Nie działam więc masowo, a raczej wymyślam jakiś projekt, do którego mógłbym użyć tych rachitycznych sosenek, zarówno tych co jeszcze stoją, jak i tych, które padły i nadgniły, czasami nawet kilka lat temu. Tym razem, wymyśliłem sobie płot.
Potrzebuję skrawka terenu pod "tajny projekt", który ruszy mniej więcej w czerwcu. Oczyściłem mikro placyk na Zajęczej Górce, tuż przy Zapłotku i długo deliberowałem, jak ten skrawek ogrodzić. Koniec końców, wybór padł na żerdzie z młodnika. Ponieważ płot miał stanąć mniej więcej w linii drzew, postanowiłem jako słupów płotu użyć ... tychże, czyli drzew. Ale aby nie wbijać w nie gwoździ i nie wkręcać śrub, postanowiłem wiązać żerdzie resztkami sznurka rolniczego, takiego jakim wiąże się bele słomy czy siana. Jest to rozwiązanie dla ludzi świadomych. Świadomych tego, że przy młodych drzewach, sznurek taki jest w stanie drzewo zabić, w przeciągu mniej więcej 2-3 lat. A ściślej, drzewo samo się "zgilotynuje" rosnąc - sznurek wetnie się głęboko i pierwszy mocny wiatr zrobi duże bum. Dlatego też, stosując tą metodę, należy raz w roku te sznurki, które owijają się wokół żywych drzew, wymienić lub poluźnić. Jak to mówią "not a big deal".Poza tym, sposób ten ma same zalety - płot buduje się szybciutko. Chodzę po młodniku, wyciągam padłe sosenki, obcinam boczne gałęzie aby uzyskać żerdzie i wstawiam pionowo pomiędzy żerdzie poziome. Nic tu nie musi być perfekcyjne - ani długość, ani szerokość. Żadnego mierzenia. Równie dobre są mocne, co słabe żerdzie. Jeśli którąś wiatr złamie - "not a big deal", kilka kroków dalej, w młodniku, leży "część zamienna". Wstawiając żerdzie grubszym końcem do dołu uzyskuję dość gęstą barierę dołem, a przewiew górą, dokładnie tak, jak potrzebuję. Ciężar żerdzi dopycha je do gruntu, nawet więc gdy podgniją, to nadal będą do gruntu dopychane. Oczywiście, nie jest to ogrodzenie zabezpieczające na przykład przed lisem, ale przed zającem, już tak.
Płot wiązany do drzew musi być siłą rzeczy ukształtowany zgodnie z ich linią. Dzięki temu od południa powstaje wnęka, rodzaj małej "pułapki słonecznej". W okolicy płotu będzie cieplej zimą (osłona od wiatru i słoneczna pułapka", a chłodniej latem (cień drzew), miejsce to nabiera też powoli ciekawego charakteru. Koszt wyrażony w brzęczącej mamonie - zero złotych. Żerdzie z młodnika, sznurek z odzysku z bel, które poszły na ściółkę. Oczywiście, kosztem jest tu mój czas i moja praca, ale jak zawsze mawiam - praca z piłą łańcuchową jest najlepszym relaksem, bo nic tak skutecznie nie usuwa z głowy dręczących myśli, jak ryzyko obcięcia sobie kończyny przy nieuważnym ruchu. Budowę takiego płotu w ponury grudniowy dzień można więc z powodzeniem uznać za formę terapii, za jaką niejeden skłonny byłby słono zapłacić ....






