtem nie miałem. Słabo wyszła więc próba uwiecznienia ich, tym bardziej, że światła jeszcze było malutko. W krzaczkach, gdzie na jesieni czerwienią się zwykle muchomory, łosie urządziły sobie toaletę, slalom trzeba uprawiać aby uniknąć wdepnięcia w łosiowe kupki.

 Nad starorzeczami bobry uprawiać musiały drzewną wspinaczkę, bo wierzbki wszystkie ogłowione niemal do cna. Ciężko będzie w tym roku o jakiekolwiek bazie na Wielkanoc. Podobnie, trzymając się wielkanocnej tematyki, zajęcy ani śladu, co dziwi bardzo, bo przecież nie na darmo część Ostoi zwana jest od lat Zajęczą Górką. Gdzie się podziali wszyscy jej długousi rezydenci? Nie mam pojęcia, choć widok wałęsającego się po okolicy samopas psa, nie przywołuje na myśl optymistycznych scenariuszy. Trzymajmy kciuki za kłapouchy, w nadziei, że jednak wkrótce je zobaczymy.

Z kolei tak zwane kąpielisko, czyli skrawek łączki między rzeczką a stawkiem, odwiedziły dziki, darmową orką odwdzięczając się za gościnę. Łąki dookoła wyglądają jak po występach szalonego traktorzysty, gleba "kołami do góry" na niemal połowie terenu. Nasuwa się tu refleksja o zasadności permakulturowych i ekologicznych zaleceń, aby nie orać gleb i nie przekopywać ogrodu - skoro przyroda przekopuje, to znak, że wszystko ma swoje miejsce i czas, i że nie należy ani w czambuł potępiać, ani na ślepo wierzyć. Jak to zwykle w permakulturze, słynne "to zależy", po raz kolejny pokazuje tutaj swą moc.

 Skoro o mocy mowa, przez grubą warstwę ściółki przebijać się zaczynają moje czosnki niedźwiedzie - oczekiwane z tęsknotą zielone żagielki wiosny. Zwiastują chwile z czosnkowym pesto oraz nieuchronny początek sezonu grzebania w ziemi. Pora zacząć przygotowywać rozsady wszelakie, a moja obserwacja jest taka, że to fenologicznie czas, aby wysiać na miejskim parapecie pomidorki.
A na grządkach same z siebie wyłazić zaczynają szczypiorki, cebule, czosnki, całe to smakowite towarzystwo rośnie sobie trzeci rok samo, bez ingerencji mojej innej, niż delikatne podszczypywanie surowca kulinarnego i uważanie, aby tego tałatajstwa przypadkowo nie rozdeptać lub nie wykopać. W światku tych roślinek jestem nieco jak słoń w składzie porcelany, zdecydowanie pewniej czuję się w lesie, wśród solidnych drzew, zadzierając głowę ku ich koronom, niż pochylając się nad rzędem roślinek, wśród małych perma-grządeczek.

 Kilka lat temu posadzone krokusy kwitną już tu i tam, niebieskie, fioletowe i żółte. Te posadzone w zeszłym roku, nie wychyliły jeszcze łebków spod ziemi. Tulipany coraz piękniej się zielenią, zaczynają się też meldować żonkile i narcyzy. W departamencie roślin dzikich nastał czas super zdrowej niemowlęcej pokrzywy, którą po długiej zimie warto wykorzystać jako źródło witamin i minerałów, zaparzając we wrzątku. Energetyzuje dużo skuteczniej niż Red Bull.

