wtorek, 20 czerwca 2023

Testowanie

Przez ostatnich dziesięć lat opisywałem tu jeżeli nie niezliczone, to na pewno liczne testy, jakich dopuszczać się ważyłem w Ostoi - na jej grządkach, w stawie, w lesie. Było tego tyle, że wszystkich nie spamiętam, dobrze więc, że ten blog przypomina choć o niektórych. Mam nieodparte wrażenie, że liczba testów, choć powinna maleć, chyba jednak rośnie, i końca nie widać. Niczym są jednak moje testy w obliczu tych, jakim poddaje mnie, i nas wszystkich pogoda, klimat i natura. Tegoroczna wiosna przyniosła w Ostoi katastrofalną suszę, nigdy jeszcze tak bardzo nie brakowało deszczu i nigdy jeszcze deszczówka w zbiornikach nie skończyła się tak naprawdę zanim się na dobre zebrała. Ponadto, przymrozek w nocy z drugiego na trzeciego czerwca był bardziej mroźny niż rok temu, choć dwa dni wcześniej. Z testu obronną ręką wyszła moja rozsada fasoli, posadzona rano przed przymrozkiem, choć Internauci wróżyli, że spotka ją smutny los.

O ile w obrębie podwórka mam jakąś tam kontrolę nad przymrozkiem, o tyle już mniej w ogrodzie upraw głównych. Wiedząc, że przymrozek zacznie się około 4:30 nad ranem, wstałem rześko i polewałem lekką mgiełką wody najbardziej narażone na straty rośliny - pomidory i dyniowate na kostkach słomy. Najwyraźniej to pomogło, bo pomimo że termometr pokazał minus trzy stopnie, a na szybie auta można było rzeźbić w lodzie, to wszystkie co do jednej rośliny przeżyły, a tylko nieliczne utraciły po listku lub dwa. W ogrodzie upraw głównych natomiast, na Zapłotku, straty okazały się poważne. Przemarzła większość pomidorów i cukinii, mniej ucierpiały dynie, a kukurydza wcale. Z upływem czasu okazało się jednak, że większość rozsad z moich nasion lepiej lub gorzej, ale odrasta, czego nie można powiedzieć o rozsadach z nasion kupnych i z wymiany z innymi ogrodnikami. Poprzednie lata nauczyły mnie, aby na takie okoliczności przyrody być przygotowanym, uzupełniłem więc braki rezerwową rozsadą. W nagrodę, obok pomidora, którego nazwałem Harry (Chłopiec Który Przeżył) wyrosła mi przepiękna, pierwsza tegoroczna kania. Wcześniej niż kiedykolwiek.

Całkowicie nieoczekiwane wyniki przyniosły tegoroczne testy bobu. Jak wiadomo, nie podlewam zasadniczo ogrodu upraw głównych, ale grządki na podwórku czasami tak. I tak się w tym roku dziwnie zdarzyło, że susza zabiła bób na grządkach okazjonalnie podlewanych, podczas gdy w miejscu niepodlewanym przeżył. Jak widać, jak mawiają starsze pokolenia, kto doznał za młodu zimna, głodu i poniewierki, lepiej się trzyma na stare lata niż  wychuchana, ptasim mlekiem karmiona młodzież. Czy jakoś tak. W każdym razie, zbiorę nasiona z tych niedobitków (Bobek Który Przeżył nie brzmi wcale dostojnie) i posieję w przyszłym roku, aby przetestować, czy jeszcze lepiej poradzą sobie przy braku jakiejkolwiek opieki. Kurcze, czy właśnie dorzuciłem sobie jeszcze jeden test do wykonania? Ech ....

Każdy rok przynosi jakąś nową, światową lub lokalną modę. W zeszłym roku były kartony, w tym wydaje mi się, że świat oszalał na punkcie elektrokultury. Mnożą się od niej spece, a YouTube zalewa fala testów, relacji, wykładów i podcastów o wykorzystaniu energii elektrycznej z powietrza do stymulacji wzrostu roślin. Ponieważ ciężko jest oddzielić wiedzę od bullshitu, nie tracąc czasu i nie zaśmiecając sobie głowy, postanowiłem sięgnąć do źródła i skontaktować się z jednym z czołowych speców od elektrokultury w Europie. Zapoznałem się z jego obszernymi wykładami, skontaktowałem z jego zespołem i w efekcie zbudowałem testową antenę dokładnie wedle ich wytycznych. Otrzymałem zapewnienie, że antena ta powinna działać, bo jej konstrukcja i parametry jak ulał pasują do grządek mojej Parszywej Dwunastki. Będę więc teraz testował to urządzenie, pełen sceptycyzmu ale jednocześnie wypowiadając życzenie, abym to ja się mylił i aby ta cała elektrokultura zadziałała i przekonała mnie, niewiernego Tomasza, do siebie.

Niektóre eksperymenty ciągnę tak długo, że przestały już w zasadzie nimi być, a stały się rutyną. Tak jest z uprawą czosnku w truskawkach - robię to od lat. Zeszłej jesieni jednak poszedłem o krok dalej i posadziłem cztery odmiany czosnku pomiędzy truskawkami. Jak na razie okazuje się, że czosnek jest najładniejszy w tym roku wszędzie, niezależnie od odmiany, ale o wynikach przekonam się za około miesiąc, gdy główki ujrzą światło dzienne. Nie zawsze bowiem jest tak, że gdy to co widać ładne, to co zakryte również, i odwrotnie. Pierwszy raz też w tym roku postanowiłem sprawdzić, czy lata edukowania ptaków przy pomocy czerwonych nakrętek przekonały je, że truskawki u mnie są niejadalne, i ... nie umieściłem nakrętek na grządkach. Jak na razie, wszystkie truskawki są całe, zobaczymy co będzie dalej.

Jeszcze "przed chwilą" były przymrozki, a już ogród zalewa plonami, jest ich tyle, że zaczynam niektóre przerabiać, aby mieć co jeść zimą. Co więcej, i natura tak zwana dzika nie próżnuje, gdyby doba miała 48, albo jeszcze lepiej 72 godziny, można by godzinami zbierać, suszyć, kisić, marynować. Pokrzywy, podagryczniki, chmiel, pastorały paproci, młode listki tego i owego, sok brzozowy, pierwsze wiosenne grzyby - wszystko to występuje tak obficie, że jedynie maleńki ułamek udaje się zabezpieczyć. W tym roku postawiłem sobie za punkt honoru zaopiekowanie się plonami z grządek tak, że nic się nie zmarnuje, a już niestety poległem raz na obfitości szpinaku. Teraz, z trudem nadążam za dymką, pędami kwiatowymi czosnku, sałatami i inną zieleniną, a tu już jest jagoda kamczacka, a za moment świdośliwa. Natura testuje mnie swoją szczodrością, a ja zadaję sobie "odwieczne" pytanie - kiedy to wszystko zebrać, zjeść, zachować, przerobić? Jeśli ktoś testował i znalazł odpowiedź, niech pisze chyżo!

