środa, 12 października 2022

Tylko o dyniach

 

Dzisiejszy wpis będzie tylko o dyniach, a ściślej o sprawach z nimi związanych jakie miały miejsce w końcu września i początku października. Już we wrześniu dały znać o sobie przymrozki, a temperatury na liściach roślin pozostawały ujemne do około ósmej-dziewiątej rano. Część roślin nic sobie jednak nie robiła z tego, wszak w ciągu dnia temperatura nadal rosła do kilkunastu stopni na plusie. Z moich obserwacji wynika, że poważne straty zaczynają się, gdy temperatura spadnie na kilka godzin poniżej minus pięciu stopni. Czekałem więc spokojnie ze zbiorem dyń, choć starsze liście obumierały, to młode żyły w najlepsze. Ba, żyły doskonale jakony, uznawane za całkowicie nieodporne na mróz. Ich zbiory są zawsze u mnie później niż dyń, bo plonem są bulwy schowane w ziemi, a ta ma ciągle jeszcze dwucyfrową temperaturę.

Równocześnie jednak ze spadkiem temperatury pojawiły się nowe niepokojące sygnały - najpierw z ogródu zaczęły znikać cukinie, objadane do cna, a następnie i na dyniach pojawiły się ślady małych ząbków. Nornice zaczęły tuczyć się na zimę. Zadziwiającym było to, że próbowały ogromnej większości owoców, ale następnie wybierały jeden i konsekwentnie obgryzały go, aby dostać się do nasion. Gdy im się to udało, z owocu zostawało niewiele. Robiły to przy tym tak sprytnie, że owoc widziany z góry wyglądał na nietknięty, natomiast gdy się go podniosło - sodoma i gomora. Obserwując to zjawisko doszedłem do wniosku, że mimo iz temperatury pozwalałyby dyniom jeszcze wisieć na krzakach, to najwyższy czas je zebrać. Dynie nadgryzione przez nornice niestety gorzej się przechowują, a ja je uprawiam z nadzieją, że będziemy je mogli jeść co najmniej do maja.

Nadszedł więc czas dyniowych żniw. Z każdą postępować trzeba jak z niemowlakiem, aby nie spowodować uszkodzeń mających wpływ na przechowywanie. Nie wolno odcinać ogonka, musi on w całości pozostać przy owocu. Dynie przemywam w roztworze wody z octem jabłkowym, ma to za zadanie odkazić i oczyścić skórkę, podatną na choroby grzybowe. Opłukane dynie układam na dworze, aby słońce i wiatr je obsuszyły. W idealnych warunkach dynie powinny dojrzewać ułożone na ganku czy werandzie przy południowej ścianie domu do czasu, aż ich skóra osiągnie żądaną twardość, czyli taką, że nie można dyni zarysować paznokciem beż użycia naprawdę sporej siły. U mnie niestety nie ma ku temu warunków, dlatego też dynie pojadą do miasta i tam będą sobie leżakować na parapetach i specjalnym dla nich regale. Dynie najlepiej się przechowują bowiem w temperaturze pokojowej.

Tegoroczny plon jest bardzo urozmaicony, a to z uwagi na to, że siałem bogatą mieszankę odmian. Służyć to ma wyhodowaniu własnej odmiany lokalnej, Ostojowej, selekcjonowanej wedle własnych kryteriów. Jest to proces dosyć żmudny, bo teraz czeka mnie obowiązek spróbowania każdego owocu i podjęcia decyzji, czy jego nasiona wchodzą do puli do siewu w przyszłym roku, czy też nie. Natura dokonała pierwszej selekcji za mnie - skoro z części odmian jest plon, a z innych nie, znaczy to że wybrane zostały już odmiany radzące sobie z warunkami w Ostoi. Teraz można by selekcjonować rośliny pod kątem masy plonu, wielkości i liczby owoców, szybkości dojrzewania, i może kiedyś się tym zajmę, na razie jednak zdecydowałem, że do puli siewów na przyszły rok trafią jedynie nasiona z owoców wybitnie smacznych. Po co bowiem uprawiać cos niesmacznego? 

O gustach się nie dyskutuje, bo wiadomo - jeden lubi ogórki, a drugi jak mu nogi śmierdzą .... ale tu, przy pracy nad własną odmianą, mogę kierować się swoim własnym gustem bez skrępowania. Dwa podstawowe kryteria wezmę pod uwagę - zawartość karotenu w owocach (im bardziej pomarańczowy miąższ, tym lepiej) oraz zawartość cukru (wygrają najsłodsze). Moje idealne dynie będą tez miały ładny, orzechowy zapach i posmak. Nasiona z dyń bladych, wodnistych, niesmacznych trafią do spożycia, nic się tu nie zmarnuje. Osobną grupę stanowią tu jednak dynie bezłupinowe, czyli takie, których nasion nie trzeba łuskać. Te dynie selekcjonuję na razie wyłącznie pod kątem zawartości nasion - im ich więcej, tym lepiej, a im więcej miąższu, tym gorzej. 

Proces selekcji wiąże się ściśle ze sposobem spożycia moich dyń. Na razie jeszcze nie jemy ich, a jedynie obserwujemy czujnie. Jest jeszcze tak wiele innych plonów teraz do spożycia, że dynie mogą czekać. Jeżeli jednak na którejkolwiek pojawiłyby się oznaki psucia, gnicia, infekcji grzybowej czy jakiekolwiek inne licho, dynia taka natychmiast trafiłaby do kuchni. Tam, niestety musi być najpierw przekrojona, bo pieczenie w piekarniku w całości niestety sprawia, że nasiona przestają się nadawać do siewu. Kroję więc zwykle koniuszek dyni, próbuję i o ile dana dynia rokuje dobrze, dzielę ją na pół, wydobywam nasiona, a połówki trafiają do piekarnika lub są zużywane kulinarnie na inny sposób. Nasiona są oddzielane od resztek miąższu, płukane, suszone i wstępnie pakowane osobno z każdej dyni. Opakowanie jest opisywane i czeka na długie zimowe wieczory.

