wtorek, 30 marca 2021

Dar

Siedziałem, oczy przecierałem, czytałem raz jeszcze i przecierałem znowu. To email przyszedł do mnie taki, który mnie wprawił w osłupienie. A w emailu tym napisane było, że autor kupił zbyt dużo karp szparaga, i że chciałby oddać w dobre ręce, ale tylko w dobre. Koleżanka poleciła mu moje ręce, więc dlatego napisał. Zatkało mnie. Pierwszy raz odkąd promuję to całe ogrodnictwo i tą całą permakulturę, ktoś uznał, że moje ręce są dobre i wcześniej mnie nie znając, ani chyba o mnie nie słysząc, postanowił mi coś podarować. I choć nie miałem zamiaru sadzić więcej szparagów w Ostoi, i choć życie brutalnie przygwoździło mnie w mieście i do Ostoi puścić nie chciało, to postanowiłem przyjąć ten piękny dar i posadzić te szparagi, z całym pietyzmem godnym takiego daru. Bo takiego daru nie wypada odrzucić.

Ponieważ moja grządka szparagowa na podwórzu jest pełna, postanowiłem wykorzystać ten dar w miejscach nieoczywistych, ku chwale Ostojowych eksperymentów (mam nadzieję, że Ofiarodawca mi to wybaczy). W tym celu wykosiłem pas w leśnym ogrodzie, gdzie miałem zamiar w tym roku siać w alei między młodymi drzewami owocowymi rodzaj Trzech Sióstr, czyli kukurydzę, dynie i fasolę, ale nie pnącą, tylko karłową. Zamiast tego, posadziłem rząd cudnych karp szparaga. Zapewne fachowcy złapią się za głowę i zakrzykną cóżem ja uczynił, gdy spojrzą na zdjęcie obok, ale ja myślę, że wiem co robię. Nie lubię szparagów białych, jem wyłącznie zielone i nie sadzę szparagów w głębokie bruzdy, ani nie obsypuję. Zamiast tego, będę je tu grubo ściółkował i mam nadzieję, że za jakieś 2-3 lata dadzą one pierwszy przyzwoity plon. Część karp posadziłem na huglu, a pozostałe na piaszczystym poletku zwanym Kwadratem, gdzie wkomponowałem je pomiędzy rzędy roślin pożytkowych dla pszczół. Mam nadzieję, że działania te okażą się godne daru i że przyniosą dobre efekty. Ze szczerego serca pragnę podziękować Ofiarodawcy, a jeszcze bardziej Pani, która uznała, że moje ręce na taki dar zasługują.

A skoro już w celu posadzenia szparagów do Ostoi przyjechałem, to i popatrzyłem, co wyłazi z ziemi.





Mój ulubiony czosnek niedźwiedzi zaczyna się wyłaniać w pierwszych lokalizacjach. Pokazują się szczypiory przezimowanych cebul oraz pierwsze pędy ozdobnych czosnków - gigantów. 

Wychodzą też krokusy, a przy nich uwijają się moje pszczoły. 





Popatrzcie, co one wyprawiają!


Można by zapytać - ile pszczół mieści się w małym kielichu kwiatu krokusa?


 

Listę wyłażących dopełniają cebulica syberyjska, pierwiosnek, barwinek, tulipany i ... padalec, który jest biedak tak lodowaty, że nie jest w stanie się ruszyć. Przykrywam go ściółką i zbieram się z powrotem do miasta, bo niestety tym razem nie dane mi dłużej tu pogospodarować. Czas w Ostoi jest darem, darem losu, a ten, jak wiadomo, nie bardzo patrzy na ręce ...


czwartek, 18 marca 2021

Powolny marzec

 

W pierwszych dniach marca krótkotrwałe ocieplenie oczyściło Ostoję ze śniegu. Na grządkach, gdzie jesienią posiałem marchewkę, od razu zrobiło się może nie zielono, ale widać, że cos zaczęło rosnąć. Pszczoły radośnie wykonały swój pierwszy oblot, a ja sprawdziłem, czy mają dość pokarmu na resztę zimy. Póki co (odpukać w niemalowane) wszystkie pszczele rodziny przezimowały i przez dwa dni cieszyłem się ich radosnym brzęczeniem. Trzeciego dnia jednak przyszło ochłodzenie, które cały czas trwa, długo więc sobie bidulki nie polatały.

