W Ostoi straszy. Straszą stare graty, mające po kilkadziesiąt lat, meble z salonów PRL'u, dywany, wykładziny, gazety, które trafiły tu z miasta, aby "jeszcze się przydać". Przez wiele lat stanowiły siedlisko głównie pająków, a czasem i myszek. Powoli w ramach procesu odgracania, postanowiłem rozłożyć stary tapczan na czynniki pierwsze i jakoś go spożytkować. Na pierwszy ogień poszła skrzynia na pościel - jej dno z cieniutkiej sklejki zostało wykorzystane na obicie suszarni ziół, a boki utworzą doskonałe obramowanie kolejnej wyniesionej grządki.
Rama tapczanu na której spoczywały sprężyny została obita starą wykładziną która kiedyś przez lata zdobiła warszawską kuchnię. Dwa sosnowe słupki, kolejne dwa na poprzeczki, i mamy doskonałą wiatę na drewno do ogniska. Sprężyny zostały zachowane, aby na wiosnę zrobić z nich ... wiszący ogródek. Warstwa włókna kokosowego oraz płócienne obicie tapczanu trafiły do kompostownika, a wszystkie części metalowe - mechanizmy otwierania i zamykania tapczanu, gwoździe i wkręty, do specjalnego pojemnika na "używany metal" w szopie. Oj, niejednokrotnie pojemnik ten uratował tok prac, gdy zabrakło "takiej jednej śrubki", a do najbliższej Castoramy "hektary" przez las. Tym sposobem stary tapczan praktycznie się "zdematerializował", lepsze to chyba rozwiązanie, niż spalenie go czy wywózka na wysypisko.
Wszystkie przedpotopowe gazety pozostawiane przez pokolenia, oraz zupełnie nowożytny "spam" w postaci korespondencji i rachunków trafia pod grządki i drzewka, jako warstwa hamująca rozwój traw i roślin niepożądanych. W taki sam sposób utylizuję opakowania kartonowe, po usunięciu metalowych zszywek i plastikowych przylepców. Gazety przykrywane są grubą warstwą zrębki z drzew liściastych, dzięki czemu grzybnia pięknie się wśród nich rozwija. Piaszczysta gleba Ostoi desperacko potrzebuje wszelkiej materii organicznej, wszystko więc, co może stanowić jej źródło jest dla nas bardzo cenne i trafia albo bezpośrednio do gleby, albo do kompostownika. W biomasie rodzi się nowe życie, najpierw bakterie i grzyby, nieco później nicienie, dżdżownice i stawonogi, pojawiają się tam, gdzie jeszcze niedawno straszył suchy i goły piach.
A na grządkach od 2-3 lat istniejących, inwazja grzybów za inwazją. Po ślicznych muchomorach czerwonych, teraz nastąpił wysyp maślanki wiązkowej - grzyba dosyć intensywnie trującego. Cieszy nas on jednak, gdyż wkrótce obumrze i użyźni nasze grządki, a z sobie tylko znanej przyczyny, najlepiej mu się rośnie wśród truskawek. Czy dzięki temu truskawki będą lepiej rosły na wiosnę? Jestem głęboko przekonany, że tak. Bo podczas gdy ja prowadzę recycling mebli z poprzedniej epoki, grzyby czynią to samo z każdą materią organiczną, dużo bardziej efektywnie ode mnie. Przywracają życiu wszystko, co martwe, a nam pozostaje tylko z ich zdolności umiejętnie korzystać.
Blog o permakulturze i Permakulturowym Miejscu Pokazowym "Ostoja" zlokalizowanym w sercu Puszczy Bolimowskiej, w obszarze Natura 2000, nad brzegiem rzeki Rawki, rezerwatu przyrody.
sobota, 26 grudnia 2015
poniedziałek, 2 listopada 2015
W żółtych płomieniach liści ...
... brzoza dopala się ślicznie, w piosence zespołu Skaldowie, oczywiście. A w Ostoi, w żółtych płomieniach liści całe podwórko. To nasze ogromne klony sypią liśćmi na potęgę. W odróżnieniu od delikatnych brzozowych listków, liście klonu nie są wdzięcznym materiałem do kompostowania czy ściółkowania. W naszych okolicznościach przyrody potrafią leżeć i cztery lata, zanim zamienią się w odrobinę choć użyteczny liściowy kompost. Tak się dzieje, gdy pozostawione są same sobie, gdy jesienne deszcze posklejają je na płask, w grube, mocne i trwałe tafle.
Przez takie pokłady najpierw złotego, a później coraz bardziej brunatnego dobra nie przebiją się niemal żadne rośliny, dlatego też liście klonowe zmuszeni jesteśmy rozdrabniać, przy użyciu a to kosiarki, a to odkurzacza do liści. Ideałem byłoby powierzenie tego zadania zwierzętom, a szczególnie kurom, niestety dopóki nie zamieszkamy w Ostoi na stałe, jest to nierealne. Zmielony materiał uzyskany z liści nadaje się już doskonale do ściółkowania grządek, szczególnie w nowym przyszłorocznym warzywniku.
Nasze grządki zrębkowe, czy to te dla roślin wieloletnich, czy te dla jednorocznych, otrzymują teraz również świeżą kołderkę ze zrębki. Przy okazji rozsypujemy również popiół drzewny z pieca, nieco mączki bazaltowej, rozlewamy resztki naszych gnojówek z żywokostu i pokrzywy, w nadziei, że nasi najdzielniejsi pracownicy - mikrofauna glebowa, przez zimę przerobią to wszystko na żyzny kompost. W ramach nieustających eksperymentów wyściółkowaliśmy też jedną grządkę sianem z nadrzecznych łąk, zobaczymy jak się będzie życie pod tą ściółką rozwijać.