poniedziałek, 29 maja 2023

Na rozsady nie ma rady

Maj jest bez wątpienia najbardziej pracowitym miesiącem w roku, jeżeli chodzi o rozsady. W maju nadchodzi bowiem ten czas, kiedy to lwia część grządek wypełnia się u mnie po brzegi roślinami. Przede wszystkim, maj to miesiąc sadzenia tego, czym żyje Ostoja, a więc pomidorów, cukinii, dyń, kukurydzy i fasoli. Opieka nad rozsadami jest zawsze odwrotnie proporcjonalna do pogody - im pogoda lepsza, tym więcej moje rozsady przebywają po prostu na zewnątrz, gdzie cieszą się słońcem, a wiatr trzęsąc nimi wzmacnia ich łodygi. Gdy jednak przychodzą zimne noce, albo nieuchronne w maju przymrozki, rozsady trzeba wnosić do domu i opiekować się nimi pod dachem, co wiąże się zawsze ze zwiększonym ryzykiem wystąpienia chorób i szkodników. Dlatego też, moje rozsady są na zewnątrz zawsze, gdy temperatura jest powyżej 12 stopni na plusie.

Czasami pomagam sobie utrzymywać właściwą temperaturę (i wilgotność) umieszczając wielodoniczki z nasionami lub doniczki z rozsadami w plastikowych pojemnikach. Od maleńkich opakowań po cieście, po duże przezroczyste kufry na zabawki czy buty, wszystkie one uratowane zostały od wyrzucenia na wysypisko i służą teraz małym roślinom. Temperatura trzyma się tym dłużej, im większy jest pojemnik, oraz im szczelniej jest zamykany. Trzeba jednakże zawsze uważać, bo w pojemniku pozostawionym na słońcu rośliny się po prostu ugotują, dlatego też zawsze zdejmuję pokrywy na dzień, a zakładam przed nocą.

Choć co roku obiecuję sobie, że poczekam i posieję pomidory w drugiej połowie kwietnia, to nie wytrzymuję, i sieję większość w pierwszym jego tygodniu. W efekcie, użerać się muszę w maju z rozsadami o prawie metrowej wysokości. Rozsady byłyby niższe, gdybym je robił w osobnych doniczkach. Wtedy można by je rozstawić na tarasie na dzień tak, aby nie musiały się wyciągać do słońca, ale wtedy, gdy przyszłaby noc, nie miałbym gdzie tych doniczek pomieścić. Nie ma na to rady, produkuję ponad 240 rozsad na powierzchni 0,4 m2 na regale w mieszkaniu, tam muszą się pomieścić w zimne noce i dnie. Za karę muszę pilnie uważać, aby nie połamać rozsad przy transporcie i sadzeniu, co miewało miejsce w przeszłości, w tym roku jednakże, udało mi się nie stracić w tym całym procesie ani jednego pomidora.

Przy tak wysokich rozsadach nie ma innej opcji, jak ukrywać znaczną część łodygi pod ziemią, lub w słomie. Właśnie na kostkach słomy taki wzrost sadzonek jest zaletą, nie wadą. Można bowiem wykonać w kostce otwór niemal do ziemi, włożyć w niego bryłę korzeniową ze znaczną częścią łodygi a następnie otwór zasypać kompostem. W takich warunkach pomidory mają się świetnie, należy pamiętać jedynie, aby usuwać wszystkie liście które mogą się znaleźć pod ziemią lub w kostce. Pod ziemią, bo w identyczny sposób sadzę pomidory w grządkach podwyższonych - kopię pionowy "tunel" niemal do dna grządki (prawie 40 centymetrów) i tam ukrywam wybujałą łodygę. Jakieś jednakże rady na takie rozsady są, wystarczy trochę pokombinować.

Gdy pomidory są już w gruncie w Ostoi, a papryki w pojemnikach na tarasie w Warszawie, przychodzi czas sadzenia rozsad dyniowatych. Gdy dyniowate są w glebie i na kostkach, sadzę do gruntu rozsadę kukurydzy. A gdy i to jest zrobione, sieję fasole tyczne szparagowe. Ktoś zapyta, dlaczego dyń i fasol nie sieję do gruntu? Zapytajcie dudki i inne ptaki, dlaczego z chirurgiczną precyzją wyjadają nasiona tych właśnie upraw. Nie zawadzi też dopytać nornice. O wiele mniejsze straty odnotowuję siejąc pod dachem i sadząc rozsady niż przy siewie bezpośrednim. Gdy uporam się więc z fasolami tycznymi, sieję karłowe i zasadniczo byłoby to na tyle gdyby nie to, że ... za chwilę pora siać wszystkie jesienne rośliny kapustne - jarmuże, brokuły, brukselki i tym podobne warzywa. Na rozsady nie ma więc rady - ich czas, i praca z nimi związana zaczyna się późną zimą i trwa tak naprawdę do późnej jesieni.

Tymczasem, oprócz pracy z rozsadami, jest cała masa innych zajęć. Niebagatelnym, ale i przyjemnym jest zbieranie plonów, już bardzo obfitych w maju. W tym roku jest nie do przejedzenia szpinaku, szczypiorów, dymek, sałat i innej zieleniny. To efekty siewów zimowych, z października i listopada głównie. Po raz pierwszy w tak ogromnych ilościach jemy klajtonię, którą dosłownie tnę nożyczkami 10 centymetrów nad ziemią, a ona odrasta. Większość tych roślin jednak musi ustąpić miejsca letnim rozsadom, dlatego też z końcem maja większość musztardowców, endywii, klajtonii, szpinaków i innych liściorów zasili kompostownik. Pozostaną oczywiście szczypiorki oraz tak długo jak się da chcę ją mieć i jeść, gdyż potrafię nią posypywać niemal wszystko, no może z wyjątkiem tiramisu ....

W maju stare zaczyna odchodzić, aby zrobić miejsce nowemu. Gigantyczne selery naciowe podsadzam rozsadami tegorocznych. Szpinaki zastępuję jakonami, które w tym roku zajmą trzy grządki podwyższone, a nie dwie jak poprzednio. Klajtonię zastąpi marchew, a stare sałaty ustąpią fasoli. Nowe sałaty i inne liściowe pójdą między czosnek, który już za niecałe dwa miesiące zniknie z grządek, albo pójdą do cienia, na grządkę pod nawisem sosen i od północy domu, gdzie nie będą chciały tak szybko iść w kwiat. Z większości roślin teraz usuwanych zostawiam z jedną czy dwie, aby zakwitły i dały nasiona. Moje pszczoły, na równi z dzikimi zapylaczami, uwielbiają kwiaty zeszłorocznych kapust, sałat, porów czy czosnków, od świtu do zmierzchu na grządkach więc buczy. 

