Wyobraźcie sobie talerz pełen wody. Napełniliście go nią z głębi ziemi i wynieśliście na zewnątrz. Postawiliście w upalnym słońcu, całkowicie nieosłonięty od jego promieni i wiatru. Co z wodą się stanie? Gdy byłem małym dzieckiem, dowiedziałem się tego z książeczki "Jak Słonko oddało pieskowi wodę", a nieco później, w szkole, poznałem parowanie. Wiem, że gdy jest upał i z nieba leje się żar, to aby wody nie tracić, trzeba wodę zacieniać i chronić od wiatru. Woda wtedy wolniej paruje. I dłużej pozostaje w stawie. Podobnie, woda mniej paruje z łąk bujnie porośniętych, a tam, gdzie słońce pali glebę, paruje szybciej. Poziom wód gruntowych spada, susza mocniej kąsa. Nie wszędzie i nie wszyscy czytali o słonku i piesku, więc woda w ich stawach opada szybciej niż ustawa przewiduje. Tymczasem, mój solidnie zarośnięty i na tyle zacieniony, na ile to tylko możliwe staw, oraz gleba wokół niego, walczą i się nie poddają. Łąka i trawy nie zaznają kosy, dopóki solidnie nie popada, choćbym miał czekać jeszcze miesiąc czy dwa. Jedyne koszenie to przejazd elektryczną kosiarką po ścieżkach w leśnym ogrodzie nad stawem, po to, aby zminimalizować nieco ryzyko łapania kleszczy w trakcie zbierania plonów. Staw jest też właściwie ukształtowany, a jego brzegi są w całości pokryte gęstą szatą roślinną. Płytka woda, która nagrzewa się najszybciej, szczególnie tam, gdzie słońce dociera w południe, ocieniona jest baldachimem liści grzybieni. Staw leży w linii tak zwanego sektora wiatru letniego, co sprawia, że wiatr gdy wieje wymusza cyrkulację wody - pcha zimną wodę z głębszej części stawu, w stronę cieplejszego, płytszego końca, dzięki czemu mieszkańcom stawu mniej się dają we znaki deficyty tlenowe przy wysokich temperaturach.
Nie odnajdziesz tu łysej jak czaszka skina ziemi, przeciwnie, pomimo upałów i braku jakiegokolwiek podlewania, coś kwitnie cały czas, niekiedy obficie. Drzewa, krzewy, byliny, trawy trwają, a niektóre można powiedzieć wręcz, że "lubią to". Ogród leśny nad stawem jest jedynym, w którym brak strat wśród drzew i krzewów. W innych leśnych ogrodach bez podlewania schną leszczyny, a nawet, co pierwszy raz w życiu moje oczy widzą, wyschły na wiór pokrzywy. Jedynie w miejscach o specyficznym mikroklimacie, całkowicie zacienionych na przykład, borówka amerykańska ugina się pod ciężarem owoców, ale bywają dni, że owoce te wyglądają jak już ususzone, tak wody brakuje.
Ogród warzywny, siłą rzeczy, musi być podlewany, ale uwierzcie, w tym roku nie uruchomiłem w ogóle systemu nawadniania. Co więc robię? Latam z konewką. Jest to bardzo dużo pracy, ale pozwala mi to najlepiej wykorzystać bardzo nikłe zapasy wody deszczowej. Podlewam tylko to, co widzę, że może zaraz paść. Czasami podlewanie jest zupełnie symboliczne, jak czosnku, który rósł w truskawkach. Baldachim ich liści sprawiał, że ziemia była o wiele bardziej wilgotna niż na grządkach z samym czosnkiem. Jednakże w obu przypadkach rok okazał się "czosnkowy" - zebranych ponad sto główek schnie, aby niedługo zapleść się w warkocze.
Tegoroczne uprawy w kostkach słomy wymagają większej ilości wody niż zwykle, obawiam się, że to tak zwana "nowa normalność" i że z każdym rokiem będzie tylko gorzej. W zeszłym roku każdą roślinę na kostce podlewałem konewką licząc do czterech, dziś muszę liczyć do pięciu. Taka dwudziestoprocentowa inflacja - czy musiała też trafić do ogrodu? Na szczęście nie dotyka ona na razie plonów, z jednym wyjątkiem. Zapowiadający się świetnie bób niestety usechł bez mała żywcem i jego plony są o wiele mniejsze, niż oczekiwane. Co ciekawe, rosnący wraz z bobem groszek cukrowy dał strąki największe w historii - i bądź tu mądry człowieku.Pomimo suszy doskonale powiodła się uprawa bardzo wczesnych ziemniaków w wiaderkach, rośliny rosły, rosły, aż z dnia na dzień zżółkły i zdziadziały. Dokonałem więc zbiorów (trudno to nazwać wykopkami, bo nic nie trzeba kopać) i okazało się, że z dwóch małych kartofelków umieszczonych w początku kwietnia w wiadrze zrobiło się kilka średnich i kilkanaście brzdąców. Wynik mógłby być o wiele lepszy, gdybym rośliny podlewał oraz dosypał ziemi do wiader do pełna, gdy rośliny podrosły. Metoda ta jednak świetnie rokuje na przyszłość, być może udałoby się całość uprawy ziemniaka na własne potrzeby przenieść do takich wiaderek? Mogłoby to chyba pomóc w dalszym zmniejszaniu ryzyka wystąpienia zarazy ziemniaczanej i jeszcze skuteczniejszej ochronie moich pomidorów.A pomidory w tym roku .... nie powinienem nic mówić, aby nie zapeszyć, ale wygląda na to, że idą dobrze. Konsekwentna, cotygodniowa inspekcja, reagowanie natychmiast na wszelkie zmiany na liściach, opryski prewencyjne z wody utlenionej, no i poniekąd ta susza - wszystko to sprawiło, że jak do tej pory atak zarazy ziemniaczanej został zduszony w zarodku i pozostaje tylko mieć nadzieję, że tak będzie dalej, równocześnie dalej obserwując i zapobiegając. Upał i żar lejący się z nieba nie faworyzuje zarazy i to jest jedyna chyba pozytywna jego strona.
