Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odmiany lokalne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odmiany lokalne. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 sierpnia 2023

Zaraza

Zaraza ziemniaczana to zmora większości wielbicieli pomidorów. Ostoja przez pierwsze lata wolna była od tej choroby, pierwszy raz pojawiła się ona tutaj w 2016 roku, bardzo nieśmiało. Z roku na rok jednak zaraza nasilała się, wraz ze wzrostem powierzchni uprawy zarówno pomidora, jak i ziemniaków. Przez siedem sezonów obserwowałem tą cholerę, zapobiegałem jej oraz leczyłem chore rośliny, testując całą gamę rozmaitych rozwiązań. Rok 2022 pokazał, że zabiegi moje skutkują w sposób zadowalający, a rok obecny udowodnił, że z zarazą da się wygrać i ograniczyć straty do nieuciążliwego minimum.

Czy jest to łatwe - tak. Czy jest to proste - tak. Czy wymaga sporo pracy, czasu i uważności - tak, tak tak. Zaraza nie poddaje się bez walki.

O zarazie ziemniaczanej napisałem obszerny artykuł, gdzie omówiłem ją w szczegółach. Tutaj na blogu pragnę skupić się na moich osobistych doświadczeniach i wnioskach. A najważniejszy z nich jest taki - kluczem do pokonania zarazy jest regularna, jak najczęstsza obserwacja.

Ani dobór odmian podobno odpornych na zarazę, ani zabiegi prewencyjne jakie można etycznie zastosować w permakulturowym siedlisku nie dają stuprocentowej gwarancji, że zaraza nie zadomowi się na roślinach. Dlatego też, choć i dobór odmian, i zabiegi prewencyjne są bardzo, ale to bardzo istotne i gorąco je polecam, to najważniejsze jest dostrzec absolutnie pierwsze objawy zarazy i natychmiast na nie zareagować. 

Dawniej zaraza potrzebowała 7-10 dni aby całkowicie zrujnować pomidory, dziś wydaje mi się. że potrafi to zrobić znacznie szybciej. Dlatego też najważniejsze jest uchwycenie tego momentu gdy już jest, ale jeszcze się nie rozłazi (nie wytwarza zarodników). Usunięcie porażonych fragmentów roślin oraz natychmiastowy oprysk w sumie chyba dowolnym naturalnym preparatem grzybobójczym, powtórzony trzy raz co drugi dzień, u mnie powstrzymuje zarazę niemal bez strat. Nie należy jednak spoczywać na laurach, trzeba nadal być czujnym i obserwować, bo zaraza lubi wracać, i raczej na pewno wróci. W międzyczasie można oczywiście wykonywać zabiegi profilaktyczne - od prześwietlania krzewów, po naturalne opryski, jednakże znowu - jeżeli zaraza wróci, a my to przeoczymy, nie będzie co zbierać - dosłownie i w przenośni.

W tym roku, stosując się do powyższych reguł, jak do tej pory ze 120 krzaków pomidora usunąłem całkowicie jeden krzak, który zaczął wykazywać objawy zarazy bardzo wcześnie (podejrzewam, że nosicielem było nasionko, z którego krzak wyrósł - chyba nieudany zakup przez Internet). Poza tym, trzy krzaki oporne w leczeniu usunąłem po zebraniu z nich małego plonu, nie chcąc ryzykować rozniesienia się paskudztwa na pozostałe. Zaraza pokazała się na kilkunastu innych krzewach, we wszystkich przypadkach udało się ją powstrzymać, uzyskać plon, a krzewy na dzień dzisiejszy, ostatni dzień sierpnia, nadal owocują.