A tymczasem, na starych grządkach zrębkowych, wśród rosnących jeszcze rzodkiewek, kapusty pac-choy i otaczających je malin, wykwitły obficie piękne muchomory czerwone. Ta grządka zaskakuje co roku innym gatunkiem grzyba, który "znikąd" pojawia się w dużej obfitości. Po zeszłorocznych pierścieniakach jadalnych nie ma nawet śladu. Odnosimy wrażenie, że przyroda sama podsuwa nam to, co w danej chwili może się nam przydać, w zeszłym roku były to grzyby kulinarne, a w tym roku lecznicze. Postaramy się z tego daru przyrody dobrze skorzystać.
Po wybitnie suchym lecie, nie mieliśmy specjalnych nadziei na grzybny urodzaj na naszych eksperymentalnych kłodach z boczniakami i shiitake, a jednak ... Kłody namoczyliśmy przez noc i następnego ranka każdą z nich solidnie trzasnęliśmy o ziemię. Symulować to ma upadek drzewa i dawać sygnał grzybni do produkcji owocników. W dwa tygodnie później, cieszymy oczy pierwszymi boczniakami. Shiitake na razie odmawiają współpracy, nie jesteśmy pewni czy grzybnia nie zginęła całkiem w sierpniowe upały. Przyszłość pokaże, czy jeszcze żyją. A na razie ... kolejne złote liście lecą z drzew, listopad w całej krasie, piękną mamy jesień w tym roku.
poniedziałek, 5 października 2015
Przymrozki, grzyby i lotnisko
Kończąc poprzedni wpis nieopatrznie wspomniałem o pierwszych mrozach i .... wykrakałem. W zeszłym tygodniu dwie noce z temperaturami do minus pięciu stopni przy gruncie skutecznie zakończyły żywot pomidorów, dyń, kabaczków i innych ciepłolubnych roślin. Gdyby okres wegetacyjny wyznaczać według dat między ostatnim przymrozkiem wiosny a pierwszym przymrozkiem jesieni, miałby on w tym roku 137 dni, warto to odnotować. Przymrozki pozostawiły nas z masą niedojrzałych pomidorów, które teraz na wszystkie sposoby próbujemy "wprowadzić w dojrzałość". Z tymi, z którymi się to nie uda, postaramy się też coś zrobić, może skorzystamy z tego przepisu?
Przymrozki przymrozkami, a roboty wcale nie mniej. Weekend upłynął w atmosferze prac leśno-grzybiarskich, z elementami ogrodnictwa. Na pierwszy ogień poszły pnie - postanowiliśmy rozprawić się z nimi przy pomocy ... opieniek. Powierzchnie pni zostały ścięte na równo i dokładnie oczyszczone, tak aby ograniczyć obecność "lokalnych" zarodników grzybów wszelakich. Następnie pnie zostały nawiercone po obwodzie, a do każdego otworka trafił drewniany kołeczek obrośnięty grzybnią opieńki miodowej.
Gdy wszystkie kołki powbijane zostały w pień, przyszła pora na pszczeli wosk, uprzednio roztopiony w tak zwanej "łaźni wodnej". Nad każdy kołek nałożyliśmy warstwę wosku, po pierwsze po to, aby inne grzyby nie wdzierały się w drewno tam, gdzie umieściliśmy grzybnię opieńki, a po drugie po to, aby kołeczki tak szybko nie wysychały. Gdy wszystkie kołki miały już woskową czapeczkę, pnie solidnie zlaliśmy wodą i przykryliśmy dwoma warstwami uprzednio dobrze namoczonej tektury falistej.
Pieńki na koniec zostały obsypane kilkucentymetrową warstwą świeżych zrębek z cienkich gałązek i listków brzozowych, po to aby utrzymać w pniu wilgoć, chronić przed mrozami w zimie, a także użyźnić w przyszłości glebę wokół pnia, co przełoży się na lepszy plon opieniek. Po zakończeniu prac trudno w ogóle dostrzec, że w miejscu naszej hodowli był w ogóle jakiś pień. Teraz jedyne, co nam pozostaje, to od czasu do czasu sprawdzać wilgotność pnia i ewentualnie podlać nieco, oraz ... czekać. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, to pierwszych opieniek spodziewamy się następnej jesieni. Pnie natomiast z roku na rok będą coraz bardziej zmurszałe, grzybnia rozłoży je "na czynniki pierwsze", pozostawiając nam w ich miejscu żyzną próchnicę, ale to dopiero za wiele lat ... ale, nie spieszy nam się.
Kolejne przedsięwzięcie to długo odkładane zagospodarowania pasa między płotem, a "aleją brzóz". Niewdzięczne to miejsce, o bardzo słabej glebie, zacienione niemal stale, i co tu dużo mówić, wąziutkie. Koncepcja na razie jest taka, że od budowy gleby zaczniemy, a potem się zobaczy. Rzadkie kępki trawy zlaliśmy solidnie wodą i przykryliśmy tekturą falistą typu malarskiego z rolki, o szerokości takiej, jaką chcemy mieć później szerokość pasa uprawnego, czyli 120 centymetrów. Zwykle do takich zadań używamy kartonów z odzysku, tu jednak użycie tektury z rolki znacznie usprawniło i skróciło czas prac, zrobiliśmy więc wyjątek od reguły, nie było zresztą wyboru - zabrakło kartonów. Tekturę dogłębnie zmoczyliśmy i przystąpiliśmy do zasiedlania terenu naszymi sprzymierzeńcami - grzybnią pierścieniaka uprawnego.