Na szczęście są takie miejsca, gdzie nie potrzeba żadnych rozsad i niańczenia roślinnych maluchów. Moje leśne ogródki wchodzą w najpiękniejszy okres w roku. Za chwilę zakwitną na żółto karagany i na fioletowo łubiny, dla mnie to bardziej spektakularne niż wiosenne biele i róże owocowych drzew. Jedyny zabieg, jakiego domaga się teraz leśny ogród przy domu to przekoszenie ścieżek, aby w ogóle dało się przez niego przejść. Zaniedbanie tego sprawiłoby, że za miesiąc potrzebna byłaby maczeta, a nie kosiarka. I pomyśleć, że dokładnie tu jeszcze kilka lat temu był szczery, spalony słońcem suchy piach, z porostami, mchem i rachityczną trawką. Dziś, można by rzec, morze zieleni, i to w pełni obecnie bezobsługowej, nie to co rozsady ....

niedziela, 23 kwietnia 2023

Nie pierwszyzna

 

W lutym, blog który właśnie czytasz, obchodził 10 urodziny. Nie było tortów, fajerwerków i życzeń, była normalna praca i jak to mówią, "żyćko". Zazwyczaj oglądam się tu wstecz w grudniu, podsumowując dla Was mijający rok, jednakże w tym roku patrzę wstecz w kwietniu. Nie, nie bójcie się, nie będzie wspomnień dziadka Wojtka jak to się dawniej blogowało. Myślę o czymś zupełnie innym - w kwietniu oglądam się chyba najczęściej wstecz dla samego siebie, sprawdzając, jak toczyła się wiosna w poprzednich latach, co i kiedy zasiałem, co i kiedy kwitło, co i w jakich ilościach zacząłem zbierać. Doświadczenia poprzednich lat sprawiają, że można rzec sobie na przykład - "Phi, sadzenie ziemniaków to dla mnie nie pierwszyzna, w poprzednich latach zawsze dobrze mi się udawały, gdy poszły do ziemi wtedy, gdy zakwitł mniszek"

Nie inaczej i w tym roku - gdy tylko zakwitł mniszek, uprzednio nieco podkiełkowane ziemniaki, tym razem czterech odmian, trafiały na swoje miejsce. Jak w roku poprzednim, sadziłem je w alejach leśnego ogrodu, wyłącznie w ściółce ułożonej na ziemi. Ściółką było oczywiście siano pochodzące z koszenia ścieżek w leśnym ogrodzie, ale również słoma ze starych kostek i łodygi ściętych miskantów. Odmiany wczesne posadziłem 15, a odmiany późne 22 kwietnia. Teraz pozostaje tylko czekać, aż trawy na ścieżkach odrosną, kosić je i podściółkować nimi ziemniaki. Będę miał oko na stonki i nornice, ale za bardzo w ich żywoty nie zamierzam ingerować, chyba że nadużyją praw gościnności. W poprzednich latach udawało nam się koegzystować, więc to nie pierwszyzna. Jak w przypadku wszystkich moich upraw, straty do 20% uznaję za nieistotne, jeżeli dzięki temu nic po prostu nie robię.

W ostatnim dniu sadzenia ziemniaków pogoda spłatała figla, temperatura spadła o 20 stopni, do zera. Nie zaszkodzi to oczywiście ziemniakom, bo spadek to chwilowy, ale już na przykład mogłoby zaszkodzić jakonom. W tym roku bowiem, eksperymentalnie, kilka sztuk zostawiłem na zimowanie w gruncie. Mówi się, że jakon absolutnie w gruncie nie zimuje ... no to zobaczymy. Zeszłoroczne plony potomnych jakonów były tak duże, że po odłożeniu części dla siebie, oraz rozdaniu części, zostały nadwyżki, świetne na taki eksperyment właśnie. Nie wiem czy ktoś w Polsce zimuje jakona w gruncie, jeżeli tak, z przyjemnością bym o tym usłyszał. Jeśli nie, no cóż, nie pierwszyzna mi być w czymś pierwszym, nieskromnie mówiąc. Do najlepszego (przez niedługi czas) wyniku na świecie w jedną z pierwszych gier komputerowych online, po pierwsze w Polsce rozmnożenie pewnej akwariowej rybki w zamierzchłej przyszłości, z przyjemnością dodam pierwsze zimowanie w gruncie jakona, ale i nie zmartwię się wcale, jeżeli już ktoś to czyni. Historia jest pełna opowieści o odkrywcach, wynalazcach i badaczach, którzy dostali apopleksji na wieść, że już ktoś inny, na drugim końcu świata, dokonał takiego samego odkrycia, dawno temu. Jedyna naprawdę wartościowa rywalizacja, to ta z samym sobą, i z własnymi jakonami.

Leśny ogród w tym roku startuje z około tygodniowym opóźnieniem w stosunku do samego siebie, a nieco ponad dwutygodniowym w porównaniu z Warszawą. Niby mała odległość, a zupełnie inna fenologia. Na chwilę obecną, w pełni kwitnienia są wyłącznie śliwy, zaczyna kwitnąć czereśnia oraz świdośliwa, kończy jagoda kamczacka. Jabłonie i grusze jeszcze w pąkach, nie spieszy im się wcale, co ciekawe w kwieciu jest cała morela, pomimo że zawsze kwitła później, gdyż rośnie w cieniu. Jeszcze nie widać szparagów, ale wyszedł chmiel, hosty i całe morze czosnków niedźwiedzich oraz oczywiście łany pokrzywy.

W ogrodzie kuchennym nadszedł czas, aby odkryć grządki, zdjąć agrowłókniny i sprawdzić, jak się mają warzywa z jesiennych siewów. Choć taka uprawa to dla mnie nie pierwszyzna, nigdy jeszcze wyniki nie były tak dobre. jest w tym oczywiście zasługa zimy takiej, jaka była, ale także terminów siewu i doboru odmian. Z roku na rok, obserwując, uczę się coraz lepiej ogarniać te moje kuwety, za co wynagradzany jestem plonami w praktyce już przez cały rok. Ci, którzy grządki widzieli w połowie kwietnia zgodnie twierdzą, że wyglądają one na czerwcowe. No cóż, w czerwcu już niczego na nich co jest teraz nie będzie, już ja się postaram, aby wzrastał na nich zupełnie inny, ciepłolubny gąszcz.

