W Ostoi życie kwitnie, rośnie, owocuje. Na grządkach ze zrębek obok tradycyjnie dobrze w nich rosnącego bobu i wszelkiego rodzaju fasol, w tym roku także wybijają się dynie i kabaczki, które w zeszłego lata nie raczyły rosnąć. Wybujały również słoneczniki, dobrze radzą sobie pomidory, zakwitły ogórki, a ziemniaki, posadzone eksperymentalnie na jesieni, lada moment będą gotowe do zbiorów. Podobnie jak w zeszłym roku nie radzą sobie brokuły i kapusty, najwyraźniej nie jest to odpowiednie środowisko dla nich. Na obrzeżach ścieżek porosły topinambury i szparagi, te pierwsze można będzie w tym roku zacząć zbierać, tym drugim potrzeba chyba jeszcze roku aby choćby ich skosztować.
Na ziołowej spirali powoli zapełnia się przestrzeń, coraz mniej widać zrębek, a coraz więcej kęp pięknych ziół rozprzestrzenia się i wabi kolorem i zapachem. Na szczycie stoją dumnie rozmaryny, lawendy i szałwie, niżej nieco tymianki, czosnki, ogóreczniki, a na samym dole królują mięty. Nad wszystkim panują wielkie kwiaty rudbekii, ulubione miejsce okolicznych motyli. Nieco niżej kwitną aksamitki, które pierwszomajowy przymrozek niemal życia pozbawił, a jednak, odżyły i mają się dobrze.
W drewutni zdesperowana ptaszyna uwiła gniazdko, ze wszystkich trzech jaj wylęgły się pisklęta. Najsłabszy braciszek czy siostrzyczka został brutalnie z gniazdka wyrzucony i dokonał żywota. Dwa pozostałe na razie radzą sobie dzielnie, choć na ich życie czatuje Ruda Zołza, kocica z sąsiedztwa będąca postrachem kurników, gniazd i jaszczurek. Do Ostoi powrócił wielki bóbr - samiec, intensywnie od wieczora do zmierzchu penetrujący starorzecza. W młodniku rezyduje koziołek sarny, a wielka zajęczyca, no gdzieżby indziej, jak nie na Zajęczej Górce, zajmuje się swoimi sprawami, nie zważając na nas, gości w jej lesie. Tak wygląda Ostoja w szczycie spirali życia. Cieszymy się tym póki czas, bo pierwszy opadły żółty liść z naszej lipy przypomina, że maluczko, a będzie po lecie.
Blog o permakulturze i Permakulturowym Miejscu Pokazowym "Ostoja" zlokalizowanym w sercu Puszczy Bolimowskiej, w obszarze Natura 2000, nad brzegiem rzeki Rawki, rezerwatu przyrody.
wtorek, 22 lipca 2014
Spirale życia
wtorek, 15 lipca 2014
Na drugą nóżkę
Po tygodniach intensywnej nauki, w porannej poczcie pojawiła się nagroda - informacja o ukończeniu kursu projektowania permakulturowego u Geoff'a Lawtona. Dyplomik przyjdzie z Australii pocztą za jakiś czas, ale wiedza w główce już jest, i oby nie wyparowała :) Teraz trzeba szybko z niej korzystać, utrwalać i rozwijać, ale z drugiej strony wszystko się musi uleżeć, przyjąć i usystematyzować. Festina lente, jak mawiali starożytni, a praktycy permakultury za nimi powtarzają. Materiał kursowy tym razem był oszałamiająco bogaty, daleko wykraczający poza standardy 72 godzinnego curiculum PDC. Jako bonus otrzymaliśmy między innymi kursy permakulturowych prac ziemnych, czytania krajobrazu i ustanawiania leśnych ogrodów. Co jednak najcenniejsze, to odpowiedzi Geoffa na nasze pytania - a były ich tysiące. I podczas gdy wykład omawiał temat ogólnie, szeroko ale jednak teoretycznie, o tyle w odpowiedziach na pytania pojawiały się praktyczne perełki. Do odpowiedzi na pytania zapewne niejednokrotnie jeszcze będę wracał, wiedzy w nich zawartej nie sposób przyswoić jednorazowo. Kurs był również okazją do nawiązania kontaktów ze studentami z całego świata oraz z weteranami (osobami które ukończyły ten kurs w zeszłym roku). Zarówno forum, jak i grupa na FB okazały się bardzo pomocnymi miejscami pasjonujących dyskusji i wymiany pomysłów, porad i doświadczeń, mam nadzieję że sporo z tych znajomości przetrwa zakończenie kursu. Gorąco wszystkim ten kurs polecam, wart jest swej ceny, czasu i pracy, po wielokroć.
