poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Szok i niedowierzanie

 Po dniach w podróży przeplatanych dniami w mieście, Ostoja doczekała się wreszcie swojej kolejki. Wpadłem na trzydniówkę. Nie sam, z ponad półtorej setki drzewek i krzewów motylkowych, oraz innych wiążących azot z powietrza. Karagana syberyjska, moszenki południowe, oliwnik, rokitnik i robinia, wszystko czekające, by pójść do piachu. Dosłownie, nie w przenośni. Jesień, zima i wiosna do tej pory są nadzwyczaj suche, to i piaski Ostoi przypominają więc nieco piaski pustyni. Nowe nasadzenia będą musiały mocno się starać, aby przeżyć, pomimo mojej doraźnej pomocy. Jeżeli nic się nie zmieni, jeśli nie zacznie solidnie padać, zapowiada się bardzo trudny hydrologicznie rok.

Kontynuuję próby obsadzenia roślinnością suchej, erodującej, południowej skarpy, gdzie jak w piosence Bajmu, "tylko piach, suchy piach". Tym razem chcę spróbować techniki "rybiej łuski", która pozwala gromadzić wodę gdy pada, na okres suszy. Woda spływająca ze stoku ma się zatrzymać w piaszczystym półksiężycu, wsiąknąć w wał i być dostępną dla korzeni, gdy wokół wszystko wyschnie. Pora na praktyczne zastosowanie technik pustynnych chyba właśnie nadeszła. Jeżeli w kwietniu gleba jest sucha na głębokość szpadla, to wiedz, że coś jest nie tak.

Dziesięć litrów wody wlane do półksiężyca znika w przeciągu minuty. Równie dobrze można by gospodarować na plaży na Helu. Czy to jednak powód, aby się poddać? Raczej nie, jeśli mnie się tu uda, uda się każdemu. Według długoterminowych prognoz pogody najbliższy skromny deszcz ma spaść za tydzień. Opady na poziomie 0.1 mm nie są w stanie nawet wsiąknąć w hydrofobowy (nieprzepuszczający wody) piasek. Dzięki półksiężycom spływająca po skarpie woda ma szanse zatrzymać się i wsiąknąć. Z utęsknieniem czekać będę na deszcz, aby zobaczyć to w praktyce.

Rokitnik już w piachu. Zeszłoroczne liście jako magazyn organicznej materii na dno dołka, na to dwie warstwy kartonu, sporo wody, ale tylko teraz, przy sadzeniu. Na to warstwa zrębek do wewnątrz półksiężyca i stara słoma na zewnątrz. Kolejne rybie łuski będą wypełniać przestrzenie pomiędzy dziś zrobionymi, jeżeli padać będzie na tyle solidnie, że woda z półksiężyców zacznie się przelewać, zbierać ją będą położone niżej "wykopaliska".


Efekt końcowy jest fajny, ale czy zadziała? Przekonamy się za kilka miesięcy. Tymczasem, już następnego poranka przekonałem się, że włóczące się po okolicy wiejskie Burki rozgrzebały ściółkę słomianą znacząco. I co, walczyć z tym? Grodzić się? Siedzieć za drutami we własnoręcznie stworzonym więzieniu? Jeszcze spróbuję się przed tym bronić ... choć zwykle innym doradzam, aby od tego zaczynali ... No ale, nie każdy przecież graniczy z rezerwatem ... W nagrodę, trzy daniele weszły niemal na podwórko - małe, ale urocze stadko.

Zdecydowana większość roślin trafia na północną stronę Zapłotka, czyli ogródka poza podwórkiem. Chcę mieć tam pas chroniący od wiatrów, blokujący napór sosen i dodający żyzności. Plusem będą plony jadalnych owoców, na przykład z rokitników. Te, które sadziłem w poprzednich latach jeszcze nie owocują. Jeśli się jednak uwzględni, że uznawana powszechnie za gatunek inwazyjny czeremcha amerykańska zaowocowała w Ostoi w wieku 10+, nie należy tracić nadziei, ani spieszyć się tym bardziej. Sadzę gęsto, zdając sobie sprawę, że jeśli połowa się przyjmie, to będzie sukces. Powinienem to robić zeszłej jesieni, ale niestety tradycyjny okres sadzenia przeleciał mi koło nosa. Próbuję teraz, jak to się mówi "rzutem na taśmę", nadrobić. Półtora dnia pracy i wiadra puste, grzbiet i dłonie przypominają o swej obecności, ale za to do jesieni mam spokój z tego typu pracami.

Miałem się następnie zająć stolarką, ale brak wody w glebie zmienił moje plany. "Parszywa Dwunastka", czyli nowe grządki przeschły w czasie mojej nieobecności do szczętu. Ponieważ nieuchronnie zbliża się czas, kiedy trafią na nie rośliny, postanowiłem założyć nawadnianie. W Ostoi do tej pory testowałem taśmy, węże zraszające i linie kroplujące, teraz przyszła pora na kroplospływy. Pozwalają one podać wodę bardzo precyzyjnie, dokładnie w miejsce, w które chcemy, bez ograniczeń stałym dystansem między kroplownikami. Nieco ponad sto rurek, dziesiątki złączek i spędzony na słoneczku dzień zaowocował udaną próba - kroplospływy działają prawidłowo, a rośliny ocenią, czy im to odpowiada. Fajne jest to, że krople trafiają do ziemi tak głęboko, jak głęboko umieści się "lancę" kroplospływu, woda nie paruje więc tak szybko, gdyż trafia od razu kilka(naście) centymetrów wgłąb.