Gdzieś w lutym czy marcu przychodzi taki dzień, kiedy wyjmuję te wszystkie paczuszki nasion, obliczam ile sadzonek dyni pragnę w nadchodzącym sezonie posadzić i przygotowuję odpowiednią partię nasion, biorąc taką samą liczbę z każdego woreczka i mieszając. Koniec z opisywaniem odmian, w tym procesie przestały mieć one znaczenie. To, co jest ważne, to świadomość, że w mieszance są nasiona z najlepiej smakujących owoców, jakie udało mi się w tym sezonie uzyskać. Istnieje więc spora szansa, że dadzą one potomstwo równie smaczne. A może jeszcze smaczniejsze, jeżeli samoistnie powstaną jakieś krzyżówki pomiędzy najsmaczniejszymi? Na to właśnie liczę, jak również na to, że każde kolejne pokolenie moich dyń będzie jeszcze lepiej przystosowane do warunków jakie panują w Ostoi, i do mojego stylu ogrodniczenia.

Jak co roku, kilka maleńkich dyń umili nam swoimi barwami jesień, postoją zresztą zapewne w domu do wiosny i dłużej. Jeszcze cieszą nas nieliczne ze zbiorów 2021, a puste miejsca uzupełniamy teraz właśnie tegorocznymi. Pięknie się prezentują na półce, szczególnie odmiana Jack Be Little robi wrażenie. Tegoroczny eksperyment z uprawą dyni w worku zainspirował mnie zresztą do ciekawego kolejnego eksperymentu w przyszłym roku, z tą małą ozdobną dynią właśnie. Ale na czym ten eksperyment polega i jakie będą jego efekty, napiszę już w kolejnym sezonie. Tymczasem, ten sezon dyniowy w ostojowym ogrodzie uznaję za zamknięty. Pozostaje teraz czekać aż z wiekowego klonu i lipy opadną liście, aby wyściółkować nimi jak co roku Zapłotek, gdzie dynie pojawią się znowu w połowie przyszłego maja. To był naprawdę udany sezon jeśli chodzi o dynie, pomimo suszy, przymrozków i nornic. Oby takich więcej!

środa, 21 września 2022

Sukcesiki

 

Są takie hobby i zajęcia, gdzie chwalenie się jest ich integralną częścią. Przysłowiowe są przechwałki myśliwych, wędkarzy i grzybiarzy, ale i ogrodnicy im nie ustępują. W dobie mediów społecznościowych chwalić się jest bardzo łatwo, zamieszczając zdjęcia swych ogrodów i plonów. Chwalenie się ma o tyle sens, że bywa doskonałą zachętą dla tych, którym nie wychodzi, aby się nie poddawali, oraz dla tych, którzy nigdy nic nie uprawiali, aby spróbowali. Sukcesy ogrodnicze bywają monumentalne (miliony zdjęć ogrodników tonących w cukiniach) oraz takie nieco mniej oczywiste, gdzie ogrodnik cieszy się z czegoś malutkiego i dla innych nieistotnego, ale dla niego samego niemal tak radosnego, jak wygrana w Lotto. Dziś więc parę słów o takich małych sukcesikach tego lata w Ostoi.

W tym roku przeznaczyłem kawałek Zapłotka na hodowlę kukurydzy. Posiałem mieszankę odmian oraz własne nasiona, blisko siebie, w nadziei na to, że się "pokrzyżują" i że pomoże mi to w pracach nad moją własną odmianą lokalną. Kukurydza nigdy nie chciała dobrze rosnąć w Ostoi, choć miałem ładne plony, ale na grządkach podwyższonych. Czyli, ładne były, ale mało. Tegoroczne poletko kukurydzy dostarczyło mi wiele radości bo pokazało, że niektóre odmiany w ogóle nie chcą u mnie rosnąć, a dosłownie tuż obok inne "kwitną". Nieco roślin zawiązało piękne kolby, dodatkowo jeszcze aby było ciekawiej, jeszcze nigdy wcześniej na takiej ilości nie pojawiła się głownia kukurydzy, grzyb zwany w Meksyku huitlacoche i uznawany za przysmak. Pojedliśmy więc sporo tej atrakcji, ale z drugiej strony przełoży się to na pewno na mniejszy zbiór nasion. Cieszyć się, czy martwić? Na razie się cieszę, bo główny cel - zebranie nasion do siewu w przyszłym sezonie, z nadzieją na ciekawe krzyżówki, na pewno zostanie zrealizowany. 

Choć uprawa dyń od lat idzie mi dobrze, to kilka odmian regularnie sprawiało problemy. Jedną z nich była Marina di Chioggia, która kwitła, nawet zawiązywała owoce, ale później gniły one lub zamierały. Postanowiłem więc zmienić nieco sposób uprawy i zamiast pozwolić się roślinom płożyć, puściłem je po siatce. Obawiałem się nieco czy moja pleciona siatka utrzyma ciężar takiej dyni, ale okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Owoce wreszcie rosną i zaczynają dojrzewać. Wydaje mi się, że Ostoja jest miejscem gdzie za dużo cienia i wilgoci dla tej odmiany, podniesienie jej więc ponad ściółkę i bliżej do słońca pomogło. Oczywiście, z tegorocznych dyń zbiorę nasiona, co może ułatwić uprawę tej odmiany w przyszłych latach.

Tuż przy bramie wjazdowej na podwórko był w Ostoi kawałek "ugoru", gdzie na gołej ziemi rosła czeremcha amerykańska. Oczyściłem ten kawałek, intensywnie podciąłem czeremchę i postanowiłem zrobić tam mikroskopijny leśny ogród. Czeremcha została od razu najwyższym drzewem gildii, a pod nią posadziłem jedną jabłonkę, kilka krzewów bobowatych, roślin miododajnych, czosnków niedźwiedzich i truskawek, oraz wysiałem sporo nasion poziomki. W tym do niedawna całkiem suchym i piaszczystym miejscu powstał kolejny zielony skrawek oraz zdarzyło się coś, co jeszcze nigdy nie miało miejsca w Ostoi - jabłonka dała jeden owoc w pełni wartościowy i jadalny w pierwszym roku po posadzeniu. Mówi się, że drzewko które czuje, że zbliża się jego kres, próbuje przedłużyć gatunek owocując, ja jednak mam nadzieję, że to nie jest ten przypadek. Przekonamy się w przyszłym roku, i mam nadzieję w latach kolejnych.