Blog o permakulturze i Permakulturowym Miejscu Pokazowym "Ostoja" zlokalizowanym w sercu Puszczy Bolimowskiej, w obszarze Natura 2000, nad brzegiem rzeki Rawki, rezerwatu przyrody.
środa, 26 lipca 2023
wtorek, 20 czerwca 2023
Testowanie
Przez ostatnich dziesięć lat opisywałem tu jeżeli nie niezliczone, to na pewno liczne testy, jakich dopuszczać się ważyłem w Ostoi - na jej grządkach, w stawie, w lesie. Było tego tyle, że wszystkich nie spamiętam, dobrze więc, że ten blog przypomina choć o niektórych. Mam nieodparte wrażenie, że liczba testów, choć powinna maleć, chyba jednak rośnie, i końca nie widać. Niczym są jednak moje testy w obliczu tych, jakim poddaje mnie, i nas wszystkich pogoda, klimat i natura. Tegoroczna wiosna przyniosła w Ostoi katastrofalną suszę, nigdy jeszcze tak bardzo nie brakowało deszczu i nigdy jeszcze deszczówka w zbiornikach nie skończyła się tak naprawdę zanim się na dobre zebrała. Ponadto, przymrozek w nocy z drugiego na trzeciego czerwca był bardziej mroźny niż rok temu, choć dwa dni wcześniej. Z testu obronną ręką wyszła moja rozsada fasoli, posadzona rano przed przymrozkiem, choć Internauci wróżyli, że spotka ją smutny los.
O ile w obrębie podwórka mam jakąś tam kontrolę nad przymrozkiem, o tyle już mniej w ogrodzie upraw głównych. Wiedząc, że przymrozek zacznie się około 4:30 nad ranem, wstałem rześko i polewałem lekką mgiełką wody najbardziej narażone na straty rośliny - pomidory i dyniowate na kostkach słomy. Najwyraźniej to pomogło, bo pomimo że termometr pokazał minus trzy stopnie, a na szybie auta można było rzeźbić w lodzie, to wszystkie co do jednej rośliny przeżyły, a tylko nieliczne utraciły po listku lub dwa. W ogrodzie upraw głównych natomiast, na Zapłotku, straty okazały się poważne. Przemarzła większość pomidorów i cukinii, mniej ucierpiały dynie, a kukurydza wcale. Z upływem czasu okazało się jednak, że większość rozsad z moich nasion lepiej lub gorzej, ale odrasta, czego nie można powiedzieć o rozsadach z nasion kupnych i z wymiany z innymi ogrodnikami. Poprzednie lata nauczyły mnie, aby na takie okoliczności przyrody być przygotowanym, uzupełniłem więc braki rezerwową rozsadą. W nagrodę, obok pomidora, którego nazwałem Harry (Chłopiec Który Przeżył) wyrosła mi przepiękna, pierwsza tegoroczna kania. Wcześniej niż kiedykolwiek.
Całkowicie nieoczekiwane wyniki przyniosły tegoroczne testy bobu. Jak wiadomo, nie podlewam zasadniczo ogrodu upraw głównych, ale grządki na podwórku czasami tak. I tak się w tym roku dziwnie zdarzyło, że susza zabiła bób na grządkach okazjonalnie podlewanych, podczas gdy w miejscu niepodlewanym przeżył. Jak widać, jak mawiają starsze pokolenia, kto doznał za młodu zimna, głodu i poniewierki, lepiej się trzyma na stare lata niż wychuchana, ptasim mlekiem karmiona młodzież. Czy jakoś tak. W każdym razie, zbiorę nasiona z tych niedobitków (Bobek Który Przeżył nie brzmi wcale dostojnie) i posieję w przyszłym roku, aby przetestować, czy jeszcze lepiej poradzą sobie przy braku jakiejkolwiek opieki. Kurcze, czy właśnie dorzuciłem sobie jeszcze jeden test do wykonania? Ech ....
Każdy rok przynosi jakąś nową, światową lub lokalną modę. W zeszłym roku były kartony, w tym wydaje mi się, że świat oszalał na punkcie elektrokultury. Mnożą się od niej spece, a YouTube zalewa fala testów, relacji, wykładów i podcastów o wykorzystaniu energii elektrycznej z powietrza do stymulacji wzrostu roślin. Ponieważ ciężko jest oddzielić wiedzę od bullshitu, nie tracąc czasu i nie zaśmiecając sobie głowy, postanowiłem sięgnąć do źródła i skontaktować się z jednym z czołowych speców od elektrokultury w Europie. Zapoznałem się z jego obszernymi wykładami, skontaktowałem z jego zespołem i w efekcie zbudowałem testową antenę dokładnie wedle ich wytycznych. Otrzymałem zapewnienie, że antena ta powinna działać, bo jej konstrukcja i parametry jak ulał pasują do grządek mojej Parszywej Dwunastki. Będę więc teraz testował to urządzenie, pełen sceptycyzmu ale jednocześnie wypowiadając życzenie, abym to ja się mylił i aby ta cała elektrokultura zadziałała i przekonała mnie, niewiernego Tomasza, do siebie.