Rzutem na taśmę, sadzę kilka testowych roślin i sieję nieco nasion, aby sprawdzić, jak zachowują się grządki, zanim posadzę na nich rośliny ciepłolubne w drugiej połowie maja. Nie chce mi się wierzyć, jak szybko te grządki obeschły, z drugiej strony doskonale wiem, że wynoszenie grządek ma sens tylko tam, gdzie solidnie pada. Po dwóch suchych latach i trzecim roku zaczynającym się jak opowieść z cyklu "sorry, taki mamy klimat" zaczynam się skłaniać ku bardziej efektywnym strategiom użycia wody, ale spróbuję jeszcze powalczyć z tymi grządkami, wszak sezon na dobre się jeszcze nie zaczął i może wreszcie spadnie deszcz ...


Czy nie ma tu jednakże niekonsekwencji? Wszak jedną z podstawowych strategii oszczędzania wody jest zmniejszanie jej parowania poprzez ściółkowanie, a jak uważni czytelnicy wiedzą, w Ostoi wszystko też ściółką stoi? Szok i niedowierzanie - grządki łyse jak po depilacji. W tym szaleństwie jest jednak metoda - brak ściółki i wzruszony (nie pełen uczuć, ale przekopany) grunt to sygnał dla chwastów wszelkiej maści do kiełkowania (dlatego działkowicze walczą z chwastami latami). Chcę aby "wszystko" teraz właśnie wykiełkowało, aby usunąć niepożądane roślinki gdy są bardzo młode i świetnie widoczne. Ściółkowanie rozpocznę natychmiast po obsadzeniu grządek, w końcu maja tych grządek nie poznacie. Przy okazji, na tych grządkach idealnie widać, jak ze wszech stron atakuje las - co rano, na gładkim dywaniku kompostu na powierzchni grządki znajduję nasiona sosen, które wiatr raczył przynieść zza płotu. I jak pisał w powieści "Wielki las" nieodżałowany Zbigniew Nienacki, "Pojął Horst Sobota, że człowiek jest niczym wobec mocy leśnych i że on sam, choć jeszcze nie stracił domu - kiedyś przegra z lasem nieodwołalnie. Ponieważ człowiek żyje krótko, a las jest wieczny. ", tak i ja sądzę, że nie będzie nas, będzie las.


 Aby wnieść nutkę optymizmu do tego wpisu donoszę, że żonkile i szafirki nie zawiodły. Po przekwitłych już krokusach teraz one cieszą oko, rozrzucone po krawędziach ścieżek. Na spirali ziołowej widać rozmaryn i szałwię w dobrej kondycji, zima więc im nie zaszkodziła. Spirala coraz mocniej zarasta i znów mam dylemat, czy interweniować. Po ubiegłym "roku bluszczyka kurdybanka" nadszedł rok krwawnika, który usiłuje zdominować spiralę. Na pewno będę musiał wreszcie się wziąć za trawy, bo tych na spirali nie chcę, a ich przybywa.

Pod lipą, od północy, czyli w ciągłym cieniu, niebieszczą się dumnie syberyjskie cebulice, a towarzyszy im kokorycz, narcyzy i barwinki. Tulipany do zakwitnięcia potrzebują jeszcze nieco czasu, ale niedużo. Jest ładnie, ale nienachalnie ładnie. Taki to już urok nieposiadania rabat roślin ozdobnych, a raczej wplatania ich bezładnie w inne nasadzenia. Wszystkie wiklinowe płotki ozdabiające Ostoję uległy samoczynnej biodegradacji, czyli mówiąc po ludzku, rozpadły się. Gdybym miał wierzbę lub wiklinę, pokusiłbym się o zrobienie nowych, a tak mam dylemat - kupić nowe, czy nie? Wymiana płotków co 4 lata mi się nie uśmiecha, zastanowię się nad czymś trwalszym. Wszędzie, gdzie to możliwe staram się mieć "miękką krawędź", czyli granicę wyznaczoną przez rośliny (temu służą między innymi obwódki z żonkili", ale gdzieniegdzie element nieożywiony też cieszy oko.

Kilka dni temu w południowym krańcu Polski podziwiałem kwitnące dosłownie niemal wszystko. Dziś w Ostoi podziwiam pierwszą i jedyną śliwkę, która chwali się przed światem swymi delikatnymi płatkami. Jagody kamczackie oczywiście również kwitną - obficie, ale nie tak spektakularnie. One zawsze pierwsze zaczynają sezon i coraz lepiej owocują. Cieszy mnie bardzo obecność bardzo dużej liczby murarek, skaczących z kwiatka na kwiatek, jest też nieco trzmieli i pszczół miodnych. Żurawie drą dzioby zapamiętale, a wielkie gołębie grzywacze grzebią przy gnieździe wśród młodych sosen.  Pierwszy zaskroniec uciekł przed strumieniem wody z węża skierowanym pod kwitnące karagany. Pewnie nie pamięta, żeby ktoś go kiedyś oblał przed Lanym Poniedziałkiem, jak i ja nie pamiętam, żebym kiedykolwiek o tej porze roku musiał podlewać ogród.

niedziela, 24 marca 2019

Gospodarka, planowanie i Termos


W Ostoi nadeszła pora na wiosenne porządki. Zaczynam od zagospodarowania "ścinków" z lipy, których hałdy piętrzą się na podwórku. Najpierw układam w stos grube pieńki, pocięte na wymiar do pieca. Będą wstępnie obsychać na świeżym powietrzu, zanim trafią do drewutni, gdzie najzwyczajniej brakuje miejsca. Następnie szykuję swój mały rębak i biorę się za stertę najcieńszych gałązek. Mielę wszystko, co jestem w stanie umieścić w rębaku, czyli gałęzie o średnicy do około czterech centymetrów. Rębak tnie gałęzie na drobne zrębki, doskonałe do ściółkowania, szczególnie w donicach i uprawowych workach. Są one relatywnie bogate w azot i nie zdąży się w nich przed umieszczeniem w donicach zagnieździć żadna grzybnia, co tu akurat jest zaletą.

