Gdy tylko w niedzielny poranek zaczęło się rozwidniać, całym światem Ostoi wstrząsnął ogłuszający łoskot, wyrywając mnie i okoliczne psy z objęć Morfeusza. W pierwszej chwili przypominało to odgłosy remontu generalnego w zapuszczonej kamienicy, ze szczególnym uwzględnieniem borowania dziur w ścianach. Tak jakoś pomiędzy otwarciem pierwszego oka, a drugiego, nadeszła myśl, że to dzięcioł obrabia ścianę domu. Hałas był na tyle intensywny, że trzeba było zapomnieć o spaniu. Rad nierad, wyruszyłem na spacer. Okazało się, że nie dom padł ofiarą dzięcioła, a potężny maszt piorunochronu tuż koło niego. Kolejne zadanie do dopisania do listy - sprawdzić stan masztu, choć skąd wziąć wystarczająco długą drabinę? O tym pomyślę później, bo o zadaniach bieżących przypomniały chmary sikorek - skończyła im się kulka, o czym nie omieszkały wywrzeszczeć wszem i wobec wyraźnie pretensjonalnym tonem. Dostawszy nową kulkę, zamilkły, a ja kontynuowałem obchód.
Niedaleko od furtki wędrowały sarenki, kolejne dwieście metrów dalej, i ostatnie z pół kilometra w górę rzeki. Nie dały się tym razem zbytnio zbliżyć, ale i ja ochoty na podchody bladym świtem nie miałem. Słabo wyszła więc próba uwiecznienia ich, tym bardziej, że światła jeszcze było malutko. W krzaczkach, gdzie na jesieni czerwienią się zwykle muchomory, łosie urządziły sobie toaletę, slalom trzeba uprawiać aby uniknąć wdepnięcia w łosiowe kupki.
Nad starorzeczami bobry uprawiać musiały drzewną wspinaczkę, bo wierzbki wszystkie ogłowione niemal do cna. Ciężko będzie w tym roku o jakiekolwiek bazie na Wielkanoc. Podobnie, trzymając się wielkanocnej tematyki, zajęcy ani śladu, co dziwi bardzo, bo przecież nie na darmo część Ostoi zwana jest od lat Zajęczą Górką. Gdzie się podziali wszyscy jej długousi rezydenci? Nie mam pojęcia, choć widok wałęsającego się po okolicy samopas psa, nie przywołuje na myśl optymistycznych scenariuszy. Trzymajmy kciuki za kłapouchy, w nadziei, że jednak wkrótce je zobaczymy.
Z kolei tak zwane kąpielisko, czyli skrawek łączki między rzeczką a stawkiem, odwiedziły dziki, darmową orką odwdzięczając się za gościnę. Łąki dookoła wyglądają jak po występach szalonego traktorzysty, gleba "kołami do góry" na niemal połowie terenu. Nasuwa się tu refleksja o zasadności permakulturowych i ekologicznych zaleceń, aby nie orać gleb i nie przekopywać ogrodu - skoro przyroda przekopuje, to znak, że wszystko ma swoje miejsce i czas, i że nie należy ani w czambuł potępiać, ani na ślepo wierzyć. Jak to zwykle w permakulturze, słynne "to zależy", po raz kolejny pokazuje tutaj swą moc.
Skoro o mocy mowa, przez grubą warstwę ściółki przebijać się zaczynają moje czosnki niedźwiedzie - oczekiwane z tęsknotą zielone żagielki wiosny. Zwiastują chwile z czosnkowym pesto oraz nieuchronny początek sezonu grzebania w ziemi. Pora zacząć przygotowywać rozsady wszelakie, a moja obserwacja jest taka, że to fenologicznie czas, aby wysiać na miejskim parapecie pomidorki.
A na grządkach same z siebie wyłazić zaczynają szczypiorki, cebule, czosnki, całe to smakowite towarzystwo rośnie sobie trzeci rok samo, bez ingerencji mojej innej, niż delikatne podszczypywanie surowca kulinarnego i uważanie, aby tego tałatajstwa przypadkowo nie rozdeptać lub nie wykopać. W światku tych roślinek jestem nieco jak słoń w składzie porcelany, zdecydowanie pewniej czuję się w lesie, wśród solidnych drzew, zadzierając głowę ku ich koronom, niż pochylając się nad rzędem roślinek, wśród małych perma-grządeczek.
Kilka lat temu posadzone krokusy kwitną już tu i tam, niebieskie, fioletowe i żółte. Te posadzone w zeszłym roku, nie wychyliły jeszcze łebków spod ziemi. Tulipany coraz piękniej się zielenią, zaczynają się też meldować żonkile i narcyzy. W departamencie roślin dzikich nastał czas super zdrowej niemowlęcej pokrzywy, którą po długiej zimie warto wykorzystać jako źródło witamin i minerałów, zaparzając we wrzątku. Energetyzuje dużo skuteczniej niż Red Bull.