Niektóre eksperymenty ciągnę tak długo, że przestały już w zasadzie nimi być, a stały się rutyną. Tak jest z uprawą czosnku w truskawkach - robię to od lat. Zeszłej jesieni jednak poszedłem o krok dalej i posadziłem cztery odmiany czosnku pomiędzy truskawkami. Jak na razie okazuje się, że czosnek jest najładniejszy w tym roku wszędzie, niezależnie od odmiany, ale o wynikach przekonam się za około miesiąc, gdy główki ujrzą światło dzienne. Nie zawsze bowiem jest tak, że gdy to co widać ładne, to co zakryte również, i odwrotnie. Pierwszy raz też w tym roku postanowiłem sprawdzić, czy lata edukowania ptaków przy pomocy czerwonych nakrętek przekonały je, że truskawki u mnie są niejadalne, i ... nie umieściłem nakrętek na grządkach. Jak na razie, wszystkie truskawki są całe, zobaczymy co będzie dalej.
Jeszcze "przed chwilą" były przymrozki, a już ogród zalewa plonami, jest ich tyle, że zaczynam niektóre przerabiać, aby mieć co jeść zimą. Co więcej, i natura tak zwana dzika nie próżnuje, gdyby doba miała 48, albo jeszcze lepiej 72 godziny, można by godzinami zbierać, suszyć, kisić, marynować. Pokrzywy, podagryczniki, chmiel, pastorały paproci, młode listki tego i owego, sok brzozowy, pierwsze wiosenne grzyby - wszystko to występuje tak obficie, że jedynie maleńki ułamek udaje się zabezpieczyć. W tym roku postawiłem sobie za punkt honoru zaopiekowanie się plonami z grządek tak, że nic się nie zmarnuje, a już niestety poległem raz na obfitości szpinaku. Teraz, z trudem nadążam za dymką, pędami kwiatowymi czosnku, sałatami i inną zieleniną, a tu już jest jagoda kamczacka, a za moment świdośliwa. Natura testuje mnie swoją szczodrością, a ja zadaję sobie "odwieczne" pytanie - kiedy to wszystko zebrać, zjeść, zachować, przerobić? Jeśli ktoś testował i znalazł odpowiedź, niech pisze chyżo!
O ile w obrębie podwórka mam jakąś tam kontrolę nad przymrozkiem, o tyle już mniej w ogrodzie upraw głównych. Wiedząc, że przymrozek zacznie się około 4:30 nad ranem, wstałem rześko i polewałem lekką mgiełką wody najbardziej narażone na straty rośliny - pomidory i dyniowate na kostkach słomy. Najwyraźniej to pomogło, bo pomimo że termometr pokazał minus trzy stopnie, a na szybie auta można było rzeźbić w lodzie, to wszystkie co do jednej rośliny przeżyły, a tylko nieliczne utraciły po listku lub dwa. W ogrodzie upraw głównych natomiast, na Zapłotku, straty okazały się poważne. Przemarzła większość pomidorów i cukinii, mniej ucierpiały dynie, a kukurydza wcale. Z upływem czasu okazało się jednak, że większość rozsad z moich nasion lepiej lub gorzej, ale odrasta, czego nie można powiedzieć o rozsadach z nasion kupnych i z wymiany z innymi ogrodnikami. Poprzednie lata nauczyły mnie, aby na takie okoliczności przyrody być przygotowanym, uzupełniłem więc braki rezerwową rozsadą. W nagrodę, obok pomidora, którego nazwałem Harry (Chłopiec Który Przeżył) wyrosła mi przepiękna, pierwsza tegoroczna kania. Wcześniej niż kiedykolwiek.
Całkowicie nieoczekiwane wyniki przyniosły tegoroczne testy bobu. Jak wiadomo, nie podlewam zasadniczo ogrodu upraw głównych, ale grządki na podwórku czasami tak. I tak się w tym roku dziwnie zdarzyło, że susza zabiła bób na grządkach okazjonalnie podlewanych, podczas gdy w miejscu niepodlewanym przeżył. Jak widać, jak mawiają starsze pokolenia, kto doznał za młodu zimna, głodu i poniewierki, lepiej się trzyma na stare lata niż wychuchana, ptasim mlekiem karmiona młodzież. Czy jakoś tak. W każdym razie, zbiorę nasiona z tych niedobitków (Bobek Który Przeżył nie brzmi wcale dostojnie) i posieję w przyszłym roku, aby przetestować, czy jeszcze lepiej poradzą sobie przy braku jakiejkolwiek opieki. Kurcze, czy właśnie dorzuciłem sobie jeszcze jeden test do wykonania? Ech ....
Każdy rok przynosi jakąś nową, światową lub lokalną modę. W zeszłym roku były kartony, w tym wydaje mi się, że świat oszalał na punkcie elektrokultury. Mnożą się od niej spece, a YouTube zalewa fala testów, relacji, wykładów i podcastów o wykorzystaniu energii elektrycznej z powietrza do stymulacji wzrostu roślin. Ponieważ ciężko jest oddzielić wiedzę od bullshitu, nie tracąc czasu i nie zaśmiecając sobie głowy, postanowiłem sięgnąć do źródła i skontaktować się z jednym z czołowych speców od elektrokultury w Europie. Zapoznałem się z jego obszernymi wykładami, skontaktowałem z jego zespołem i w efekcie zbudowałem testową antenę dokładnie wedle ich wytycznych. Otrzymałem zapewnienie, że antena ta powinna działać, bo jej konstrukcja i parametry jak ulał pasują do grządek mojej Parszywej Dwunastki. Będę więc teraz testował to urządzenie, pełen sceptycyzmu ale jednocześnie wypowiadając życzenie, abym to ja się mylił i aby ta cała elektrokultura zadziałała i przekonała mnie, niewiernego Tomasza, do siebie.
poniedziałek, 29 maja 2023
Na rozsady nie ma rady
Maj jest bez wątpienia najbardziej pracowitym miesiącem w roku, jeżeli chodzi o rozsady. W maju nadchodzi bowiem ten czas, kiedy to lwia część grządek wypełnia się u mnie po brzegi roślinami. Przede wszystkim, maj to miesiąc sadzenia tego, czym żyje Ostoja, a więc pomidorów, cukinii, dyń, kukurydzy i fasoli. Opieka nad rozsadami jest zawsze odwrotnie proporcjonalna do pogody - im pogoda lepsza, tym więcej moje rozsady przebywają po prostu na zewnątrz, gdzie cieszą się słońcem, a wiatr trzęsąc nimi wzmacnia ich łodygi. Gdy jednak przychodzą zimne noce, albo nieuchronne w maju przymrozki, rozsady trzeba wnosić do domu i opiekować się nimi pod dachem, co wiąże się zawsze ze zwiększonym ryzykiem wystąpienia chorób i szkodników. Dlatego też, moje rozsady są na zewnątrz zawsze, gdy temperatura jest powyżej 12 stopni na plusie.