Jeżeli chodzi o roślinność, to bardzo nieśmiało zaczyna się wyłaniać. Pokazuje się w zakątkach o najcieplejszych mikroklimatach. Nie jest tak, że nagle wszędzie w Ostoi pokazują się tulipany, póki co dokładnie przeciwnie - wyszły jedynie w jednym miejscu. Nad stawem zupełnie nieoczekiwanie ukazały się z ziemi listki narcyzów, podczas gdy na podwórku nie ma jeszcze ani jednego. Do tej pory żyłem w przekonaniu, że zwierzyna narcyzów nie rusza, ale przekonanie to okazało się błędne - sarny skróciły narcyzy dokładnie o połowę. I teraz mamy zagadkę - czy takie narcyzy zakwitną? Być może dowiemy się tego w kwietniu.

Jak co roku, na jednej ze ścieżek tuż po zejściu śniegu zieleni się jedzenie - to portulaka. Warzywo liściowe, smaczne i zdrowe. Trzeba się tylko trochę natrudzić przy zbiorze, bo to maleństwa. No ale i tak rozetki portulaki są większe, niż maleńkie pokrzywy już wyłaniające się z gruntu. Jak tu już pisałem wielokrotnie, nie ma lepszej bomby witaminowej niż napar z mikropokrzyw, portulaka natomiast doskonale się nadaje do udekorowania na przykład kanapek. Sałaty też przetrwały (fajnie, pamiętając, że termometr odnotował niedawno minus 22), ale nie wyglądają apetycznie i muszą puścić nowe liście, które to dopiero zaczniemy spożywać.

W Ostoi krąg krokusów otacza niemal każde drzewko owocowe na podwórku. I znowu, tylko w jednym kręgu ukazały się młode rośliny. Liczę na to, że gdy zakwitną, pszczoły będą w stanie latać i że zobaczę je na krokusach. leszczyny też całe w kwiatach, ale pszczółki pyłku oczywiście nie noszą, bo za zimno. Miałem sporo planów rozmaitych prac, ale z uwagi na pogodę wiele z nich musi niestety poczekać. Robię więc, co mogę - wycinam zeszłoroczne maliny, trochę pracuję w lesie i przede wszystkim, myślę nad tym, co, gdzie i kiedy posadzić w warzywniku, a więc i kiedy wysiać.

Podczas gdy większość ogrodników za pewne już wysiała lub zaraz wysieje pomidory, ja w tym roku zamiast ryzykować zbyt wczesnym siewem, zamierzam zaryzykować "za późnym". Czy rzeczywiście okaże się za późny, czy też trafiony w punkt, to się jak zwykle okaże, ale jedno jest pewne - lwią część rozsad wysieję w tym roku dopiero w kwietniu. Teraz jednak powoli zaczynam siać warzywa zimnolubne - w tym eksperymentalnie sieję bób w specjalnych wysokich doniczkach, które zwykle służą do przygotowania sadzonek drzew. Tak głębokie i wąskie doniczki powinny doskonale się sprawdzić dla bobu, który szybko wytwarza silny korzeń palowy. W podobnych, ale mniejszych doniczkach wysiałem już też groszek cukrowy, a to wszystko w zasadzie w ramach eksperymentów, bo i tak oba te warzywa sieję też bezpośrednio do gruntu, ale to dopiero pewnie w początku kwietnia. Naprawdę, im dłużej zajmuję się ogrodem, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nie ma sensu się spieszyć.