Zupełnie bez nakładów pracy trafił się kolejny sukcesik - piękne plony chmielu. Dziki chmiel zadomowił się w leśnym ogrodzie, zapewne przyniesiony ze ściółką koszoną na pograniczu lasu i łąki. Wspiął się na brzozy i obsypał szyszkami. Ściąłem całe pnącza i dopiero na ziemi żmudnie oddzieliliśmy szyszki chmielowe od reszty roślin. Teraz suszą się na strychu, a gdy się wysuszą, pomyślimy co z nimi uczynić, bo jest ich naprawdę sporo. Pod chmielem z kolej, zaczynają owocować maliny jesienne, przy których wykonuję dwie czynności - późną zimą ścinam szczątki tuż przy ziemi, a o tej porze i później absorbują nas zbiory. Fajne są takie sukcesy bez nakładów pracy, prawda?

Jednakże, nie zawsze jest tak, a przeciwnie, często jest odwrotnie - sukcesik przychodzi tak nieśmiało, jak niespodziewany gość. I trzeba na niego solidnie napracować. Tak niemal co roku jest z pomidorami. Od kilku lat zaraza ziemniaczana nie daje za wygraną i trzeba jej zapobiegać, a potem z nią wojować. Nic to Baśka, jednak - udało się po raz kolejny uciec grabarzowi z pod łopaty i ocalić pomidory, zamiast śpiewać im adios. Co więcej, ze wszystkich które najdzielniej opierają się zarazie, zbieram nasiona i praca nad lokalną odmianą na tą cholerę odporną jest moim największym priorytetem jeżeli chodzi o "prace hodowlane". Przy okazji, celebruję każdego pomidora - jego wygląd, zapach, smak, teksturę i wreszcie przekrój. Niektórym robię zdjęcia do archiwum po to, aby lepiej pamiętać wyniki tego sezonu, co z kolei powinno ułatwić przyszłoroczne decyzje - co posiać.

Podobnie i tegoroczne plony z pasieki są efektem wytężonej pracy, gdyż zawiodły dwa główne pożytki, oraz Unia Europejska. Otóż, w okolicy Ostoi główne pożytki są tylko dwa - akacja i lipa. Nie ma pól rzepaku, gryki czy dużych sadów, nie ma łanów nawłoci czy wrzosu. Spadzi nie ma, choć wokół puszcza, ale głównie sosnowa. I zdarzyło się tak w tym roku, że pięknie zapowiadające się kwiatostany akacji skosiły zimne deszcze, a lipa nie zdążyła się zapowiadać, bo nie zakwitła niemal wcale, a jak już zakwitła, to nie nektarowała. W międzyczasie, wierni unijnym dyrektywom i dopłatom okoliczni ziemianie wykosili do gołego nadrzeczne łąki, w efekcie czego moim pszczołom zostały jedynie drobne enklawy z pożytkami - moje podwórko, ogrody leśne, łączka kwietna nad stawem i spirala ziołowa. Można powiedzieć, że na moim terenie były okresy, kiedy każdy kwiatek uginał się od pszczół. No i cos tam w końcu nazbierały, a z części tego skorzystałem i ja, pomimo tego, że przez cały sezon nie byłem dobrej myśli. Jest więc i niedosyt, i satysfakcja, jak w życiu.

Być może pszczołom pomogło to, że po raz pierwszy w tym roku zrobiłem rozsady rozmaitego kwiecia z nasion i sadząc pomidora, ogórka, fasolę czy dynię, tuż obok wtykałem do ziemi, w grządkę lub do worka uprawowego sadzonkę kwitnącego zielska, losowo wybraną. Efekty tego szaleństwa były różne, ale w większości przypadków kwiatki urosły i zakwitły, a w niektórych przypadkach całkowicie opanowały i zdominowały swoją okolicę. Tam, gdzie się tak działo, po prostu kwiaty rosnące jak to zwykle bywa do słońca, przyginałem do poziomu. Teraz, w końcówce sezonu wygląda to tak, że aby dojść do grządki czy donicy, muszę się przedrzeć przez barierę z kwiatków. Niezły cyrk, prawda?

Wszystko to jednak furda, bo największym sukcesem jest zawsze to, że jest co włożyć do gara. Że sprawiam radość tym, z którymi dzielę się plonami. Że jemy żywność zdrową, bez szkodliwych substancji, bogatą w składniki odżywcze i tak świeżą, że jeszcze chwilę przed trafieniem na patelnięe czy do garnka, dyndała na krzaku lub tkwiła w ziemi. Że jesteśmy w stanie naprawdę dużo naszych plonów wysuszyć, zawekować, ukisić, zamrozić, znieść do piwnicy, aby spać spokojniej w tych ciekawych czasach.  Kończę więc ten wpis kilkoma zdjęciami moich plonów, dla zachęty dla wszystkich, oraz oczywiście, aby pochwalić się nieco i nakarmić demona o imieniu Parcie na Szkło ;)












środa, 24 sierpnia 2022

Rzeka plonów

 

Cukiniami sierpień się zaczyna, można by zaśpiewać, ale nie tylko zaczyna się, bo strumień cukinii płynie z ogrodu nieprzerwanie przez cały miesiąc. Jak co roku ruszyła produkcja przetworów, wśród których dominuje marynowana cukinia na ostro oraz sałatka z cukinii z dodatkiem papryk i cebuli. Z tego, co usunąłem ze środków cukinii powstaje pyszna pasta z czosnkiem i kurkumą, a cukinia smażona, duszona, gotowana, w postaci zupy-kremu czy curry towarzyszy nam codziennie, a w zasadzie trzy razy dziennie ... Dzięki temu, że przepisy na przetwarzanie własnych warzyw zbieram latami, wszystko z jednej strony udaje się jakoś zużytkować, a z drugiej (jeszcze) nie mamy cukinii dosyć. Maleńkie ogrody Ostoi, nie poświęcone przecież wcale głównie cukiniom, zaopatrują w to pyszne warzywo kilka gospodarstw domowych.