Najczęściej zadawane pytanie, jakie notorycznie słyszę, jest o opryski. Jak już wyżej napisałem, testowałem całą gamę środków i mój wniosek jest taki - każda substancja mająca właściwości grzybobójcze działa, pod warunkiem że zostanie odpowiednio wcześnie zastosowana, kilkukrotnie. Stosowałem z dobrym skutkiem i wywar ze skrzypu, i sodę oczyszczoną, i wodę utlenioną, i inne wynalazki, wszystkie okazały się skuteczne, bo były grzybobójcze. Nie stosuję gnojówki z pokrzywy, nie stosuję drożdży i innych podobnych wynalazków, bo one grzybobójcze nie są. Tak, mogą być stosowane profilaktycznie (pokrzywa wzmacnia rośliny, a drożdże utrudniają grzybom kolonizację liści), ale gdy zaraza już "się zadomowi", żaden z tych środków nie pomoże.

Bywają też nieliczne przypadki, zarówno indywidualnych krzewów, jak i odmian, które choć chorują, to dają radę wydać normalny plon zanim padną, a są i takie, które ciężko przechorowują, a następnie odbijają i znowu rosną jak szalone. Przykładem takiej odmiany jest dziki pomidor Coyote, którego na przestrzeni tych lat żadna zaraza nie była u mnie w stanie wykończyć zanim nie wydał plonu. Moje działania idą więc w kierunku zbierania nasion z najbardziej odpornych egzemplarzy, głównie jednak dużych pomidorów, bo Coyote, cóż - fajny, odporny i owoce smaczne, ale centymetrowej średnicy.


niedziela, 22 stycznia 2023

Wykopki w styczniu

Przez większą część stycznia pogoda była marcowa. Zaczęły pokazywać się krokusy, młoda pokrzywa i dziki szczypiorek objawiały się obficie, na grządkach pod agrowłókniną zielenił się szpinak, zimowe sałaty, cebule i azjatyckie kapustne. Wciąż usiłowała dojrzeć brukselka, a kapusty liściowe i jarmuże skromnie, acz nieustannie, obdarzały plonem. Ziemia na grządkach zwykle nie była zmrożona, można więc było zająć się grządkami, które miały na swoją kolej czekać do wiosny. Podstawowe zabiegi polegały na uprzątnięciu części nadziemnych roślin i dodaniu na wierzch warstwy od 2 do 5 centymetrów kompostu, w zależności ile go z grządki ubyło. Czasami na grządce gotowej do wiosennego siewu zostało nieco roślin mających się świetnie i gotowych dać wiosną plon.

Na niektórych grządkach jednak, sprawa nie była taka prosta i trzeba było sięgnąć głębiej. Niemal do samego dna, bo tam bowiem głównie ukryły się bulwy chobota bulwiastego. Roślina ta, rodem z Ameryki, należy do bobowatych i pięknie wiąże azot z powietrza. Jest pnączem, świetnie więc radzi sobie na siatkach do uprawy pomidorów czy ogórków, dzieląc z nimi miejsce. Jest także rośliną wieloletnią - część nadziemna na zimę ginie, ale wiosną wypuszcza z ziemi nowe pędy, a pod ziemia tworzy nowe bulwki, a każda z nich może zostać posadzona po to, aby dać początek nowej roślinie. Był to więc czas chobotowych, styczniowych wykopków.

Wszystko zaczęło się od trzech bulwek chobota, wiele lat temu. Analizując jego potrzeby i porównując z warunkami w moim siedlisku, doszedłem do wniosku, że nie da sobie rady w piaszczystej glebie Ostoi i że posadzenie go od razu w leśnym ogrodzie byłoby "chobotobójstwem". Postanowiłem więc najpierw chobota namnożyć na warzywnych grządkach, sadząc po jednej bulwce na grządce o powierzchni metra kwadratowego. I to wszystko - dałem chobotowi spokój aż do teraz, sam o siebie dbał, rósł, wspinał się po siatkach, a nawet zakwitał, ale nasion wydać nie zdołał - za krótki sezon. Za to pod ziemią, każdy z trzech chobotów naprodukował po kilkanaście bulwek, które wiosną będę sadził w rozmaitych miejscach leśnego ogrodu w nadziei, że gdzieś się przyjmie. Kilka rezerwowych bulwek posadzę ponownie na grządkach, i zajrzę do nich za dwa lata.