Nie spieszą się też ani chmury, ani żurawie, majestatycznie przepływając nad Ostoją, a różnica między nimi taka, że chmury się nie drą. W tym roku chyba jest więcej i żurawi, i chmur, a najwięcej jest nocy z temperaturą poniżej zera, choć już tak bardziej symboliczną. Te zimne noce jednak sprawiają, że ten marzec jest powolny w porównaniu z wieloma poprzednimi. A ponieważ prognozy sugerują, że taka sytuacja jeszcze nieco potrwa, to na prawdziwy wybuch wiosny w Ostoi przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać.




poniedziałek, 15 lutego 2021

Sen zimowy

 

Zima, pierwsza porządna od 2013 roku, sprawiła, że Ostoja w dużej mierze pogrążyła się w sen, z którego zbudzi się wiosną. Pomimo to, wstaję ze Słońcem i podziwiam, jak zaglądając z ponad lasu złoci ono śnieg wśród sosen. Śnieg skrzypi pod butami i jest to jedyny dźwięk, jaki słuchać. Ale niedługo - za parę chwil zleci się na podwórko ptactwo na darmową wyżerkę. Cicha o świcie Ostoja napełni się głosami wszelkiej maści sikor tłukących się niemiłosiernie o ziarno z karmników. Takiej ich obfitości nigdy jeszcze nie było, w obrębie podwórka dożywia się w porywach do pięciu tuzinów tych sympatycznych ptaków. Co jakiś czas przemieszczam karmniki, aby ptaszory nawoziły teren równomiernie i aby przy okazji powyjadały różne szkodniki kryjące się w zakamarkach kory drzew.

Poranne spacery ujawniają niesamowite mikroklimaty. Krok z domu na ganek - minus dwanaście. Trzy kroki dalej - dwa stopnie mniej. Kawałeczek na północ - już minus osiemnaście, a na maleńkim, wielkości dosłownie dwóch kroków obszarze, prawie minus dwadzieścia trzy. Dalej temperatura znowu rośnie, by przy furtce wynosić tyle, ile przy ganku. Dobra z tego płynie nauka, gdybym kiedyś na przykład planował sadzić bardziej ciepłolubne drzewka. Na pewno ten mój mały lodowaty krąg, ten mały mazowiecki biegun zimna, nie byłby dobrym miejscem aby sadzić figowca czy winorośl.

Świeży śnieg ukazuje, że w lesie nie tylko licho nie śpi, ale również nie śpi zwierzyna. Wszechobecne zające i sarny dzielą teren z wiejskimi Burkami biegającymi samopas. Zające rozgrzebują śnieg płatami, aby się dobrać do ukrytej pod nim koniczyny. Nie potrafią się jednak zachować przyzwoicie w gościnie, walą bowiem kupy tuż przy stole. Całe połacie zajęczych bobków użyźnią leśny ogród. Wygląda to, jakby ktoś rozsypał wór ziaren niepalonej, brazylijskiej, ekologicznej kawy, mam nadzieję, że tylko ja mam takie skojarzenia, i że nikt się nie pomyli ....

Miejsce nad stawem, które nazwałem Leśną Szkołą, czeka na wiosnę. Ścięte przez bobry i okorowane przez nie pnie mogłyby z powodzeniem służyć za szkolne ławki. Przed wzrokiem ucznia rozpościera się widok na staw, las, kwietną łąkę i leśny ogród, oczywiście nie teraz, a w ciepłej porze roku. Ale i teraz warto tu przysiąść, szczególnie o zmroku, gdy zwierzyna przychodzi mnie odwiedzać. Najśmieszniejszym gościem jest dziki kot, którego niesmak do brodzenia w śniegu jest spektakularny, a jednak brnie ... Takie oto lekcje daje Leśna Szkoła.