Cukinie są fajnie i "w ogóle", ale to pomidory są moim oczkiem w głowie w ogrodzie kuchennym. Jak pisałem poprzednio, walka z zarazą ziemniaczaną toczyła się zacięta, no i toczy się nadal, bo zaraza chce powrócić, ale nie ma już takiej mocy jak w połowie lipca. Wiem już, że udało się uzyskać plon ze wszystkich odmian, czasami bardzo obfity, czasami marny, ale jednak. Jest więc okazja aby spróbować każdej odmiany i zebrać nasiona z tych najsmaczniejszych, najlepiej plonujących i najmniej podatnych na choroby. Zbieram więc pracowicie nasiona, fermentuję, suszę, pakuję w osobne torebeczki, to też jest rodzaj wartościowego plonu do wykorzystania w kolejnych latach.

Choć do zbiorów jeszcze daleko, pięknie prezentują się dynie różnych odmian, z których także zamierzam zbierać nasiona i kontynuować prace nad własną odmianą lokalną. Tu głównym kryterium selekcji będzie smak - zbiorę nasiona jedynie z owoców, które będą wyraźnie słodkie i bogate w karoten, czyli intensywnie pomarańczowe. Pragnę pozbyć się odmian pięknie rosnących i plonujących, ale o byle jakim miąższu. I tak, nawet z tych małych "hektarów" ogrodu upraw głównych uzyskuję więcej, niż potrzebujemy. Nadszedł czas aby zamiast troszczyć się czy coś w ogóle urośnie (bo rośnie) zająć się dbaniem o najwyższą jakość plonów i ich wysokie wartości odżywcze. Wprawdzie i teraz nie jest z tym źle, ale zawsze może być lepiej.

W początku sierpnia zacząłem pozyskiwać też plony ze stawu, na razie ostrożnie. Wygląda na to, że karasie i liny na dobre zadomowiły się w stawie i jest ich już tyle, że można sobie pozwolić na odłów ryb średnich rozmiarów. Zarówno maleństwa, jak i największe okazy, żyją sobie spokojnie, te pierwsze mają rosnąć, te drugie się rozmnażać. Widać też szansę na zbiory jadalnych roślin wodnych, nareszcie ruszyła się strzałka wodna, której kłącza i bulwki są bardzo smaczne. Spróbuję wykopać pierwsze wczesną jesienią - część rozsadzić, a część zabrać do kuchni. Niestety, nie ma śladu po kotewce- orzechu wodnym, jak widać póki co roślina ta nie akceptuje warunków w moim stawie i najprawdopodobniej wyginęła do cna. Istnieje też drobne ryzyko, że została pożarta, w stawie bowiem są roślinożerne amury oraz dzikie piżmaki.

Od czasu do czasu las darzy kurkami, o ile nie wyzbierają ich miejscowi grasanci, zaczęły się też pojawiać pierwsze jeżyny, zarówno dzikie, jak i i sadzone przeze mnie w leśnym ogrodzie. Nie ma tygodnia, aby nie wyrosły gdzieś czubajki kanie i pierścieniaki. Jest sporo fasolki szparagowej, na wykopki czeka jeszcze znaczna część marchwi i pietruszki z siewu zimowego. Muszę to zrobić rychle, gdyż lada dzień czas siać szpinak. Są ogórki, zarówno te klasyczne, jak i śmieszne miniaturowe, z odmiany Dar, której krzaczki są naprawdę równie małe jak owoce. Jest i szczypior, i kalarepki, i nasturcje o jadalnych kwiatach, nasionach i liściach, słowem, rzeka plonów płynie szerokim strumieniem, którego zagospodarowanie zajmuje teraz więcej czasu niż prace o ogrodzie. 

Pewnych spraw jednak nie wolno zaniedbać - intensywnie zbieram materiały na kompost i kompostuję po to, aby mieć jego wystarczającą ilość na jesień. Często słyszę stwierdzenia w stylu "robię w ogrodzie to czy tamto, ale nie mam dość kompostu". No cóż, to zamiast robić to czy tamto - kompostuj! To naprawdę jedno z najważniejszych działań, jakie możesz podjąć w swoim ogrodzie, a materiału na kompost na pewno jest dość w Twoim otoczeniu. Ponadto przygotować się już powoli trzeba do jesiennego ściółkowania, dlatego zakupiłem nieco zrębki, której cienką warstwą pokryję jesienią część ścieżek i wspomogę część nasadzeń w leśnych ogrodach. Nie zamierzam już zwiększać powierzchni upraw, ale planuję podwyższyć kilka grządek, głównie truskawkowo-czosnkowych, aby uciec rosnącym pod nimi korzeniom wielkich drzew. Jak widać, w permakulturowym siedlisku nie ma czasu na nudę i zawsze łatwo o jakieś konstruktywne zajęcie. Kompost też jest zresztą rodzajem plonu, jeżeli pochodzi z naszego siedliska i sami go sporządzamy. Obfitych plonów moi mili, niech płyną ku wam szeroką strugą!


sobota, 30 lipca 2022

Trudny miesiąc

 

Lipiec był miesiącem trudnym, ale owocnym. Dosłownie i w przenośni. Posypały się plony roślin z "berry" w nazwie angielskiej - od truskawek, przez agresty i porzeczki, po malinojeżyny. Te ostatnie okazały się najbardziej odporne na brak opadów i podlewania, bo leśnego ogrodu nigdy nie podlewam. W lesie, po jedynych dłuższych opadach, wystąpił epizod kurkowy, który pozwolił nacieszyć się nieco tymi grzybami, zaraz jednak wystąpił i epizod grzybiarski, za nic mający sobie nowe ogrodzenie i tabliczki informujące o tym, że teren jest prywatny i że w sumie wypadałoby nie wchodzić. Niestety, poszanowanie dla własności prywatnej jest tu w okolicy równie rzadkie, jak trufle w sosnowym młodniku, czyli nie istnieje.