W styczniu duża część ogrodniczej aktywności dzieje się pod dachem, a ściślej w kuchni. Tu testuję smak moich dyń, zbieram nasiona i decyduję, czy dana dynia ma rację bytu w moim ogrodzie, czy też nie. Ubiegłoroczne dynie przechowują się dobrze, ale w każdym tygodniu, jakby się umówiły, jedna z nich dostaje na skórce plam, co jest znakiem, że nadszedł jej czas. I idzie do gara, do piekarnika lub na patelnię. Wdzięczny jestem dyniom, że działają w sposób nieskoordynowany - jedną na tydzień z trudem, ale jesteśmy w stanie spożyć, obdzielając jeszcze przy okazji rodzinę, ale gdyby psuło się więcej, nie bylibyśmy w stanie tego przejeść, no i mogłoby nie starczyć dyń do wiosny. Jak na razie, jest dobrze, dyni starczyć powinno na kolejnych kilkanaście tygodni.

Z powyższych przyczyn, selekcjonując dynie do przyszłorocznego siewu, skrzętnie notuję datę kiedy zaczęła się psuć. Jest to bardzo istotne kryterium mojej selekcji - z dwóch dyń rosnących i smakujących podobnie, będę siał nasiona tej, która dała się dłużej przechować. Podstawą selekcji jednak, jak już kilkakrotnie pisałem, jest smak. I tu jest wiele, ale to bardzo wiele niespodzianek. Niektóre dynie, których smak na surowo jest "żaden", po upieczeniu stają się przepyszne. Inne z kolei odwrotnie - wydają się być rewelacyjne gdy próbowane na surowo, ale po upieczeniu stają się mdłe. W niektórych przeważa nuta orzechowa, w innych owocowa. Zasadniczo, wszystkie są "jadalne" i z każdej można przygotować super posiłek, ale czasami potrzeba do tego nieco kulinarnej inwencji, co sprawia, że w kuchni nie wieje nudą.

Tymczasem w sąsiedztwie Ostoi nie dzieje się dobrze i generalnie, systematycznie, powoli, wszystko schodzi na psy. Ludzka ingerencja oszpeca krajobraz, zamyka korytarze zwierzyny, nie szanuje ani przyrody, ani prawa, zakłócając spokój rezerwatu. Zdanie moje podzielają łabędzie, które z większych i bliższych wandalom jeziorek, przeniosły się do mnie. Nie cieszy mnie to wcale, ale wygląda na to, że u mnie lepszy rezerwat niż w rezerwacie. Miał rację Mollison mówiąc, że gdy jakaś instytucja nie funkcjonuje prawidłowo, to zamiast ją naprawiać i zmieniać, zakasz rękawy i zrób lepszą ... 


 


środa, 12 października 2022

Tylko o dyniach

 

Dzisiejszy wpis będzie tylko o dyniach, a ściślej o sprawach z nimi związanych jakie miały miejsce w końcu września i początku października. Już we wrześniu dały znać o sobie przymrozki, a temperatury na liściach roślin pozostawały ujemne do około ósmej-dziewiątej rano. Część roślin nic sobie jednak nie robiła z tego, wszak w ciągu dnia temperatura nadal rosła do kilkunastu stopni na plusie. Z moich obserwacji wynika, że poważne straty zaczynają się, gdy temperatura spadnie na kilka godzin poniżej minus pięciu stopni. Czekałem więc spokojnie ze zbiorem dyń, choć starsze liście obumierały, to młode żyły w najlepsze. Ba, żyły doskonale jakony, uznawane za całkowicie nieodporne na mróz. Ich zbiory są zawsze u mnie później niż dyń, bo plonem są bulwy schowane w ziemi, a ta ma ciągle jeszcze dwucyfrową temperaturę.