Nastał też czas prac doniczkowych. O moich donicach pisałem już dwukrotnie, między innymi tutaj. Teraz przeszły one proces drobnej renowacji, polegający na usunięciu tej zeszłorocznej roślinności, która od jesieni się nie skompostowała i przykryciu cienką kołderką kompostu od dżdżownic. Tak przygotowane donice zostały wstępnie obsiane i leciutko wyściółkowane słomą. Można je teraz pozostawić samym sobie na długie tygodnie, o ile planów nie pokrzyżują mrozy, niedługo cieszyć się będziemy pierwszymi rzodkiewkami. A jeśli mrozy spłatają nam figla, to trudno, zaczną kiełkować inne umieszczone w donicach nasiona. Taki zasiew ma na celu wykorzystanie wszystkich dostępnych nam nisz, nie tylko w przestrzeni, sadząc obok siebie rośliny rosnące "plonem wgłąb" i "plonem wzwyż", ale również i w czasie - te rosnące szybko, z tymi co powoli. I takim to sposobem, pomiędzy niezamówionym budzeniem od dzięcioła, a doniczkowym preludium do ogródkowego sezonu, upłynęła ostatnia niedziela zimy. A od jutra ... witaj wiosno!
Blog o permakulturze i Permakulturowym Miejscu Pokazowym "Ostoja" zlokalizowanym w sercu Puszczy Bolimowskiej, w obszarze Natura 2000, nad brzegiem rzeki Rawki, rezerwatu przyrody.
poniedziałek, 21 marca 2016
czwartek, 10 marca 2016
Końcówka zimy
Ostoja wita nadchodzący koniec zimy tulipanami. One jako pierwsze wychyliły się z grubej ściółki na grządkach. Pomimo, że w miejscach całkowicie zacienionych leży jeszcze odrobina śniegu, to życie w grubej ściółce toczy się już w najlepsze. Leniwie przeciągają się dżdżownice, wędrują drobne stawonogi. Za tulipanami podążają pierwsze pędy szczypiorku, a z zeszłego roku pozostała na grządkach portulaka warzywna, o dziwo opisywana powszechnie jako "warzywo letnie". Teraz, choć nie obficie, dostarcza nadal świeżych listków do sałatek.
Wszędzie tam, gdzie ściółkę stanowią zrębki, mam spory wysyp grzybów, niestety nie jadalnych, ale i tak bardzo on mnie cieszy. Roli grzybni w ogrodzie nie sposób przecenić, choć niektórzy twierdzą, że właściwym dla niej miejscem jest raczej sad, a nie warzywnik. W Ostoi stawiam na naturalną sukcesję i procesy glebotwórcze, wierząc, że gdy grzyby wykonają swoją pracę dekompozycyjną, to zaczną zanikać, a utworzoną przez nie glebę z czasem zdominują bakterie. Wszystko co żyje i rośnie, cieszy, pamiętam bowiem, że zaczynałem od piaszczystego, martwego ugoru, na którym nic nie rosło. I nadal większa część Ostoi jest taka, czeka w kolejce na permakulturowe przekształcenie.
Zeszłoroczny eksperyment z uprawą w kostkach słomy zaskoczył mnie na tyle pozytywnie, że w tym roku powiększam areał słomianych upraw. Na sześciu kostkach słomy rosło 18 krzaków pomidorów, co było zdecydowaną przesadą. Z trzech krzaków na kostkę w tym roku "zejdę" do dwóch, za to liczba kostek wzrośnie z sześciu do 22. "Pomidorowy kącik" będzie na pewno "oczkiem w głowie" w tym sezonie. W starych sześciu kostkach, które trzymają się jeszcze znośnie, posadzę inne rośliny. A w przyszłym roku, w miejscu po najstarszych kostkach powstanie "tradycyjna" grządka. Takim to sposobem, krok po kroku, areał upraw będzie się powiększał.
Zupełnie nowym eksperymentem jest próba uprawy najszybciej podobno rosnącego drzewa świata - krzyżówki dwóch odmian paulowni. Cechą charakterystyczną tej krzyżówki są ogromne liście (potencjalny materiał do ściółkowania i na kompost) oraz bardzo szybki wzrost (podobno w 6 lat średnica pnia dorasta do ponad 30 cm). Co więcej, ścięte drzewo odrasta, i proces ten można powtórzyć 3-4 krotnie. Próbuję uprawiać krzyżówkę z nasion, jak na razie, odpukać, skutecznie - praktycznie 90% nasion kiełkuje i rośnie sobie w tymczasowych pojemnikach, czekając na prawdziwą wiosnę. Z tym drzewem wiążę duże nadzieje w zakresie energetycznej samowystarczalności, może ono bowiem w odnawialny i szybki sposób stać się źródłem doskonałej jakości opału. Jak ważne jest to zagadnienie, widać dobrze właśnie w końcówce zimy - nic tak o niej nie przypomina, jak niemal pusta drewutnia.