Łatwiej nieco mi zrozumieć wszystkie ptaki, tłumnie ściągające do Ostoi aby pożywić się właśnie dojrzewającymi owocami. Nie używam żadnych siatek, zasadniczo w ogóle nie chronię w żaden sposób owoców. Kilka lat stosowania czerwonych nakrętek na grządkach z truskawkami nauczyło ptaki, że lepiej to czerwone na ziemi zostawić w spokoju, i truskawek nie ruszają. Natomiast, nie zebraliśmy niemal aronii, a z borówki amerykańskiej może jedną dziesiątą pozostawiły nam ptaki. Ale, ze wspomnianej wcześniej malinojeżyny, nie "zginął" ani jeden owoc. Jeśli ptaki wybierają swoje dania na podstawie wartości odżywczych, to byłoby to złą rekomendacją dla malinojeżyny. Lecz ponieważ tego nie wiemy, to zjedliśmy wszystkie owoce ze smakiem. Dodatkowo, w gęstych trawach odkryłem łany poziomek, które wyrosły z przeterminowanych nasion. Nasiona te rozsypałem jesienią, a teraz cieszyliśmy się pierwszymi owocami.

Muszę się przyznać do jednego poważnego zaniedbania, graniczącego z lekkomyślnością. Do tej pory nie uruchomiłem w Ostoi nawadniania. Ryzykowałem, strategicznie planując swoje wizyty i ręczne podlewanie konewkami grządek ogrodu kuchennego oraz upraw w kostkach słomy, obserwując prognozy i radar pogody. Jeszcze nigdy nie było roku tak kapryśnego i jednocześnie tak nietrafionych prognoz. Miało padać - nie padało - to główna mantra lipca w Ostoi. Pomimo tego, udało się utrzymać ogród kuchenny przy życiu, a nigdy nie podlewany ogród upraw głównych, zwany Zapłotkiem, miejscami zamienił się w dżunglę, gdzie kukurydza, dynie i pomidory zarosły już nawet ostatnie ścieżki. Ogród ten w sumie radzi sobie zdecydowanie lepiej niż grządki podwyższone przy domu, no ale niemożliwością w takich warunkach byłoby uprawiać na przykład sałatę.

W tym roku postawiłem sobie za punkt honoru wygrać z zarazą ziemniaczaną na pomidorach i jak na razie, odpukać, to się udaje. Jest to jednak trudna walka. Wszelkie moje opryski profilaktyczne niestety nie pomogły i zaraza, jak w zegarku, czyli jak w poprzednich latach, pojawiła się dokładnie 15 lipca. Zabrałem się wtedy za nią solidnie, wykonując opryski pomidorów nawet dwa razy w tygodniu, oczywiście środkami naturalnymi, ale zmieniając je co oprysk. Zwiększyłem też stężenia dwukrotnie. Zacząłem dodawać kleik z mąki do niektórych oprysków, aby dłużej trzymały się na roślinie, do innych w tym samym celu dodawałem mleko. Przyłożyłem się do tego naprawdę solidnie i zaraza zaczęła się cofać. Oczywiście, wszystkie zainfekowane liście obcinałem natychmiast, ale na głównych pędach trzeba było czekać na efekty oprysków. Po pewnym czasie, wszystkie te paskudne brązowe plamy przestały się powiększać, a wkrótce potem zjaśniały i teraz widzą je tylko co bardziej wprawne oczy. Na dzień dzisiejszy zaraza jest pod kontrolą, a na krzakach pomidorów pierwsze owoce zaczynają dojrzewać. 

W ostatnim tygodniu lipca zebrałem do końca czosnek. Posadziłem łącznie 100 ząbków jesienią, z czego 40 na jednej grządce dedykowanej dla czosnku (1 m2) oraz 60 na pięciu grządkach z truskawkami (5 x 1m2). Łącznie z tej uprawy zebrałem 96 główek czosnku, przy czym na grządce czosnkowej nie były one wcale większe niż te rosnące wśród truskawek. Decydująca okazała się odmiana - Siberian wygrał z Harnasiem, a te obie z moją odmianą, która dała główki najmniejsze, ale za to najbardziej aromatyczne. Czyli żadnych niespodzianek. Natomiast, dostałem solidną lekcję od czosnku, którą muszę zapamiętać. Grządki truskawkowe podlewałem ręcznie po to, aby mieć nieco więcej owoców. Okazało się, że pomimo upałów i suchej wierzchniej warstwy, pod zrębkami, na poziomie główek czosnku, jest za mokro. Czosnek przy zbiorze obdzierał się ze skórki, główki rozpadały się, a wszystko dodatkowo oplatała niesamowita ilość białej grzybni. Z grzybni generalnie się cieszę, ale niekoniecznie chciałbym ją mieć w takiej ilości na czosnku, który ma służyć cały rok do następnych zbiorów. Zauważyłem to przy pierwszej główce i na szczęście poszedłem po rozum do głowy - postanowiłem odroczyć zbiory i nie podlewać już truskawek. Krótko mówiąc - pomogło. 

Niewiarygodnie pięknie rosną ziemniaki, wyprowadzone z ogrodu upraw głównych na Zapłotku do ogrodu leśnego w Sorku po to, aby zwiększyć ich odległość od pomidorów. Krzaki rozłożyły się na ścieżki i miejscami nie można przejść. Równolegle, pojawiły się nornice, przewiduję więc, że mogą wystąpić znaczące straty w plonach. Otwory i kanały nornic były widoczne niemal wszędzie, a w biały dzień widziałem te zwierzaczki biegające do stawu, pewnie aby się napić. Trwało to jakiś czas, aż pojawił się lis i zaczął dosłownie eksterminować nornice. To pora, kiedy lisy karmią młode, było więc duże zapotrzebowanie na tłuste kąski. W efekcie, nornic już niemal nie mam, mam za to dosłownie setki głębokich na stopę dziur, które lis wygrzebał w pogoni za nornicami. Dziury są wszędzie, a co ciekawe, największe spustoszenie jest na kwietnej łące, która miejscami wygląda jakby ryło w niej stado dzików. Pracowicie nagarniam lisi urobek z powrotem do dziur, z nadzieją, że to co tam rosło, odrośnie. Resztę pozostawiam naturze w nadziei, że ustali się jakaś nornicowo-lisia równowaga.