Równocześnie jednak ze spadkiem temperatury pojawiły się nowe niepokojące sygnały - najpierw z ogródu zaczęły znikać cukinie, objadane do cna, a następnie i na dyniach pojawiły się ślady małych ząbków. Nornice zaczęły tuczyć się na zimę. Zadziwiającym było to, że próbowały ogromnej większości owoców, ale następnie wybierały jeden i konsekwentnie obgryzały go, aby dostać się do nasion. Gdy im się to udało, z owocu zostawało niewiele. Robiły to przy tym tak sprytnie, że owoc widziany z góry wyglądał na nietknięty, natomiast gdy się go podniosło - sodoma i gomora. Obserwując to zjawisko doszedłem do wniosku, że mimo iz temperatury pozwalałyby dyniom jeszcze wisieć na krzakach, to najwyższy czas je zebrać. Dynie nadgryzione przez nornice niestety gorzej się przechowują, a ja je uprawiam z nadzieją, że będziemy je mogli jeść co najmniej do maja.

Nadszedł więc czas dyniowych żniw. Z każdą postępować trzeba jak z niemowlakiem, aby nie spowodować uszkodzeń mających wpływ na przechowywanie. Nie wolno odcinać ogonka, musi on w całości pozostać przy owocu. Dynie przemywam w roztworze wody z octem jabłkowym, ma to za zadanie odkazić i oczyścić skórkę, podatną na choroby grzybowe. Opłukane dynie układam na dworze, aby słońce i wiatr je obsuszyły. W idealnych warunkach dynie powinny dojrzewać ułożone na ganku czy werandzie przy południowej ścianie domu do czasu, aż ich skóra osiągnie żądaną twardość, czyli taką, że nie można dyni zarysować paznokciem beż użycia naprawdę sporej siły. U mnie niestety nie ma ku temu warunków, dlatego też dynie pojadą do miasta i tam będą sobie leżakować na parapetach i specjalnym dla nich regale. Dynie najlepiej się przechowują bowiem w temperaturze pokojowej.

Tegoroczny plon jest bardzo urozmaicony, a to z uwagi na to, że siałem bogatą mieszankę odmian. Służyć to ma wyhodowaniu własnej odmiany lokalnej, Ostojowej, selekcjonowanej wedle własnych kryteriów. Jest to proces dosyć żmudny, bo teraz czeka mnie obowiązek spróbowania każdego owocu i podjęcia decyzji, czy jego nasiona wchodzą do puli do siewu w przyszłym roku, czy też nie. Natura dokonała pierwszej selekcji za mnie - skoro z części odmian jest plon, a z innych nie, znaczy to że wybrane zostały już odmiany radzące sobie z warunkami w Ostoi. Teraz można by selekcjonować rośliny pod kątem masy plonu, wielkości i liczby owoców, szybkości dojrzewania, i może kiedyś się tym zajmę, na razie jednak zdecydowałem, że do puli siewów na przyszły rok trafią jedynie nasiona z owoców wybitnie smacznych. Po co bowiem uprawiać cos niesmacznego? 

O gustach się nie dyskutuje, bo wiadomo - jeden lubi ogórki, a drugi jak mu nogi śmierdzą .... ale tu, przy pracy nad własną odmianą, mogę kierować się swoim własnym gustem bez skrępowania. Dwa podstawowe kryteria wezmę pod uwagę - zawartość karotenu w owocach (im bardziej pomarańczowy miąższ, tym lepiej) oraz zawartość cukru (wygrają najsłodsze). Moje idealne dynie będą tez miały ładny, orzechowy zapach i posmak. Nasiona z dyń bladych, wodnistych, niesmacznych trafią do spożycia, nic się tu nie zmarnuje. Osobną grupę stanowią tu jednak dynie bezłupinowe, czyli takie, których nasion nie trzeba łuskać. Te dynie selekcjonuję na razie wyłącznie pod kątem zawartości nasion - im ich więcej, tym lepiej, a im więcej miąższu, tym gorzej. 