Tym razem grzybnia rosła sobie szczęśliwie na ziarnach pszenicy, a jej "implementacja" w nasze środowisko była banalnie prosta - wystarczyło rozsypać ziarna między warstwami tektury, która musi być całkowicie przemoczona. Z sobie tylko znanych powodów grzybnia uwielbia wprost falistość tektury, dlatego też jeśli tektura z obu stron jest gładka, a falista tylko w środku, dobrze jest jedną z gładkich warstw zerwać, aby grzybnia miała to, co lubi najbardziej. W zależności od tego, ile mamy grzybni, można mnożyć warstwy tektury, robiąc coś na wzór lasagna. Nie pokryliśmy całego pasa grzybnią, a jedynie obszar około trzech metrów kwadratowych, tworząc, ognisko, z którego, mamy nadzieję, grzybnia się sama rozejdzie w przyszłości.
Gdy grzybnia spoczęła już pod drugą warstwą tektury, całość przykryliśmy zrębkami brzozowymi, warstwą około 10 cm. Następnie podlaliśmy wszystko solidnie, spojrzeliśmy na całość krytycznym okiem i ...cóż, nie wygląda to źle! Bardzo naturalny wygląd naszej "grządki" wtapia ją w otoczenie, Bijemy się z myślami co w tym miejscu stworzyć, zaczyna przeważać koncepcja mini ogrodu leśnego, z kilkoma drzewami owocowymi, leszczyną, dużą ilością krzewów jagodowych, cebulowymi roślinami wieloletnimi takimi jak czosnek niedźwiedzi, odrobiną jednorocznych roślin znoszących dobrze cień, pnącz (na przykład chmielu), oraz oczywiście grzybów. Na razie "lotnisko" (bo tak nazwaliśmy ten pas, ujrzawszy go po rozwinięciu tektury) będziemy posypywać sukcesywnie różnego rodzaju materią organiczną - bobkami od sąsiedzkiej kozy, popiołem z pieca, odrobiną kompostu i słomy, stymulując tym samym procesy glebotwórcze, a na kartce papieru i w komputerze planować będziemy szczegóły nasadzeń. Pomimo minorowych nastrojów wywołanych przez przymrozki i smutny koniec części tegorocznych upraw, weekend można uznać za owocny i udany.
Przymrozki przymrozkami, a roboty wcale nie mniej. Weekend upłynął w atmosferze prac leśno-grzybiarskich, z elementami ogrodnictwa. Na pierwszy ogień poszły pnie - postanowiliśmy rozprawić się z nimi przy pomocy ... opieniek. Powierzchnie pni zostały ścięte na równo i dokładnie oczyszczone, tak aby ograniczyć obecność "lokalnych" zarodników grzybów wszelakich. Następnie pnie zostały nawiercone po obwodzie, a do każdego otworka trafił drewniany kołeczek obrośnięty grzybnią opieńki miodowej.
Gdy wszystkie kołki powbijane zostały w pień, przyszła pora na pszczeli wosk, uprzednio roztopiony w tak zwanej "łaźni wodnej". Nad każdy kołek nałożyliśmy warstwę wosku, po pierwsze po to, aby inne grzyby nie wdzierały się w drewno tam, gdzie umieściliśmy grzybnię opieńki, a po drugie po to, aby kołeczki tak szybko nie wysychały. Gdy wszystkie kołki miały już woskową czapeczkę, pnie solidnie zlaliśmy wodą i przykryliśmy dwoma warstwami uprzednio dobrze namoczonej tektury falistej.
Pieńki na koniec zostały obsypane kilkucentymetrową warstwą świeżych zrębek z cienkich gałązek i listków brzozowych, po to aby utrzymać w pniu wilgoć, chronić przed mrozami w zimie, a także użyźnić w przyszłości glebę wokół pnia, co przełoży się na lepszy plon opieniek. Po zakończeniu prac trudno w ogóle dostrzec, że w miejscu naszej hodowli był w ogóle jakiś pień. Teraz jedyne, co nam pozostaje, to od czasu do czasu sprawdzać wilgotność pnia i ewentualnie podlać nieco, oraz ... czekać. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, to pierwszych opieniek spodziewamy się następnej jesieni. Pnie natomiast z roku na rok będą coraz bardziej zmurszałe, grzybnia rozłoży je "na czynniki pierwsze", pozostawiając nam w ich miejscu żyzną próchnicę, ale to dopiero za wiele lat ... ale, nie spieszy nam się.

Tym razem grzybnia rosła sobie szczęśliwie na ziarnach pszenicy, a jej "implementacja" w nasze środowisko była banalnie prosta - wystarczyło rozsypać ziarna między warstwami tektury, która musi być całkowicie przemoczona. Z sobie tylko znanych powodów grzybnia uwielbia wprost falistość tektury, dlatego też jeśli tektura z obu stron jest gładka, a falista tylko w środku, dobrze jest jedną z gładkich warstw zerwać, aby grzybnia miała to, co lubi najbardziej. W zależności od tego, ile mamy grzybni, można mnożyć warstwy tektury, robiąc coś na wzór lasagna. Nie pokryliśmy całego pasa grzybnią, a jedynie obszar około trzech metrów kwadratowych, tworząc, ognisko, z którego, mamy nadzieję, grzybnia się sama rozejdzie w przyszłości.