niedziela, 6 lipca 2014
Machina piekielna
W Ostoi pojawiła się "Piekielna Machina", ochrzczona tak przez przypadkowych obserwatorów. Rzeczywiście chyba, dziwi i intryguje w środku lasu. Maszyna ta to suszarnia do ziół, grzybów, owoców, nasion i innych dóbr z ogrodu, łąki, lasu, bliższej i dalszej okolicy.
"Piecem" suszarni jest kolektor słoneczny z puszek, którego budowę opisałem tutaj. Został on dodatkowo wyposażony w kółka, aby łatwiej go przemieszczać oraz w stojak, pozwalający mu zarówno stabilnie stać, jak i regulować kąt nachylenia. "Napędem" suszarni jest mały komputerowy wentylatorek, który dołem zasysa powietrze z suszarni i tłoczy je do kolektora. Zasila go mały panel słoneczny.
Sama suszarnia to prosta szafa z listewek, obita tekturą. Tektura do "pleców" szafy jest przyczepiona na rzepy, tak, aby mieć łatwy dostęp do wnętrza. W środku jest miejsce na dziesięć półek, obciągniętych gęstą aluminiową siatką. Łączna powierzchnia półek to cztery metry kwadratowe. Szafę łączą z kolektorem aluminiowe elastyczne rury wentylacyjne.
W sobotni poranek odbył się debiut suszarni. Niewiele jeszcze jest produktów do suszenia, ale wystarczyło surowca do wypełnienia pięciu półek. Słońce to pokazywało się, to znikało za chmurami. Temperatura w suszarni wahała się w związku z tym znacząco w ciągu całego dnia, ale średnio na górnych półkach wynosiła 45 stopni, a im niżej, tym mniej oczywiście.
Nadchodzące chmury burzowe przerwały sobotni eksperyment, być może użycie kartonu nie było najmądrzejszym rozwiązaniem. Usprawiedliwia mnie jedynie to, że jest to wszak prototyp, który na pewno jeszcze będę usprawniał. Tak czy inaczej, do suszenia powróciłem w niedzielny poranek. Tu sprawy potoczyły się błyskawicznie, gdyż słońce nie zawiodło. Temperatura w górze suszarni wynosiła średnio 60 stopni, i już w południe można było "zwijać interes" - wszystko wyschło "na pieprz". Wysuszone rośliny trafiły do słoików, a zdemontowana suszarnia do szopy. Zdała egzamin, ale wymaga jeszcze przeróbek - lepszego mocowania rzepów do kartonu oraz usprawnienia metody przekręcania zestawu w trakcie suszenia w kierunku słońca.
W Ostoi przyroda w pełnej krasie. W huglu, o którym pisałem tutaj żyje kilka zaskrońców. Noce spedzają w środku, a za dnia albo penetrują okolicę, albo wygrzewają się na południowym stoku hugla. Sam hugel tonie dosłownie w facelii, pac-choi i fasolach. Zdecydowanie najlepiej wszystko rośnie na wschodnim stoku hugla, a dałbym sobie głowę uciąć, że najlepszy będzie stok zachodni. W ogródkach powoli nadchodzi pora zbioru bobu, który obrodził niezwykle, świetnie radzą sobie ziemniaki, i te w workach i te w zrębkach, a tu i ówdzie ślicznie kwitną nasturcje i ogóreczniki, których kwiaty kończą swój żywot w sałatce. Akompaniuje im dzielnie mięta, obficie rosnąca na ziołowej spirali. Kiwi, mango i melona jeszcze swojego nie mamy, ale będziemy nad tym pracować ;-)
"Piecem" suszarni jest kolektor słoneczny z puszek, którego budowę opisałem tutaj. Został on dodatkowo wyposażony w kółka, aby łatwiej go przemieszczać oraz w stojak, pozwalający mu zarówno stabilnie stać, jak i regulować kąt nachylenia. "Napędem" suszarni jest mały komputerowy wentylatorek, który dołem zasysa powietrze z suszarni i tłoczy je do kolektora. Zasila go mały panel słoneczny.