Nastał też czas prac doniczkowych. O moich donicach pisałem już dwukrotnie, między innymi tutaj. Teraz przeszły one proces drobnej renowacji, polegający na usunięciu tej zeszłorocznej roślinności, która od jesieni się nie skompostowała i przykryciu cienką kołderką kompostu od dżdżownic. Tak przygotowane donice zostały wstępnie obsiane i leciutko wyściółkowane słomą. Można je teraz pozostawić samym sobie na długie tygodnie, o ile planów nie pokrzyżują mrozy, niedługo cieszyć się będziemy pierwszymi rzodkiewkami. A jeśli mrozy spłatają nam figla, to trudno, zaczną kiełkować inne umieszczone w donicach nasiona. Taki zasiew ma na celu wykorzystanie wszystkich dostępnych nam nisz, nie tylko w przestrzeni, sadząc obok siebie rośliny rosnące "plonem wgłąb" i "plonem wzwyż", ale również i w czasie - te rosnące szybko, z tymi co powoli. I takim to sposobem, pomiędzy niezamówionym budzeniem od dzięcioła, a doniczkowym preludium do ogródkowego sezonu, upłynęła ostatnia niedziela zimy. A od jutra ... witaj wiosno!

czwartek, 10 marca 2016

Końcówka zimy


Ostoja wita nadchodzący koniec zimy tulipanami. One jako pierwsze wychyliły się z grubej ściółki na grządkach. Pomimo, że w miejscach całkowicie zacienionych leży jeszcze odrobina śniegu, to życie w grubej ściółce toczy się już w najlepsze. Leniwie przeciągają się dżdżownice, wędrują drobne stawonogi. Za tulipanami podążają pierwsze pędy szczypiorku, a z zeszłego roku pozostała na grządkach portulaka warzywna, o dziwo opisywana powszechnie jako "warzywo letnie". Teraz, choć nie obficie, dostarcza nadal świeżych listków do sałatek.

Wszędzie tam, gdzie ściółkę stanowią zrębki, mam spory wysyp grzybów, niestety nie jadalnych, ale i tak bardzo on mnie cieszy. Roli grzybni w ogrodzie nie sposób przecenić, choć niektórzy twierdzą, że właściwym dla niej miejscem jest raczej sad, a nie warzywnik. W Ostoi stawiam na naturalną sukcesję i procesy glebotwórcze, wierząc, że gdy grzyby wykonają swoją pracę dekompozycyjną, to zaczną zanikać, a utworzoną przez nie glebę z czasem zdominują bakterie. Wszystko co żyje i rośnie, cieszy, pamiętam bowiem, że zaczynałem od piaszczystego, martwego ugoru, na którym nic nie rosło. I nadal większa część Ostoi jest taka, czeka w kolejce na permakulturowe przekształcenie.

Zeszłoroczny eksperyment z uprawą w kostkach słomy zaskoczył mnie na tyle pozytywnie, że w tym roku powiększam areał słomianych upraw. Na sześciu kostkach słomy rosło 18 krzaków pomidorów, co było zdecydowaną przesadą. Z trzech krzaków na kostkę w tym roku "zejdę" do dwóch, za to liczba kostek wzrośnie z sześciu do 22. "Pomidorowy kącik" będzie na pewno "oczkiem w głowie" w tym sezonie. W starych sześciu kostkach, które trzymają się jeszcze znośnie, posadzę inne rośliny. A w przyszłym roku, w miejscu po najstarszych kostkach powstanie "tradycyjna" grządka. Takim to sposobem, krok po kroku, areał upraw będzie się powiększał.

Zupełnie nowym eksperymentem jest próba uprawy najszybciej podobno rosnącego drzewa świata - krzyżówki dwóch odmian paulowni. Cechą charakterystyczną tej krzyżówki są ogromne liście (potencjalny materiał do ściółkowania i na kompost) oraz bardzo szybki wzrost (podobno w 6 lat średnica pnia dorasta do ponad 30 cm). Co więcej, ścięte drzewo odrasta, i proces ten można powtórzyć 3-4 krotnie. Próbuję uprawiać krzyżówkę z nasion, jak na razie, odpukać, skutecznie - praktycznie 90% nasion kiełkuje i rośnie sobie w tymczasowych pojemnikach, czekając na prawdziwą wiosnę. Z tym drzewem wiążę duże nadzieje w zakresie energetycznej samowystarczalności, może ono bowiem w odnawialny i szybki sposób stać się źródłem doskonałej jakości opału. Jak ważne jest to zagadnienie, widać dobrze właśnie w końcówce zimy - nic tak o niej nie przypomina, jak niemal pusta drewutnia.