Trwa już bowiem produkcja rozsad, zarówno tych z przeznaczeniem do uprawy pojemnikowej na warszawskim tarasie i na parapetach znajomych, jak i na potrzeby Ostoi. Siewy papryk w końcu marca oraz pomidorów w początku kwietnia sprawdzają mi się od lat, wcześniej sieję jedynie testowe nasiona, sprawdzając zarówno je, jak i podłoża w których sieję. Część roślin urosła już na tyle, że została przepikowana do większych wielodoniczek, w których poczekają do czasu przesadzenia do gruntu lub do worków uprawowych. Teraz jest więc chwila oddechu, przed następnym wielkim zadaniem - siewami cukinii, dyń, fasoli i kukurydzy. No ale o tym, to już w następnym odcinku ....






piątek, 24 marca 2023

Znaki marca

 

Marzec w tym roku upływa pod znakiem dyń. Podobnie jak październik, listopad, grudzień, styczeń i luty - ciągle jemy dynie. Przechowują się pięknie, dobrze smakują, spożywamy więc jedną tygodniowo, rozpracowując kolejne sposoby ich przyrządzania. Równolegle, trwa selekcja moich dyń pod kątem smaku i innych pożądanych cech, a bank nasion stale rośnie. Jeżeli chodzi o dynie, samowystarczalność można uznać za w pełni osiągniętą, zarówno w zakresie kulinarnym, jak i produkcji materiału siewnego. Długo chyba nie kupię żadnych nasion dyni .... no chyba, że trafi się jakaś fajna odmiana ... wiecie przecież, jak działają uzależnienia ... Nigdy nie wiadomo, kiedy człowiek ulegnie i złamie swoje postanowienie, że już nigdy więcej! Nigdy nie mów nigdy - to prawda bardzo życiowa.

Marzec to także czas, kiedy zaczyna się obfitość jadalnych zielsk wszelakich. Zasadniczo, w siedlisku takim jak Ostoja, wśród lasów i łąk, uprawa warzyw o jadalnych liściach jest ludzką fanaberią. Człowiek bowiem z powodzeniem mógłby jadalne liście zbierać, właśnie teraz od marca, w ilościach hurtowych. Co więcej, znaczna część "dzikich liści" smakuje o niebo lepiej niż powiedzmy sałata z grządki, zapewne zawierają one też więcej składników odżywczych i prozdrowotnych. Wie o tym każdy, kto tak jak ja, wypatruje pierwszych młodych pokrzyw, zrywa garść, pędzi do kuchni i zaparza je przez kilka minut pod przykryciem. Napar z bardzo młodej pokrzywy, ten pierwszy danej wiosny, przypomina bombę energetyczno-witaminową, dosłownie czuć, jak energia wiosny wnika w pijącego. Później nadchodzi czas codziennej jajecznicy z pokrzywą, oraz innych dań, wkrótce też zaczyna się czas szczypiorów i niedźwiedziego czosnku, ale to już głównie rośliny przeze mnie posadzone w leśnym ogrodzie, choć przecież gdzie indziej dziko rosnące.

Jeżeli jednak wolisz tradycyjną zieleninę, to może szczypior? Nadmiar cebulek które się nie zmieściły na grządkach wykorzystuję na kuchennym parapecie. Dzięki temu, szczypiorek towarzyszy bardzo wielu daniom, posiekany nożyczkami i bezładnie rzucony na talerz. Staram się mieć trzy takie "hodowle" - gdy jedną tnę, pozostałe dwie odrastają. Wkrótce do szczypiorku dołączą zioła, a pierwsza będzie bazylia. Też lubię ja mieć pod ręką w kuchni, choć ona woli być raczej na tarasie, w pełnym słońcu, ale to będzie możliwe dopiero za dwa miesiące, gdy ryzyko przymrozków odejdzie w siną dal. Inne zioła muszą się troszczyć o siebie same, a to na spirali ziołowej w Ostoi, a to na tarasie w mieście - odrastają co roku i dają plony bez specjalnej opieki. Już teraz widzę jak odbija kłosowiec fenkułowy, kocimiętka, glistnik, krwawnik czy bluszczyk kurdybanek. Niedługo okaże się, jak zimę zniosły szałwie i rozmaryny, bo o mięty czy lebiodkę martwić się nie trzeba - na pewno jak tylko się ociepli, to się rozszaleją.

Ludzkie fanaberie nie omijają Ostoi, nie jest więc tak, że tylko dzikim zielskiem człowiek żyje. Pod osłoną agrowłókniny pięknie zieleni się szpinak siany w październiku, jego odpowiednik pozostający bez osłony jest teraz pięć razy mniejszy. Widać pierwsze pędzelki kiełkujących marchewek, a liście cebul i czosnków są już niemal dwudziestocentymetrowe. Zaczynają kiełkować pierwsze nasiona z siewów zimowych, głównie jakichś kwiatków. Pomieszałem pozbierane w zeszłym roku nasiona i wysiałem jesienią do pojemników, które całą zimę przebywały na zewnątrz, teraz przyroda sama decyduje kto i kiedy ma się do życia zbudzić. Obserwuję i gdy tylko roślinki osiągną odpowiednią wielkość, będę je stopniowo pikował do wielodoniczek, a kto jest kim okaże się dopiero, gdy podrosną, lub jeszcze lepiej, zakwitną.

Nie mam żadnych wątpliwości, że najbardziej spektakularną oznaką marca w Ostoi są krokusy. Jest ich już kilkaset, łącznie z tymi, które posadziłem zeszłej jesieni, wydając środki ze wsparcia moich działań na Patronite.pl. To już kolejne rośliny, jakie rosną dzięki temu, że ktoś docenia moją pracę. Nie mogę się już doczekać, co pokażą posadzone w leśnym ogrodzie drzewa i krzewy. Na razie jednak, cieszę się pięknymi krokusami, a wraz ze mną cieszą się pszczoły, noszące ogromne kule żółtego pyłku z krokusów do uli. W kolejnych latach, każdej jesieni, będę starał się dosadzić więcej tych pięknych roślin, a także wypracować jakiś sposób, aby może zechciały się same mnożyć, bo jak do tej pory nie mają ochoty, i chociaż sadzę je ponad dziesięć lat, to "młodych" jak nie było, tak nie ma. No cóż, takie to uroki gospodarowania na górze piachu, gdzie jak to mówią okoliczni "nic nie chce rosnąć i nic się nie opłaca". Jak widać, coś tam jednak rosnąć chce, trzeba mu tylko nieco pomóc.

piątek, 17 lutego 2023

Akcja "Miskant"

 

Gdy przez ostatnie lata świat "żył chorobami", nas szczęśliwie omijały one szerokim łukiem. Sprawiedliwości jednak chyba zawsze musi stać się zadość i każdy swoją dawkę nieszczęścia otrzymać musi, na przełomie stycznia więc i lutego dopadły nas wszystkich różne przypadłości, które sprawiły, że plany zimowych prac w Ostoi wzięły w łeb, a ja pojawiłem się w niej dopiero po Walentynkach. Poza kilkoma gałęziami sosen połamanymi pod ciężarem mokrego śniegu, zastałem wszystko w dobrym zdrowiu i stanie, co pozwoliło mi westchnąć z ulgą. No cóż, zaplanowane na styczeń i luty prace będą musiały poczekać. Zastanawiając się, co wymaga najpilniejszej troski w trakcie mojej krótkiej roboczej wizyty, doszedłem do wniosku, że czas na doroczną Akcję "Miskant".