W nieliczne słoneczne dni wpadam na chwilę nad rzekę, która dostała lodową lamówkę. W nielicznych bardzo miejscach lód łączy brzegi, ale to już nie te zimy, żeby móc suchą nogą po nim na drugi brzeg przejść. Można za to z łatwością zaobserwować wszystkie bobrowe szlaki, tworzące rynny w śniegu - od rzeki do jeziorek. Najwyraźniej bobry nie śpią i łączą bobrowanie z morsowaniem. Chętnie bym się nawet do nich przyłączył, ale takie słoneczne zimowe dni są zbyt cenne , aby je trwonić na krotochwile. Trzeba się brać za robotę, do której słoneczko jest niezwykle przydatne.

Robotą tą jest przygotowanie materiałów do wykładu o permakulturze naszego klimatu, a konkretnie do lekcji poświęconej zimie. Fotografuję więc i filmuję wybrane aspekty zimowej scenerii mojego siedliska, szczególnie te, związane z wykorzystaniem energii produkowanej na miejscu. W lekcji pojawi się i piec opalany drewnem, i kuchnia solarna, i fotowoltaika. A wszystko to w zimowych krajobrazach Ostojowego podwórka. Choć materiał ten będzie gotowy pewnie późną wiosną, teraz trzeba go zebrać, bo zupełnie nie wiadomo, kiedy przyjdzie kolejna przyzwoita zima i kiedy będzie kolejna ku temu okazja.

Podczas gdy Ostoja śpi pod warstwą śniegu, w mieście trwają kolejne ogrodnicze eksperymenty i przygotowania do sezonu. Jedno z zadań na ten rok to uzyskać znaczące plony żywności ze stawu. O kilku pomysłach mających temu służyć pisałem w poprzednich odcinkach, a dziś wspomnę o kolejnym, który także jest już w fazie realizacji. Pomysł nazywa się ponikło słodkie, znane lepiej pod nazwą chiński orzech wodny. Roślina ta tworzy jadalne bulwki, o ile ma dobre warunki, to w wielkiej obfitości. Problemem jest to, że potrzebuje bardzo długiego sezonu, a nie znosi mrozu, nie może więc spać teraz w dnie stawu pod kołdrą ze śniegu i lodu. Bulwki już pora kiełkować, dlatego też zostały one namoczone i przygotowane do wzrostu. Pierwsze pędy zaczynają się już pojawiać, mam więc nadzieję, że w kolejnych wpisach będę w stanie zdać relację z uprawy tej niezwykle ciekawej rośliny.


niedziela, 17 stycznia 2021

Czarno, biało, kolorowo

Rok ogrodnika nie ma końca ani początku. Cały czas rośnie coś, kiełkuje, jest w sile wieku lub obumiera. Oczywiście raz jest czegoś więcej, a raz czegoś mniej, niemniej jednak już w pierwszym dniu roku kiełkuje traganek pęcherzykowaty (Astragalus cicer L.) To test kiełkowania nasion gatunku, z którym nigdy wcześniej nie miałem do czynienia. Zanim wysieję nasiona w ogrodzie, chcę go lepiej poznać. Jak szybko kiełkuje? Jak wyglądają siewki (aby nie pomylić z czymś innym)? Jak szybko rośnie? Czy potrzebuje dużo światła? Jak sobie radzić będzie w mojej ziemi? Świeżo wykiełkowane nasionka powędrują do doniczek i na okienny parapet, gdzie poobserwuję je do wiosny, a jeśli roślinki przeżyją, trafią już duże do ogrodu gdy zrobi się ciepło. Dzięki temu zwiększę szanse na zebranie własnych nasion tego gatunku. Dwa nasionka, a ile radości, prawda?



Na zachodnim horyzoncie dzień niepodobny do dnia. Dominuje szarość i biel, czasami bywa granatowo i niebiesko, ale są dni, kiedy bywa kolorowo. Spotykam wiele zwierząt - lisy, sarny, zające, kruki, łabędzie i czaple. Tropy na świeżym śniegu ukazują, że najwięcej gości ma nowy leśny ogród nad stawem. Wybieram się tam wielokrotnie po ciemku, aby spotkać sąsiadów. Pierwsze jednak, co rzuca się w oczy to wielka łuna nie tak wielkiego pobliskiego miasta, czasami spektakularna. Goście natomiast dają się obserwować, ale trudniej ich sfotografować. Nieliczni robią sobie selfie w zastawionej na nich fotopułapce.