Gdy grzybnia spoczęła już pod drugą warstwą tektury, całość przykryliśmy zrębkami brzozowymi, warstwą około 10 cm. Następnie podlaliśmy wszystko solidnie, spojrzeliśmy na całość krytycznym okiem i ...cóż, nie wygląda to źle! Bardzo naturalny wygląd naszej "grządki" wtapia ją w otoczenie, Bijemy się z myślami co w tym miejscu stworzyć, zaczyna przeważać koncepcja mini ogrodu leśnego, z kilkoma drzewami owocowymi, leszczyną, dużą ilością krzewów jagodowych, cebulowymi roślinami wieloletnimi takimi jak czosnek niedźwiedzi, odrobiną jednorocznych roślin znoszących dobrze cień, pnącz (na przykład chmielu), oraz oczywiście grzybów. Na razie "lotnisko" (bo tak nazwaliśmy ten pas, ujrzawszy go po rozwinięciu tektury) będziemy posypywać sukcesywnie różnego rodzaju materią organiczną - bobkami od sąsiedzkiej kozy, popiołem z pieca, odrobiną kompostu i słomy, stymulując tym samym procesy glebotwórcze, a na kartce papieru i w komputerze planować będziemy szczegóły nasadzeń. Pomimo minorowych nastrojów wywołanych przez przymrozki i smutny koniec części tegorocznych upraw, weekend można uznać za owocny i udany.
wtorek, 15 września 2015
Trudne powroty
Gdy człek się tuła po świecie, i nie ma go przez parę tygodni w Ostoi, powroty są trudne. Szczególnie w roku takim jak ten, gdzie susza nadzwyczajna lub wiatry drzewa łamiące. Na szczęście liczyć można na najlepszą sąsiedzką pomoc, dzięki czemu zbiorów nieco jest. Szczególnie dobrze przetrwały uprawy w moich specjalnych donicach oraz pomidory w kostkach słomy. Najgorzej jest w mini sadzie, gdzie jednak susza spustoszenia poczyniła.
Jak co roku o tej porze, uaktywniły się bobry i z zapałem zaczęły dbać o zasobność naszej drewutni. Tną głównie osikę i brzozę, co w ludowych przepowiedniach lekką, krótką i przyjemną oznacza zimę. Podobne wróżby niesie sposób, w jaki kwitnie wrzos. Wróżby te spisaliśmy na karteczce, powiesiliśmy na tablicy, i zweryfikujemy po zimie. Zobaczymy, czy się sprawdzą. Póki co, w trudzie i znoju zwozimy z odległych zakątków Ostoi to, co bobry nam przygotowały, a nie marnuje się nic, nawet najcieńsze gałązki znajdują zastosowanie, stając się pożądaną zrębką.
W przyrodzie też trud, znój i czasem nawet dramat, o czym świadczą szczątki koziołka sarny z rozerwanym gardłem. Większe jednak prawdopodobieństwo, że dopadł go bezpański pies, niż że mamy rysia za płotem. Tropów innych niż ten corpus delicti niestety brak, można się więc jedynie domyślać, co tu się wydarzyło.A skoro tak, pora się wziąć za to wszystko, co czekało na nasz powrót, a że tego mnóstwo jest, łatwo nie będzie .. Zapowiadają się niezwykle pracowite dni, do pierwszych mrozów.


niedziela, 16 sierpnia 2015
Na fali upałów
O tym, że żar się z nieba lał, i nadal leje, nie trzeba nikogo chyba informować. Bardzo to trudny czas dla roślin wszelakich, a i dla zwierząt okolicznych nienajłatwiejszy. Rzeczka nasza ulubiona obniżyła poziom o ponad połowę, teraz naprawdę ciężko znaleźć dołek głęboki dość, aby w nim się dobrze wypluskać. Na szczęście po całym pracowitym dniu można się w rzeczce jeszcze położyć i dać opływać chłodniej wodzie ... ale ja nie o tym, a o moich donicach opisywanych tutaj. Otóż dla donic tych żar z niebios i susza okazały się zupełnie niestraszne.
Plony z pierwszej donicy zostały już zebrane, kolejne donice przygotowane i obsiane, a wszystko to przy "podlewaniu" raz na dwa tygodnie, w te upały. Wody na dnie donicy uzupełniać bowiem częściej nie trzeba, i podczas gdy inne "wynalazki" cierpią (ze szczególnym uwzględnieniem hugla, który w teorii powinien gwarantować uprawę bez podlewania), w donicach mych życie kwitnie. W niektórych przypadkach przez gęstwę roślin aż trudno dostrzec donicę. Testujemy więc sobie różne kompozycje roślinne, od fasolo-nasturcjo-jabłonki, przez marchewko-rzodkiewko-kapustę, po prostą monokulturę pomidorów. Jak do tej pory nie natrafiliśmy na coś, co by w tych donicach nie chciało rosnąć. Oczywiście, przez te upały sałaty od razu idą w kwiaty, a naszej posadzonej z nasionka jabłonki jeszcze nie widać w gęstwie fasoli, ale jest ona tam, i ma się dobrze.
Donica ma "pole uprawy" o wymiarach 40 x 70 cm, co daje 0.28 metra kwadratowego, areał upraw imponujący ;) Jednakże, dzisiejszy zbiór z jednej donicy, polegający na usunięciu połowy rzodkiewek i liści kapusty chińskiej pac-choy dał w efekcie (po oczyszczeniu) nieco ponad pół kilo żywności, co odpowiada wydajności ... 17 ton z hektara. A wszystko to w 21 dni od siewu. Oczywiście, nikt o zdrowych zmysłach nie obstawi stu hektarów pola takimi donicami, ale gdy się pomyśli, że nawet na najmniejszym balkonie w bloku zmieszczą się trzy lub cztery .. a na tarasach czy dachach tuziny ... Naprawdę, tak niewiele potrzeba aby cieszyć się zdrowymi warzywami własnego chowu.