poniedziałek, 22 lutego 2016
Chwila w rytmie lasu
Śpiące łąki, śpiące wody, śnieg co własnie przestał padać, a topić się jeszcze nie zaczął, cisza, która wypala z głowy zgiełk wielkiego miasta i świdruje w uszach. Ani podmuchu, ani dźwięku. Człek podskakuje do góry gdy spadnie kropla. Chwila, dwie, pięć, odezwie się ptak, czar pryska, pora kończyć krótki spacer i brać się za robotę. Wiatry osikę wywaliły, trzeba pociąć i zwieźć drewno, pora budki dla ptaków reperować i wywieszać, pora plan ogródków zrobić, ustalić z grubsza co, kiedy i gdzie posadzić. Niby jeszcze za wcześnie na wszystko, ale już czasu zaczyna brakować.
A w młodniku tyle żerdzi jeszcze leży, tyle drewna do uratowania od zmarnowania, więc targam te żerdzie i koruję je i ustawiam bez wielkiej nadziei, że coś z nich jeszcze będzie, Trzeba było je korować i suszyć na bieżąco, ano trzeba było, ale ręce dwie tylko i doba dwadzieścia cztery godziny tylko ma. Pod korą można za to teraz studiować życie w pigułce - procesy śmierci i narodzin, przechodzenia jednej formy w drugą, materii ożywionej w nieożywioną i odwrotnie. Podpatrywać grzyby, robaki, larwy, owady, procesy glebotwórcze i fizyczne przemiany wody, a wszystko to przy rytmicznych zgrzytach ośnika. Kudy tam temu do Siekierezady, ale z lekka muzyką sfer leśnych trąca. A wracając na ziemię, żaden element, jaki nam ta ziemia daje, nie powinien się marnować, dlatego też póki jeszcze nie można grzebać w ogródku, strugam ile się da.
Nie wiadomo kiedy minął dzień i pora wracać do miasta. Odjazdowi towarzyszą ostatnie krzyki żurawi udających się na nocny spoczynek. W młodniku coś drepta, trzaskają suche gałązki, być może to mama-łosza ze swoim potomkiem wraca z całodniowej wyprawy. Pewnie niedługo odezwie się sowa, a psy z dalekich gospodarstw rozpoczną te swoje szczekane relacje, opowiadając sobie nawzajem jak im minął dzień. Wszystko toczy się swoim rytmem, w którym zanurzam się tylko na moment, od którego odchodzę i do którego znowu wracam, a wokół las, jak stoi tak stał, jak szumiał, tak szumi.
sobota, 16 stycznia 2016
Cisza
Zawitałem do Ostoi po dłuższej nieobecności. Powitała mnie zima, urokliwa jak rzadko. Uginające się od śniegu gałęzie, czapeczki śniegowe na sztachetach płotu, bezwietrzna pogoda, słoneczko i ... cisza. Cisza świdrująca w uszach. Ani jednego odgłosu. Jakby Ostoję przykrył dźwiękochłonny klosz. Powoli obchodzę włości, rozglądając się dookoła. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to nieskalana powierzchnia śniegu, Żadnych śladów zwierzyny, żadnych śladów ludzkich stóp. Puste ptasie karmniki domagają się ziarna. Choć ani śladu wiaterku, z drzew od czasu do czasu spada odrobina śniegu, tworząc drobne wzorki na śniegowej kołderce.
Donice, grządki, ogródki, spirala ziołowa i sadzik, wszystko śpi sobie pod warstewką śniegu. Spóźniony on jest nieco, bo nie ochronił roślin i gleby przed pierwszą falą mrozów, ale bardzo, bardzo potrzebny. Wody w każdej formie cały ubiegły rok nam brakowało, dobrze więc że choć trochę tych opadów chociaż teraz mamy.
Rzeczka nasza ulubiona, Rawka, wypełniona wodą po brzegi. Tam, gdzie nurt nieco silniejszy, nie ma ochoty zamarzać. W miejscach spokojniejszych, do połowy skuta jest cienkim lodem. Starorzecza całkowicie zamarznięte, a w lasach okolicznych pusto i cicho. Czasem tylko spotykam gromadkę ptaków przycupniętą na drzewie. Tropów zwierzyny niewiele, jeśli już to głównie zajęcy i saren, a z rzadka dzika.