Lipy przekwitły, okoliczne łąki wyglądają jak fryzura skina, upał pali glebę, a pszczoły głodują. Nie ma bez mała żadnych pożytków w okolicy, jedyną widoczną enklawą jest mój ogród leśny i podwórkowy. Tłumy pszczół obsiadają dziko rosnące rośliny nad brzegiem stawu - karbieniec pospolity, tarczycę pospolitą, krwawnicę czy tojeść, pszczoły są na każdym kwiatku posadzonym przeze mnie w ogrodzie. Wyleczyłem je z warrozy parownikiem Doktora Kwaska i wspomogłem lekko cienkim syropem, patrząc jednak na niebywałą sytuację z cukrem, myślę, że zabiorę się tej jesieni za dalsze zwiększanie liczby pszczelich pożytków w Ostoi. 

Pomimo suszy i upału, oraz wiosennych opóźnień, ruszyły ogórki i cukinie. Wkrótce, pomimo że w tym roku posadziłem ich mniej, zacznie się klasyczna cukiniowa klęska urodzaju. Na razie jednak, każda nowa cukinia cieszy i przysłowiowo, staram się mieć cukinię w każdym posiłku (co i w praktyce niemal się udaje). Wydaje się, że powiększenie areału uprawy dyń kosztem cukinii było dobrym rozwiązaniem. Dynie jednakże nie znają umiaru - wspinają się na sosny, na ogrodzenia, na pomidory .... Staram się zajmować swoimi uprawami jak najmniejszą powierzchnię Ostoi, ale chyba pora zastanowić się nad relokacją dyń z Zapłotka do leśnego ogrodu, tak jak zrobiłem to z ziemniakami. Podobnie, dobrym rozwiązaniem okazała się rezygnacja z uprawy cukinii na grządkach Parszywej Dwunastki, czyli grządkach podwyższonych tuż przy domu. Dzięki temu jest więcej miejsca na sałaty i kwiaty (nigdy bym nie przypuszczał, że coś takiego kiedyś napiszę, wszak sałaty i kwiaty miały u mnie raczej niski priorytet). Obecnie, na każdej z grządek Parszywej dwunastki co najmniej jedna stopa kwadratowa (obszar w przybliżeniu 30 x 30 cm) dedykowana jest jakimś kwiatom, dzięki czemu moje pszczoły mają przynajmniej namiastkę kwitnącego lata. Jak widać, miejsce takie jak Ostoja jest w stanie ciągłej zmiany i nic, ani sąsiednie łąki, ani moje grządki, nie pozostaje takie samo na długo, a moją rolą jest przystosowywać się i swoje siedlisko do nowych okoliczności, co czasami bywa trudne. Dzięki temu jednak, nie można narzekać na nudę i to jest chyba najbardziej pozytywna lipcowa konkluzja.

środa, 29 czerwca 2022

Suchy czerwiec czy mokry?

 

Czerwiec dobiega już końca, a ja absolutnie nie miałem czasu nic o tym, co się dzieje w Ostoi napisać. Nie odwiedzałem jej za często, ale strategicznie zaplanowane wizyty pozwoliły utrzymać przy życiu jak do tej pory wszystko, co zostało posiane i posadzone, bez uruchomionego podlewania. Czerwiec w mojej opinii był miesiącem zasadniczo suchym, ale z mojej perspektywy było dość mokro, bo sporo czasu spędziłem w stawie, sadząc ciekawe rośliny wodne - nad wodą, pod wodą oraz na krawędzi wody i lądu. Strzałka olbrzymia, rozpław sercolistny, przęstka pospolita i manna mielec uzupełniły florę stawu. Na brzegu posadziłem pierwsze egzemplarze lasecznicy trzcinowatej, jednej z najwyżej rosnących traw jakie da się w naszym klimacie uprawiać.

Sadzenie roślin wodnych w ponad trzydziestostopniowe upały to sama przyjemność, szczególnie że mój staw ma niezwykle zróżnicowaną termikę. W zależności od preferencji, można się przemieścić w płytką strefę ciepłą lub do bardzo zimnej strefy głębokiej. Pięknie wyczuwalna w trakcie pływania jest też termoklina, czyli rozwarstwienie wody ciepłej i zimnej na pewnej głębokości. Obserwacje wskazują, że o tym wszystkim wiedzą też ryby, wybierając sobie rejon zimny w ciągu dnia, ale odwiedzając najcieplejsze kąty stawu od wieczora do poranka. Na płyciznach okazjonalnie widać też tarło rybek, będzie więc wkrótce ich kolejne pokolenie.

Pomimo suszy leśny ogród w Sorku nie jest nigdy podlewany. W tym roku w międzyrzędziach posadziłem między innymi ziemniaki, tworząc rodzaj uprawy agroleśnej, ale i syntropijnej. Ziemniaki zostały ułożone na granicy gleby i ściółki, a następnie obsypane trawą skoszoną na ścieżkach. Co dwa - trzy tygodnie koszę ścieżki i dosypuję trawy pod ziemniaczane krzewy. To jedyne zabiegi jakie tu wykonuję. Póki co, odpukać, wszystko rośnie pięknie, ale ostateczną ocenę pozwolą tej uprawie wystawić dopiero plony, a do nich jeszcze daleko.

Zacząłem reanimować szczyt spirali ziołowej, gdzie w bezśnieżną zimę wymarzły szałwie i rozmaryny. Zależy mi szczególnie na rozmarynie, zakupiłem więc dwie mrozoodporne odmiany - Arp oraz Hill Hardy. Po latach braku jakiejkolwiek opieki nad spiralą i pozwoleniu jej żyć własnym życiem, szczyt zarosły trawy, musiałem więc je usunąć. Starałem się jak najmniej ingerować w resztę spirali, co nie było łatwe i raz jeszcze utwierdziło mnie w przekonaniu, że sens mają jedynie spirale takiej wielkości, gdzie wszędzie można dosięgnąć bez wchodzenia na nie. No ale cóż, ci, którzy czytają bloga od dawna, wiedzą dlaczego spirala jest taka, a nie inna. Nie ma więc co się nad tym użalać, wdrapałem się na wierzchołek, posadziłem rozmaryny i teraz pozostaje jedynie czekać, co z tego wyniknie.