Czasami pomagam sobie utrzymywać właściwą temperaturę (i wilgotność) umieszczając wielodoniczki z nasionami lub doniczki z rozsadami w plastikowych pojemnikach. Od maleńkich opakowań po cieście, po duże przezroczyste kufry na zabawki czy buty, wszystkie one uratowane zostały od wyrzucenia na wysypisko i służą teraz małym roślinom. Temperatura trzyma się tym dłużej, im większy jest pojemnik, oraz im szczelniej jest zamykany. Trzeba jednakże zawsze uważać, bo w pojemniku pozostawionym na słońcu rośliny się po prostu ugotują, dlatego też zawsze zdejmuję pokrywy na dzień, a zakładam przed nocą.Choć co roku obiecuję sobie, że poczekam i posieję pomidory w drugiej połowie kwietnia, to nie wytrzymuję, i sieję większość w pierwszym jego tygodniu. W efekcie, użerać się muszę w maju z rozsadami o prawie metrowej wysokości. Rozsady byłyby niższe, gdybym je robił w osobnych doniczkach. Wtedy można by je rozstawić na tarasie na dzień tak, aby nie musiały się wyciągać do słońca, ale wtedy, gdy przyszłaby noc, nie miałbym gdzie tych doniczek pomieścić. Nie ma na to rady, produkuję ponad 240 rozsad na powierzchni 0,4 m2 na regale w mieszkaniu, tam muszą się pomieścić w zimne noce i dnie. Za karę muszę pilnie uważać, aby nie połamać rozsad przy transporcie i sadzeniu, co miewało miejsce w przeszłości, w tym roku jednakże, udało mi się nie stracić w tym całym procesie ani jednego pomidora.
Przy tak wysokich rozsadach nie ma innej opcji, jak ukrywać znaczną część łodygi pod ziemią, lub w słomie. Właśnie na kostkach słomy taki wzrost sadzonek jest zaletą, nie wadą. Można bowiem wykonać w kostce otwór niemal do ziemi, włożyć w niego bryłę korzeniową ze znaczną częścią łodygi a następnie otwór zasypać kompostem. W takich warunkach pomidory mają się świetnie, należy pamiętać jedynie, aby usuwać wszystkie liście które mogą się znaleźć pod ziemią lub w kostce. Pod ziemią, bo w identyczny sposób sadzę pomidory w grządkach podwyższonych - kopię pionowy "tunel" niemal do dna grządki (prawie 40 centymetrów) i tam ukrywam wybujałą łodygę. Jakieś jednakże rady na takie rozsady są, wystarczy trochę pokombinować.
Gdy pomidory są już w gruncie w Ostoi, a papryki w pojemnikach na tarasie w Warszawie, przychodzi czas sadzenia rozsad dyniowatych. Gdy dyniowate są w glebie i na kostkach, sadzę do gruntu rozsadę kukurydzy. A gdy i to jest zrobione, sieję fasole tyczne szparagowe. Ktoś zapyta, dlaczego dyń i fasol nie sieję do gruntu? Zapytajcie dudki i inne ptaki, dlaczego z chirurgiczną precyzją wyjadają nasiona tych właśnie upraw. Nie zawadzi też dopytać nornice. O wiele mniejsze straty odnotowuję siejąc pod dachem i sadząc rozsady niż przy siewie bezpośrednim. Gdy uporam się więc z fasolami tycznymi, sieję karłowe i zasadniczo byłoby to na tyle gdyby nie to, że ... za chwilę pora siać wszystkie jesienne rośliny kapustne - jarmuże, brokuły, brukselki i tym podobne warzywa. Na rozsady nie ma więc rady - ich czas, i praca z nimi związana zaczyna się późną zimą i trwa tak naprawdę do późnej jesieni.
Tymczasem, oprócz pracy z rozsadami, jest cała masa innych zajęć. Niebagatelnym, ale i przyjemnym jest zbieranie plonów, już bardzo obfitych w maju. W tym roku jest nie do przejedzenia szpinaku, szczypiorów, dymek, sałat i innej zieleniny. To efekty siewów zimowych, z października i listopada głównie. Po raz pierwszy w tak ogromnych ilościach jemy klajtonię, którą dosłownie tnę nożyczkami 10 centymetrów nad ziemią, a ona odrasta. Większość tych roślin jednak musi ustąpić miejsca letnim rozsadom, dlatego też z końcem maja większość musztardowców, endywii, klajtonii, szpinaków i innych liściorów zasili kompostownik. Pozostaną oczywiście szczypiorki oraz tak długo jak się da chcę ją mieć i jeść, gdyż potrafię nią posypywać niemal wszystko, no może z wyjątkiem tiramisu ....