Domek stoi cichutko, z wygaszonym piecem i zamkniętą wodą, bo to jedynie króciutka, kilkugodzinna wizyta. W środku temperatury ujemne, najcieplejszym miejscem jest ganek, o poranku omiatany promieniami słońca. Zabieram z niego pozostawione w zeszłym roku nasiona, aby zrobić przegląd kolekcji, uzupełnić braki i zastanowić się nad tegorocznymi uprawami. Na chwilę obecną wydaje się, że priorytetem będą pomidory, dynie i strączkowe. Miło tak sobie poplanować wiosenne prace, gdy śnieg skrzy się wkoło.
Tuż przed wyjazdem, przy samej ścianie domku odkryłem ślady jakiegoś zwierza, który musiał wpaść w odwiedziny, gdy spacerowałem nad rzeką. Nie znam się na tym, ale wygląda mi to na kunę- złodziejkę, która notorycznie kradnie słoninę wywieszoną dla sikorek. O zmierzchu przed odjazdem przysiadłem na schodkach, w nadziei że kuna się pojawi, ale jedyne co przyszło, to cisza, taka sama jaka mnie rano powitała. Cisza bez jednego dźwięku, w której słychac własne myśli.
Donice, grządki, ogródki, spirala ziołowa i sadzik, wszystko śpi sobie pod warstewką śniegu. Spóźniony on jest nieco, bo nie ochronił roślin i gleby przed pierwszą falą mrozów, ale bardzo, bardzo potrzebny. Wody w każdej formie cały ubiegły rok nam brakowało, dobrze więc że choć trochę tych opadów chociaż teraz mamy.
Rzeczka nasza ulubiona, Rawka, wypełniona wodą po brzegi. Tam, gdzie nurt nieco silniejszy, nie ma ochoty zamarzać. W miejscach spokojniejszych, do połowy skuta jest cienkim lodem. Starorzecza całkowicie zamarznięte, a w lasach okolicznych pusto i cicho. Czasem tylko spotykam gromadkę ptaków przycupniętą na drzewie. Tropów zwierzyny niewiele, jeśli już to głównie zajęcy i saren, a z rzadka dzika.
Domek stoi cichutko, z wygaszonym piecem i zamkniętą wodą, bo to jedynie króciutka, kilkugodzinna wizyta. W środku temperatury ujemne, najcieplejszym miejscem jest ganek, o poranku omiatany promieniami słońca. Zabieram z niego pozostawione w zeszłym roku nasiona, aby zrobić przegląd kolekcji, uzupełnić braki i zastanowić się nad tegorocznymi uprawami. Na chwilę obecną wydaje się, że priorytetem będą pomidory, dynie i strączkowe. Miło tak sobie poplanować wiosenne prace, gdy śnieg skrzy się wkoło.
Tuż przed wyjazdem, przy samej ścianie domku odkryłem ślady jakiegoś zwierza, który musiał wpaść w odwiedziny, gdy spacerowałem nad rzeką. Nie znam się na tym, ale wygląda mi to na kunę- złodziejkę, która notorycznie kradnie słoninę wywieszoną dla sikorek. O zmierzchu przed odjazdem przysiadłem na schodkach, w nadziei że kuna się pojawi, ale jedyne co przyszło, to cisza, taka sama jaka mnie rano powitała. Cisza bez jednego dźwięku, w której słychac własne myśli.
sobota, 26 grudnia 2015
Nowe życie starych rzeczy
W Ostoi straszy. Straszą stare graty, mające po kilkadziesiąt lat, meble z salonów PRL'u, dywany, wykładziny, gazety, które trafiły tu z miasta, aby "jeszcze się przydać". Przez wiele lat stanowiły siedlisko głównie pająków, a czasem i myszek. Powoli w ramach procesu odgracania, postanowiłem rozłożyć stary tapczan na czynniki pierwsze i jakoś go spożytkować. Na pierwszy ogień poszła skrzynia na pościel - jej dno z cieniutkiej sklejki zostało wykorzystane na obicie suszarni ziół, a boki utworzą doskonałe obramowanie kolejnej wyniesionej grządki.
Rama tapczanu na której spoczywały sprężyny została obita starą wykładziną która kiedyś przez lata zdobiła warszawską kuchnię. Dwa sosnowe słupki, kolejne dwa na poprzeczki, i mamy doskonałą wiatę na drewno do ogniska. Sprężyny zostały zachowane, aby na wiosnę zrobić z nich ... wiszący ogródek. Warstwa włókna kokosowego oraz płócienne obicie tapczanu trafiły do kompostownika, a wszystkie części metalowe - mechanizmy otwierania i zamykania tapczanu, gwoździe i wkręty, do specjalnego pojemnika na "używany metal" w szopie. Oj, niejednokrotnie pojemnik ten uratował tok prac, gdy zabrakło "takiej jednej śrubki", a do najbliższej Castoramy "hektary" przez las. Tym sposobem stary tapczan praktycznie się "zdematerializował", lepsze to chyba rozwiązanie, niż spalenie go czy wywózka na wysypisko.