Proces selekcji wiąże się ściśle ze sposobem spożycia moich dyń. Na razie jeszcze nie jemy ich, a jedynie obserwujemy czujnie. Jest jeszcze tak wiele innych plonów teraz do spożycia, że dynie mogą czekać. Jeżeli jednak na którejkolwiek pojawiłyby się oznaki psucia, gnicia, infekcji grzybowej czy jakiekolwiek inne licho, dynia taka natychmiast trafiłaby do kuchni. Tam, niestety musi być najpierw przekrojona, bo pieczenie w piekarniku w całości niestety sprawia, że nasiona przestają się nadawać do siewu. Kroję więc zwykle koniuszek dyni, próbuję i o ile dana dynia rokuje dobrze, dzielę ją na pół, wydobywam nasiona, a połówki trafiają do piekarnika lub są zużywane kulinarnie na inny sposób. Nasiona są oddzielane od resztek miąższu, płukane, suszone i wstępnie pakowane osobno z każdej dyni. Opakowanie jest opisywane i czeka na długie zimowe wieczory.

Gdzieś w lutym czy marcu przychodzi taki dzień, kiedy wyjmuję te wszystkie paczuszki nasion, obliczam ile sadzonek dyni pragnę w nadchodzącym sezonie posadzić i przygotowuję odpowiednią partię nasion, biorąc taką samą liczbę z każdego woreczka i mieszając. Koniec z opisywaniem odmian, w tym procesie przestały mieć one znaczenie. To, co jest ważne, to świadomość, że w mieszance są nasiona z najlepiej smakujących owoców, jakie udało mi się w tym sezonie uzyskać. Istnieje więc spora szansa, że dadzą one potomstwo równie smaczne. A może jeszcze smaczniejsze, jeżeli samoistnie powstaną jakieś krzyżówki pomiędzy najsmaczniejszymi? Na to właśnie liczę, jak również na to, że każde kolejne pokolenie moich dyń będzie jeszcze lepiej przystosowane do warunków jakie panują w Ostoi, i do mojego stylu ogrodniczenia.

Jak co roku, kilka maleńkich dyń umili nam swoimi barwami jesień, postoją zresztą zapewne w domu do wiosny i dłużej. Jeszcze cieszą nas nieliczne ze zbiorów 2021, a puste miejsca uzupełniamy teraz właśnie tegorocznymi. Pięknie się prezentują na półce, szczególnie odmiana Jack Be Little robi wrażenie. Tegoroczny eksperyment z uprawą dyni w worku zainspirował mnie zresztą do ciekawego kolejnego eksperymentu w przyszłym roku, z tą małą ozdobną dynią właśnie. Ale na czym ten eksperyment polega i jakie będą jego efekty, napiszę już w kolejnym sezonie. Tymczasem, ten sezon dyniowy w ostojowym ogrodzie uznaję za zamknięty. Pozostaje teraz czekać aż z wiekowego klonu i lipy opadną liście, aby wyściółkować nimi jak co roku Zapłotek, gdzie dynie pojawią się znowu w połowie przyszłego maja. To był naprawdę udany sezon jeśli chodzi o dynie, pomimo suszy, przymrozków i nornic. Oby takich więcej!

środa, 21 września 2022

Sukcesiki

 

Są takie hobby i zajęcia, gdzie chwalenie się jest ich integralną częścią. Przysłowiowe są przechwałki myśliwych, wędkarzy i grzybiarzy, ale i ogrodnicy im nie ustępują. W dobie mediów społecznościowych chwalić się jest bardzo łatwo, zamieszczając zdjęcia swych ogrodów i plonów. Chwalenie się ma o tyle sens, że bywa doskonałą zachętą dla tych, którym nie wychodzi, aby się nie poddawali, oraz dla tych, którzy nigdy nic nie uprawiali, aby spróbowali. Sukcesy ogrodnicze bywają monumentalne (miliony zdjęć ogrodników tonących w cukiniach) oraz takie nieco mniej oczywiste, gdzie ogrodnik cieszy się z czegoś malutkiego i dla innych nieistotnego, ale dla niego samego niemal tak radosnego, jak wygrana w Lotto. Dziś więc parę słów o takich małych sukcesikach tego lata w Ostoi.