W maju stare zaczyna odchodzić, aby zrobić miejsce nowemu. Gigantyczne selery naciowe podsadzam rozsadami tegorocznych. Szpinaki zastępuję jakonami, które w tym roku zajmą trzy grządki podwyższone, a nie dwie jak poprzednio. Klajtonię zastąpi marchew, a stare sałaty ustąpią fasoli. Nowe sałaty i inne liściowe pójdą między czosnek, który już za niecałe dwa miesiące zniknie z grządek, albo pójdą do cienia, na grządkę pod nawisem sosen i od północy domu, gdzie nie będą chciały tak szybko iść w kwiat. Z większości roślin teraz usuwanych zostawiam z jedną czy dwie, aby zakwitły i dały nasiona. Moje pszczoły, na równi z dzikimi zapylaczami, uwielbiają kwiaty zeszłorocznych kapust, sałat, porów czy czosnków, od świtu do zmierzchu na grządkach więc buczy.
Na szczęście są takie miejsca, gdzie nie potrzeba żadnych rozsad i niańczenia roślinnych maluchów. Moje leśne ogródki wchodzą w najpiękniejszy okres w roku. Za chwilę zakwitną na żółto karagany i na fioletowo łubiny, dla mnie to bardziej spektakularne niż wiosenne biele i róże owocowych drzew. Jedyny zabieg, jakiego domaga się teraz leśny ogród przy domu to przekoszenie ścieżek, aby w ogóle dało się przez niego przejść. Zaniedbanie tego sprawiłoby, że za miesiąc potrzebna byłaby maczeta, a nie kosiarka. I pomyśleć, że dokładnie tu jeszcze kilka lat temu był szczery, spalony słońcem suchy piach, z porostami, mchem i rachityczną trawką. Dziś, można by rzec, morze zieleni, i to w pełni obecnie bezobsługowej, nie to co rozsady ....
Czasami pomagam sobie utrzymywać właściwą temperaturę (i wilgotność) umieszczając wielodoniczki z nasionami lub doniczki z rozsadami w plastikowych pojemnikach. Od maleńkich opakowań po cieście, po duże przezroczyste kufry na zabawki czy buty, wszystkie one uratowane zostały od wyrzucenia na wysypisko i służą teraz małym roślinom. Temperatura trzyma się tym dłużej, im większy jest pojemnik, oraz im szczelniej jest zamykany. Trzeba jednakże zawsze uważać, bo w pojemniku pozostawionym na słońcu rośliny się po prostu ugotują, dlatego też zawsze zdejmuję pokrywy na dzień, a zakładam przed nocą.Choć co roku obiecuję sobie, że poczekam i posieję pomidory w drugiej połowie kwietnia, to nie wytrzymuję, i sieję większość w pierwszym jego tygodniu. W efekcie, użerać się muszę w maju z rozsadami o prawie metrowej wysokości. Rozsady byłyby niższe, gdybym je robił w osobnych doniczkach. Wtedy można by je rozstawić na tarasie na dzień tak, aby nie musiały się wyciągać do słońca, ale wtedy, gdy przyszłaby noc, nie miałbym gdzie tych doniczek pomieścić. Nie ma na to rady, produkuję ponad 240 rozsad na powierzchni 0,4 m2 na regale w mieszkaniu, tam muszą się pomieścić w zimne noce i dnie. Za karę muszę pilnie uważać, aby nie połamać rozsad przy transporcie i sadzeniu, co miewało miejsce w przeszłości, w tym roku jednakże, udało mi się nie stracić w tym całym procesie ani jednego pomidora.
Gdy pomidory są już w gruncie w Ostoi, a papryki w pojemnikach na tarasie w Warszawie, przychodzi czas sadzenia rozsad dyniowatych. Gdy dyniowate są w glebie i na kostkach, sadzę do gruntu rozsadę kukurydzy. A gdy i to jest zrobione, sieję fasole tyczne szparagowe. Ktoś zapyta, dlaczego dyń i fasol nie sieję do gruntu? Zapytajcie dudki i inne ptaki, dlaczego z chirurgiczną precyzją wyjadają nasiona tych właśnie upraw. Nie zawadzi też dopytać nornice. O wiele mniejsze straty odnotowuję siejąc pod dachem i sadząc rozsady niż przy siewie bezpośrednim. Gdy uporam się więc z fasolami tycznymi, sieję karłowe i zasadniczo byłoby to na tyle gdyby nie to, że ... za chwilę pora siać wszystkie jesienne rośliny kapustne - jarmuże, brokuły, brukselki i tym podobne warzywa. Na rozsady nie ma więc rady - ich czas, i praca z nimi związana zaczyna się późną zimą i trwa tak naprawdę do późnej jesieni.
Tymczasem, oprócz pracy z rozsadami, jest cała masa innych zajęć. Niebagatelnym, ale i przyjemnym jest zbieranie plonów, już bardzo obfitych w maju. W tym roku jest nie do przejedzenia szpinaku, szczypiorów, dymek, sałat i innej zieleniny. To efekty siewów zimowych, z października i listopada głównie. Po raz pierwszy w tak ogromnych ilościach jemy klajtonię, którą dosłownie tnę nożyczkami 10 centymetrów nad ziemią, a ona odrasta. Większość tych roślin jednak musi ustąpić miejsca letnim rozsadom, dlatego też z końcem maja większość musztardowców, endywii, klajtonii, szpinaków i innych liściorów zasili kompostownik. Pozostaną oczywiście szczypiorki oraz tak długo jak się da chcę ją mieć i jeść, gdyż potrafię nią posypywać niemal wszystko, no może z wyjątkiem tiramisu ....