Uporawszy się wstępnie ze zrębkami, biorę się za średni kaliber - gałęzie za grube do zrębkowania, ale za małe, by nazwać je pniami. Tnę je na w miarę równe kawałki i buduję z nich osobną stertę. Pomyślę, jak je wykorzystać. Może użyję jako słupków do obwódek, może ułożę na płask na ścieżkach, może kilka przerobię na łyżki, a może jednak będzie z nich opał? Na razie mają po prostu zniknąć z podwórka, wożę więc je taczką i układam przy płocie od południa, niech tam sobie schną.


Wracając z pustą taczką zostaję niespodziewanie obdarowany - z największej na terenie Ostoi brzozy spada mi pod nogi gałąź z ogromną kulą jemioły. Kula wypełnia całą taczkę. Zastanawiam się, czy ją w ogóle taszczyć na podwórko, bo jagódki są jakieś takie przywiędłe, nie jestem pewien, czy jemioła nadaje się jeszcze na surowiec zielarski. Szukam gorączkowo w pamięci informacji o jemiole, z tego co z odmętów wspomnień udało mi się wyłowić wynika, że jemioła najlepsze właściwości ma świeża, oraz że nie bardzo mam jak ją przerobić na coś sensownego - intrakt czy maść. Ponieważ czas mnie goni, a pracy jeszcze wiele, zawieszam po prostu kulę jemioły pod sufitem w szopie, niech się pod nią na razie myszy całują.

Uporawszy się z gałęziami, wracam do zrębek. Napełniam nimi taczkę i wykonuję kursy do leśnego ogrodu. Postanowiłem bowiem bardzo cienką ich warstwą zasilić posadzone jesienią drzewka. Takie świeże zrębki mają kilkakrotnie więcej wartości odżywczych niż stare, a najbardziej się z nich ucieszą nie tyle drzewka, co grzybnia. I właśnie aby grzybnia w glebie miała co jeść, rozprowadzam nowe zrębki cieniutko na starych. Po wykonaniu tego zabiegu pozostaje mi nadal sterta zrębek wystarczająca do wyściółkowania wszystkich planowanych worków uprawowych i donic, choć być może te ostatnie jednak będę ściółkował słomą.

W przerwie na kawę zaczynam się zastanawiać nad tym, co uprawiać na nowych grządkach stopy kwadratowej, nazwanych przeze mnie "Parszywą Dwunastką" (od ich powierzchni - 12 metrów kwadratowych w sumie, oraz parszywej pogody przy jakiej powstawały). Siadam z kawką na przyzbie, z laptopem na kolanach i pracowicie "przestawiam klocki" w Garden Plannerze. Z wolna wyłaniać się zaczyna pozorny galimatias upraw, który jednak ma (nie tak głęboko zresztą) ukryty sens. Dobre sąsiedztwo roślin jest tu równie ważne jak preferencje kulinarne, oduczyłem się bowiem uprawiać to, czego po prostu nie jemy. Czas jest jednak chyba najważniejszym czynnikiem, staram się tak sadzenie i siewy zaplanować, abym dał radę przygotować rozsady, wysiać co trzeba wprost do gruntu, i jeszcze przy tym nie wyciągnąć kopyt jak koń po westernie. Plan jest na razie wstępny, bo przerwa na kawę krótka, ale daje już mi mniej więcej pojęcie ile, czego, gdzie i jak.

Gdy tak latam z taczką po Ostoi, na nowych kostkach słomy jeszcze niezasiedlonych oczywiście przez żadne rośliny, testuje się w słońcu moja najnowsza mini kuchnia solarna. Jest to konstrukcja banalnie prosta - szklany, wydłużony wkład do termosu, do którego wsuwa się rynienkę z produktami do gotowania, z tyłu otoczony cieniutką blachą odblaskową. Cała konstrukcja jest dosyć byle jaka i prymitywna, jednak moje wielkie zamiłowanie do gotowania na słońcu, o którym już tu niejednokrotnie pisałem, sprawia, że niecierpliwie czekam na wstępne wyniki testu.

