Pokazywanie postów oznaczonych etykietą las. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą las. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 lutego 2016

Chwila w rytmie lasu


Nieomylnym znakiem nadchodzącej wiosny są co roku w Ostoi żurawie. Przyleciały jakiś czas temu, ale teraz ich głosy słychać niemal od świtu do zmierzchu. Obgadują swoje żurawie sprawy, a to dostojnie spacerując w parach, a to drąc się rozpaczliwie w locie. Najbliższe czasami można dostrzec z okna na pięterku, ale prawdziwe ich królestwo to nadrzeczne łąki i trzcinowiska. Niełatwo z marszu je jednak podejść, gdyż są dosyć ostrożne. A na zasiadki z kolei czasu brak. Jak zwykle też, gdy człek wychodzi w przyrodę z aparatem, wszystko zdaje się zamierać i chować się w przysłowiowe mysie dziury, a gdy tylko zostawi aparat w domu, a to łosza z młodym, a to stada żurawie, a to bóbr czy inny daniel pchają się dosłownie pod sam dom - taka "złośliwość rzeczy żywych".

Śpiące łąki, śpiące wody, śnieg co własnie przestał padać, a topić się jeszcze nie zaczął, cisza, która wypala z głowy zgiełk wielkiego miasta i świdruje w uszach. Ani podmuchu, ani dźwięku. Człek podskakuje do góry gdy spadnie kropla. Chwila, dwie, pięć, odezwie się ptak, czar pryska, pora kończyć krótki spacer i brać się za robotę. Wiatry osikę wywaliły, trzeba pociąć i zwieźć drewno, pora budki dla ptaków reperować i wywieszać, pora plan ogródków zrobić, ustalić z grubsza co, kiedy i gdzie posadzić. Niby jeszcze za wcześnie na wszystko, ale już czasu zaczyna brakować.

A w młodniku tyle żerdzi jeszcze leży, tyle drewna do uratowania od zmarnowania, więc targam te żerdzie i koruję je i ustawiam bez wielkiej nadziei, że coś z nich jeszcze będzie, Trzeba było je korować i suszyć na bieżąco, ano trzeba było, ale ręce dwie tylko i doba dwadzieścia cztery godziny tylko ma. Pod korą można za to teraz studiować życie w pigułce - procesy śmierci i narodzin, przechodzenia jednej formy w drugą, materii ożywionej w nieożywioną i odwrotnie. Podpatrywać grzyby, robaki, larwy, owady, procesy glebotwórcze i fizyczne przemiany wody, a wszystko to przy rytmicznych zgrzytach ośnika.  Kudy tam temu do Siekierezady, ale z lekka muzyką sfer leśnych trąca. A wracając na ziemię, żaden element, jaki nam ta ziemia daje, nie powinien się marnować, dlatego też póki jeszcze nie można grzebać w ogródku, strugam ile się da.

Nie wiadomo kiedy minął dzień i pora wracać do miasta. Odjazdowi towarzyszą ostatnie krzyki żurawi udających się na nocny spoczynek. W młodniku coś drepta, trzaskają suche gałązki, być może to mama-łosza ze swoim potomkiem wraca z całodniowej wyprawy. Pewnie niedługo odezwie się sowa, a psy z dalekich gospodarstw rozpoczną te swoje szczekane relacje, opowiadając sobie nawzajem jak im minął dzień. Wszystko toczy się swoim rytmem, w którym zanurzam się tylko na moment, od którego odchodzę i do którego znowu wracam, a wokół las, jak stoi tak stał, jak szumiał, tak szumi.

poniedziałek, 23 września 2013

Grzyb a Sprawa Polska

Sezon grzybowy w pełni - jadąc do Ostoi leśną drogą, w godzinach pracy dnia powszedniego, mijam szeregi zaparkowanych w lesie aut. Ich załogi krążą po okolicy z koszami i reklamówkami, w nadziei na obfity zbiór. Zagęszczenie aut i grzybiarzy sprawia wrażenie jakbym poruszał się ulicami małego miasteczka, a nie duktem leśnym, gdzie o innej porze roku łatwiej o dzika czy sarnę, niż o człeka czy auto. Grzyb jest towarem wielce pożądanym, a grzybiarz istotą upartą, bezwględną i nieetyczną jest niestety w swojej masie, choć oczywiście nie chciałbym generalizować.
 
 Zjeżdżając z drogi gminnej do Ostoi mijam bramę ze znakiem "Teren Prywatny". Na odcinku 150 metrów od bramy do podwórka, w sosnowym, pachnącym grzybami lesie, mijam trzy pary zawziętych grzybiarzy, przetrząsających trzewia lasu w postaci ściółki, pozostawiających po sobie teren w stanie jak po przejściu dziczej watahy. Na nic mniej lub bardziej grzeczne upomnienia, że przecież teren prywatny, że po drugiej stronie drogi puszcza ciągnie się kilometrami i do Lasów Państwowych należy, że ściółkę leśną chronić trza, a nie ryć w niej jak nieparzystokopytne. W odpowiedzi tylko się człek nasłucha z wyższej półki argumentów - że nie ma Boga w sercu, że grzyba Pan Bóg, wraz z lasem dla wszystkich stworzył, że las wcale nie mój, a wszystkich, jak było na początku, teraz i zawsze i na wieki wieków, amen.
 
 Ja im na to odpowiadam: "Siódme - nie kradnij", co wielkie oburzenie w nich budzi, ale bynajmniej od zaboru i niszczenia cudzej właśności nie odwodzi. Prychając i parskając, oddalaja się nieco, aby zbieranie kontynuować, gdy tylko zarośla ukryją ich przed moim wzrokiem. Grzyb okazuje się sprawą wagi narodowej, o prawo do grzyba lud gotów jest walczyć nieugięcie, powołując się jednocześnie na autorytet Absolutu, prawa boskie, ludzkie i kijem na wodzie pisane. Te same smutne gęby ze swymi reklamówkami zjawiają się co roku, co weekend, a często i w dni powszednie, przez całą jesień, od pierwszego do ostatniego grzyba, głuche na jakiekolwiek racjonalne argumenty kontynuują swoją destruktywną działalność.
 
Dlaczego destruktywną? Jest sobotni poranek, spaceruję po swym lesie, a las ów wyglada jak pobojowisko. Wydeptany, połamany, rozdeptany i rozkopany, o braku jakichkolwiek jadalnych grzybów nie wspominając. Z prawej i z lewej dobiegają głosy kolejnych grzybiarzy, nacierających na ten biedny las, który z utęsknieniem oczekuje końca grzybiarskiego sezonu. Od paru lat okres ten z najprzyjemniejszego przekształca się w przekleństwo, gdyż serce się kraje na widok tego, co ludzka zachłanność może zdziałać w tak krótkim czasie. Nie chcemy naszego lasu grodzić, nie chcemy żyć jak w oblężonej twierdzy, grzyba Rodakowi nie żałujemy, wolelibyśmy jednak, aby Rodak ten potrafł uszanować wartości takie jak przyroda, cisza, własność i prywatność.
 
Grzybki, których zdjęcia ozdabiają ten wpis nie wyrosły w lesie. Wyrosły na podwórku, chronione od grzybiarskich hord płotem, ukryte wśród brzózek i sosenek. O tej porze roku w Ostoi nie ma sensu chodzić na grzyby do lasu - nie dość że człek nic nie znajdzie, to jeszcze się napatrzy i nasłucha. Oby do zimy.