W maju stare zaczyna odchodzić, aby zrobić miejsce nowemu. Gigantyczne selery naciowe podsadzam rozsadami tegorocznych. Szpinaki zastępuję jakonami, które w tym roku zajmą trzy grządki podwyższone, a nie dwie jak poprzednio. Klajtonię zastąpi marchew, a stare sałaty ustąpią fasoli. Nowe sałaty i inne liściowe pójdą między czosnek, który już za niecałe dwa miesiące zniknie z grządek, albo pójdą do cienia, na grządkę pod nawisem sosen i od północy domu, gdzie nie będą chciały tak szybko iść w kwiat. Z większości roślin teraz usuwanych zostawiam z jedną czy dwie, aby zakwitły i dały nasiona. Moje pszczoły, na równi z dzikimi zapylaczami, uwielbiają kwiaty zeszłorocznych kapust, sałat, porów czy czosnków, od świtu do zmierzchu na grządkach więc buczy.
niedziela, 23 kwietnia 2023
Nie pierwszyzna
W lutym, blog który właśnie czytasz, obchodził 10 urodziny. Nie było tortów, fajerwerków i życzeń, była normalna praca i jak to mówią, "żyćko". Zazwyczaj oglądam się tu wstecz w grudniu, podsumowując dla Was mijający rok, jednakże w tym roku patrzę wstecz w kwietniu. Nie, nie bójcie się, nie będzie wspomnień dziadka Wojtka jak to się dawniej blogowało. Myślę o czymś zupełnie innym - w kwietniu oglądam się chyba najczęściej wstecz dla samego siebie, sprawdzając, jak toczyła się wiosna w poprzednich latach, co i kiedy zasiałem, co i kiedy kwitło, co i w jakich ilościach zacząłem zbierać. Doświadczenia poprzednich lat sprawiają, że można rzec sobie na przykład - "Phi, sadzenie ziemniaków to dla mnie nie pierwszyzna, w poprzednich latach zawsze dobrze mi się udawały, gdy poszły do ziemi wtedy, gdy zakwitł mniszek"Nie inaczej i w tym roku - gdy tylko zakwitł mniszek, uprzednio nieco podkiełkowane ziemniaki, tym razem czterech odmian, trafiały na swoje miejsce. Jak w roku poprzednim, sadziłem je w alejach leśnego ogrodu, wyłącznie w ściółce ułożonej na ziemi. Ściółką było oczywiście siano pochodzące z koszenia ścieżek w leśnym ogrodzie, ale również słoma ze starych kostek i łodygi ściętych miskantów. Odmiany wczesne posadziłem 15, a odmiany późne 22 kwietnia. Teraz pozostaje tylko czekać, aż trawy na ścieżkach odrosną, kosić je i podściółkować nimi ziemniaki. Będę miał oko na stonki i nornice, ale za bardzo w ich żywoty nie zamierzam ingerować, chyba że nadużyją praw gościnności. W poprzednich latach udawało nam się koegzystować, więc to nie pierwszyzna. Jak w przypadku wszystkich moich upraw, straty do 20% uznaję za nieistotne, jeżeli dzięki temu nic po prostu nie robię.W ostatnim dniu sadzenia ziemniaków pogoda spłatała figla, temperatura spadła o 20 stopni, do zera. Nie zaszkodzi to oczywiście ziemniakom, bo spadek to chwilowy, ale już na przykład mogłoby zaszkodzić jakonom. W tym roku bowiem, eksperymentalnie, kilka sztuk zostawiłem na zimowanie w gruncie. Mówi się, że jakon absolutnie w gruncie nie zimuje ... no to zobaczymy. Zeszłoroczne plony potomnych jakonów były tak duże, że po odłożeniu części dla siebie, oraz rozdaniu części, zostały nadwyżki, świetne na taki eksperyment właśnie. Nie wiem czy ktoś w Polsce zimuje jakona w gruncie, jeżeli tak, z przyjemnością bym o tym usłyszał. Jeśli nie, no cóż, nie pierwszyzna mi być w czymś pierwszym, nieskromnie mówiąc. Do najlepszego (przez niedługi czas) wyniku na świecie w jedną z pierwszych gier komputerowych online, po pierwsze w Polsce rozmnożenie pewnej akwariowej rybki w zamierzchłej przyszłości, z przyjemnością dodam pierwsze zimowanie w gruncie jakona, ale i nie zmartwię się wcale, jeżeli już ktoś to czyni. Historia jest pełna opowieści o odkrywcach, wynalazcach i badaczach, którzy dostali apopleksji na wieść, że już ktoś inny, na drugim końcu świata, dokonał takiego samego odkrycia, dawno temu. Jedyna naprawdę wartościowa rywalizacja, to ta z samym sobą, i z własnymi jakonami.
piątek, 24 marca 2023
Znaki marca
Marzec w tym roku upływa pod znakiem dyń. Podobnie jak październik, listopad, grudzień, styczeń i luty - ciągle jemy dynie. Przechowują się pięknie, dobrze smakują, spożywamy więc jedną tygodniowo, rozpracowując kolejne sposoby ich przyrządzania. Równolegle, trwa selekcja moich dyń pod kątem smaku i innych pożądanych cech, a bank nasion stale rośnie. Jeżeli chodzi o dynie, samowystarczalność można uznać za w pełni osiągniętą, zarówno w zakresie kulinarnym, jak i produkcji materiału siewnego. Długo chyba nie kupię żadnych nasion dyni .... no chyba, że trafi się jakaś fajna odmiana ... wiecie przecież, jak działają uzależnienia ... Nigdy nie wiadomo, kiedy człowiek ulegnie i złamie swoje postanowienie, że już nigdy więcej! Nigdy nie mów nigdy - to prawda bardzo życiowa.