Wstyd powiedzieć, ale premiera "Termosu" (nazwijmy sobie tak tą kuchnię roboczo) polega na ugotowaniu ... wody, bo szczerze mówiąc, nie mam głowy ani czasu aby bawić się w coś jeszcze. Poza tym, wypada konstrukcję solidnie wyparzyć i wypłukać, zanim umieści się w niej jedzenie. Pomimo dosyć silnego wiatru i nie najmocniejszego jednak marcowego słońca, po kilkunastu minutach, gdy ponownie zaglądam do kuchni, woda wrze. Wysuwam rynienkę i kieruję na nią wiązkę bezdotykowego termometru - blaszana powierzchnia nagrzała się do 120-130 stopni. Jest to wynik doskonały jak na początek, myślę, że z Termosu często będę korzystać do nieco bardziej wyrafinowanych zadań kulinarnych, a gdy tylko to uda mi się zrobić, to oczywiście zdam Wam tutaj niezwłocznie relację.

poniedziałek, 18 marca 2019

Trudne wybory


Przyjechałem na trzy dni do Ostoi, mając w planach trzy prace do wykonania - dosadzenie czosnku niedźwiedziego, dokończenie grządek stopy kwadratowej (SFG) oraz wysianie wszystkiego, czego plonem jest liść i co się nadaje do siewu w marcu. Przyjechałem wczesnym rankiem i choć z pozoru wszystko wyglądało dobrze, zacząłem odczuwać jakiś podświadomy niepokój. Rozpaliłem w piecu, przebrałem się w ciuchy robocze, wyładowałem z auta wszystkie dobra przywiezione z miasta i postanowiłem udać się na obchód "Strefy 1", czyli podwórka.

Nie zaszedłem daleko - tuż obok szopy znalazłem solidną wyrwę w liniach obronnych Ostoi. Przęsło starego płotu runęło pod naporem wiatru, zapraszając do środka wszystkich leśnych mieszkańców. Zamiast więc sadzić czosnki, przystąpiłem do pracy przy płocie. Najpierw odzyskałem wszystkie stare sztachetki, udało mi się nie stracić ani jednej. Belki poziome były niemal całkowicie przegniłe, resztek użyłem jako "ściółki" pod drzewko owocowe. Dobre pół godziny zajęło mi "odgruzowanie" wiaty, gdzie w ciemnych czeluściach spoczywa zapas belek i sztachet. Gdyby go nie było, sytuacja byłaby nie do pozazdroszczenia.

Postanowiłem zrobić nowe przęsło z nowymi sztachetkami, aby w tym miejscu mieć spokój na dłużej. Trzy ulewy później, nowy płotek cieszył oko, wyraźnie odcinając się od dwóch sąsiadów, mniej lub bardziej bliskich zawalenia. Wzrósł natomiast zapas starych sztachet, które (odpukać) wykorzystam, gdy kolejny podobny przypadek zmusi mnie do zmiany planów. Zakończywszy pracę przy płocie, stwierdziłem, że niepokój zmalał, ale całkiem nie ustąpił. Silny wiatr przynosił odgłosy trzeszczenia, dochodzące z okolic lipy - weteranki.

O ratowaniu lipy pisałem wielokrotnie, niestety pisałem też o nieskuteczności tych działań, i wynikających z tego konsekwencjach. Zeszłoroczny upadek części drzewa wyczulił mnie na potencjalne konsekwencje upadku reszty na pobliskie obiekty na podwórku. Resztki potężnego, wypróchniałego pnia wydawały potępieńcze dźwięki gdy silny wiatr hulał w ogołoconej z liści i już  wielokrotnie przycinanej koronie drzewa. Jeżeli wiatr tak miota bezlistną koroną, co będzie, gdy pokryje się ona listowiem? Trudny wybór, ale telefon do arborysty był jedynym wyborem.
Wkrótce na drzewie pojawił się człowiek-mucha i z niezwykłą wprawą dokonał zabiegów chirurgicznych mających na celu przedłużyć żywot drzewa jeszcze choć o kilka lat. Nad każdym cięciem zastanawialiśmy się, dyskutując zawzięcie, ocierając się niemal o doktorat z fizyki z elementami materiałoznawstwa, starając się permakulturowo osiągnąć maksimum bezpieczeństwa przy minimum cięć.

W efekcie, po czwartej na przestrzeni ostatnich lat interwencji, lipa która w przeszłości jak u mistrza Jana z Czarnolasu "choć się najwysszej wzbije", górowała zdecydowanie nad sąsiednimi drzewami podwórka, stała się teraz smutnym karzełkiem, miejmy nadzieję, że nie reakcji. Myślę, że zabiegi jakich dokonaliśmy uchronią resztki pnia przed rozerwaniem, zacznie też teraz odbudowywać koronę. Póki co jednak, wzrok muszę trzymać nieco spuszczony, aby obrazy dokonanego po raz kolejny spustoszenia nie wpędziły mnie w jakiś nałóg groźniejszy niż ogrodnictwo. Pocieszeniem jest tylko to, że każda najmniejsza część ściętej lipy zostanie zagospodarowana - najcieńsze gałęzie zostaną zmielone na zrębki, grubsze nieco zużyte na kołki do ogrodowych obrzeży, najgrubsze (o ile znajdę na to czas) może posłużą do rękodzieła, a wszystko co zostanie i wyschnie porządnie, posłuży za opał, z którego popiół użyźni ogród.

Przy okazji, gdy zajmowałem się uprzątaniem pieńków, gałęzi i gałązeczek, segregując je na pryzmy według zastosowania, przypałętał się Gość. Wsadził głowę przez płot na podwórko, trudno więc go było zignorować. Gdy chytre oczka biegały na prawo i lewo, notując w umyśle wszystko i inwentaryzując niemal podwórko, umysł coś intensywnie przetwarzał, co owocowało rosnącą bruzdą dzielącą czoło w płaszczyźnie zbliżonej do południka. Od słowa do słowa, Gość wreszcie wyartykułował istotę dręczącej go kwestii - dlaczego i po co męczę się ja z tymi gałązkami, wszak nic to nie warte, nie opłaca się i najlepiej to wyp... do lasu. Chcąc szybko wrócić do pracy, stwierdziłem, że dyskusja o Zero Waste może się przeciągnąć, użyłem więc pierwszego argumentu jaki przyszedł mi na myśl ... że żona mi kazała. Gość spojrzał z ukosa, pokiwał głową, uśmiechnął się ze zrozumieniem, pożegnał miło i odszedł, zajrzeć za kolejne płoty na swej drodze do Canossy, która zapewne czekała na niego w domu.