Susza sprawiła, że pszczoły nie mają za dużo nektaru w okolicy i z miodem jest nieco gorzej niż rok temu o tej samej porze. Ale ponieważ mamy jeszcze nieco zeszłorocznego miodu, postanowiłem na razie nic pszczołom  nie zabierać i zrobić jedno "wielkie" miodobranie dopiero po lipie. Na razie wziąłem więc jedynie plaster zbudowany naturalnie (bez węzy) , aby podelektować się nieco smakiem najświeższego i najmniej przetworzonego miodu, jaki sobie można wyobrazić. To, co jeszcze zadziwia w tym roku, to absolutny brak nastroju rojowego u pszczół, brak budowy mateczników, dosłownie zero chęci do cichej wymiany matki czy też do podziału rodziny. Do końca nie jestem pewien, czy się z tego cieszyć, czy smucić, a więc póki co, nie robię nic.

Jeśli chodzi o warzywnik, bo to interesuje zwykle największą rzeszę czytelników, to wszystko idzie dobrze, ale nie do końca. Czasami gdy się zbytnio zaufa swoim mistrzom, przydarza się zonk. Zanim pobrałem nauki u Charlesa Dowdinga, ściółkowałem swoje grządki w ogrodzie kuchennym słomą przeważnie, i przez lata wszystko szło dobrze. Charles jednak zachęca do tego, aby ściółkować wyłącznie kompostem. I tak też na dużej części grządek zrobiłem, a efekty były piękne. Do czasu. Do momentu wielkich czerwcowych upałów i suszy. Ponieważ nie mogłem być na miejscu i podlewać codziennie - zresztą i tak nie uznaję codziennego podlewania - to o ile rośliny już podrośnięte przetrwały moje nieobecności pięknie, to większość małych rozsad, szczególnie sałat padła. Małe roślinki nie zdążyły po prostu sięgnąć głębiej po wodę, zanim spaliło je słońce. Nauka stąd na przyszłość jest taka - ufaj, ale sprawdzaj, oraz, jeśli cos działa - nie zmieniaj. Na szczęście starsze sałaty plonują tak dobrze, że mógłbym otworzyć salad bar.

O jakonach pisałem wielokrotnie, także i to, że chyba wreszcie opanowałem naprawdę ich uprawę. Potwierdza się to teraz, rosną jak na drożdżach. Ruszyły też kukurydze, pomidory i groszek cukrowy, lenią się cukinie, dynie i ogórki. Zebrałem sporo jagody kamczackiej, nieco truskawek, skończył się całkiem szpinak. Dojadamy ostatnie ziemniaki z zeszłorocznych zbiorów, zjedliśmy właśnie ostatnią dynię. W piwnicy niewiele ubyło słoików z przetworami, szczególnie tymi z cukinii i dyni, myślę, że nie damy rady spożyć tego do tegorocznych zbiorów, ale trzeba się będzie starać. Skrzętnie notuję wrażenia z otwierania słoików sporządzonych wedle różnych receptur, aby wiedzieć, które warto powtórzyć, a o których należy zapomnieć. Niestety, niektóre rewelacyjne przepisy z Internetu okazują się chybione, albo inaczej, nie trafiają w mój kulinarny gust  raczej już z nich więcej nie skorzystam.

Zbliża się powoli czas zbioru czosnku, ale na razie obcinam pędy kwiatostanowe, z których w zasadzie powinno się robić pesto, ale mam jeszcze takowe z poprzednich lat. Siekam więc te pędy i wrzucam do różnych potraw, a to do jajecznicy, a to do zupy z groszku, starając się je zużyć bez konieczności "słoikowania". Plony czosnku zapowiadają się obficie, no ale znowu ta susza .... Dopóki główki pod ziemią, nie chwalmy się plonami. To, co na dzień dzisiejszy wiem, to że ze 100 posadzonych ząbków będzie na pewno ponad 90 główek, a jakiej wielkości, to się przekonamy. Trzy odmiany - Harnaś, Siberian i moja własna rywalizują o palmę pierwszeństwa i jak na razie, sądząc po rozmiarach tego co nad ziemią, wygra Siberian, przed Harnasiem, i moją odmianą. Martwić się? Ależ nie - każdy, kto dostał ode mnie czosnek mówi, że wprawdzie jest mały, ale tak aromatyczny, że jeden ząbek działa jak główka czosnku ze sklepu. Wiem wiem, chcą być mili i przesadzają, ale nieco prawdy w tym jest. A jaki będzie czosnek w tym roku, przekonamy się pewnie już za miesiąc.




wtorek, 24 maja 2022

Ulubiony i znienawidzony maj

Lubię maj w Ostoi, a szczególnie ten czas, gdy zakwitają drzewa owocowe. Dominuje biel, ale jest i nieco różu. W tym roku niebywale obficie kwitła morela, która pierwsze owoce dała rok temu. Rośnie w tragicznych warunkach, niemal w całkowitym cieniu, pod ziemią walcząc z najazdem korzeni starych sosen zza płotu. Rewelacyjnie nieco wcześniej kwitły śliwy, a teraz, w trzeciej dekadzie maja, pełno jest na nich małych, zielonych śliweczek. Czereśnia też ma nieco owoców, a wiśnie - jak popadnie - jedna tak, druga nie. Tą drugą skosił przymrozek, znienawidzone zjawisko spadające w dziwny sposób na część podwórka, trochę wbrew wszelkiej logice. Gdyby Ostoja była na stoku, pomyślałbym, że zimne powietrze spływa z góry i opada na podwórko właśnie tam, gdzie zmarzła wiśnia, ale przecież podwórko jest w punkcie najwyższym. To lodowate powietrze musi płynąć po koronach starych sosen i spadać z poziomu koron wprost do podwórkowego leśnego ogrodu. Kilka metrów dalej, nie ma już przymrozka - takie to dziwne rzeczy dzieją się tu w maju.