W ogrodzie prowadzę mały eksperyment, który ma na celu sprawdzić, które nasiona wykiełkują sobie wiosną, które przeżyją przymrozki, które przetrwają. Zeszłoroczne doświadczenia pokazały mi, że niejednokrotnie w mądrej literaturze znajdują się duby smalone, podobnie i w opisach czasu i warunków kiełkowania nasion podawanych przez sprzedających. Dlatego też, nieco z ciekawości, a nieco z nudów, wysiałem po kilka sztuk różności z moich zbiorów, aby osobiście przekonać się, co z tego wyniknie. Nie jest to żaden eksperyment naukowy, raczej hobbystyczna zabawa, ale wyniki mogą okazać się tak czy inaczej równie ciekawe, co przydatne. Część wysianych tu roślin nie ma prawa ani wykiełkować ani przeżyć do połowy maja w świetle "literatury", inne wręcz przeciwnie, powinny dać sobie radę doskonale. No cóż, jak zwykle - pożyjemy, zobaczymy. Tymczasem, cały na biało, jarmuż zdaje się kpić z zimy i trzyma się dzielnie jak Jarema w Zbarażu. Mam nadzieję, że równie dobrze trzymają się pszczoły, które odwiedzam regularnie. Ciche mruczenie i ciepło jakie bije od uli upewniają mnie, że jeszcze dychają, ale przyznam się, że ta ich pierwsza zimowla bardzo mnie stresuje. Nie mogę doczekać się dnia, kiedy uznam, że pora już zajrzeć do wnętrza uli, ale nie sądzę, aby nastąpiło to wcześniej niż w lutym.

  



Choć lista zadań jest długa i wiele prac czeka na swoją kolej, postanawiam zrobić sobie kilkugodzinne wakacje. Idę na długi spacer w śnieżne południe, które wydaje się być czarno-białe z powodu braku słońca. Odwiedzam pokryty dziewiczym śniegiem staw, na którym lód jest zbyt cienki, aby rozsądny zwierz się na niego zapuścił. Ja próbuję, ostrożnie, a lód zgodnie z oczekiwaniami pęka, jeszcze nie czas na takie spacery. Idę więc moją leśną dróżką, zobaczyć jak się miewają bobry - moje i okoliczne.

 



Te moje, przekształcają mi łąkę w jacuzzi. Oczko wodne się powiększa, a łąki ubywa, tama natomiast rośnie. Maluczko, a będzie można w tym oczku morsować. Pozostawiam tą mikro tamę za sobą i wchodzę w puszczę, idąc skrajem pradoliny. Odwiedzam dawno niewidziane, ulubione miejsce, które lata temu nazwałem Doliną Pterodaktyli. Zadziwiające bobrowe tamy tak spiętrzyły wodę, że stoi ona tu przez cały rok, a w niej dokonują żywota drzewa rosnące tu zanim przybyły bobry. Dolina ta w ciepłych porach roku sprawia wrażenie dziczy, w której mam zawsze wrażenie, że za chwilę ujrzę nad sobą cień pterodaktyla. Jak do tej pory widziałem tylko orła cień, a ściślej orlika krzykliwego. No cóż, dobre i to. 
  