Sama suszarnia to prosta szafa z listewek, obita tekturą. Tektura do "pleców" szafy jest przyczepiona na rzepy, tak, aby mieć łatwy dostęp do wnętrza. W środku jest miejsce na dziesięć półek, obciągniętych gęstą aluminiową siatką. Łączna powierzchnia półek to cztery metry kwadratowe. Szafę łączą z kolektorem aluminiowe elastyczne rury wentylacyjne.
W sobotni poranek odbył się debiut suszarni. Niewiele jeszcze jest produktów do suszenia, ale wystarczyło surowca do wypełnienia pięciu półek. Słońce to pokazywało się, to znikało za chmurami. Temperatura w suszarni wahała się w związku z tym znacząco w ciągu całego dnia, ale średnio na górnych półkach wynosiła 45 stopni, a im niżej, tym mniej oczywiście.
Nadchodzące chmury burzowe przerwały sobotni eksperyment, być może użycie kartonu nie było najmądrzejszym rozwiązaniem. Usprawiedliwia mnie jedynie to, że jest to wszak prototyp, który na pewno jeszcze będę usprawniał. Tak czy inaczej, do suszenia powróciłem w niedzielny poranek. Tu sprawy potoczyły się błyskawicznie, gdyż słońce nie zawiodło. Temperatura w górze suszarni wynosiła średnio 60 stopni, i już w południe można było "zwijać interes" - wszystko wyschło "na pieprz". Wysuszone rośliny trafiły do słoików, a zdemontowana suszarnia do szopy. Zdała egzamin, ale wymaga jeszcze przeróbek - lepszego mocowania rzepów do kartonu oraz usprawnienia metody przekręcania zestawu w trakcie suszenia w kierunku słońca.
W Ostoi przyroda w pełnej krasie. W huglu, o którym pisałem tutaj żyje kilka zaskrońców. Noce spedzają w środku, a za dnia albo penetrują okolicę, albo wygrzewają się na południowym stoku hugla. Sam hugel tonie dosłownie w facelii, pac-choi i fasolach. Zdecydowanie najlepiej wszystko rośnie na wschodnim stoku hugla, a dałbym sobie głowę uciąć, że najlepszy będzie stok zachodni. W ogródkach powoli nadchodzi pora zbioru bobu, który obrodził niezwykle, świetnie radzą sobie ziemniaki, i te w workach i te w zrębkach, a tu i ówdzie ślicznie kwitną nasturcje i ogóreczniki, których kwiaty kończą swój żywot w sałatce. Akompaniuje im dzielnie mięta, obficie rosnąca na ziołowej spirali. Kiwi, mango i melona jeszcze swojego nie mamy, ale będziemy nad tym pracować ;-)
poniedziałek, 16 czerwca 2014
Deszcze niespokojne
Przechodzące co i rusz fronty atmosferyczne przyniosły do Ostoi liczne fale opadów, intensywnych ale krótkotrwałych. Pogoda to idealna na konstrukcję kolejnego ogródka - nie trzeba namaczać kartonów, gazet i zrębki, choć trzeba uważać, aby materiały nie pofrunęły.
Trzeci, nowy ogródek powstał na piaszczysto-trawiastym "nieużytku", w niewykorzystanej części podwórka. Orgódek ten docelowo ma być "poświęcony" warzywom wieloletnim - szparagom, rabarbarom, szczawiom, czosnkom i tym podobnym kulinarnym atrakcjom, które praktycznie poza zbiorem nie będą wymagać uwagi. Póki co, do ogródka trafiły nasiona roślin motylkowych, które mają za zadanie nie tyle użyźnić "glebę" (której nie ma) co stworzyć pokrycie zrębki, aby spowolnić utratę wilgoci i stworzyć lepsze warunki do rozwoju grzybni i dekompozycji drewna.