W innych częściach Ostoi nie jest już tak kolorowo, upały jednak wywierają piętno na wszystkim, co żyje. Tak zwane Trzy Siostry, czyli wspólna uprawa dyni, kukurydzy i fasoli cierpią z powodu suszy i rosną powoli, cieszymy się jednak, że w ogóle rosną, w początku czerwca w tym miejscu był jeszcze pokryty kępową trawą piach. Jeśli plony w tym roku będą tu słabe, lub nawet żadne, to w przyszłym i tak będzie lepiej. Ale jeszcze nie składamy broni i nie poddajemy się, tu u nas wszystko jest około trzy tygodnie opóźnione, ale i z reguły dłużej zbieramy plony, tyle że później - ot, taka szkoła cierpliwości. Skoro już mowa o plonach, to smak ich jest nieporównywalny z tym, co oferują nam markety. Aby nie być gołosłownymi, zmierzyliśmy też zawartość składników odżywczych w naszych warzywach przy użyciu refraktometru i (co nie było niespodzianką), sok z naszych warzyw daje wynik dwu-trzykrotnie wyższy niż w przypadku analogicznych warzyw ze sklepu.
No ale nie samymi uprawami człowiek żyje. Niski stan wody w rzeczułce sprzyja eksploracji i czasami przynosi ciekawe znaleziska. W efekcie takich rzecznych wypraw na ścianie szopy pewnego dnia zagościł duży "krokodyl", po jakmś czasie dołączył do niego drugi, mniejszy, a następnie pojawiła się zadziwiająca deska - dziurawka. Czasami rzeczką spływają zadziwiająco wielkie pnie, które "nie miały prawa" do nas dotrzeć, a jednak, siła wody pcha je przez wszystkie meandry. O ile z reguły u nas one sięna dłużej nie zatrzymują, to przy tym niskim stanie wody, chętniej jakby robią sobie tu przystanek.
Gdy upał oszałamia, dobrze jest znaleźć sobie jakieś niezbyt męczące zajęcie. Można na przykład pogrzebać w stertach rupieci w piwnicy lub na strychu, w składziku lub w warsztacie i ze znalezionych tam "odprysków cywilizacji" spróbować coś wyczarować. Może niewysokich lotów to czary, ale wziąwszy poprawkę na upał, dźwięczą i błyszczą się pięknie - poruszane przez wiatr dzwoneczki z części komputerowych dysków twardych i sznurka. Można też suszyć zioła, te które jeszcze nie ucierpiały przez suszę, czyli u nas w Ostoi to lawenda, rozmaryn i szałwia, ze spirali ziołowej. Powoli zbliża się też pora piołunu, który teraz właśnie zbiera się, aby zakwitnąć. Smutkiem napawa jednak widok brzóz, na potęgę gubią żółknące liście, podobnie zresztą jak i lipy, zaczyna się robić nostalgicznie jesiennie.
Podwórkowy rezydent - zając młody tegoroczny, z upału pomieszania zmysłów chyba dostał, bo rezydować potrafi w kamiennym kręgu ogniska. Co go tam sprowadza, ciężko dociec, ale najwyraźniej sobie to miejsce upodobał. Mamy nadzieję, że niedługo urośnie wystarczająco, aby nie móc się przecisnąć między sztachetami i że jednak "wybierze wolność" w rodzinnym lesie. Z utęsknieniem czekamy ochłodzenia i deszczów, bo wszystko, co żyje w Ostoi wydaje się bardzo tego potrzebować.
niedziela, 12 lipca 2015
Lipcówka
Ten lipcowy weekend w Ostoi jest chyba pierwszym od bardzo dawna, kiedy nic a nic nie sadzę. No dobrze, po chwili zastanowienia stwierdzam, że to jednak nieprawda. Eksperymentalnie obrywam dzikuny z pomidorów i sadzę w różnych miejscach, zobaczymy czy choćby część z nich zdoła wydać owoce. Bliższe prawdy jest, że nic nie sieję, tak lepiej. Wracając jednak do pomidorów, te na kostkach słomy mają się doskonale - część kwitnie dopiero, ale część ma już nieco owoców. Dostrzegam wybitne zalety tej metody - żadnego nawożenia, żadnego pielenia, no i nie trzeba się schylać.
Na ziołowej spirali zrobiło się gęsto i pachnąco, to czas suszenia ziół. Spiralę niestety upodobały sobie również leśne stwory, grzebią w niej z zamiłowaniem. Przyczyny tego są natury kulinarnej - w spirali sporo jest różnorakich larw i poczwarek, czego jednak szukają w niej wiewiórki, tego nie jestem w stanie się domyślić. Pomimo braku regularnego podlewania rośliny na spirali radzą sobie całkiem dobrze, a wokół nich roi się dosłownie od tak zwanych "bzyczków" - pszczół, trzmieli, motyli i innych owadów. Ma się to jednak nijak do bzyczenia w gałęziach naszej lipy, o, tam to odchodzi poważne miodobranie. Szkoda że nie mamy ula, trzeba będzie o tym w przyszłym roku pomyśleć.