Uporawszy się z niezaplanowanymi zadaniami, zacząłem sadzić czosnki, co pozwoliło mi podziwiać krokusy. Co roku dosadzam zwykle 50 cebulek, plus nieco żonkili i co się tam jeszcze pod rękę nawinie, dzięki czemu (i permakulturowej regule "Zaczynaj od rzeczy małych i powoli") z każdym rokiem wiosna wita mnie  "szlaczkami" kwiecia, z każdym rokiem rozciągającymi się dalej wzdłuż ścieżek. Wolę takie podejście niż jednorazowe posadzenie tysięcy i monotonię na następnych lat wiele.

W nowym ogródku stopy kwadratowej uzupełniłem wierzchnią warstwę o najlepszy posiadany kompost, bo jednak w świeżo założonych grządkach wszystko z czasem osiada. Pierwszy raz zaobserwowałem takie zjawisko, że podłoże osiadając unosi górną nadstawkę, przez co traci ona poziom. Pozostaje się z tym pogodzić i zadbać, aby podłoże było w miarę poziome. Myślę, że wraz z upływem czasu (po sezonie) wszystko się ułoży, i wtedy przyjdzie czas na korekty. Na razie należy przygotować wszystko do tegorocznych nasadzeń i postarać się, aby pierwszy sezon, ten najtrudniejszy, był udany. Potem już będzie z górki, jak sądzę.

Moja lista rzeczy do zrobienia w Ostoi od jakiegoś czasu stale się wydłuża, wybory stają się zatem coraz trudniejsze. Dobrą wskazówką są zawsze i niezmiennie zasady projektowania permakulturowego, w tym ta, która mówi, że jeśli nie wiesz od czego zacząć, zacznij od wody. Resztki pozostałego mi po walce z płotem, lipą i grządkami czasu poświęcam na wykorzystanie zeszłorocznego systemu nawodnienia do zmienionego w tym roku układu grządek. Okazuje się, że w części słomianokostkowego ogródka aż 75% zeszłorocznej instalacji pasuje jak ulał.  Dodam jeszcze jeden rządek taśmy kroplującej i ta część Ostoi będzie gotowa, aby czekać na maj.

"Rzutem na taśmę" zaglądam do przechowywanych w piwnicy ziemniaków Sarpo Mira. Okazuje się, że kiełkują na potęgę, pomimo że w piwnicy zimno jak w przysłowiowej psiarni (nota bene, co za głupie porównanie?!). Postanawiam więc zaryzykować, pomimo prognoz zapowiadających nocne mrozy na koniec marca), umieszczam po dwa ziemniaczki w wieżach ziemniaczanych, oraz kilka w ogrodzie upraw głównych, w Strefie 2, poza podwórkiem (tak zwany Zapłotek). Sukcesywnie, przy każdej wizycie w Ostoi, będę w różnych miejscach teraz sadził po kilka tych ziemniaków, eksperymentując i obserwując. Jak stali czytelnicy pamiętają, z sześciu otrzymanych sztuk w pierwszym roku udało mi się uzyskać niemal 60, a celem na ten rok jest pomnożyć tych 60 sztuk do sześciuset i osiągnąć ziemniaczaną samowystarczalność. Cel bardzo ambitny, wziąwszy pod uwagę, że wychodzimy ze strefy komfortu na podwórku, ale jak to mówią, kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, i nie je oczywiście własnych kartofelków.
Żywot permakulturowego ogrodnika w moim wykonaniu jako żywo przypomina rosyjską ruletkę, w której na szczęście amunicją są nasiona, bulwy, sadzonki i kłącza. Strach przed porażką jest zawsze paraliżujący, ale lepsze są trudne wybory niż bezczynność. Jak uczy nas statystyka, im więcej wiemy, tym mniej się mylimy, a nigdzie tak szybko nie nabiera się wiedzy i doświadczenia, jak we własnym ogrodzie, testując najbardziej szalone hipotezy. Choć ogrodnicze klęski nasze wiążą się z reguły ze śmiercią części naszych podopiecznych, czyli sadzonych roślin, pamiętajmy o tym, że trudne wybory jakich dokonujemy są niezwykle tożsame z procesami ewolucji, jakimi posługuje się natura. Tylko w taki sposób, balansując na granicy życia i śmierci, ryzyka i rozsądku, wykorzystujemy permakulturowy efekt krawędzi i możemy tworzyć ekosystemy zbliżone w swoim funkcjonowaniu do tych, jakie tworzy natura - bioróżnorodne, stabilne i darzące obfitymi plonami.

czwartek, 28 lutego 2019

Dwanaście metrów kwadratowych

Ostatnie dwa dni lutego udało mi się spędzić w Ostoi, bardzo pracowicie. Kontynuując likwidację starych upraw w kostkach słomy, uprzątnąłem ogródek dyniowy. Położony w jeszcze większym cieniu, zaskoczył mnie pozytywnie przepiękną warstwą żyznej gleby pod kostkami i aktywnymi dżdżownicami. Zdecydowanie szybciej zaszły tu procesy glebotwórcze niż w ogródku poprzednio opisywanym, otrzymującym więcej słońca. O ile tamten ogródek zdecydowałem się jeszcze przez dwa lub trzy sezony prowadzić na kostkach, o tyle tutaj pora na zmiany. Najpierw jednak pieczołowicie odkładam na bok zużyte kostki, jak zwykle w Ostoi, posłużą za ściółkę na innych grządkach i jako źródło "węgla" w kompostowaniu.