Niedawno sporządzony hugel dzięki silnym, acz przelotnym opadom zieleni się nadspodziewanie - najlepiej póki co rośnie na nim chińska kapusta Pac Choi, a z okrywowych motylkowych facelia. W huglu zamieszkał zaskroniec, jakim sposobem zorientował się, że można zrobić wejście do wielokondygnacyjnego pałacu z grubych gałęzi w środku hugla, to jego słodka tajemnica. W każdym razie ma wejście w górze hugla, a na południowym "stoku" umościł sobie kształtną półkę, gdzie lubi się wygrzewać, o ile akurat nie pada.
Gdy deszcz lał tak mocno, że nie sposób było wojować ze zrębkami i kartonami, powstawały różne inne rzeczy, mniej lub bardziej przydatne. Oto domek dla ptaków, wydłubany w pniu i zawieszony na starym klonie w centrum podwórka. Wiem, że na domki już za późno, ale do tej pory nawał ważniejszych prac powodował, że domek leżał odłogiem. Wątpię aby w tym roku domek znalazł lokatora, będzie jednak mam nadzieję jak znalazł na rok następny. Ptasia sytuacja zresztą nie jest zła - jak w zeszłym roku narzekaliśmy, że ptaków jest jakby mniej, tak w tym roku jest ich mnóstwo. Mam podejrzenia, że rosnąca bioróżnorodność Ostoi przyciąga je jak magnes. Jedyne co martwi, to zamiłowanie ptasiej gromadki do truskawek, szczególnie gustują w nich sójki, bezczelnie żerując na każdej dojrzałej którą spostrzegą.
Przybył też kolejny, tym razem miniaturowy domek dla owadów. Zrobiony z drewnianego pudełka po winie butelkowym, z dodatkiem nawierconych pieńków i gliny, zawisł na płocie w sąsiedztwie ogródka warzyw jednorocznych. W dużym domku dla owadów widać pierwsze zasklepione przez pszczoły murarki dziurki, tak więc jest szansa, że zadomowią się na dobre. Jeśli chodzi o warzywa jednoroczne, to ten rok wydaje się jak na razie "Rokiem Bobu i Ziemniaka" - rosną one niewyobrażalnie dobrze. Ziemniaki w ramach nieustających eksperymentów w większości posadzone były na jesieni (po prostu ułożone pod zrębką) i pomimo iż ucierpiały w pierwszomajowe przymrozki, to odbiły i mają się doskonale. Bób dzielnie im sekunduje, są już pierwsze ładne strąki. O ile w zeszłym roku rosły dobrze, o tyle w tym marnie radzą sobie rzodkiewki.
Na koniec weekendu do butelek trafił mój debiut winiarski - wino z kwiatów mniszka lekarskiego, czyli popularnego dmuchawca. Starczyło go na napełnienie pięciu butelek po Prosseco Veneto, jako że to winko z mniszka może się okazać również z lekka bąbelkowe. Teraz nastała najtrudniejsza część procesu tworzenia wina - oczekiwanie, aż nabierze ono właściwego smaku i aromatu. Zapowiada się jednak dobrze, o ile w ogóle moje opinie mogą okazać się tu miarodajne, bo jakom rzekł, w wyrobie win doświadczenia mi brak. Co innego nalewki - wiem że ta z kwiatów czarnego bzu, właśnie wczoraj zlana, będzie rewelacyjna. Już za jakieś pół roku lub rok - jak znalazł na takie dni, niespokojne i deszczowe.
Trzeci, nowy ogródek powstał na piaszczysto-trawiastym "nieużytku", w niewykorzystanej części podwórka. Orgódek ten docelowo ma być "poświęcony" warzywom wieloletnim - szparagom, rabarbarom, szczawiom, czosnkom i tym podobnym kulinarnym atrakcjom, które praktycznie poza zbiorem nie będą wymagać uwagi. Póki co, do ogródka trafiły nasiona roślin motylkowych, które mają za zadanie nie tyle użyźnić "glebę" (której nie ma) co stworzyć pokrycie zrębki, aby spowolnić utratę wilgoci i stworzyć lepsze warunki do rozwoju grzybni i dekompozycji drewna.