Wracam do domu po chrzęszczącym białym śniegu, przez miejscami jeszcze ocalały, majestatyczny stary, czarny las, żegnając po drodze niewidoczne Słońce, zachodzące w gęstwie chmur. W domu czeka gorący piec i ciepła strawa oraz zapowiedź kolorów wiosny - czas siadać do komputera i planować tegoroczne zasiewy. Małe, kolorowe ikonki to symbole nadziei - tu będzie pomidor, a tam cukinia, tu zazieleni się ogórek, tam niebieskimi kwiatkami zamruga ogórecznik ... Niech z każdym dniem tego koloru przybywa - byle do wiosny!

niedziela, 20 grudnia 2020

Przystanek końcowy

 

No i dojechaliśmy do grudnia. Rok nieubłaganie zbliża się do końca, za chwilę zapanuje astronomiczna zima. Nie widać jej wcale w okolicy, poza okazjonalnym szronem o poranku. Szron topi się w ciągu dnia, wtedy ze wszystkiego kapie deszcz destylowanej wody z topiącego się lodu. Jest to zbawienne, gdyż od dawna nie padało. Jesienne nasadzenia wręcz wołają o deszcze lub o pokrywę śniegu, ale póki co, nie widać ich na horyzoncie. A jeszcze siedem lat temu zima w grudniu była taka, że co słabsze auta nie były w stanie o własnych siłach opuścić Ostoi i byłem zmuszony odholowywać je na ubity trakt ....

Grządki we wzorowym porządku oczekują wiosny. Parszywa Dwunastka jak widać na zdjęciu jest w połowie zaściółkowana cienko słomą, a w połowie zakompostowana. Czyli pokryta warstwą kompostu. Dodatkowo, na każdej z grządek odbył się siew zimowy. Czyli wysiew nasion teraz, aby wykiełkowały wiosną. Marchew, szpinak, pasternak, pietruszka, wężymord - to główne siewy tutaj. Chcę zobaczyć, jak kiełkują (o ile w ogóle) w zależności od ściółkowania. I jak rosną. Bo ilu ogrodników czy ekspertów, tyle opinii. A ja lubię mieć swoją. Jak na razie, w niektóre dni kompost zamarza, podczas gdy pod ściółką nie, ale z drugiej strony kompost szybciej się nagrzewa, gdy słońce świeci. Czy jak w piosence Jana Kaczmarka "Pero, pero, bilans musi wyjść na zero"? Czas pokaże.

Jak co roku, sieję zimą bób. Jest to odpowiedź na zmiany klimatu. Liczę, że przyjdzie taki rok, że bób przez zimę nie zmarznie, rozgałęzi się i wyda świetny plon. Jak do tej pory, udaje mi się to raz na kilka lat. Zwykle wiosenne przymrozki zabijają młode pędy, ale w większości lat odbijają gdy zrobi się cieplej. Wiem, wiem, to wszystko nieprofesjonalne, ale mnie takie zabawy nomen omen bawią. Siew zimowy bobu sprawdza się doskonale już w strefie klimatycznej ósmej, no a my w teorii jesteśmy w szóstej, ale nie co roku. Jak to mówią, nie ryzykujesz, nie pijesz szampana. I nie jesz bobu.

Pora zdjąć siatkę z zimowego jarmużu. Ryzyko, że o tej porze roku zaatakują go szkodniki jest znikome, aczkolwiek nie zerowe. Uprzątając ogród znalazłem w starych doniczkach, pod deskami, w zakamarkach, wiele ślimaków. Wystarczy jakieś niespodziewane ocieplenie, a całe to towarzystwo powędruje pożywić się świeżymi witaminami. Dlatego jarmuż rośnie w części zwanej Plażą - czyli tam, gdzie ścieżki wyściela piasek, a to trochę zniechęca ślimaki. Mam nadzieję, ze dadzą sobie spokój i pójdą gdzie indziej. Siatka jednak zdała egzamin - w Ostoi, gdzie uprawa jakichkolwiek roślin kapustnych jest niezwykle trudna, z uwagi na glebę i szkodniki, dochowałem się całkiem ładnych młodych jarmuży.