Wszystkie przedpotopowe gazety pozostawiane przez pokolenia, oraz zupełnie nowożytny "spam" w postaci korespondencji i rachunków trafia pod grządki i drzewka, jako warstwa hamująca rozwój traw i roślin niepożądanych. W taki sam sposób utylizuję opakowania kartonowe, po usunięciu metalowych zszywek i plastikowych przylepców. Gazety przykrywane są grubą warstwą zrębki z drzew liściastych, dzięki czemu grzybnia pięknie się wśród nich rozwija. Piaszczysta gleba Ostoi desperacko potrzebuje wszelkiej materii organicznej, wszystko więc, co może stanowić jej źródło jest dla nas bardzo cenne i trafia albo bezpośrednio do gleby, albo do kompostownika. W biomasie rodzi się nowe życie, najpierw bakterie i grzyby, nieco później nicienie, dżdżownice i stawonogi, pojawiają się tam, gdzie jeszcze niedawno straszył suchy i goły piach.
A na grządkach od 2-3 lat istniejących, inwazja grzybów za inwazją. Po ślicznych muchomorach czerwonych, teraz nastąpił wysyp maślanki wiązkowej - grzyba dosyć intensywnie trującego. Cieszy nas on jednak, gdyż wkrótce obumrze i użyźni nasze grządki, a z sobie tylko znanej przyczyny, najlepiej mu się rośnie wśród truskawek. Czy dzięki temu truskawki będą lepiej rosły na wiosnę? Jestem głęboko przekonany, że tak. Bo podczas gdy ja prowadzę recycling mebli z poprzedniej epoki, grzyby czynią to samo z każdą materią organiczną, dużo bardziej efektywnie ode mnie. Przywracają życiu wszystko, co martwe, a nam pozostaje tylko z ich zdolności umiejętnie korzystać.
Rama tapczanu na której spoczywały sprężyny została obita starą wykładziną która kiedyś przez lata zdobiła warszawską kuchnię. Dwa sosnowe słupki, kolejne dwa na poprzeczki, i mamy doskonałą wiatę na drewno do ogniska. Sprężyny zostały zachowane, aby na wiosnę zrobić z nich ... wiszący ogródek. Warstwa włókna kokosowego oraz płócienne obicie tapczanu trafiły do kompostownika, a wszystkie części metalowe - mechanizmy otwierania i zamykania tapczanu, gwoździe i wkręty, do specjalnego pojemnika na "używany metal" w szopie. Oj, niejednokrotnie pojemnik ten uratował tok prac, gdy zabrakło "takiej jednej śrubki", a do najbliższej Castoramy "hektary" przez las. Tym sposobem stary tapczan praktycznie się "zdematerializował", lepsze to chyba rozwiązanie, niż spalenie go czy wywózka na wysypisko.
Wszystkie przedpotopowe gazety pozostawiane przez pokolenia, oraz zupełnie nowożytny "spam" w postaci korespondencji i rachunków trafia pod grządki i drzewka, jako warstwa hamująca rozwój traw i roślin niepożądanych. W taki sam sposób utylizuję opakowania kartonowe, po usunięciu metalowych zszywek i plastikowych przylepców. Gazety przykrywane są grubą warstwą zrębki z drzew liściastych, dzięki czemu grzybnia pięknie się wśród nich rozwija. Piaszczysta gleba Ostoi desperacko potrzebuje wszelkiej materii organicznej, wszystko więc, co może stanowić jej źródło jest dla nas bardzo cenne i trafia albo bezpośrednio do gleby, albo do kompostownika. W biomasie rodzi się nowe życie, najpierw bakterie i grzyby, nieco później nicienie, dżdżownice i stawonogi, pojawiają się tam, gdzie jeszcze niedawno straszył suchy i goły piach.
A na grządkach od 2-3 lat istniejących, inwazja grzybów za inwazją. Po ślicznych muchomorach czerwonych, teraz nastąpił wysyp maślanki wiązkowej - grzyba dosyć intensywnie trującego. Cieszy nas on jednak, gdyż wkrótce obumrze i użyźni nasze grządki, a z sobie tylko znanej przyczyny, najlepiej mu się rośnie wśród truskawek. Czy dzięki temu truskawki będą lepiej rosły na wiosnę? Jestem głęboko przekonany, że tak. Bo podczas gdy ja prowadzę recycling mebli z poprzedniej epoki, grzyby czynią to samo z każdą materią organiczną, dużo bardziej efektywnie ode mnie. Przywracają życiu wszystko, co martwe, a nam pozostaje tylko z ich zdolności umiejętnie korzystać.
poniedziałek, 2 listopada 2015
W żółtych płomieniach liści ...