Niedawno sporządzony hugel dzięki silnym, acz przelotnym opadom zieleni się nadspodziewanie - najlepiej póki co rośnie na nim chińska kapusta Pac Choi, a z okrywowych motylkowych facelia. W huglu zamieszkał zaskroniec, jakim sposobem zorientował się, że można zrobić wejście do wielokondygnacyjnego pałacu z grubych gałęzi w środku hugla, to jego słodka tajemnica. W każdym razie ma wejście w górze hugla, a na południowym "stoku" umościł sobie kształtną półkę, gdzie lubi się wygrzewać, o ile akurat nie pada.
Gdy deszcz lał tak mocno, że nie sposób było wojować ze zrębkami i kartonami, powstawały różne inne rzeczy, mniej lub bardziej przydatne. Oto domek dla ptaków, wydłubany w pniu i zawieszony na starym klonie w centrum podwórka. Wiem, że na domki już za późno, ale do tej pory nawał ważniejszych prac powodował, że domek leżał odłogiem. Wątpię aby w tym roku domek znalazł lokatora, będzie jednak mam nadzieję jak znalazł na rok następny. Ptasia sytuacja zresztą nie jest zła - jak w zeszłym roku narzekaliśmy, że ptaków jest jakby mniej, tak w tym roku jest ich mnóstwo. Mam podejrzenia, że rosnąca bioróżnorodność Ostoi przyciąga je jak magnes. Jedyne co martwi, to zamiłowanie ptasiej gromadki do truskawek, szczególnie gustują w nich sójki, bezczelnie żerując na każdej dojrzałej którą spostrzegą.
Przybył też kolejny, tym razem miniaturowy domek dla owadów. Zrobiony z drewnianego pudełka po winie butelkowym, z dodatkiem nawierconych pieńków i gliny, zawisł na płocie w sąsiedztwie ogródka warzyw jednorocznych. W dużym domku dla owadów widać pierwsze zasklepione przez pszczoły murarki dziurki, tak więc jest szansa, że zadomowią się na dobre. Jeśli chodzi o warzywa jednoroczne, to ten rok wydaje się jak na razie "Rokiem Bobu i Ziemniaka" - rosną one niewyobrażalnie dobrze. Ziemniaki w ramach nieustających eksperymentów w większości posadzone były na jesieni (po prostu ułożone pod zrębką) i pomimo iż ucierpiały w pierwszomajowe przymrozki, to odbiły i mają się doskonale. Bób dzielnie im sekunduje, są już pierwsze ładne strąki. O ile w zeszłym roku rosły dobrze, o tyle w tym marnie radzą sobie rzodkiewki.
Na koniec weekendu do butelek trafił mój debiut winiarski - wino z kwiatów mniszka lekarskiego, czyli popularnego dmuchawca. Starczyło go na napełnienie pięciu butelek po Prosseco Veneto, jako że to winko z mniszka może się okazać również z lekka bąbelkowe. Teraz nastała najtrudniejsza część procesu tworzenia wina - oczekiwanie, aż nabierze ono właściwego smaku i aromatu. Zapowiada się jednak dobrze, o ile w ogóle moje opinie mogą okazać się tu miarodajne, bo jakom rzekł, w wyrobie win doświadczenia mi brak. Co innego nalewki - wiem że ta z kwiatów czarnego bzu, właśnie wczoraj zlana, będzie rewelacyjna. Już za jakieś pół roku lub rok - jak znalazł na takie dni, niespokojne i deszczowe.
Etykiety:
bób,
czarny bez,
dmuchawiec,
domek dla owadów,
domek dla ptaków,
hugel,
hugelkultura,
mniszek lekarski,
nalewki,
Ostoja,
wino,
ziemniaki,
zrębka
poniedziałek, 2 czerwca 2014
Na słoneczku
W sobotę w Ostoi słonecznie było acz wietrznie, postanowiłem więc wypróbować swój prototyp kuchni solarnej. Kuchnia owa, zbudowana wyłącznie niemal z kartonu i kuchennej folii aluminiowej, z dodatkiem kleju do papieru, taśmy klejącej, sznurka i czterech patyczków, prezentuje się dość okazale - mniej więcej tak, jak sobie wyobrażaliśmy anteny kosmiczne w naszym dzieciństwie. Wykonanie kuchni nie było ani trudne, ani pracochłonne, najbardziej pracochłonny etap to oklejanie kartonu folią aluminiową. Całkowity koszt wyprodukowania tego urządzenia zamknął się poniżej 10 złotych, z czego połowę kosztowała tuba kleju do papieru, który też można by zastąpić stosując domową recepturę.
