
Dziesięć litrów wody wlane do półksiężyca znika w przeciągu minuty. Równie dobrze można by gospodarować na plaży na Helu. Czy to jednak powód, aby się poddać? Raczej nie, jeśli mnie się tu uda, uda się każdemu. Według długoterminowych prognoz pogody najbliższy skromny deszcz ma spaść za tydzień. Opady na poziomie 0.1 mm nie są w stanie nawet wsiąknąć w hydrofobowy (nieprzepuszczający wody) piasek. Dzięki półksiężycom spływająca po skarpie woda ma szanse zatrzymać się i wsiąknąć. Z utęsknieniem czekać będę na deszcz, aby zobaczyć to w praktyce.
Efekt końcowy jest fajny, ale czy zadziała? Przekonamy się za kilka miesięcy. Tymczasem, już następnego poranka przekonałem się, że włóczące się po okolicy wiejskie Burki rozgrzebały ściółkę słomianą znacząco. I co, walczyć z tym? Grodzić się? Siedzieć za drutami we własnoręcznie stworzonym więzieniu? Jeszcze spróbuję się przed tym bronić ... choć zwykle innym doradzam, aby od tego zaczynali ... No ale, nie każdy przecież graniczy z rezerwatem ... W nagrodę, trzy daniele weszły niemal na podwórko - małe, ale urocze stadko.
Zdecydowana większość roślin trafia na północną stronę Zapłotka, czyli ogródka poza podwórkiem. Chcę mieć tam pas chroniący od wiatrów, blokujący napór sosen i dodający żyzności. Plusem będą plony jadalnych owoców, na przykład z rokitników. Te, które sadziłem w poprzednich latach jeszcze nie owocują. Jeśli się jednak uwzględni, że uznawana powszechnie za gatunek inwazyjny czeremcha amerykańska zaowocowała w Ostoi w wieku 10+, nie należy tracić nadziei, ani spieszyć się tym bardziej. Sadzę gęsto, zdając sobie sprawę, że jeśli połowa się przyjmie, to będzie sukces. Powinienem to robić zeszłej jesieni, ale niestety tradycyjny okres sadzenia przeleciał mi koło nosa. Próbuję teraz, jak to się mówi "rzutem na taśmę", nadrobić. Półtora dnia pracy i wiadra puste, grzbiet i dłonie przypominają o swej obecności, ale za to do jesieni mam spokój z tego typu pracami.
Miałem się następnie zająć stolarką, ale brak wody w glebie zmienił moje plany. "Parszywa Dwunastka", czyli nowe grządki przeschły w czasie mojej nieobecności do szczętu. Ponieważ nieuchronnie zbliża się czas, kiedy trafią na nie rośliny, postanowiłem założyć nawadnianie. W Ostoi do tej pory testowałem taśmy, węże zraszające i linie kroplujące, teraz przyszła pora na kroplospływy. Pozwalają one podać wodę bardzo precyzyjnie, dokładnie w miejsce, w które chcemy, bez ograniczeń stałym dystansem między kroplownikami. Nieco ponad sto rurek, dziesiątki złączek i spędzony na słoneczku dzień zaowocował udaną próba - kroplospływy działają prawidłowo, a rośliny ocenią, czy im to odpowiada. Fajne jest to, że krople trafiają do ziemi tak głęboko, jak głęboko umieści się "lancę" kroplospływu, woda nie paruje więc tak szybko, gdyż trafia od razu kilka(naście) centymetrów wgłąb.
Rzutem na taśmę, sadzę kilka testowych roślin i sieję nieco nasion, aby sprawdzić, jak zachowują się grządki, zanim posadzę na nich rośliny ciepłolubne w drugiej połowie maja. Nie chce mi się wierzyć, jak szybko te grządki obeschły, z drugiej strony doskonale wiem, że wynoszenie grządek ma sens tylko tam, gdzie solidnie pada. Po dwóch suchych latach i trzecim roku zaczynającym się jak opowieść z cyklu "sorry, taki mamy klimat" zaczynam się skłaniać ku bardziej efektywnym strategiom użycia wody, ale spróbuję jeszcze powalczyć z tymi grządkami, wszak sezon na dobre się jeszcze nie zaczął i może wreszcie spadnie deszcz ...