... brzoza dopala się ślicznie, w piosence zespołu Skaldowie, oczywiście. A w Ostoi, w żółtych płomieniach liści całe podwórko. To nasze ogromne klony sypią liśćmi na potęgę. W odróżnieniu od delikatnych brzozowych listków, liście klonu nie są wdzięcznym materiałem do kompostowania czy ściółkowania. W naszych okolicznościach przyrody potrafią leżeć i cztery lata, zanim zamienią się w odrobinę choć użyteczny liściowy kompost. Tak się dzieje, gdy pozostawione są same sobie, gdy jesienne deszcze posklejają je na płask, w grube, mocne i trwałe tafle.
Przez takie pokłady najpierw złotego, a później coraz bardziej brunatnego dobra nie przebiją się niemal żadne rośliny, dlatego też liście klonowe zmuszeni jesteśmy rozdrabniać, przy użyciu a to kosiarki, a to odkurzacza do liści. Ideałem byłoby powierzenie tego zadania zwierzętom, a szczególnie kurom, niestety dopóki nie zamieszkamy w Ostoi na stałe, jest to nierealne. Zmielony materiał uzyskany z liści nadaje się już doskonale do ściółkowania grządek, szczególnie w nowym przyszłorocznym warzywniku.
Nasze grządki zrębkowe, czy to te dla roślin wieloletnich, czy te dla jednorocznych, otrzymują teraz również świeżą kołderkę ze zrębki. Przy okazji rozsypujemy również popiół drzewny z pieca, nieco mączki bazaltowej, rozlewamy resztki naszych gnojówek z żywokostu i pokrzywy, w nadziei, że nasi najdzielniejsi pracownicy - mikrofauna glebowa, przez zimę przerobią to wszystko na żyzny kompost. W ramach nieustających eksperymentów wyściółkowaliśmy też jedną grządkę sianem z nadrzecznych łąk, zobaczymy jak się będzie życie pod tą ściółką rozwijać.
A tymczasem, na starych grządkach zrębkowych, wśród rosnących jeszcze rzodkiewek, kapusty pac-choy i otaczających je malin, wykwitły obficie piękne muchomory czerwone. Ta grządka zaskakuje co roku innym gatunkiem grzyba, który "znikąd" pojawia się w dużej obfitości. Po zeszłorocznych pierścieniakach jadalnych nie ma nawet śladu. Odnosimy wrażenie, że przyroda sama podsuwa nam to, co w danej chwili może się nam przydać, w zeszłym roku były to grzyby kulinarne, a w tym roku lecznicze. Postaramy się z tego daru przyrody dobrze skorzystać.
Po wybitnie suchym lecie, nie mieliśmy specjalnych nadziei na grzybny urodzaj na naszych eksperymentalnych kłodach z boczniakami i shiitake, a jednak ... Kłody namoczyliśmy przez noc i następnego ranka każdą z nich solidnie trzasnęliśmy o ziemię. Symulować to ma upadek drzewa i dawać sygnał grzybni do produkcji owocników. W dwa tygodnie później, cieszymy oczy pierwszymi boczniakami. Shiitake na razie odmawiają współpracy, nie jesteśmy pewni czy grzybnia nie zginęła całkiem w sierpniowe upały. Przyszłość pokaże, czy jeszcze żyją. A na razie ... kolejne złote liście lecą z drzew, listopad w całej krasie, piękną mamy jesień w tym roku.
poniedziałek, 5 października 2015
Przymrozki, grzyby i lotnisko
Kończąc poprzedni wpis nieopatrznie wspomniałem o pierwszych mrozach i .... wykrakałem. W zeszłym tygodniu dwie noce z temperaturami do minus pięciu stopni przy gruncie skutecznie zakończyły żywot pomidorów, dyń, kabaczków i innych ciepłolubnych roślin. Gdyby okres wegetacyjny wyznaczać według dat między ostatnim przymrozkiem wiosny a pierwszym przymrozkiem jesieni, miałby on w tym roku 137 dni, warto to odnotować. Przymrozki pozostawiły nas z masą niedojrzałych pomidorów, które teraz na wszystkie sposoby próbujemy "wprowadzić w dojrzałość". Z tymi, z którymi się to nie uda, postaramy się też coś zrobić, może skorzystamy z tego przepisu?
Przymrozki przymrozkami, a roboty wcale nie mniej. Weekend upłynął w atmosferze prac leśno-grzybiarskich, z elementami ogrodnictwa. Na pierwszy ogień poszły pnie - postanowiliśmy rozprawić się z nimi przy pomocy ... opieniek. Powierzchnie pni zostały ścięte na równo i dokładnie oczyszczone, tak aby ograniczyć obecność "lokalnych" zarodników grzybów wszelakich. Następnie pnie zostały nawiercone po obwodzie, a do każdego otworka trafił drewniany kołeczek obrośnięty grzybnią opieńki miodowej.