W tym roku przeznaczyłem kawałek Zapłotka na hodowlę kukurydzy. Posiałem mieszankę odmian oraz własne nasiona, blisko siebie, w nadziei na to, że się "pokrzyżują" i że pomoże mi to w pracach nad moją własną odmianą lokalną. Kukurydza nigdy nie chciała dobrze rosnąć w Ostoi, choć miałem ładne plony, ale na grządkach podwyższonych. Czyli, ładne były, ale mało. Tegoroczne poletko kukurydzy dostarczyło mi wiele radości bo pokazało, że niektóre odmiany w ogóle nie chcą u mnie rosnąć, a dosłownie tuż obok inne "kwitną". Nieco roślin zawiązało piękne kolby, dodatkowo jeszcze aby było ciekawiej, jeszcze nigdy wcześniej na takiej ilości nie pojawiła się głownia kukurydzy, grzyb zwany w Meksyku huitlacoche i uznawany za przysmak. Pojedliśmy więc sporo tej atrakcji, ale z drugiej strony przełoży się to na pewno na mniejszy zbiór nasion. Cieszyć się, czy martwić? Na razie się cieszę, bo główny cel - zebranie nasion do siewu w przyszłym sezonie, z nadzieją na ciekawe krzyżówki, na pewno zostanie zrealizowany. 

Choć uprawa dyń od lat idzie mi dobrze, to kilka odmian regularnie sprawiało problemy. Jedną z nich była Marina di Chioggia, która kwitła, nawet zawiązywała owoce, ale później gniły one lub zamierały. Postanowiłem więc zmienić nieco sposób uprawy i zamiast pozwolić się roślinom płożyć, puściłem je po siatce. Obawiałem się nieco czy moja pleciona siatka utrzyma ciężar takiej dyni, ale okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Owoce wreszcie rosną i zaczynają dojrzewać. Wydaje mi się, że Ostoja jest miejscem gdzie za dużo cienia i wilgoci dla tej odmiany, podniesienie jej więc ponad ściółkę i bliżej do słońca pomogło. Oczywiście, z tegorocznych dyń zbiorę nasiona, co może ułatwić uprawę tej odmiany w przyszłych latach.

Tuż przy bramie wjazdowej na podwórko był w Ostoi kawałek "ugoru", gdzie na gołej ziemi rosła czeremcha amerykańska. Oczyściłem ten kawałek, intensywnie podciąłem czeremchę i postanowiłem zrobić tam mikroskopijny leśny ogród. Czeremcha została od razu najwyższym drzewem gildii, a pod nią posadziłem jedną jabłonkę, kilka krzewów bobowatych, roślin miododajnych, czosnków niedźwiedzich i truskawek, oraz wysiałem sporo nasion poziomki. W tym do niedawna całkiem suchym i piaszczystym miejscu powstał kolejny zielony skrawek oraz zdarzyło się coś, co jeszcze nigdy nie miało miejsca w Ostoi - jabłonka dała jeden owoc w pełni wartościowy i jadalny w pierwszym roku po posadzeniu. Mówi się, że drzewko które czuje, że zbliża się jego kres, próbuje przedłużyć gatunek owocując, ja jednak mam nadzieję, że to nie jest ten przypadek. Przekonamy się w przyszłym roku, i mam nadzieję w latach kolejnych.

Zupełnie bez nakładów pracy trafił się kolejny sukcesik - piękne plony chmielu. Dziki chmiel zadomowił się w leśnym ogrodzie, zapewne przyniesiony ze ściółką koszoną na pograniczu lasu i łąki. Wspiął się na brzozy i obsypał szyszkami. Ściąłem całe pnącza i dopiero na ziemi żmudnie oddzieliliśmy szyszki chmielowe od reszty roślin. Teraz suszą się na strychu, a gdy się wysuszą, pomyślimy co z nimi uczynić, bo jest ich naprawdę sporo. Pod chmielem z kolej, zaczynają owocować maliny jesienne, przy których wykonuję dwie czynności - późną zimą ścinam szczątki tuż przy ziemi, a o tej porze i później absorbują nas zbiory. Fajne są takie sukcesy bez nakładów pracy, prawda?