Marzec to także czas, kiedy zaczyna się obfitość jadalnych zielsk wszelakich. Zasadniczo, w siedlisku takim jak Ostoja, wśród lasów i łąk, uprawa warzyw o jadalnych liściach jest ludzką fanaberią. Człowiek bowiem z powodzeniem mógłby jadalne liście zbierać, właśnie teraz od marca, w ilościach hurtowych. Co więcej, znaczna część "dzikich liści" smakuje o niebo lepiej niż powiedzmy sałata z grządki, zapewne zawierają one też więcej składników odżywczych i prozdrowotnych. Wie o tym każdy, kto tak jak ja, wypatruje pierwszych młodych pokrzyw, zrywa garść, pędzi do kuchni i zaparza je przez kilka minut pod przykryciem. Napar z bardzo młodej pokrzywy, ten pierwszy danej wiosny, przypomina bombę energetyczno-witaminową, dosłownie czuć, jak energia wiosny wnika w pijącego. Później nadchodzi czas codziennej jajecznicy z pokrzywą, oraz innych dań, wkrótce też zaczyna się czas szczypiorów i niedźwiedziego czosnku, ale to już głównie rośliny przeze mnie posadzone w leśnym ogrodzie, choć przecież gdzie indziej dziko rosnące.
Jeżeli jednak wolisz tradycyjną zieleninę, to może szczypior? Nadmiar cebulek które się nie zmieściły na grządkach wykorzystuję na kuchennym parapecie. Dzięki temu, szczypiorek towarzyszy bardzo wielu daniom, posiekany nożyczkami i bezładnie rzucony na talerz. Staram się mieć trzy takie "hodowle" - gdy jedną tnę, pozostałe dwie odrastają. Wkrótce do szczypiorku dołączą zioła, a pierwsza będzie bazylia. Też lubię ja mieć pod ręką w kuchni, choć ona woli być raczej na tarasie, w pełnym słońcu, ale to będzie możliwe dopiero za dwa miesiące, gdy ryzyko przymrozków odejdzie w siną dal. Inne zioła muszą się troszczyć o siebie same, a to na spirali ziołowej w Ostoi, a to na tarasie w mieście - odrastają co roku i dają plony bez specjalnej opieki. Już teraz widzę jak odbija kłosowiec fenkułowy, kocimiętka, glistnik, krwawnik czy bluszczyk kurdybanek. Niedługo okaże się, jak zimę zniosły szałwie i rozmaryny, bo o mięty czy lebiodkę martwić się nie trzeba - na pewno jak tylko się ociepli, to się rozszaleją.
piątek, 17 lutego 2023
Akcja "Miskant"
Gdy przez ostatnie lata świat "żył chorobami", nas szczęśliwie omijały one szerokim łukiem. Sprawiedliwości jednak chyba zawsze musi stać się zadość i każdy swoją dawkę nieszczęścia otrzymać musi, na przełomie stycznia więc i lutego dopadły nas wszystkich różne przypadłości, które sprawiły, że plany zimowych prac w Ostoi wzięły w łeb, a ja pojawiłem się w niej dopiero po Walentynkach. Poza kilkoma gałęziami sosen połamanymi pod ciężarem mokrego śniegu, zastałem wszystko w dobrym zdrowiu i stanie, co pozwoliło mi westchnąć z ulgą. No cóż, zaplanowane na styczeń i luty prace będą musiały poczekać. Zastanawiając się, co wymaga najpilniejszej troski w trakcie mojej krótkiej roboczej wizyty, doszedłem do wniosku, że czas na doroczną Akcję "Miskant".
Miskanty posadziłem na krótkim fragmencie granicy działki, w pobliżu stawu i leśnego ogrodu. Rosną przecudownie, tworząc skuteczną zasłonę dla niezbyt ciekawego widoku a także łagodzą dość silnie wiejący z tego kierunku wiatr. Miskanty jednakże trzeba co roku ściąć, aby młode zielone pędy nie musiały się przebijać przez masy zeszłorocznego suszu. Dodatkowo, miskanty posadziłęm też po to, aby dostarczały ściółki dla uprawy alejowej w pobliskim leśnym ogrodzie. Akcja "Miskant" przebiega więc następująco - układam na ziemi dwie gumy do mocowania łądunków na samochodowych bagażnikach. Nożycami do żywopłotu ścinam miskanty 10-20 centymetrów nad ziemią, a gdy uzbiera się już potężna sterta ponad dwumetrowej długości łodyg, spinam haczyki gum, tworząc wielki snopek. Zarzucam go sobie na głowę, jak to zwykle czynią kobiety w Afryce nosząc opałowy chrust i przenoszę zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej, w międzyrzędzie leśnego ogrodu, gdzie miskantem wyściółkuję rzędy pod ziemniaki.
niedziela, 22 stycznia 2023
Wykopki w styczniu
Przez większą część stycznia pogoda była marcowa. Zaczęły pokazywać się krokusy, młoda pokrzywa i dziki szczypiorek objawiały się obficie, na grządkach pod agrowłókniną zielenił się szpinak, zimowe sałaty, cebule i azjatyckie kapustne. Wciąż usiłowała dojrzeć brukselka, a kapusty liściowe i jarmuże skromnie, acz nieustannie, obdarzały plonem. Ziemia na grządkach zwykle nie była zmrożona, można więc było zająć się grządkami, które miały na swoją kolej czekać do wiosny. Podstawowe zabiegi polegały na uprzątnięciu części nadziemnych roślin i dodaniu na wierzch warstwy od 2 do 5 centymetrów kompostu, w zależności ile go z grządki ubyło. Czasami na grządce gotowej do wiosennego siewu zostało nieco roślin mających się świetnie i gotowych dać wiosną plon.