O godzinie 10:45 ustawiłem kuchnię w słonecznym miejscu i umieściłem w niej czarny garnek z pokrywką, zawierający wodę i ziemniaczki - cztery duże sztuki. Po około 5 minutach garnek osiągnął temperaturę około 80 stopni, nie sposób było go niemal brać do ręki. Potem zaczęły się schody - temperatura oscylowała głównie poniżej temperatury wrzenia, gdy słonko przesłaniały lekkie chmury, przechodząc w bardzo lekkie pyrkotanie gdy słońce świeciło mocniej. Kuchnia solarna była leciutko przestawiana co 30 minut, podążając za ruchem tarczy słonecznej. Po 2 godzinach i 45 minutach, o 13:00 ziemniaki były gotowe do spożycia, w pełni ugotowane.
Myślę, że kuchnia solarna sprawdzi się w długie upalne i słoneczne dni lata, a potrawy w niej sporządzone cechować się będą tą delikatnością, jaką wyczuwamy w modnym obecnie "slow cooking". Szczególnie przydatna powinna być do gotowania warzyw, ale przyrzekam sobie, że spróbuję jej użyć i do jakiegoś pieczystego.
A w niedalekiej odległości od kosmicznej kuchennej instalacji, na gołym betonie, rosną sobie ziemniaczki - tyle że w workach. Póki co radzą sobie dobrze, zobaczymy, czy plony wystarczą aby na jesieni napełnić choć jeden garnek w solarnej kuchni.
O godzinie 10:45 ustawiłem kuchnię w słonecznym miejscu i umieściłem w niej czarny garnek z pokrywką, zawierający wodę i ziemniaczki - cztery duże sztuki. Po około 5 minutach garnek osiągnął temperaturę około 80 stopni, nie sposób było go niemal brać do ręki. Potem zaczęły się schody - temperatura oscylowała głównie poniżej temperatury wrzenia, gdy słonko przesłaniały lekkie chmury, przechodząc w bardzo lekkie pyrkotanie gdy słońce świeciło mocniej. Kuchnia solarna była leciutko przestawiana co 30 minut, podążając za ruchem tarczy słonecznej. Po 2 godzinach i 45 minutach, o 13:00 ziemniaki były gotowe do spożycia, w pełni ugotowane.
Myślę, że kuchnia solarna sprawdzi się w długie upalne i słoneczne dni lata, a potrawy w niej sporządzone cechować się będą tą delikatnością, jaką wyczuwamy w modnym obecnie "slow cooking". Szczególnie przydatna powinna być do gotowania warzyw, ale przyrzekam sobie, że spróbuję jej użyć i do jakiegoś pieczystego.
A w niedalekiej odległości od kosmicznej kuchennej instalacji, na gołym betonie, rosną sobie ziemniaczki - tyle że w workach. Póki co radzą sobie dobrze, zobaczymy, czy plony wystarczą aby na jesieni napełnić choć jeden garnek w solarnej kuchni.
poniedziałek, 12 maja 2014
Pierwszy hugel
Sporo drewna mokrego i pokrytego grzybnią nagromadziło się w Ostoi. A to z ratowania starej lipy, a to ze ściętych przez bobry brzóz. Nie bardzo wiedząc co z tym drewnem począć, postanowiłem wypróbować propagowaną przez ikonę permakultury, Seppa Holzera, hugelkulturę.
Hugelkultura, potocznie zwana huglem, to po prostu górka z drewna pokryta glebą. Im grubsze drewno, tym lepiej podobno. Drewno z jednej strony w procesie rozkładu oddaje substancje odżywcze rosnącym na górce roślinom, z drugiej jak gąbka chłonie wodę opadową i (podobno), o ile hugel jest dostatecznie wysoki (minimum metr), umożliwia hodowlę roślin bez ich podlewania.