Jednakże, nie zawsze jest tak, a przeciwnie, często jest odwrotnie - sukcesik przychodzi tak nieśmiało, jak niespodziewany gość. I trzeba na niego solidnie napracować. Tak niemal co roku jest z pomidorami. Od kilku lat zaraza ziemniaczana nie daje za wygraną i trzeba jej zapobiegać, a potem z nią wojować. Nic to Baśka, jednak - udało się po raz kolejny uciec grabarzowi z pod łopaty i ocalić pomidory, zamiast śpiewać im adios. Co więcej, ze wszystkich które najdzielniej opierają się zarazie, zbieram nasiona i praca nad lokalną odmianą na tą cholerę odporną jest moim największym priorytetem jeżeli chodzi o "prace hodowlane". Przy okazji, celebruję każdego pomidora - jego wygląd, zapach, smak, teksturę i wreszcie przekrój. Niektórym robię zdjęcia do archiwum po to, aby lepiej pamiętać wyniki tego sezonu, co z kolei powinno ułatwić przyszłoroczne decyzje - co posiać.

Podobnie i tegoroczne plony z pasieki są efektem wytężonej pracy, gdyż zawiodły dwa główne pożytki, oraz Unia Europejska. Otóż, w okolicy Ostoi główne pożytki są tylko dwa - akacja i lipa. Nie ma pól rzepaku, gryki czy dużych sadów, nie ma łanów nawłoci czy wrzosu. Spadzi nie ma, choć wokół puszcza, ale głównie sosnowa. I zdarzyło się tak w tym roku, że pięknie zapowiadające się kwiatostany akacji skosiły zimne deszcze, a lipa nie zdążyła się zapowiadać, bo nie zakwitła niemal wcale, a jak już zakwitła, to nie nektarowała. W międzyczasie, wierni unijnym dyrektywom i dopłatom okoliczni ziemianie wykosili do gołego nadrzeczne łąki, w efekcie czego moim pszczołom zostały jedynie drobne enklawy z pożytkami - moje podwórko, ogrody leśne, łączka kwietna nad stawem i spirala ziołowa. Można powiedzieć, że na moim terenie były okresy, kiedy każdy kwiatek uginał się od pszczół. No i cos tam w końcu nazbierały, a z części tego skorzystałem i ja, pomimo tego, że przez cały sezon nie byłem dobrej myśli. Jest więc i niedosyt, i satysfakcja, jak w życiu.

Być może pszczołom pomogło to, że po raz pierwszy w tym roku zrobiłem rozsady rozmaitego kwiecia z nasion i sadząc pomidora, ogórka, fasolę czy dynię, tuż obok wtykałem do ziemi, w grządkę lub do worka uprawowego sadzonkę kwitnącego zielska, losowo wybraną. Efekty tego szaleństwa były różne, ale w większości przypadków kwiatki urosły i zakwitły, a w niektórych przypadkach całkowicie opanowały i zdominowały swoją okolicę. Tam, gdzie się tak działo, po prostu kwiaty rosnące jak to zwykle bywa do słońca, przyginałem do poziomu. Teraz, w końcówce sezonu wygląda to tak, że aby dojść do grządki czy donicy, muszę się przedrzeć przez barierę z kwiatków. Niezły cyrk, prawda?

Wszystko to jednak furda, bo największym sukcesem jest zawsze to, że jest co włożyć do gara. Że sprawiam radość tym, z którymi dzielę się plonami. Że jemy żywność zdrową, bez szkodliwych substancji, bogatą w składniki odżywcze i tak świeżą, że jeszcze chwilę przed trafieniem na patelnięe czy do garnka, dyndała na krzaku lub tkwiła w ziemi. Że jesteśmy w stanie naprawdę dużo naszych plonów wysuszyć, zawekować, ukisić, zamrozić, znieść do piwnicy, aby spać spokojniej w tych ciekawych czasach.  Kończę więc ten wpis kilkoma zdjęciami moich plonów, dla zachęty dla wszystkich, oraz oczywiście, aby pochwalić się nieco i nakarmić demona o imieniu Parcie na Szkło ;)