Po odkryciu roślin usuwam pożółkłe liście i tą odrobinę chwastów, jakie wyrosły w grządce. Zdaję sobie doskonale sprawę, że ilość jarmużu jest tu symboliczna, ale pamiętajcie - Ostoja jest miejscem pokazowym, gdzie w mikroskali testuję i pokazuję multum rozwiązań, a nie produkuję masy towaru. Każde z rozwiązań można "wyskalować w górę", czyli zamiast metra kwadratowego obsadzić i prowadzić w identyczny sposób 10, 100 czy 1000 metrów. Siatka zdjęta z jarmużu wędruje na grządkę, gdzie właśnie posadziłem bób a to po to, aby żarłoczne ptaki nie dobrały się do świeżo posadzonych nasion.

Poza tym, w ogrodzie wegetują jeszcze sałaty, wszelkiego rodzaju i maści. Coś jest w tym zadziwiającego, że gdy się człowiek "dostroi" do pór roku, to w zimie "nie wchodzą" mu sałaty. Każda pora roku ma swoje preferencje, a w naszym klimacie nie jest nią chyba sałata w grudniu. Choć rośnie, w sumie brak na nią amatorów. Dlatego też, gdy w opalanym własnym drewnem piecu upieką się kartofle, lub gdy upiecze się w nim wyjęta z piwnicy dynia, nikogo nie trzeba zaganiać kijem do stołu, a sałaty ... sobie rosną. Myślę, że nie do końca jest to kwestia gustu, a bardziej powrót do naturalnego rytmu pór roku, który ewidentnie wpływa na żywieniowe preferencje.

Teraz właśnie jest dla mnie odpowiedni czas, aby wychylić nosa z ogrodu i zająć się innymi sprawami. Jedną z tych spraw jest żywokost. Pozyskuję korzeń, z którego wyrabiam intrakt, giceryt, a następnie maść, na potrzeby rodzinno-przyjacielskie, ale też kopiąc karpy żywokostu zawsze się zdarzy, że jakieś korzonki się odłamią i walają się na dnie wiadra. Wykorzystuję je do pomnażania moich zasobów żywokostu, albowiem z każdego kawałka kłącza może wyrosnąć nowa roślina. Najnowszy plan zakłada utworzenie obwódki stawu od zewnątrz z żywokostu (od wewnątrz obwódkę ma stanowić tatarak). Kopię więc, przerabiam i sadzę, raz w roku, właśnie teraz.

Te grządki, które ściółkuję zrębkami (jakim cudem znowu wróciliśmy do ogrodu, wszak, miałem wychylić z niego nosa?) dostają teraz odrobinę uzupełnienia przed zimą. Ale, część grządek już w listopadzie skosiłem do gołej ziemi i przykryłem zrębkami. I co ? I jest dobrze. Truskawki przebijają się młodymi liśćmi przez warstwę zrębki, podobnie czynią czosnki. Stare liście truskawek porażone grzybami rozkładają się pod warstwą zrębek i do wiosny nie będzie po nich ani śladu. Truskawki "otworzą nowy rozdział", miejmy nadzieję, że kończący się happy endem. W rozsypywaniu zrębek skupiam się teraz głównie na leśnym ogrodzie, ale i na grządkach z warzywami wieloletnimi, takimi jak szparagi czy rabarbar.

Na spirali ziołowej postanawiam zrobić eksperyment. Do tej pory ściółkowałem gałązkami świerkowymi na zimę, a w tym roku użyłem słomy. Wystają z niej praktycznie tylko młode rozmaryny i szałwie, oraz odrobina lawendy, resztę ziół ściąłem prawie równo z ziemią. Spirala po wielu latach od założenia wymaga odnowienia - nie po to, aby dawała lepsze plony, ale po to, aby lepiej wyglądać na zdjęciach. Żartuję oczywiście, odnawiam ją, gdyż chcę, aby pozostała produktywna. Trapią ją dwie plagi - siewki sosny oraz kępy traw, a żadnych z nich na spirali nie chcemy. Dlatego też, co widziałem, to usunąłem, wyściółkowałem, a resztę będę na bieżąco usuwał od wiosny. Ma być spirala ziołowa, a nie sosnowa.