Na niektórych grządkach jednak, sprawa nie była taka prosta i trzeba było sięgnąć głębiej. Niemal do samego dna, bo tam bowiem głównie ukryły się bulwy chobota bulwiastego. Roślina ta, rodem z Ameryki, należy do bobowatych i pięknie wiąże azot z powietrza. Jest pnączem, świetnie więc radzi sobie na siatkach do uprawy pomidorów czy ogórków, dzieląc z nimi miejsce. Jest także rośliną wieloletnią - część nadziemna na zimę ginie, ale wiosną wypuszcza z ziemi nowe pędy, a pod ziemia tworzy nowe bulwki, a każda z nich może zostać posadzona po to, aby dać początek nowej roślinie. Był to więc czas chobotowych, styczniowych wykopków.Wszystko zaczęło się od trzech bulwek chobota, wiele lat temu. Analizując jego potrzeby i porównując z warunkami w moim siedlisku, doszedłem do wniosku, że nie da sobie rady w piaszczystej glebie Ostoi i że posadzenie go od razu w leśnym ogrodzie byłoby "chobotobójstwem". Postanowiłem więc najpierw chobota namnożyć na warzywnych grządkach, sadząc po jednej bulwce na grządce o powierzchni metra kwadratowego. I to wszystko - dałem chobotowi spokój aż do teraz, sam o siebie dbał, rósł, wspinał się po siatkach, a nawet zakwitał, ale nasion wydać nie zdołał - za krótki sezon. Za to pod ziemią, każdy z trzech chobotów naprodukował po kilkanaście bulwek, które wiosną będę sadził w rozmaitych miejscach leśnego ogrodu w nadziei, że gdzieś się przyjmie. Kilka rezerwowych bulwek posadzę ponownie na grządkach, i zajrzę do nich za dwa lata.
Z powyższych przyczyn, selekcjonując dynie do przyszłorocznego siewu, skrzętnie notuję datę kiedy zaczęła się psuć. Jest to bardzo istotne kryterium mojej selekcji - z dwóch dyń rosnących i smakujących podobnie, będę siał nasiona tej, która dała się dłużej przechować. Podstawą selekcji jednak, jak już kilkakrotnie pisałem, jest smak. I tu jest wiele, ale to bardzo wiele niespodzianek. Niektóre dynie, których smak na surowo jest "żaden", po upieczeniu stają się przepyszne. Inne z kolei odwrotnie - wydają się być rewelacyjne gdy próbowane na surowo, ale po upieczeniu stają się mdłe. W niektórych przeważa nuta orzechowa, w innych owocowa. Zasadniczo, wszystkie są "jadalne" i z każdej można przygotować super posiłek, ale czasami potrzeba do tego nieco kulinarnej inwencji, co sprawia, że w kuchni nie wieje nudą.
Tymczasem w sąsiedztwie Ostoi nie dzieje się dobrze i generalnie, systematycznie, powoli, wszystko schodzi na psy. Ludzka ingerencja oszpeca krajobraz, zamyka korytarze zwierzyny, nie szanuje ani przyrody, ani prawa, zakłócając spokój rezerwatu. Zdanie moje podzielają łabędzie, które z większych i bliższych wandalom jeziorek, przeniosły się do mnie. Nie cieszy mnie to wcale, ale wygląda na to, że u mnie lepszy rezerwat niż w rezerwacie. Miał rację Mollison mówiąc, że gdy jakaś instytucja nie funkcjonuje prawidłowo, to zamiast ją naprawiać i zmieniać, zakasz rękawy i zrób lepszą ...
Na niektórych grządkach jednak, sprawa nie była taka prosta i trzeba było sięgnąć głębiej. Niemal do samego dna, bo tam bowiem głównie ukryły się bulwy chobota bulwiastego. Roślina ta, rodem z Ameryki, należy do bobowatych i pięknie wiąże azot z powietrza. Jest pnączem, świetnie więc radzi sobie na siatkach do uprawy pomidorów czy ogórków, dzieląc z nimi miejsce. Jest także rośliną wieloletnią - część nadziemna na zimę ginie, ale wiosną wypuszcza z ziemi nowe pędy, a pod ziemia tworzy nowe bulwki, a każda z nich może zostać posadzona po to, aby dać początek nowej roślinie. Był to więc czas chobotowych, styczniowych wykopków.Wszystko zaczęło się od trzech bulwek chobota, wiele lat temu. Analizując jego potrzeby i porównując z warunkami w moim siedlisku, doszedłem do wniosku, że nie da sobie rady w piaszczystej glebie Ostoi i że posadzenie go od razu w leśnym ogrodzie byłoby "chobotobójstwem". Postanowiłem więc najpierw chobota namnożyć na warzywnych grządkach, sadząc po jednej bulwce na grządce o powierzchni metra kwadratowego. I to wszystko - dałem chobotowi spokój aż do teraz, sam o siebie dbał, rósł, wspinał się po siatkach, a nawet zakwitał, ale nasion wydać nie zdołał - za krótki sezon. Za to pod ziemią, każdy z trzech chobotów naprodukował po kilkanaście bulwek, które wiosną będę sadził w rozmaitych miejscach leśnego ogrodu w nadziei, że gdzieś się przyjmie. Kilka rezerwowych bulwek posadzę ponownie na grządkach, i zajrzę do nich za dwa lata.
W styczniu duża część ogrodniczej aktywności dzieje się pod dachem, a ściślej w kuchni. Tu testuję smak moich dyń, zbieram nasiona i decyduję, czy dana dynia ma rację bytu w moim ogrodzie, czy też nie. Ubiegłoroczne dynie przechowują się dobrze, ale w każdym tygodniu, jakby się umówiły, jedna z nich dostaje na skórce plam, co jest znakiem, że nadszedł jej czas. I idzie do gara, do piekarnika lub na patelnię. Wdzięczny jestem dyniom, że działają w sposób nieskoordynowany - jedną na tydzień z trudem, ale jesteśmy w stanie spożyć, obdzielając jeszcze przy okazji rodzinę, ale gdyby psuło się więcej, nie bylibyśmy w stanie tego przejeść, no i mogłoby nie starczyć dyń do wiosny. Jak na razie, jest dobrze, dyni starczyć powinno na kolejnych kilkanaście tygodni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)