Na miejscu słomianych kostek postanowiłem zainstalować grządki wyniesione z obrzeżami z nadstawek na europalety. W odróżnieniu jednak od poprzednich grządek tego typu, te będą miały podwójną wysokość. Zamiast jednej nadstawki na grządkę, użyję dwóch. Tak czy inaczej, pracę trzeba było zacząć od rozplanowania grządek. Teren podwórka delikatnie opada w kierunku północnym, a co za tym idzie, tak też spływa woda deszczowa. Ustawiłem grządki długim bokiem w poprzek spływu wody, co umożliwi lepsze wsiąkanie wody w grunt i zapobiegnie erozji.

Najwięcej czasu zajmuje poziomowanie grządek, chcę, aby każdy rząd idący ze wschodu na zachód był poziomy, ale również aby wierzch grządek trzymał poziom. Aby to osiągnąć, muszę podkopać podłoże pod każdą z nadstawek i pracowicie sprawdzać poziomicą jaki to efekt daje. Przy odrobinie wprawy idzie to dość szybko, ale wymaga cierpliwości, a z tą u mnie różnie. Wiem jednak, że każda minuta spędzona na poziomowaniu zwróci się oszczędnościami czasu i wody przy przyszłym podlewaniu grządek. Jak to mówią "strzelać się z tego nie będzie", jednakże nie dopuszczam do różnic poziomów większych niż centymetr. W kopnym piasku Ostoi i tak jest ryzyko, że obrzeża grządek przesuną się nieco, podczas nierównomiernego osiadania.

Po dwóch dosyć pracowitych dniach w Ostoi, gdy z wolna zapada zmierzch, spoglądam na dwanaście metrów kwadratowych żyznych, głębokich, wygodnych w obsłudze grządek. Obecnie wypełnione są one na zasadzie "lasagna" - warstwami materii organicznej - liści, odpadów kuchennych, słomy, siana, kompostu bokashi, kompostu z kompostownika. Będą się "układać" przez kilka tygodni, po czym otrzymają dwie ostatnie warstwy - przesianego kompostu i ściółki. Planuję zacząć obsadzać te grządki dopiero po 1 maja, także będą miały czas nieco "wewnętrznie się przetrawić, choć nie jest to niezbędne. Mam nadzieję, że będą to jedne z lepiej plonujących grządek w Ostoi, ale oczywiście jak zwykle, życie te nadzieje zweryfikuje.

Na grządkach tego samego typu, ale pojedynczych, założonych w zeszłym roku, zaczynają wychodzić czosnki. Przetrwały nocne mrozy do minus siedmiu z lekkimi tylko uszkodzeniami. Na innych zaczyna się plenić gwiazdnica, smaczna zielenina wczesnowiosenna, samoczynnie rosnąca. O ile pamiętacie opisywane w zeszłym roku grządki obsiane koniczyną i żytem ozimym, to te koniczynowe są przepięknie zarośnięte, podczas gdy te z żytem ozimym wyglądają w przybliżeniu tak, jak jesienią. Jak to mówią, nic to, jeszcze to żyto może ruszy...

W leśnym ogrodzie wychylił się pierwszy krokus, pokazując siłę mikroklimatów. W glebie Ostoi są setki cebulek, niektóre od lat, niektóre ostatniej jesieni sadzone. Przeważnie te starsze pokazują się jako pierwsze, ale tutaj wystawił się do słonka egzemplarz posadzony jesienią. Jest w miejscu, gdzie pada więcej słońca i ziemia rozmarza najszybciej. To dobra wskazówka, aby miejsce to w upalne lato częściej lub mocniej podlewać, o ile zajdzie taka konieczność. Bo krokus nie jest oczywiście "sobie a muzom", jest częścią gildii drzew owocowych w leśnym ogrodzie. I podczas gdy niemal cała gildia jeszcze śpi, to krokus już cieszy oko i czeka na pierwsze trzmiele i pszczoły.

Jeszcze "rzutem na taśmę"postanawiam zajrzeć do donic podsiąkowych. Wiem, że one odmarzają najszybciej i że dla nich zasadniczo nadchodzi czas pierwszych siewów. Już w pierwszej czeka mnie niespodzianka - plon marchewek we wcale dobrej kondycji. Miałem je zebrać w ... październiku, ale cóż, nie dałem rady. Zbieram więc marchewki teraz, oczyszczam lekko wierzchnią warstwę gleby i bez jakiegokolwiek uzupełniania kompostem, już niemal po ciemku, wysiewam kilkadziesiąt nasion rzodkiewki. Uda się, albo nie w zależności od pogody. Nic mnie to nie kosztuje, poza dwoma minutami pracy, warto więc zaryzykować.