Gdy wszystkie kołki powbijane zostały w pień, przyszła pora na pszczeli wosk, uprzednio roztopiony w tak zwanej "łaźni wodnej". Nad każdy kołek nałożyliśmy warstwę wosku, po pierwsze po to, aby inne grzyby nie wdzierały się w drewno tam, gdzie umieściliśmy grzybnię opieńki, a po drugie po to, aby kołeczki tak szybko nie wysychały. Gdy wszystkie kołki miały już woskową czapeczkę, pnie solidnie zlaliśmy wodą i przykryliśmy dwoma warstwami uprzednio dobrze namoczonej tektury falistej.
Pieńki na koniec zostały obsypane kilkucentymetrową warstwą świeżych zrębek z cienkich gałązek i listków brzozowych, po to aby utrzymać w pniu wilgoć, chronić przed mrozami w zimie, a także użyźnić w przyszłości glebę wokół pnia, co przełoży się na lepszy plon opieniek. Po zakończeniu prac trudno w ogóle dostrzec, że w miejscu naszej hodowli był w ogóle jakiś pień. Teraz jedyne, co nam pozostaje, to od czasu do czasu sprawdzać wilgotność pnia i ewentualnie podlać nieco, oraz ... czekać. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, to pierwszych opieniek spodziewamy się następnej jesieni. Pnie natomiast z roku na rok będą coraz bardziej zmurszałe, grzybnia rozłoży je "na czynniki pierwsze", pozostawiając nam w ich miejscu żyzną próchnicę, ale to dopiero za wiele lat ... ale, nie spieszy nam się.
Kolejne przedsięwzięcie to długo odkładane zagospodarowania pasa między płotem, a "aleją brzóz". Niewdzięczne to miejsce, o bardzo słabej glebie, zacienione niemal stale, i co tu dużo mówić, wąziutkie. Koncepcja na razie jest taka, że od budowy gleby zaczniemy, a potem się zobaczy. Rzadkie kępki trawy zlaliśmy solidnie wodą i przykryliśmy tekturą falistą typu malarskiego z rolki, o szerokości takiej, jaką chcemy mieć później szerokość pasa uprawnego, czyli 120 centymetrów. Zwykle do takich zadań używamy kartonów z odzysku, tu jednak użycie tektury z rolki znacznie usprawniło i skróciło czas prac, zrobiliśmy więc wyjątek od reguły, nie było zresztą wyboru - zabrakło kartonów. Tekturę dogłębnie zmoczyliśmy i przystąpiliśmy do zasiedlania terenu naszymi sprzymierzeńcami - grzybnią pierścieniaka uprawnego.
Tym razem grzybnia rosła sobie szczęśliwie na ziarnach pszenicy, a jej "implementacja" w nasze środowisko była banalnie prosta - wystarczyło rozsypać ziarna między warstwami tektury, która musi być całkowicie przemoczona. Z sobie tylko znanych powodów grzybnia uwielbia wprost falistość tektury, dlatego też jeśli tektura z obu stron jest gładka, a falista tylko w środku, dobrze jest jedną z gładkich warstw zerwać, aby grzybnia miała to, co lubi najbardziej. W zależności od tego, ile mamy grzybni, można mnożyć warstwy tektury, robiąc coś na wzór lasagna. Nie pokryliśmy całego pasa grzybnią, a jedynie obszar około trzech metrów kwadratowych, tworząc, ognisko, z którego, mamy nadzieję, grzybnia się sama rozejdzie w przyszłości.
Gdy grzybnia spoczęła już pod drugą warstwą tektury, całość przykryliśmy zrębkami brzozowymi, warstwą około 10 cm. Następnie podlaliśmy wszystko solidnie, spojrzeliśmy na całość krytycznym okiem i ...cóż, nie wygląda to źle! Bardzo naturalny wygląd naszej "grządki" wtapia ją w otoczenie, Bijemy się z myślami co w tym miejscu stworzyć, zaczyna przeważać koncepcja mini ogrodu leśnego, z kilkoma drzewami owocowymi, leszczyną, dużą ilością krzewów jagodowych, cebulowymi roślinami wieloletnimi takimi jak czosnek niedźwiedzi, odrobiną jednorocznych roślin znoszących dobrze cień, pnącz (na przykład chmielu), oraz oczywiście grzybów. Na razie "lotnisko" (bo tak nazwaliśmy ten pas, ujrzawszy go po rozwinięciu tektury) będziemy posypywać sukcesywnie różnego rodzaju materią organiczną - bobkami od sąsiedzkiej kozy, popiołem z pieca, odrobiną kompostu i słomy, stymulując tym samym procesy glebotwórcze, a na kartce papieru i w komputerze planować będziemy szczegóły nasadzeń. Pomimo minorowych nastrojów wywołanych przez przymrozki i smutny koniec części tegorocznych upraw, weekend można uznać za owocny i udany.