Miskanty posadziłem na krótkim fragmencie granicy działki, w pobliżu stawu i leśnego ogrodu. Rosną przecudownie, tworząc skuteczną zasłonę dla niezbyt ciekawego widoku a także łagodzą dość silnie wiejący z tego kierunku wiatr. Miskanty jednakże trzeba co roku ściąć, aby młode zielone pędy nie musiały się przebijać przez masy zeszłorocznego suszu. Dodatkowo, miskanty posadziłęm też po to, aby dostarczały ściółki dla uprawy alejowej w pobliskim leśnym ogrodzie. Akcja "Miskant" przebiega więc następująco - układam na ziemi dwie gumy do mocowania łądunków na samochodowych bagażnikach. Nożycami do żywopłotu ścinam miskanty 10-20 centymetrów nad ziemią, a gdy uzbiera się już potężna sterta ponad dwumetrowej długości łodyg, spinam haczyki gum, tworząc wielki snopek. Zarzucam go sobie na głowę, jak to zwykle czynią kobiety w Afryce nosząc opałowy chrust i przenoszę zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej, w międzyrzędzie leśnego ogrodu, gdzie miskantem wyściółkuję rzędy pod ziemniaki.

W poprzednich latach wypraktykowałem, że miskant układany w całości utrudnia sadzenie i pielęgnację ziemniaków, pocięty natomiast na drobno potrafi odfruwać z wiatrem. Optimum jak to często bywa znajduje się pośrodku, dlatego przyniesione miskanty przed ułożeniem tnę na pół. Powstają dzięki temu części dolne - bardziej sztywne łodygi, oraz górne - bardziej wiotkie i ulistnione. Aby mi miskant nie odfrunął, układam te części na przemian tak, aby zachodziły na siebie, przy czym grube łodygi zawsze przykrywają furkoczące na wietrze liście. Zwracam też uwagę na to, aby łodygi leżały równolegle do wiatru, wtedy stawiają mu najmniejszy opór i jest niemal pewność, że wiatr ich nie porwie. I tym oto sposobem, korzystając z samoprodukującej się ściółki, aleja pod ziemniaki jest przygotowana do sezonu i teraz czekać będzie na czas, kiedy zakwitnie mniszek lekarski, to jest bowiem zawsze dla mnie sygnał, że pora sadzić ziemniaki.

Na grządkach tymczasem zaczyna być widać efekty zeszłorocznych jesiennych siewów. Szpinak pod agrowłókniną jest już spory, a ten niczym nieokryty zaczyna z wolna się zielenić. Tu i ówdzie młode listki wystawiają do słońca zeszłoroczne jarmuże i kapusty, maluczko, a zaczną trafiać na talerz i do gara. Jest sporo szczypiorku, widać też już czosnki i cebule. Zimowe sałaty wyglądają smętnie, ale żyją. Musztardowce gdzieniegdzie padły, gdzie indziej wydają się dawać znaki życia. Doskonale rośnie klajtonia przeszyta, ale na razie jej nie zbieram gdyż chcę zebrać nasiona. Tu i ówdzie wylazły pierwsze krokusy, oraz pierwsze pszczoły bzyczą przy ulach. Do prawdziwego wybuchu wiosny jednakże jest jeszcze chyba daleko. 

niedziela, 22 stycznia 2023

Wykopki w styczniu

Przez większą część stycznia pogoda była marcowa. Zaczęły pokazywać się krokusy, młoda pokrzywa i dziki szczypiorek objawiały się obficie, na grządkach pod agrowłókniną zielenił się szpinak, zimowe sałaty, cebule i azjatyckie kapustne. Wciąż usiłowała dojrzeć brukselka, a kapusty liściowe i jarmuże skromnie, acz nieustannie, obdarzały plonem. Ziemia na grządkach zwykle nie była zmrożona, można więc było zająć się grządkami, które miały na swoją kolej czekać do wiosny. Podstawowe zabiegi polegały na uprzątnięciu części nadziemnych roślin i dodaniu na wierzch warstwy od 2 do 5 centymetrów kompostu, w zależności ile go z grządki ubyło. Czasami na grządce gotowej do wiosennego siewu zostało nieco roślin mających się świetnie i gotowych dać wiosną plon.

Na niektórych grządkach jednak, sprawa nie była taka prosta i trzeba było sięgnąć głębiej. Niemal do samego dna, bo tam bowiem głównie ukryły się bulwy chobota bulwiastego. Roślina ta, rodem z Ameryki, należy do bobowatych i pięknie wiąże azot z powietrza. Jest pnączem, świetnie więc radzi sobie na siatkach do uprawy pomidorów czy ogórków, dzieląc z nimi miejsce. Jest także rośliną wieloletnią - część nadziemna na zimę ginie, ale wiosną wypuszcza z ziemi nowe pędy, a pod ziemia tworzy nowe bulwki, a każda z nich może zostać posadzona po to, aby dać początek nowej roślinie. Był to więc czas chobotowych, styczniowych wykopków.

Wszystko zaczęło się od trzech bulwek chobota, wiele lat temu. Analizując jego potrzeby i porównując z warunkami w moim siedlisku, doszedłem do wniosku, że nie da sobie rady w piaszczystej glebie Ostoi i że posadzenie go od razu w leśnym ogrodzie byłoby "chobotobójstwem". Postanowiłem więc najpierw chobota namnożyć na warzywnych grządkach, sadząc po jednej bulwce na grządce o powierzchni metra kwadratowego. I to wszystko - dałem chobotowi spokój aż do teraz, sam o siebie dbał, rósł, wspinał się po siatkach, a nawet zakwitał, ale nasion wydać nie zdołał - za krótki sezon. Za to pod ziemią, każdy z trzech chobotów naprodukował po kilkanaście bulwek, które wiosną będę sadził w rozmaitych miejscach leśnego ogrodu w nadziei, że gdzieś się przyjmie. Kilka rezerwowych bulwek posadzę ponownie na grządkach, i zajrzę do nich za dwa lata.

W styczniu duża część ogrodniczej aktywności dzieje się pod dachem, a ściślej w kuchni. Tu testuję smak moich dyń, zbieram nasiona i decyduję, czy dana dynia ma rację bytu w moim ogrodzie, czy też nie. Ubiegłoroczne dynie przechowują się dobrze, ale w każdym tygodniu, jakby się umówiły, jedna z nich dostaje na skórce plam, co jest znakiem, że nadszedł jej czas. I idzie do gara, do piekarnika lub na patelnię. Wdzięczny jestem dyniom, że działają w sposób nieskoordynowany - jedną na tydzień z trudem, ale jesteśmy w stanie spożyć, obdzielając jeszcze przy okazji rodzinę, ale gdyby psuło się więcej, nie bylibyśmy w stanie tego przejeść, no i mogłoby nie starczyć dyń do wiosny. Jak na razie, jest dobrze, dyni starczyć powinno na kolejnych kilkanaście tygodni.