Następnie zacząłem piętrzyć kolejne pnie i gałęzie, układając je na tyle stromo, na ile wydawało mi się, że umożliwi to wciąż obsypanie ziemią bez jej osuwania się.
Gdy stos brzozowo-lipowy był już gotów, zacząłem obkładać go od dołu darnią, trawą do dołu. Całość nieustannie niemal była zlewana wodą, aby w środku stosu uzyskać jak najwyższą wilgotność.
Stos darniowy obsypany został ziemią z wykopu.
Niestety, marna to ziemia, sam niemal piach. Ideą eksperymentu jednak jest wykorzystanie naturalnie dostępnych w Ostoi surowców, przy minimalnym ich imporcie z zewnątrz. Stąd może materiały nie najbogatsze, ale za to własne.
Ostatnią warstwę stanowiła ziemia ogrodowa wymieszana z przefermentowanym obornikiem - niestety, ilość tych surowców jaką posiadałem była bardzo mała, nie byłem więc w stanie zapewnić ich tak grubej warstwy, jakbym sobie tego życzył.
W wykopie wokół hugla ułożyłem pasy kartonu, które po pokryciu zrębką mają za zadanie zapobiegać inwazji traw. Wykop zapewnia też dodatkowe nawadnianie, gdyż spływa do niego woda z najbliższej okolicy, a stamtąd już łatwo dotrze do najgrubszych pni w spodniej warstwie hugla.
A oto efekt ostateczny - hugel pokryty ściółką z łąkowego siana (z braku słomy) i obłożony wierzbowymi gałęziami w celu utrzymania wszystkiego w przysłowiowej kupie. Przed ściółkowaniem hugel został jeszcze obsiany koniczyną i odrobiną nasion innych roślin motylkowych, a teraz należy pozostawić go w spokoju i pozwolić mu "dojrzewać".
A w zrębkowym minisadzie następuje euforia wzrostu - przestrzeń między drzewkami wypełniają na zmianę grzyby i rośliny motylkowe, widomy znak, że w zrębce kwitnie bioróżnorodność i że ulega ona korzystnym przekształceniom.
Mam szczerą nadzieję, że odbywa się to z korzyścią dla małych drzewek i że dzięki temu będą one pięknie rosnąć, a w przyszłości obficie owocować.
niedziela, 4 maja 2014
Majowo - rakietowo
Tej nocy w Ostoi nastał wyjątkowo zimny maj. O szóstej rano szron pokrywał wszystko, a termometr pokazywał minus trzy stopnie. To, co zostało na noc okryte, ocalało - to, czego okryć się nie dało, albo miało "szczęście", albo nie.
W najgorszym stanie są aksamitki oraz część fasolowych roślin kiełkujących sobie tu i tam, zadziwiająco dobrze przymrozek zniosła większość roślin niedawno posadzonych na ziołowej spirali. Sądzę, że "masa termalna" kamieni z których składa się spirala złagodziła działanie nieskich temperatur, oddając ciepło nagromadzone w ciągu dnia. No ale cóż to było za ciepło - maksymalnie pięć stopni, to i ten deszcz ...Pozytywną stroną tej pogody jest brak potrzeby podlewania.
Mimo takiej pogody w ogródkach ściółkowanych zrębką kwitnie życie - zakwitły miniaturowe jabłonie kolumnowe, rosną krzaczki truskawek, kiełkują rośliny motylkowe mające na celu wiązać z gleby azot, a największą niespodzianką są duże ilości grzybów kapeluszowych wyrastających niemal wszędzie, niestety niejadalnych. Bogata jest też fauna - od dżdżownic, przez pająki i mrówki, po znaczną liczbę jaszczurek i okazjonalnych ptasich gości. Tam, gdzie jeszcze niedawno był wyłacznie piach, kwitnie teraz życia - wiem, że już to pisałem, ale warto to wciąż podkreślać: ściółka zmienia świat, dosłownie i w przenośni.
W trakcie porządków znalazłem 19 starych cegieł. Postanowiłem wykorzystać je do zbudowania miniaturowego piecyka rakietowego, do gotowania i smażenia na świeżym powietrzu. Piecyk powstał w parę minut dosłownie, cegły zostały poukładane tak, aby tworzyć pionowy "komin" i poziomą komorę na drewno. Całość bardzo pobieżnie uszczelniłem gliną. Nie przykładałem specjalnych starań do estetyki i trwałości tego "wynalazku", nie będąc pewnym, czy w wybranym miejscu pozostanie on na dłużej.