Podsumowując dwa ostatnie dni mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że przepracowałem je solidnie. Dwanaście metrów kwadratowych nowych grządek wydaje się niezbyt oszałamiającą powierzchnią, jeśli się jednak weźmie pod uwagę, że mieszczą one prawie 4 metry sześcienne materiału, to troszkę jest przy ich zakładaniu roboty. Odpocząłem psychicznie i od internetów, posłuchałem żurawi i kruków, skomasowałem ze dwa tygodnie wizyt na siłowni w nieco mniej niż dwie doby, no i znalazłem figlarną marchewkę, a to nie byle co!

piątek, 15 lutego 2019

Za kwadrans wiosna

Nie, nie, na zdjęciu obok to nie Ostoja w lutym 2019, to przełom lipca i sierpnia 2018 i tak zwane "Kostki Północne", czyli jedna z trzech upraw w kostkach słomy na podwórku Ostoi. Dwa rzędy kostek stały tu dwa lata, trzeci rząd rok, dostarczając pięknych plonów, dwuletnie rozpadły się jednak na tyle, że pora je wymienić. Przekonałem się, że o ile kostki wytrzymują trzy sezony w uprawie pomidorów, o tyle przy uprawie dyniowatych dwa sezony to szczyt ich możliwości. Zwykle wymianę taką przeprowadzałbym w pierwszej dekadzie marca, w tym roku jednak kostki w połowie lutego nie były już skute lodem, zabrałem się więc niezwłocznie do roboty, bo dzień jednak jeszcze krótki.

Kostka po kostce, usuwam sznurki, i "spulchniam" słomę widłami. Nic się tu nie marnuje, cała słoma trafia jako ściółka na pobliskie grządki wyniesione i wał permakulturowy. Praca idzie bardzo szybko, gdy elementy rozmieszczone są strategicznie, czyli blisko siebie. Machając widłami w lutowe południe oddaję się refleksji nad mocami natury, ewidentnie ujawniającymi się pod kostkami słomy, jak również nad tym, że praktycznie wszystko, czego nauczyli mnie moi nauczyciele permakultury, sprawdza się w praktyce na mazowieckich piachach, równie dobrze jak w dalekiej Australii.

"Dajcie mi gołą skałę pośrodku oceanu, a założę na niej ogród" - miał mawiać Bill Mollison, twórca permakultury. Zapewne zaraz po zapewnieniu sobie zbiórki wody deszczowej, zacząłby tą skałę ściółkować, pewnie morskimi glonami. Wróćmy jednak na ziemię, dosłownie. Moc ściółki jest wielka - pozwala organizmom glebowym przekształcać ugór w żyzną glebę. Po lewej moja "gleba" rodzima, czyli niemal czysty piasek. Postawiłem na nim kostki słomy, w których uprawiałem warzywa. Część kostek stała rok, część dwa lata. Efekt widać gołym okiem - pod kostkami zaczęła powstawać ciemna, żyzna, bogata w materię organiczną gleba. Nie jest to proces szybki, ale niewątpliwie widoczny. Pokazuje nam, że bez zwożenia ziemi, kompostu, obornika, torfu czy innych materiałów, można założyć ogród nawet na najmniej urodzajnym ugorze, byle się dogadać z naturą.

Maluczko, a wszystkie stare kostki zostały rozebrane na czynniki pierwsze i trafiły na grządki. Jak zwykle w Ostoi, która eksperymentowaniem stoi (tak, wiem, czerstwy rym), jedne grządki są ściółkowane grubo, inne ledwo-ledwo. Są grządki ściółkowane, zrębkami, sianem, słomą, są też mieszane. Konkluzja jest jedna - każda ściółka działa, zatrzymuje wodę, chroni glebę, żywi mikroorganizmy. Lepsza ściółka byle jaka niż jej brak. W zdecydowanej większości przypadków, oczywiście. Bo jeśli nie radzisz sobie ze ślimakami, to ściółkowanie może tą bezradność znacząco wzmóc. Ale, kończmy dygresje i do rzeczy ...

Tam, gdzie stały stare kostki, za chwilę postawię nowe. Aby mikroflora glebowa nie miała mi za złe urządzonej jej demolki (ostatecznie ich poprzedni dach leży rozrzucony po innych grządkach), zasilam glebę kompostem bokashi, pieczołowicie gromadzonym w kuchennym wiaderku. Ilość odpadków jest symboliczna, ale jakość znacząca. Bokashi zawiera bardzo wiele łatwo przyswajalnych składników odżywczych, powstałych w wyniku beztlenowego rozkładu i fermentacji. Glebę posypuję również popiołem, nie na znak pokuty, a przeciwnie, w nadziei na grzeszne (czyli nieprzyzwoicie obfite) plony.

Na tak przygotowany grunt trafiają trzy rzędy nowych kostek (postanowiłem też wymienić te, które miały rok). Na razie kostki przycisnąłem tylko kilkoma kostkami zapasowymi, po to aby te na spodzie ładnie osiadły i nawiązały łączność z gruntem, co umożliwi ich szybszą kolonizację przez mikroorganizmy glebowe. Do kostek tych wrócę dopiero w połowie kwietnia, aby zacząć przygotowywać je pod ... no właśnie, jeszcze nie wiem. Może nie będą to tym razem dynie, może ogórki? Muszę to przemyśleć, zaplanować, zaprojektować, czasu jest dosyć. Kostki Północne narażone są najbardziej na wiatr i mało słońca mają, tak więc na pewno nie posadzę na nich pomidorów. 