Z powyższych przyczyn, selekcjonując dynie do przyszłorocznego siewu, skrzętnie notuję datę kiedy zaczęła się psuć. Jest to bardzo istotne kryterium mojej selekcji - z dwóch dyń rosnących i smakujących podobnie, będę siał nasiona tej, która dała się dłużej przechować. Podstawą selekcji jednak, jak już kilkakrotnie pisałem, jest smak. I tu jest wiele, ale to bardzo wiele niespodzianek. Niektóre dynie, których smak na surowo jest "żaden", po upieczeniu stają się przepyszne. Inne z kolei odwrotnie - wydają się być rewelacyjne gdy próbowane na surowo, ale po upieczeniu stają się mdłe. W niektórych przeważa nuta orzechowa, w innych owocowa. Zasadniczo, wszystkie są "jadalne" i z każdej można przygotować super posiłek, ale czasami potrzeba do tego nieco kulinarnej inwencji, co sprawia, że w kuchni nie wieje nudą.

Tymczasem w sąsiedztwie Ostoi nie dzieje się dobrze i generalnie, systematycznie, powoli, wszystko schodzi na psy. Ludzka ingerencja oszpeca krajobraz, zamyka korytarze zwierzyny, nie szanuje ani przyrody, ani prawa, zakłócając spokój rezerwatu. Zdanie moje podzielają łabędzie, które z większych i bliższych wandalom jeziorek, przeniosły się do mnie. Nie cieszy mnie to wcale, ale wygląda na to, że u mnie lepszy rezerwat niż w rezerwacie. Miał rację Mollison mówiąc, że gdy jakaś instytucja nie funkcjonuje prawidłowo, to zamiast ją naprawiać i zmieniać, zakasz rękawy i zrób lepszą ... 


 


środa, 7 grudnia 2022

Lekcje roku 2022

 

Jak nakazuje tradycja tego bloga, pora na ostatni wpis, zawierający lekcje roku 2022. Był to rok spokojniejszy niż 2021, mniej chaotyczny i bardziej przemyślany, co nie oznacza, że wolny od trosk i przeciwności, na szczęście nie związanych bezpośrednio z Ostoją, a raczej od niej mnie odciągających. Jak co roku, lista rzeczy do zrobienia zamiast się skrócić, uległa wydłużeniu, bo nowe pomysły przychodzą szybciej niż stare udaje się realizować. Po raz kolejny okazało się, że jak większość, przeceniam to, co można zrobić w rok, a równocześnie nie doceniam wystarczająco tego, co udało mi się zrobić przez niemal dziesięć lat, odkąd ten blog istnieje.

Styczeń -  pisałem o zgniłej zimie, ściółkowaniu, testach nasion i podłoży, oraz o tym, że przy spodziewanej inflacji warto uprawiać własną żywność. Siewy nasion wybranych w trakcie testów zaskoczyły mnie w dalszej części sezonu, w niektórych przypadkach obfitość roślin z nich uzyskanych przekroczyła moje wyobrażenia. Co więcej, identyczne zjawisko miało miejsce na grządkach, gdzie jeszcze nigdy nie odnotowałem tylu samosiewów. Przesadzaniu aby się nie zmarnowało nie było końca, a nauka płynie stąd taka, że jeśli chce się sobie oszczędzić pracy, lepiej ogławiać niektóre rośliny zanim wydadzą nasiona. Jak zapewne każdy wie, groźba inflacji okazała się realną i grube tysiące chyba trzeba by wydać, aby jeść tak dobrze i tak dużo jak my jedliśmy warzyw i owoców z relatywnie przecież niewielkiej powierzchni naszych upraw. Raz jeszcze z wdzięcznością wypada tu przypomnieć maksymę Geoffa Lawtona, która mówi o tym, że wszystkie problemy ludzkości można rozwiązać w ogrodzie.

Luty - opisywałem zimową pielęgnację leśnego ogrodu oraz zbiór nasion dyni. Leśne ogrody są tymi właśnie miejscami, gdzie nie doceniłem potęgi upływu czasu i tego, jak bardzo się one zmieniają na korzyść z upływem lat. Prawdą jest to, co w licznych przykładach opisuje w swojej książce Tomas Remiarz , że im dłużej ogród istnieje, tym szybciej pracy ubywa, a plony są coraz większe. Warunkiem jednak jest założyć ogród w sposób przemyślany i dbać o niego poprawnie w pierwszych latach po to, by później, jak mawiał Mollison "designer becomes a recliner", co w naszym kręgu kulturowym określa się jako "rolnik śpi, a mu samo rośnie". I o ile w przypadku rolnika to nonsens, to w ogrodach leśnych dokładnie tak jest. Jeżeli chodzi o nasiona dyni, to wrócę do nich w opisie października, a teraz dodam jeszcze, że w lutym zajmowałem się intensywną uprawą mikrolistków, o której zapomniałem tu napisać, no ale że pisałem o niej przy innych okazjach to dodam tylko, iż po raz pierwszy od lat nie siałem groszku, gdyż nie cieszył się ostatnio powodzeniem, za to furorę robiła jak i poprzednio rzodkiewka oraz nieczęsto siany przeze mnie brokuł. Tym razem żadne mikrolistki się nie marnowały i nauczony tym doświadczeniem podobnie postąpię w tym roku. W chwili gdy piszę te słowa, czyli w pierwszej dekadzie grudnia, zaczyna się u mnie kolejny sezon na mikrolistki, których siewy zacznę w przyszłym tygodniu.

Marzec - ponownie namawiałem do tego, aby solidnie zadbać o produkcję własnej żywności, pokazywałem pierwsze siewy, wyciągałem drzewo ze stawu i sygnalizowałem, że chyba się zakochaliśmy w dyni bezłupinowej. I tak się rzeczywiście stało - dynia ta, a ściślej jej nasiona, zwane pestkami, mają stałe miejsce na naszym stole, podjadamy je tak, jak inni fistaszki czy popcorn. Nasze pestki jednak są samodzielnie wychodowane i przygotowane. Wyrosły na Zapłotku, sami je zebraliśmy, wysuszyliśmy, a teraz prażymy w przyprawach co tydzień czy dwa świeżą porcję, aby napełnić nimi słój stojący zawsze w zasięgu ręki, gdy wieczorem jest czas usiąść i się zrelaksować. Patrząc na tempo, w jakim pestki znikają, lekcja z tego płynie taka - posiać więcej dyń bezłupinowych w sezonie 2023!