Skoro człek nie sieje, zająć czym się musi. Nadszedł czas aby pozbyć się palet na których przyjechały cegły do pieca. Z jednej z nich w bardzo krótkim czasie powstał zaczątek stołu pod lipę. Na razie "bez bajerów", bo jak w wojnie postu z karnawałem dwie koncepcje ścierają się, a nawet trzy. Czy zostawić tak jak jest, czy po wyjęciu środkowej deski zastąpić ją długą donicą z rosnącymi ziołami, a może fragmentem starej rynny wypełnionej wodą, w której można chłodzić napoje? Jakie będą dalsze losy stołu zobaczymy, tak czy inaczej najpierw trzeba go będzie naturalnie, w sposób naturalny, zaimpregnować z lekka (po oszlifowaniu), czyli w robocie będą olej lniany i wosk.
Wprawdzie fala wielkich upałów odeszła w siną dal, ale nadal jest niewymownie sucho. Przelotne deszcze czy burze moczą jedynie powierzchnię ściółki, a im dalej wgłąb, tym bardziej sucho. Dlatego też podlewamy bardzo rzadko, ale bardzo długo. Podlewanie częste i krótkie nic by nie dało. Mówiąc o podlewaniu, dziś przyszedł czas na degustację szampana z kwiatów czarnego bzu, pierwszy raz robionego. Na zdjęciu widać jak wyglądał w dniu sporządzania, a dziś ucieszył nas swoim kwiatowym aromatem, niezwykłą pienistością i orzeźwiającym smakiem. Szampan ten, a w zasadzie napój musujący, na stałe wejdzie do naszego letniego menu, bo to napitek szybki, łatwy i przyjemny.
Doczekaliśmy się kolejnych podlotków z naszych domków, tym razem to chyba pliszki. Podlatują na nie więcej niż dwa metry, lądują w najdziwniejszych dla nas, i pewnie dla siebie, miejscach. Jeden zagniewany siedzi na płocie, drugi nieomal skąpał się w oczku wodnym przy spirali. Nocną porą obserwujemy wielkie rzekotki spędzające czas wśród truskawek, a towarzyszą im bezskorupowe ślimaki - pomrowy. Nasz dyżurny zając całkowicie przestał zwracać na nas uwagę, można przejść obok niego o cztery kroki, nawet nie spojrzy. Rozbisurmanił się tak, że turystom pozwala podejść na dziesięć kroków, przez co robi za gwiazdę w blasku fleszy. Nietoperz okrąża podwórko co dokładnie sześć sekund, a obserwacja ta poczyniona została podczas leniwej przerwy w saunie. Jakby to wszystko podsumować? No na pewno nie jest to majówka, kiedy to pracom ogrodowym nie było końca ...ot, lipcówka.
Na ziołowej spirali zrobiło się gęsto i pachnąco, to czas suszenia ziół. Spiralę niestety upodobały sobie również leśne stwory, grzebią w niej z zamiłowaniem. Przyczyny tego są natury kulinarnej - w spirali sporo jest różnorakich larw i poczwarek, czego jednak szukają w niej wiewiórki, tego nie jestem w stanie się domyślić. Pomimo braku regularnego podlewania rośliny na spirali radzą sobie całkiem dobrze, a wokół nich roi się dosłownie od tak zwanych "bzyczków" - pszczół, trzmieli, motyli i innych owadów. Ma się to jednak nijak do bzyczenia w gałęziach naszej lipy, o, tam to odchodzi poważne miodobranie. Szkoda że nie mamy ula, trzeba będzie o tym w przyszłym roku pomyśleć.
Skoro człek nie sieje, zająć czym się musi. Nadszedł czas aby pozbyć się palet na których przyjechały cegły do pieca. Z jednej z nich w bardzo krótkim czasie powstał zaczątek stołu pod lipę. Na razie "bez bajerów", bo jak w wojnie postu z karnawałem dwie koncepcje ścierają się, a nawet trzy. Czy zostawić tak jak jest, czy po wyjęciu środkowej deski zastąpić ją długą donicą z rosnącymi ziołami, a może fragmentem starej rynny wypełnionej wodą, w której można chłodzić napoje? Jakie będą dalsze losy stołu zobaczymy, tak czy inaczej najpierw trzeba go będzie naturalnie, w sposób naturalny, zaimpregnować z lekka (po oszlifowaniu), czyli w robocie będą olej lniany i wosk.
Wprawdzie fala wielkich upałów odeszła w siną dal, ale nadal jest niewymownie sucho. Przelotne deszcze czy burze moczą jedynie powierzchnię ściółki, a im dalej wgłąb, tym bardziej sucho. Dlatego też podlewamy bardzo rzadko, ale bardzo długo. Podlewanie częste i krótkie nic by nie dało. Mówiąc o podlewaniu, dziś przyszedł czas na degustację szampana z kwiatów czarnego bzu, pierwszy raz robionego. Na zdjęciu widać jak wyglądał w dniu sporządzania, a dziś ucieszył nas swoim kwiatowym aromatem, niezwykłą pienistością i orzeźwiającym smakiem. Szampan ten, a w zasadzie napój musujący, na stałe wejdzie do naszego letniego menu, bo to napitek szybki, łatwy i przyjemny.