Maj to czas tak intensywnej pracy, że czasami człowiek zapomina jak się nazywa. Sadzenie i siewy, siewy i sadzenie. W tym roku próbuję posiać więcej kukurydzy, w celu wypracowania szybciej dojrzewającej rasy lokalnej. Posiałem w wielodoniczkach zarówno własne nasiona zbierane z odmiany Black Aztec oraz z kukurydzy cukrowej, jak również nasiona kilku innych odmian jakie udało mi się zdobyć. Będę się starał zebrać nasiona z najszybciej dojrzewających roślin i wysiać w przyszłym roku. W zupełnie innym miejscu, posadziłem nieco egzemplarzy odmian czystych, aby je jeszcze przez jakiś czas u siebie utrzymać, bo z eksperymentami jak wiadomo może być różnie. Tym bardziej, że kukurydza ma rosnąć głównie w pasach pomiędzy drzewami leśnego ogrodu, a tam i nornica, i kret, i ptaków hordy. No ale jak zwykle - szukamy czempiona, czyli roślin, które pomimo wszystko urosną, i dadzą plon.

Moje ulubione dynie i cukinie będą w tym roku uprawiane niemal wyłącznie z własnych nasion. Wyjątek stanowi żółta cukinia, której nasion nie zbierałem, gdyż zawsze były to jakieś odmiany F1. W tym roku wysieję trzy takie odmiany i postaram się zebrać nasiona, aby za rok sprawdzić, co z tego wyrośnie. Po raz pierwszy w tym roku wysieję dynię bezłupinową z własnych nasion, wiążę z nią duże nadzieje. Planuję też selekcjonować dynie olbrzymie na zawartość karotenu (zbierając nasiona wyłącznie z najbardziej pomarańczowych) oraz słodkość. Zanim wszystkie nasiona znajdą się w ziemi, testuję ich zdolność kiełkowania układając na mokrej bibule. Dzięki temu zmniejszam ryzyko, że będę czekał, i czekał, a nic nie wyrośnie. Dodatkowo, nasionka które wykiełkują w trakcie testów, też zostaną posadzone, nic się tu nie zmarnuje.

Bardzo lubię ten moment w maju, gdy po raz pierwszy od wczesnej zimy zaglądam do pojemników z siewem zimowym. Tu nasiona wysiane zostały kilka miesięcy temu, przysypane śniegiem i zostawione samym sobie. Dziś, w każdym z pojemników jest po kilkadziesiąt siewek czekających na przepikowanie do doniczek. Nie ma chyba mniej pracochłonnej metody na wyhodowanie z nasion roślin wymagających zimnej stratyfikacji. Metodę tą stosuję głównie do siewu roślin wabiących zapylacze i miododajnych, których coraz więcej sukcesywnie sadzę. Pasieka zmieniła mój sposób patrzenia na takie rośliny, a pszczoły są na pewno wdzięczne za powiększanie bazy pożytkowej. 

Jeżeli czegoś w maju nienawidzę, to na pewno wspomnianych już przymrozków. W orzechowym gaju żal patrzeć na cztery rosnące tam włoskie orzechy. Młode liście przymrozek zwarzył gdzieniegdzie całkowicie. Pozostaje mieć nadzieję, że mimo wszystko odbiją i wypuszczą nowe. Leszczyny natomiast nic sobie z przymrozków nie robią, z liśćmi pokrytymi igłami lodu kwitną sobie w najlepsze. Zadziwia mnie też czosnek niedźwiedzi - wydawałoby się, że przy tak mięsistych i soczystych liściach powinien przemarzać, ale jednak nie, trwa dumnie i kwitnie w najlepsze. Dodatkowo, od kilku już tygodni stanowi pyszny dodatek do niemal wszystkiego. Obecnie, zebranie po jednym liściu z napotkanej kępki czosnku daje nam tygodniowy zapas tej zielonej dobroci, można więc powiedzieć, że etap jego sadzenia w Ostoi został zakończony. Mam nadzieję, że od tej pory czosnek niedźwiedzi sam już zadba o siebie i będzie w kolejnych latach poszerzał swoje królestwo.

Zakończył się też chyba proces namnażania jakona - tej wiosny mam więcej sadzonek niż potrzebuję. Uwielbiam ten moment, kiedy jakon wreszcie trafi do gruntu i kiedy ryzyko przymrozków poszło w siną dal. Nie chcę jednak chwalić dnia przed zachodem słońca, bo w zeszłym roku jakony dostały w tyłek od mrozu w nocy z 7 na 8 czerwca o ile dobrze pamiętam, na szczęście nie było to uderzenie zabójcze. W celach konsumpcyjnych posadziłem w tym roku 12 najładniejszych sadzonek, mam nadzieję, że jesienią zbiorę z tego 20 kilogramów bulw jakona. O ile wszystko pójdzie zgodnie z planem, będę miał przy okazji wreszcie taki nadmiar kłączy, że spróbuję wyekspediować część z nich z grządek do leśnego ogrodu aby zobaczyć, jak sobie poradzą w nim pod grubą ściółką.

Na pewno do leśnego ogrodu trafią też truskawki, uporczywie starające się skolonizować ścieżki. Gdy się pomyśli, że jeszcze niedawno grządka z której truskawki migrują była całkowicie przysypana warstwą zrębek i że wszystko co tu widać wyrosło od zimy, można jedynie zachwycić się wolą życia, jaka drzemie w takich oto truskawkach. I za to właśnie uwielbiam maj, kiedy to ta wola życia manifestuje się najmocniej dosłownie w niemal całej przyrodzie - mnożącej się, rosnącej, rozwijającej i kwitnącej. Żadne przymrozki nam tego nie popsują, przetrwamy je wraz z naszymi roślinami po to, aby z impetem wejść w jeszcze bardziej zielony czerwiec.