poniedziałek, 22 lutego 2016

Chwila w rytmie lasu


Nieomylnym znakiem nadchodzącej wiosny są co roku w Ostoi żurawie. Przyleciały jakiś czas temu, ale teraz ich głosy słychać niemal od świtu do zmierzchu. Obgadują swoje żurawie sprawy, a to dostojnie spacerując w parach, a to drąc się rozpaczliwie w locie. Najbliższe czasami można dostrzec z okna na pięterku, ale prawdziwe ich królestwo to nadrzeczne łąki i trzcinowiska. Niełatwo z marszu je jednak podejść, gdyż są dosyć ostrożne. A na zasiadki z kolei czasu brak. Jak zwykle też, gdy człek wychodzi w przyrodę z aparatem, wszystko zdaje się zamierać i chować się w przysłowiowe mysie dziury, a gdy tylko zostawi aparat w domu, a to łosza z młodym, a to stada żurawie, a to bóbr czy inny daniel pchają się dosłownie pod sam dom - taka "złośliwość rzeczy żywych".

Śpiące łąki, śpiące wody, śnieg co własnie przestał padać, a topić się jeszcze nie zaczął, cisza, która wypala z głowy zgiełk wielkiego miasta i świdruje w uszach. Ani podmuchu, ani dźwięku. Człek podskakuje do góry gdy spadnie kropla. Chwila, dwie, pięć, odezwie się ptak, czar pryska, pora kończyć krótki spacer i brać się za robotę. Wiatry osikę wywaliły, trzeba pociąć i zwieźć drewno, pora budki dla ptaków reperować i wywieszać, pora plan ogródków zrobić, ustalić z grubsza co, kiedy i gdzie posadzić. Niby jeszcze za wcześnie na wszystko, ale już czasu zaczyna brakować.

A w młodniku tyle żerdzi jeszcze leży, tyle drewna do uratowania od zmarnowania, więc targam te żerdzie i koruję je i ustawiam bez wielkiej nadziei, że coś z nich jeszcze będzie, Trzeba było je korować i suszyć na bieżąco, ano trzeba było, ale ręce dwie tylko i doba dwadzieścia cztery godziny tylko ma. Pod korą można za to teraz studiować życie w pigułce - procesy śmierci i narodzin, przechodzenia jednej formy w drugą, materii ożywionej w nieożywioną i odwrotnie. Podpatrywać grzyby, robaki, larwy, owady, procesy glebotwórcze i fizyczne przemiany wody, a wszystko to przy rytmicznych zgrzytach ośnika.  Kudy tam temu do Siekierezady, ale z lekka muzyką sfer leśnych trąca. A wracając na ziemię, żaden element, jaki nam ta ziemia daje, nie powinien się marnować, dlatego też póki jeszcze nie można grzebać w ogródku, strugam ile się da.

Nie wiadomo kiedy minął dzień i pora wracać do miasta. Odjazdowi towarzyszą ostatnie krzyki żurawi udających się na nocny spoczynek. W młodniku coś drepta, trzaskają suche gałązki, być może to mama-łosza ze swoim potomkiem wraca z całodniowej wyprawy. Pewnie niedługo odezwie się sowa, a psy z dalekich gospodarstw rozpoczną te swoje szczekane relacje, opowiadając sobie nawzajem jak im minął dzień. Wszystko toczy się swoim rytmem, w którym zanurzam się tylko na moment, od którego odchodzę i do którego znowu wracam, a wokół las, jak stoi tak stał, jak szumiał, tak szumi.