Gdy się gospodaruje na jałowych piaskach, wielkiego znaczenia nabiera nawożenie "moimochodem". Ptak, który odwiedza ogród, zrywając się do lotu z reguły wali kupę. Takie są reguły aerodynamiki. Oczywiście nieco żartuję, ale tylko trochę. Ptaki naprawdę walą kupę gdy startują do lotu. A ta kupa, to źródło żyzności, a szczególnie fosforu, którego w Ostoi brak. Dlatego też przygotowuję rozmaite rodzaje karmników dla skrzydlatych pomocników Ostoi, w których karmię ich głownie słonecznikiem pastewnym, gdyż to lubią najbardziej. Karmniki są rozproszone w wielu miejscach nad grządkami, aby ptaki dość równomiernie nawoziły ogród.

Czasami czuję się tak, jak bym żywił pół puszczy - przy jednym karmniku potrafi być tuzin sikor. Ale to jedynie przy dużych karmnikach. Dlatego też zacząłem robić własne małe karmniki słonecznikowo - tłuszczowe. Topię tłuszcz i mieszam z ziarnem słonecznika (starym łuskanym lub świeżym całym) i napełniam taką mieszanką rozmaite pojemniki. Tłuszcz zastyga i tworzy się powierzchnia świetna dla sikorek i innych podobnych ptaków. W gratisie dostają patyczek (pałeczki po orientalnym żarciu), aby miały na czym przysiąść. Szczególnie lubię obserwować karmniki wykonane z filiżanek, determinacja sikor w wybieraniu z nich ziaren jest godna podziwu.

Na koniec, kilka migawek ze spacerów o zmierzchu. W okolicy żyje kilka rodzin bobrowych, z niektórymi jestem odrobinę zakolegowany. Bywają dni, że nie boją się mnie wcale i dają się obserwować z odległości kilku kroków, niestety zwykle o takiej porze, kiedy nie da się zrobić dobrego zdjęcia (bez flesza).

Krótki filmik z moimi bobrami w roli głównej  znajdziesz tutaj.


Bobry urządzają hekatombę wierzb, które dawniej dominowały w krajobrazie. Ma to określone skutki, na przykład wiosną, gdy od pyłku wierzb zależy tutaj rozwój rodzin pszczelich. Natura nie jest tak zerojedynkowa jak się ludziom wydaję, myślę, że kręcimy sobie bat na własne tyłki reintrodukując gatunki uznane przez nas za zagrożone, a następnie nie monitorując i nie regulując ich populacji. Odtwarzamy jeden gatunek, szkodzimy wielu, o których nie pomyśleliśmy lub nawet czasem nie wiemy o ich istnieniu. To w szerszym kontekście, nie tylko bobrów u mnie.

Jak co roku łabędzie zimują, jak od kilku lat żurawie zimują również, wydry żrą karasie ze stawu, sarny strzygą murawy nad stawem równo jak pod zapałkę, zając się zesrał dokładnie pod posadzonym dopiero co rokitnikiem, ale go na razie nie ruszył, trzy gatunki dzięcioła kują obumarłą osikę. 





Na drugim brzegu rzeki panny z łódzkiego, a także kawalerowie i młodzież, nie przechodzą obojętnie, a raczej gapią się na mnie przez jakiś czas i wydają paszczą dźwięki, niezbyt życzliwe. W końcu jednak ruszają w dalszą drogę w poszukiwaniu miejsc, gdzie trawa zielona.





Tradycyjnie, jak co roku, wieszam po sześć bombek na dwóch sosnach strzegących wejść do Ostoi - sześć od północy i sześć od południa. Po jednej za każdy miesiąc mijającego roku. Trudno uwierzyć, że sosny te mają około trzydzieści lat....

Myślę, że jest to ostatni wpis w tym roku, taki przystanek końcowy, a więc wszystkim, którzy czytali moje wpisy tutaj życzę Wesołych Świąt i wszelkiej pomyślności w nadchodzącym Nowym Roku 2021.