Czy nie ma tu jednakże niekonsekwencji? Wszak jedną z podstawowych strategii oszczędzania wody jest zmniejszanie jej parowania poprzez ściółkowanie, a jak uważni czytelnicy wiedzą, w Ostoi wszystko też ściółką stoi? Szok i niedowierzanie - grządki łyse jak po depilacji. W tym szaleństwie jest jednak metoda - brak ściółki i wzruszony (nie pełen uczuć, ale przekopany) grunt to sygnał dla chwastów wszelkiej maści do kiełkowania (dlatego działkowicze walczą z chwastami latami). Chcę aby "wszystko" teraz właśnie wykiełkowało, aby usunąć niepożądane roślinki gdy są bardzo młode i świetnie widoczne. Ściółkowanie rozpocznę natychmiast po obsadzeniu grządek, w końcu maja tych grządek nie poznacie. Przy okazji, na tych grządkach idealnie widać, jak ze wszech stron atakuje las - co rano, na gładkim dywaniku kompostu na powierzchni grządki znajduję nasiona sosen, które wiatr raczył przynieść zza płotu. I jak pisał w powieści "Wielki las" nieodżałowany Zbigniew Nienacki, "Pojął Horst Sobota, że człowiek jest niczym wobec mocy leśnych i że on sam, choć jeszcze nie stracił domu - kiedyś przegra z lasem nieodwołalnie. Ponieważ człowiek żyje krótko, a las jest wieczny. ", tak i ja sądzę, że nie będzie nas, będzie las.
Aby wnieść nutkę optymizmu do tego wpisu donoszę, że żonkile i szafirki nie zawiodły. Po przekwitłych już krokusach teraz one cieszą oko, rozrzucone po krawędziach ścieżek. Na spirali ziołowej widać rozmaryn i szałwię w dobrej kondycji, zima więc im nie zaszkodziła. Spirala coraz mocniej zarasta i znów mam dylemat, czy interweniować. Po ubiegłym "roku bluszczyka kurdybanka" nadszedł rok krwawnika, który usiłuje zdominować spiralę. Na pewno będę musiał wreszcie się wziąć za trawy, bo tych na spirali nie chcę, a ich przybywa.
Pod lipą, od północy, czyli w ciągłym cieniu, niebieszczą się dumnie syberyjskie cebulice, a towarzyszy im kokorycz, narcyzy i barwinki. Tulipany do zakwitnięcia potrzebują jeszcze nieco czasu, ale niedużo. Jest ładnie, ale nienachalnie ładnie. Taki to już urok nieposiadania rabat roślin ozdobnych, a raczej wplatania ich bezładnie w inne nasadzenia. Wszystkie wiklinowe płotki ozdabiające Ostoję uległy samoczynnej biodegradacji, czyli mówiąc po ludzku, rozpadły się. Gdybym miał wierzbę lub wiklinę, pokusiłbym się o zrobienie nowych, a tak mam dylemat - kupić nowe, czy nie? Wymiana płotków co 4 lata mi się nie uśmiecha, zastanowię się nad czymś trwalszym. Wszędzie, gdzie to możliwe staram się mieć "miękką krawędź", czyli granicę wyznaczoną przez rośliny (temu służą między innymi obwódki z żonkili", ale gdzieniegdzie element nieożywiony też cieszy oko.
Kilka dni temu w południowym krańcu Polski podziwiałem kwitnące dosłownie niemal wszystko. Dziś w Ostoi podziwiam pierwszą i jedyną śliwkę, która chwali się przed światem swymi delikatnymi płatkami. Jagody kamczackie oczywiście również kwitną - obficie, ale nie tak spektakularnie. One zawsze pierwsze zaczynają sezon i coraz lepiej owocują. Cieszy mnie bardzo obecność bardzo dużej liczby murarek, skaczących z kwiatka na kwiatek, jest też nieco trzmieli i pszczół miodnych. Żurawie drą dzioby zapamiętale, a wielkie gołębie grzywacze grzebią przy gnieździe wśród młodych sosen. Pierwszy zaskroniec uciekł przed strumieniem wody z węża skierowanym pod kwitnące karagany. Pewnie nie pamięta, żeby ktoś go kiedyś oblał przed Lanym Poniedziałkiem, jak i ja nie pamiętam, żebym kiedykolwiek o tej porze roku musiał podlewać ogród.