Doczekaliśmy się kolejnych podlotków z naszych domków, tym razem to chyba pliszki. Podlatują na nie więcej niż dwa metry, lądują w najdziwniejszych dla nas, i pewnie dla siebie, miejscach. Jeden zagniewany siedzi na płocie, drugi nieomal skąpał się w oczku wodnym przy spirali. Nocną porą obserwujemy wielkie rzekotki spędzające czas wśród truskawek, a towarzyszą im bezskorupowe ślimaki - pomrowy. Nasz dyżurny zając całkowicie przestał zwracać na nas uwagę, można przejść obok niego o cztery kroki, nawet nie spojrzy. Rozbisurmanił się tak, że turystom pozwala podejść na dziesięć kroków, przez co robi za gwiazdę w blasku fleszy. Nietoperz okrąża podwórko co dokładnie sześć sekund, a obserwacja ta poczyniona została podczas leniwej przerwy w saunie. Jakby to wszystko podsumować? No na pewno nie jest to majówka, kiedy to pracom ogrodowym nie było końca ...ot, lipcówka.
czwartek, 11 czerwca 2015
Coś z niczego
Jeszcze w październiku w Ostoi obok szopy straszył ugór pokryty rachityczną trzmieliną. Ta mała przestrzeń podwórka poddana została w listopadzie permakulturowej rewitalizacji. Z plątaniny krzaczorów pozostawiliśmy dwie trzmieliny, oraz ukryty poprzednio wśród nich głóg, który został dzięki temu wyeksponowany i mamy nadzieję, że teraz ruszy z kopyta. Poprzez ugór poprowadziliśmy miniaturowy rów konturowy, tak zwany swale, którego zadaniem jest spowalniać, rozprowadzać i umożliwiać wsiąkanie wody deszczowej. Do rowka dodatkowo uchodzi nadmiar wody deszczowej ze zbiornika zbierającego ją z dachu szopy. Całość wyściółowaliśmy, zasialiśmy nasiona i nieco bulw oraz kłączy, a także posadziliśmy kilka drzewek i krzewów. Teraz w czerwcu możemy się cieszyć widokiem kilkudziesięciu gatunków roślin rosnących w miejscu trzmieliny, zadaniem których jest głównie budować strukturę i żyzność gleby, aby w przyszłości powstał tu mini ogród leśny - tzw. food forest.
W ramach recyclingu plastikowych butelek pozostałych po gościach, sporządziliśmy sobie tak zwane wicking bed, czyli donicę w której rośliny czerpią wodę ze znajdującego się na jej dnie rezerwuaru. Właśnie plastikowe butelki są idealnym materiałem do konstrukcji takiego rezerwuaru, a praktycznie każdy pojemnik, byle wystarczająco wysoki (minimum 30 centymetrów) nadaje się do sporządzenia takiej donicy. My wykorzystaliśmy kastrę budowlaną, która tylko zajmowała miejsce w szopie. Ostatnim niezbędnym surowcem użytym w konstrukcji była agrowłóknina, która oddziela rezerwuar od podłoża, w którym rosną rośliny.
Donica ta posłuży nam do testu niezwiązanego z Ostoją - tu na miejscu zasadniczo takich donic nie potrzebujemy. co innego w mieście. Na naszym miastowym tarasie donice takie mogą się okazać niezastąpione w tworzeniu mini farmy miejskiej, czyli w tak zwanym urban farmingu. Donica taka pozwala ograniczyć podlewanie do minimum, przeciętnie wystarczy uzupełnić wodę w rezerwuarze co dwa tygodnie. Chcemy przetestować jak sprawdzi się to w praktyce w Ostoi, zaglądając do donicy właśnie raz na dwa tygodnie. Hołdując zasadzie bioróżnorodności wysialiśmy w donicy nasiona kilkunastu roślin, z zamiarem stworzenia z nich tak zwanej gildii roślinnej, czyli zbiorowiska roślin wzajemnie się wspierających. Pośrodku donicy zasadziliśmy nawet mikro - jabłonkę wyhodowaną z nasionka sklepowego jabłka - jak eksperyment miejski, to na całego.
Gdy tylko czas pozwala, gromadzimy biomasę. Czy to zrębki, czy to gałęzie i pnie padłych drzew, czy też materiał roślinny pochodzący z wykaszania ścieżki prowadzącej nad rzekę, ile możemy, tyle zwozimy i magazynujemy. Wszystko to posłuży nam do ściółkowania oraz jako materiał do kompostu, konstrukcji hugli i innych wynalazków. Z części mieszaniny zeszłorocznych łodyg, trzcin, traw i tegorocznych pokrzyw powstanie również ściółka do pokrycia absolutnie łysych piaszczystych fragmentów, gdzie poza nielicznymi porostami nic nie rośnie. Na tak wyściółkowane fragmenty wcześniej czy później wkroczy sukcesja - naturalne następstwo gatunków, przy pomocy którego z gołego ugoru natura tworzy puszcze. Tak, wiemy że na przestrzeni setek lat, ale my postaramy się to przyspieszyć.
Z wielką radością obserwujemy ptaki, które zaakceptowały domki zrobione dla nich ze zbędnych fragmentów pni i desek. W pierwszym roku istnienia budek odwiedzają nas głównie sikory. Obserwując jak uwijają się przy karmieniu młodych widzimy, jak wiele owadów eliminują one z naszego otoczenia. Mamy nadzieję, że eliminują głównie te uciążliwe dla nas, choć oczywiście pewności takiej nie mamy. Sądząc jednak po przybywających białych kleksach w trawie, jedzenie musi być wysokokaloryczne. Cieszy nas to, bo dzięki temu mamy darmowe nawożenie obszarów pod budkami, podobno najmocniej zasila ono glebę fosforem. Poobserwujemy to w kolejnych latach i przekonamy się, czy pod budkami rzeczywiście rośliny lepiej rosną. Mamy nadzieję że permakulturowa zasada pracy z naturą, a nie przeciw niej sprawi, że to nie my, a ptaki, będą dodawać nowe żyzne nisze w Ostoi.