Kwiecień - miesiąc pod znakiem żonkili, forsycji na początku, a kwitnącego leśnego ogrodu pod koniec. Pisałem o siewach pomidorów i papryk, oraz o coraz lepiej widocznych czosnkach i szpinakach. Te ostatnie z roku na rok udają się lepiej, ale okazało się, że bardzo wiele zależy od odmiany. W Ostoi bezapelacyjne wygrał poczciwy stary Matador, wszystkie inne nowsze odmiany mające być lepszymi, wymiękły przy Matadorze. Dlatego też, nauczony tym doświadczeniem, posiałem tej jesieni 3/4 Matadora i tylko 1/4 innych odmian w ramach kolejnych prób. Mój szpinak ma plonować bardzo wcześnie i nie chcę go już mieć po 15 maja, bo jego miejsce zająć ma wtedy kukurydza, albo fasola, albo coś innego ciepłolubnego. W kwietniu także z uwagą obserwuję co kiedy kwitnie, bo to znaki fenologiczne co kiedy siać do gruntu. W mijającym roku wszystkie te fenologiczne podpowiedzi mi się sprawdziły, za wyjątkiem groszku, który posadzony gdy kwitła forsycja, nie chciał kiełkować tygodniami, i wylazł z ziemi dużo później niż zwykle. Morał z tego taki - ufaj, ale sprawdzaj, czyli siej groszek co tydzień, a któryś z terminów na pewno będzie trafiony. Tak też uczynię w przyszłym roku - 10 nasion co tydzień przez miesiąc, zamiast 40 jednego dnia.

Maj - pisałem o znienawidzonych przymrozkach, o siewach i o jakonie, o moich planach hodowli własnych lokalnych odmian kukurydzy i dyni. Oba te projekty potoczyły się dobrze, ale o ile już coś mogę powiedzieć o efektach działań z kukurydzą, o tyle o dyniach dowiemy się za rok, gdy dojrzeją owoce z zebranych w tym roku nasion. W przypadku kukurydzy natomiast, już po kolorze i kształcie ziaren w kolbach można wnioskować, że posadzone odmiany przekrzyżowały się solidnie, dzięki czemu genotypy roślin w następnym pokoleniu będą bardziej zróżnicowane. Za to niezwykle polubiłem kukurydzę i mając w pamięci wszystkie obserwacje z tego roku, już teraz zaczynam myśleć ile i jakich nasion wysiać w nadchodzącym roku, aby dalej kontynuować selekcję. Wygląda na to, że jak to zawsze niemal w Ostoi bywa - pierwszy (poprzedni) rok był rokiem próby, drugi (obecny) rokiem wytężonej pracy, a następny (nadchodzący) będzie najbardziej udanym w historii Ostoi (tfu, tfu przez lewe ramię, aby nie zapeszyć). Materiału siewnego własnej hodowli mam na pewno dość, aby obsiać kilka razy większy obszar niż posiadam, mogę więc zameldować, że zadanie zostało wykonane.

Czerwiec - pisałem o uprawie alejowej ziemniaków, testach czosnków, nasadzeniach roślin wodnych i problemach ze zbyt szybko schnącym kompostem. To ostatnie było zmorą całego sezonu, ale poniekąd na własną prośbę bo ... w roku 2022 nie uruchomiłem nawadniania. W najgorsze upały podlewałem interwencyjnie konewką, aby przekonać się, jakie jest naprawdę minimum dostarczania wody aby uzyskać plon. Okazało się, że nie zużyłem nawet ćwierci tej objętości wody, jaka zwykle jest rekomendowana. Co więcej, jak co roku, dotyczyło to jedynie wysokointensywnych grządek przy domu, bo miejsca takie jak Zapłotek z jego kukurydzą i dyniami czy też ziemniaki w uprawie alejowej nie były w tym roku ani razu podlane. Jeżeli chodzi o czosnki, to pisałem, że boję się suszy, tymczasem, w okresie zbioru czosnku nieustannie lało, po raz pierwszy więc zebrałem czosnek mokry i brudny, co przełożyło się na utrudnione suszenie i dodatkową pracę przy czyszczeniu. W teście odmian niestety poległem - czosnek z moich ząbków wyszedł nieco mniejszy niż z sadzeniaków Harnasia, a największe plony dał Siberian, z tym że jeszcze ważniejsze okazało się, gdzie czosnki rosną. Największe porosły na podwyższonych grządkach o podwójnej wysokości (40 cm), a najmniejsze w cieniu wśród truskawek, co w sumie nie jest żadną lekcją, bo tak jest co roku i tego się spodziewałem. Nadal jednak będę sadził czosnek w truskawki, bo choć jest najmniejszy, to wymaga najmniej pracy i ma, wierzcie lub nie, najsilniejszy aromat. Taki, że trzeba z nim w kuchni uważać, aby nie przedawkować.

Lipiec - było w nim tyle wątków, że nie wszystkie zmieściły się w blogu. Najmilszym zaskoczeniem była marchewka Oxheart, o której i później pisałem, ale właśnie w lipcu zacząłem zbierać pierwsze, krótkie, pękate i pyszne korzenie. Przez kolejne miesiące wyrywałem po trochu największe marchewki, aby inne miały więcej miejsca do wzrostu, a pomimo to w listopadzie zebrałem z marchewkowej grządki potężny plon. Już teraz posiałem tą marchew na rok przyszły, a jednocześnie na pewno będę chciał zebrać jej nasiona. Pisałem również dużo o walce z zarazą ziemniaczaną i w tym roku potwierdziło się to, co zawsze pisałem - kluczem do opanowania chorób jest z jednej strony profilaktyka, ale z drugiej gdy już choroba się pojawi, konsekwentne i częste leczenie. Naturalne preparaty jakie stosuję nie działają długo, zaraza nawraca i zatrzymać ją można jedynie wtedy, gdy jest się na posterunku i wykona właściwy zabieg we właściwym czasie. Drobne zabiegi w małych dawkach codziennie działają zdecydowanie lepiej niż jeden stężony oprysk.

Sierpień - niemal cały wpis był o plonach, z ogrodu i ze stawu. O tych pierwszych pisałem wiele i za chwilę znowu napiszę, zostańmy na chwilę przy tych drugich. To pierwszy rok kiedy staw nieco nas karmi, aczkolwiek nie nadużywam jeszcze jego uprzejmości. Odłowiłem nieco ryb, tyle, aby moja Mama, która ryby kocha, mogła sobie coś wrzucić na patelnię, sam też spróbowałem własnej rybki, ale to by było na tyle. Obserwowałem natomiast zarówno intensywne tarło moich ryb, jak i ryby drapieżne polujące na drobiazg, spodziewam się więc, że w przyszłym roku rybki częściej zagoszczą na naszych talerzach. Będą zapewne doskonałym dodatkiem do cukinii, które opanowały lipiec, i sierpień, i wrzesień, i jeszcze część października. W tym roku wreszcie zmobilizowałem się do porządnej selekcji i zebrałem nasiona z najlepszych egzemplarzy, a na podstawie notatek w przyszłym roku wysieję już cukinii mniej, ale za to rokujących najlepiej. W tej całej obfitości zaczęliśmy też wybrzydzać. Dawniej, cieszyła nas każda cukinia i wciągaliśmy wszystkie jak odkurzacz, teraz też nas (no, powiedzmy uczciwie - mnie) każda cieszy, ale już słyszeć zaczynam, że "ta ma za grubą skórkę", "ta mogłaby być delikatniejsza", "ta taka nierówna, że źle się obiera". No cóż, zawsze twierdziłem, że dobrobyt psuje ... Poważnie jednak pisząc, pora na selekcję także pod względem tych cech użytkowych, a nie tylko pod względem wigoru i masy plonu.