Pierwsze testy piecyka wskazują, że warto jednka go zostawić. Rozpala się niezwykle łatwo, a do palenia w nim wystarczą dosłownie gałązki pozbierane na podwórku, połamane przez wiatr. Żadnego rąbania drewna!
Piecyk błyskawicznie gotuje wodę czy też rozgrzewa patelnię. Zużycie drewna jest naprawdę minimalne, a siła płomienia bardzo łatwa w sterowaniu. Efekt "rakietowy" widać szczególnie gdy na piecyku stoi patelnia - a efekt wtedy nawet słychać, bo piecyk lekko huczy. Jedyną wadą tego rozwiązania jest wygląd kuchennych utensyliów po zakończeniu obróbki cieplnej - nad ich myciem trzeba się niestety namęczyć, są mocno okopcone. Może rozwiązaniem będzie skompletowanie osobnego, żeliwnego zestawu "piecykowego"? Póki co, piecyk zostaje - na pewno będzie przydatny i często wykorzystywany.
W najgorszym stanie są aksamitki oraz część fasolowych roślin kiełkujących sobie tu i tam, zadziwiająco dobrze przymrozek zniosła większość roślin niedawno posadzonych na ziołowej spirali. Sądzę, że "masa termalna" kamieni z których składa się spirala złagodziła działanie nieskich temperatur, oddając ciepło nagromadzone w ciągu dnia. No ale cóż to było za ciepło - maksymalnie pięć stopni, to i ten deszcz ...Pozytywną stroną tej pogody jest brak potrzeby podlewania.
Mimo takiej pogody w ogródkach ściółkowanych zrębką kwitnie życie - zakwitły miniaturowe jabłonie kolumnowe, rosną krzaczki truskawek, kiełkują rośliny motylkowe mające na celu wiązać z gleby azot, a największą niespodzianką są duże ilości grzybów kapeluszowych wyrastających niemal wszędzie, niestety niejadalnych. Bogata jest też fauna - od dżdżownic, przez pająki i mrówki, po znaczną liczbę jaszczurek i okazjonalnych ptasich gości. Tam, gdzie jeszcze niedawno był wyłacznie piach, kwitnie teraz życia - wiem, że już to pisałem, ale warto to wciąż podkreślać: ściółka zmienia świat, dosłownie i w przenośni.
W trakcie porządków znalazłem 19 starych cegieł. Postanowiłem wykorzystać je do zbudowania miniaturowego piecyka rakietowego, do gotowania i smażenia na świeżym powietrzu. Piecyk powstał w parę minut dosłownie, cegły zostały poukładane tak, aby tworzyć pionowy "komin" i poziomą komorę na drewno. Całość bardzo pobieżnie uszczelniłem gliną. Nie przykładałem specjalnych starań do estetyki i trwałości tego "wynalazku", nie będąc pewnym, czy w wybranym miejscu pozostanie on na dłużej.
Pierwsze testy piecyka wskazują, że warto jednka go zostawić. Rozpala się niezwykle łatwo, a do palenia w nim wystarczą dosłownie gałązki pozbierane na podwórku, połamane przez wiatr. Żadnego rąbania drewna!
Piecyk błyskawicznie gotuje wodę czy też rozgrzewa patelnię. Zużycie drewna jest naprawdę minimalne, a siła płomienia bardzo łatwa w sterowaniu. Efekt "rakietowy" widać szczególnie gdy na piecyku stoi patelnia - a efekt wtedy nawet słychać, bo piecyk lekko huczy. Jedyną wadą tego rozwiązania jest wygląd kuchennych utensyliów po zakończeniu obróbki cieplnej - nad ich myciem trzeba się niestety namęczyć, są mocno okopcone. Może rozwiązaniem będzie skompletowanie osobnego, żeliwnego zestawu "piecykowego"? Póki co, piecyk zostaje - na pewno będzie przydatny i często wykorzystywany.
Subskrybuj:
Posty (Atom)