Czy to zaniedbany ugór za szopą, śmieciowe butelki, zalegająca po koszeniu biomasa, czy w końcu skrawki pni i desek z przed lat, wszystkie mogą stanowić problem, ale mogą równie dobrze stanowić okazję lub rozwiązanie, jak głosi jedna z zasad permakultury. Pozytywne myślenie i dostrzeganie możliwości zrobienia czegoś z niczego, kryjących się wszędzie wokół nas, jest cenną umiejętnością którą warto w sobie wyrabiać i wykorzystywać gdy tylko się da, a jedynym ograniczeniem tutaj jest tylko nasza wyobraźnia.
W ramach recyclingu plastikowych butelek pozostałych po gościach, sporządziliśmy sobie tak zwane wicking bed, czyli donicę w której rośliny czerpią wodę ze znajdującego się na jej dnie rezerwuaru. Właśnie plastikowe butelki są idealnym materiałem do konstrukcji takiego rezerwuaru, a praktycznie każdy pojemnik, byle wystarczająco wysoki (minimum 30 centymetrów) nadaje się do sporządzenia takiej donicy. My wykorzystaliśmy kastrę budowlaną, która tylko zajmowała miejsce w szopie. Ostatnim niezbędnym surowcem użytym w konstrukcji była agrowłóknina, która oddziela rezerwuar od podłoża, w którym rosną rośliny.
Donica ta posłuży nam do testu niezwiązanego z Ostoją - tu na miejscu zasadniczo takich donic nie potrzebujemy. co innego w mieście. Na naszym miastowym tarasie donice takie mogą się okazać niezastąpione w tworzeniu mini farmy miejskiej, czyli w tak zwanym urban farmingu. Donica taka pozwala ograniczyć podlewanie do minimum, przeciętnie wystarczy uzupełnić wodę w rezerwuarze co dwa tygodnie. Chcemy przetestować jak sprawdzi się to w praktyce w Ostoi, zaglądając do donicy właśnie raz na dwa tygodnie. Hołdując zasadzie bioróżnorodności wysialiśmy w donicy nasiona kilkunastu roślin, z zamiarem stworzenia z nich tak zwanej gildii roślinnej, czyli zbiorowiska roślin wzajemnie się wspierających. Pośrodku donicy zasadziliśmy nawet mikro - jabłonkę wyhodowaną z nasionka sklepowego jabłka - jak eksperyment miejski, to na całego.
Gdy tylko czas pozwala, gromadzimy biomasę. Czy to zrębki, czy to gałęzie i pnie padłych drzew, czy też materiał roślinny pochodzący z wykaszania ścieżki prowadzącej nad rzekę, ile możemy, tyle zwozimy i magazynujemy. Wszystko to posłuży nam do ściółkowania oraz jako materiał do kompostu, konstrukcji hugli i innych wynalazków. Z części mieszaniny zeszłorocznych łodyg, trzcin, traw i tegorocznych pokrzyw powstanie również ściółka do pokrycia absolutnie łysych piaszczystych fragmentów, gdzie poza nielicznymi porostami nic nie rośnie. Na tak wyściółkowane fragmenty wcześniej czy później wkroczy sukcesja - naturalne następstwo gatunków, przy pomocy którego z gołego ugoru natura tworzy puszcze. Tak, wiemy że na przestrzeni setek lat, ale my postaramy się to przyspieszyć.
Z wielką radością obserwujemy ptaki, które zaakceptowały domki zrobione dla nich ze zbędnych fragmentów pni i desek. W pierwszym roku istnienia budek odwiedzają nas głównie sikory. Obserwując jak uwijają się przy karmieniu młodych widzimy, jak wiele owadów eliminują one z naszego otoczenia. Mamy nadzieję, że eliminują głównie te uciążliwe dla nas, choć oczywiście pewności takiej nie mamy. Sądząc jednak po przybywających białych kleksach w trawie, jedzenie musi być wysokokaloryczne. Cieszy nas to, bo dzięki temu mamy darmowe nawożenie obszarów pod budkami, podobno najmocniej zasila ono glebę fosforem. Poobserwujemy to w kolejnych latach i przekonamy się, czy pod budkami rzeczywiście rośliny lepiej rosną. Mamy nadzieję że permakulturowa zasada pracy z naturą, a nie przeciw niej sprawi, że to nie my, a ptaki, będą dodawać nowe żyzne nisze w Ostoi.
Czy to zaniedbany ugór za szopą, śmieciowe butelki, zalegająca po koszeniu biomasa, czy w końcu skrawki pni i desek z przed lat, wszystkie mogą stanowić problem, ale mogą równie dobrze stanowić okazję lub rozwiązanie, jak głosi jedna z zasad permakultury. Pozytywne myślenie i dostrzeganie możliwości zrobienia czegoś z niczego, kryjących się wszędzie wokół nas, jest cenną umiejętnością którą warto w sobie wyrabiać i wykorzystywać gdy tylko się da, a jedynym ograniczeniem tutaj jest tylko nasza wyobraźnia.
Etykiety:
biomasa,
bioróżnorodność,
budki lęgowe,
donice,
farmy miejskie,
food forest,
gildia roślinna,
Ostoja,
permakultura,
ptaki,
recycling,
sikorka,
sukcesja,
swale,
urban farming,
wicking bed,
zrębki
Subskrybuj:
Posty (Atom)