Wrzesień - jeśli sierpień był o plonach, to wrzesień był o Plonach przez duże P. Popuściłem sobie cugle i wrzuciłem całą galerię zdjęć wrześniowych plonów. Zabrakło tam jednak pierwszej znaczącej ilości winogron, jakie zebrałem w tym roku. Nie uprawiam w zasadzie winorośli, mam jedną starszą i jedną młodziutką roślinę. Ta starsza dała w tym roku bardzo ładny plon, co biorąc pod uwagę niemal całkowity brak słońca, to, że pnie się po piorunochronie, konkurencję z malinami, brak odchwaszczania, podlewania i nawożenia i jakichkolwiek oprysków, uznaję za sukces. Wyciągając z tego wnioski, zamierzam tą winorośl rozmnożyć ze sztobrów i "niezobowiązująco" zasadzić tu i ówdzie. Uda się - dobrze, nie uda się  mała strata. Nie mogę się przekonać do tej rośliny i całej wiedzy o jej cięciu i pielęgnacji, dlatego traktuję ją po macoszemu. Jednakże, jeżeli zechce sama o siebie dbać i dawać mi plony takie jak w tym roku, to cóż, jestem na tak.

Październik - w tym miesiącu wpis był wyłącznie o dyniach, i szczerze powiedziawszy, tak jakby trwa on do dziś, bo nadal, w każdym tygodniu jedna lub dwie dynie idą pod nóż, każdą opisuję, próbuję na surowo i po przyrządzeniu, nasiona każdej są zebrane i wysuszone, a następnie zapada decyzja, czy dana dynia warta jest posiania za rok, czy też nie. Dynie w tym roku udały się nad wyraz, jeżeli tylko będą się dobrze przechowywać, to jest nadzieja, że będziemy je jeść do wiosny. Ale październik to przecież nie tylko dynie, to przede wszystkim obfity wysyp owoców w leśnych ogrodach, z których dla mnie największą frajdą są maliny. W tym roku po raz pierwszy zaowocowały maliny w leśnym ogrodzie po drugiej stronie stawu, zwanym Sorkiem, dając owoce niemal dwa razy większe niż te na piaszczystym ugorze podwórka. Rosną pod leszczynami, na ziemi zasilonej osadami ze stawu, pozbawione opieki innej niż koszenie ścieżek pomiędzy nasadzeniami. Rozrastają się dziko w każdym kierunku, można by powiedzieć, że są inwazyjne. Jeżeli tak dalej pójdzie, będę je kosił jak trawę i rzucał na ściółkę. Na szczęście, nie ma ryzyka że gdziekolwiek uciekną - z jednej strony woda, z dwóch innych suchy sosnowy bór, a z ostatniej pustynia sąsiada. Wiążę z nimi duże nadzieje na nadchodzące lata, mam nadzieję, że utworzą trudny do przebycia gąszcz i dodatkowo wzmocnią barierę między orzechami włoskimi a resztą leśnego ogrodu. Co się bowiem dzieje w orzechowym gaju, ma tam pozostać, z uwagi na juglon.

Listopad - zanim spadł śnieg, domykały się różne wątki. Najważniejszy z nich to wątek ziemniaczany, jak pisałem, zapowiadało się marnie z uwagi na nornice, ale wyszło całkiem, całkiem. Myślę, że ziemniaków starczy nam do marca lub kwietnia. W międzyczasie, muszę zastanowić się nad swoim stosunkiem do nornic, a ściślej do ich działań. Na chwilę obecną nie umiem powiedzieć, czy przedsięwezmę jakiekolwiek środki, czy też tak jak w tym roku, niech sobie kohabitują z ziemniakami. Listopad był tak ciepły, że niektóre siewy zimowe, a szczególnie szpinaki, powschodziły mi może i za wcześnie, ale to się dopiero okaże. Znalazłem też na grządce ciekawostkę - samosiejkę, która okazała się.... brukselką. Co prawda, póki co brukselki na niej takie bardziej dla krasnoludków, ale z ciekawości pozwalam jej nadal jeśli nie rosnąć, to trwać, i zobaczymy co z tego wyniknie.

Grudzień - teraz już w sumie niewiele się dzieje w ogrodzie, poza tradycyjnymi siewami zimowymi, uzupełnianiem kompostu na grządkach, cięciem wszystkiego co zbędne w leśnym ogrodzie i ściółkowaniu tym, naginaniem gałęzi drzewek owocowych aby szybciej owocowały, rąbąniem drewna ... czyli praca od świtu do zmierzchu, kiedy tylko jest szansa wybrać się do Ostoi. A po zmierzchu - łuskanie fasoli, wydłubywanie ziaren kukurydzy z wysuszonych kolb, pakowanie ziaren według własnego widzimisię, aby były gotowe na wymianę oraz do przyszłorocznych siewów, porządkowanie stosów innych suszących się nasion i ziół oraz generalne porządki. Do tego, przeglądanie katalogów z nasionami, poszukiwania nowych odmian o cechach przydatnych, jak odporność na zarazę ziemniaczaną czy przydatność do uprawy w pojemnikach. 

Pracowity rok kończy się bowiem pokazaniem światu mojego nowego kursu, o uprawie roślin jadalnych i ziół w pojemnikach, oraz rozpoczęciem prac nad innymi nowymi kursami online, które, jeśli zdrowie dopisze, ukażą się w przyszłym roku. Ale, największą absolutnie satysfakcją z pracy w mijającym roku jest grono osób, które ukończyły mój kurs projektowania permakulturowego PDC i tworzą obecnie jedyną grupę takich osób wykształconą w Polsce i przez polskiego instruktora. Mam nadzieję, że uda mi się poprowadzić kolejną edycję tego kursu w nadchodzącym roku oraz że poniosą oni dalej kaganek permakulturowej oświaty, ucząc praktycznej permakutury, którą będą też stosować na swoich balkonach, tarasach, ogródkach siedliskach czy farmach.

I to by było na tyle. Kończąc tym wpisem mijający rok mam nadzieję, że to o czym tutaj czytacie pomaga Wam czynić świat wokól siebie choć odrobinę bardziej przyjaznym do życia, dla Was, i dla wszystkich innych stworzeń. Dziękuję za Waszą uwagę, obecność i komentarze. Życzę Wam wszystkiego najlepszego w nadchodzącym Nowym Roku!