Z kronikarskiego obowiązku śpieszę donieść, że zaczynają z ziemi wychodzić czosnki, zdecydowanie w mojej opinii za wcześnie. Jeszcze będzie mróz w tym roku, zobaczymy jak to zniosą. Klucz ponad trzydziestu gęsi przeleciał nad podwórkiem, nie zdążyłem jednak ich uwiecznić. Żurawie drą dzioby nieustannie, a w leśnym ogrodzie zaczynają się pokazywać miniaturowe, pierwsze tegoroczne pokrzywy. Będzie z nich jak co roku bomba witaminowa w postaci zaparzonej herbatki. Kruki noszą gałęzie na gniazda, w oczku wodnym brak lodu, czyżby jednak wiosna pukała do drzwi?

niedziela, 27 stycznia 2019

Styczeń, styczeń i po styczniu

Obserwując Ostoję na przestrzeni lat, z przykrością muszę stwierdzić, że styczeń jest coraz mniej zimowy. Śniegu jak na lekarstwo, praktycznie w tym roku nie zdarzyło się, aby śnieg przykrył wszystko na podwórku. Z rozrzewnieniem wspominam zimę 2013, kiedy to nawet krzewów owocowych nie było widać spod grubej warstwy puchu. Każdy rodzaj zimy wolę od mroźnej i bezśnieżnej, po takiej zimie straty w ogrodzie są największe, gdyż gleba bez śnieżnej kołderki zdecydowanie głębiej przemarza. No ale cóż zrobić - sorry, taki mamy klimat, coraz cieplejszy.

Łąki w dolinie Rawki też straszą zeschłą trawą i badylami, jedynie zamarznięte starorzecza odcinają się bielą od szarego nieba. Na dziewiczym śniegu widać świetnie tropy, ze smutkiem jednak stwierdzam, że głównie psów. Stara zajęczyca kryje się w moim młodniku, zerka na mnie ciekawie i dopiero po dłuższej chwili niespiesznie się oddala. Brak tropów dzików, a w grudniu było ich mnóstwo. Czyżby efekt weekendowych masakr? Chcę wierzyć, że to tylko chwilowe, że pogoda skłoniła zwierzynę do ukrycia się w głębi lasu, że gdy pogoda się zmieni, powróci na łąki.

Znajduję ślad bobra, który wyrył w śniegu korytarz od rzeki do jeziorka. Sprytnie wykopał też tunel w ziemi, pozwalający mu wsunąć się pod taflę lodu. Do tej pory bobry utrzymywały raczej niezamarznięte otwory w tafli, ten budowniczy jednak wybrał ciekawsze rozwiązanie. Spore grupki sikorek buszują po krzakach, z wigorem atakują też karmniki w Ostoi, szczególnie te napełnione nasionami czarnego słonecznika. Dzięcioł założył "kuźnię" na lipie, rośnie pod nią stos znoszonych przez niego szyszek. Gdy za bardzo nie pada, zajmuję się przycinaniem drzew i budową bardzo prowizorycznego ogrodzenia, które ma zasadniczo jedynie poinformować grzybiarzy, że nie są u siebie, musi natomiast pozwalać poruszać się swobodnie zwierzynie.

Spacerując, rozglądam się za wiszącymi jeszcze na drzewach, krzewach i innych roślinach nasionami. Tym sposobem zebrałem między innymi spora ilość nasion wiesiołka i wierzbówki kiprzycy. Pierwszy raz w tym roku zwróciłem uwagę na surmię, czyli katalpę, drzewo bardzo ładne i cenne. Przyniosłem garść jego strąków, pozwoliłem im przeschnąć, a następnie wyłuskałem całą masę nasion. Podobno wymagają chłodnej stratyfikacji, poleżą więc w zimnej piwnicy do marca, a potem spróbuję wyhodować z nich sadzonki surmii. Mam w Ostoi tylko jedną, jak na razie nie chce rosnąć, ale jak niemal prawie wszystko tutaj - pierwszych kilka lat słabuje, a dopiero później daje czadu.


W ogrodzie, gdy przez kilka dni dodatnie temperatury w dzień topi śnieg, a w nocy przychodzi mróz, pokazują się udekorowane kryształkami lodu jarmuże. To resztki zeszłorocznej uprawy, których nie zebrałem, lub które wykiełkowały tuż przed zimą z samosiewu. Zobaczymy, czy przetrwają do wiosny i co będą warte. odnotowuję aktywność kreta, co ciekawe, na ubitym piaszczystym podwórku, a nie w grządkach., Czyżby odstraszyła go duża ilość zimującego pod ściółką czosnku?

W mieście natomiast, styczeń upływa pod znakiem eksperymentów z produkcją rozsady ostrych papryczek. Mało o tym do tej pory pisałem, bo jest to raczej działanie "nieostojowe", ale doszedłem do wniosku, że doświadczenia z papryczkami bardzo łatwo przełożyć na uprawę innych roślin, szczególnie pomidorów. Rewelacyjne rezultaty kiełkowania, wielokrotnie szybszego niż opisują ogrodnicze podręczniki, uzyskałem kiełkując nasiona na bibule, w temperaturze podwyższonej przy użyciu maty grzewczej. Gd tylko nasiona pokazały korzonki, przesadziłem je do miniaturowych koszyczków. Uprawa taka jest mało permakulturowa, pochłania bowiem sporo energii, traktuję ją jako swoistą ekstrawagancję i oddech od ciągłego myślenia o audycie energii i śladzie węglowym. Jedynym usprawiedliwieniem może być niezrównany smak ostrych papryczek, potraw i przetworów z nich sporządzanych, a szczególnie sosów. Praktycznie jeden metr kwadratowy uprawy w pojemnikach zapewnia dość "ostrości" dla mnie, rodziny i przyjaciół na rok, nie jest to więc aż tak wielki wyłom w praktykowaniu permakulturowości.