Przymrozki przymrozkami, a roboty wcale nie mniej. Weekend upłynął w atmosferze prac leśno-grzybiarskich, z elementami ogrodnictwa. Na pierwszy ogień poszły pnie - postanowiliśmy rozprawić się z nimi przy pomocy ... opieniek. Powierzchnie pni zostały ścięte na równo i dokładnie oczyszczone, tak aby ograniczyć obecność "lokalnych" zarodników grzybów wszelakich. Następnie pnie zostały nawiercone po obwodzie, a do każdego otworka trafił drewniany kołeczek obrośnięty grzybnią opieńki miodowej.
Gdy wszystkie kołki powbijane zostały w pień, przyszła pora na pszczeli wosk, uprzednio roztopiony w tak zwanej "łaźni wodnej". Nad każdy kołek nałożyliśmy warstwę wosku, po pierwsze po to, aby inne grzyby nie wdzierały się w drewno tam, gdzie umieściliśmy grzybnię opieńki, a po drugie po to, aby kołeczki tak szybko nie wysychały. Gdy wszystkie kołki miały już woskową czapeczkę, pnie solidnie zlaliśmy wodą i przykryliśmy dwoma warstwami uprzednio dobrze namoczonej tektury falistej.
Pieńki na koniec zostały obsypane kilkucentymetrową warstwą świeżych zrębek z cienkich gałązek i listków brzozowych, po to aby utrzymać w pniu wilgoć, chronić przed mrozami w zimie, a także użyźnić w przyszłości glebę wokół pnia, co przełoży się na lepszy plon opieniek. Po zakończeniu prac trudno w ogóle dostrzec, że w miejscu naszej hodowli był w ogóle jakiś pień. Teraz jedyne, co nam pozostaje, to od czasu do czasu sprawdzać wilgotność pnia i ewentualnie podlać nieco, oraz ... czekać. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, to pierwszych opieniek spodziewamy się następnej jesieni. Pnie natomiast z roku na rok będą coraz bardziej zmurszałe, grzybnia rozłoży je "na czynniki pierwsze", pozostawiając nam w ich miejscu żyzną próchnicę, ale to dopiero za wiele lat ... ale, nie spieszy nam się.

Tym razem grzybnia rosła sobie szczęśliwie na ziarnach pszenicy, a jej "implementacja" w nasze środowisko była banalnie prosta - wystarczyło rozsypać ziarna między warstwami tektury, która musi być całkowicie przemoczona. Z sobie tylko znanych powodów grzybnia uwielbia wprost falistość tektury, dlatego też jeśli tektura z obu stron jest gładka, a falista tylko w środku, dobrze jest jedną z gładkich warstw zerwać, aby grzybnia miała to, co lubi najbardziej. W zależności od tego, ile mamy grzybni, można mnożyć warstwy tektury, robiąc coś na wzór lasagna. Nie pokryliśmy całego pasa grzybnią, a jedynie obszar około trzech metrów kwadratowych, tworząc, ognisko, z którego, mamy nadzieję, grzybnia się sama rozejdzie w przyszłości.
Gdy grzybnia spoczęła już pod drugą warstwą tektury, całość przykryliśmy zrębkami brzozowymi, warstwą około 10 cm. Następnie podlaliśmy wszystko solidnie, spojrzeliśmy na całość krytycznym okiem i ...cóż, nie wygląda to źle! Bardzo naturalny wygląd naszej "grządki" wtapia ją w otoczenie, Bijemy się z myślami co w tym miejscu stworzyć, zaczyna przeważać koncepcja mini ogrodu leśnego, z kilkoma drzewami owocowymi, leszczyną, dużą ilością krzewów jagodowych, cebulowymi roślinami wieloletnimi takimi jak czosnek niedźwiedzi, odrobiną jednorocznych roślin znoszących dobrze cień, pnącz (na przykład chmielu), oraz oczywiście grzybów. Na razie "lotnisko" (bo tak nazwaliśmy ten pas, ujrzawszy go po rozwinięciu tektury) będziemy posypywać sukcesywnie różnego rodzaju materią organiczną - bobkami od sąsiedzkiej kozy, popiołem z pieca, odrobiną kompostu i słomy, stymulując tym samym procesy glebotwórcze, a na kartce papieru i w komputerze planować będziemy szczegóły nasadzeń. Pomimo minorowych nastrojów wywołanych przez przymrozki i smutny koniec części tegorocznych upraw, weekend można uznać za owocny i udany.
Subskrybuj:
Posty (Atom)