piątek, 19 kwietnia 2019

Ogród leśny się budzi

W Ostoi wiosna przychodzi relatywnie późno. Wciąż prześladują ją nocne przymrozki. Na grządkach jeszcze dzieje się niewiele, postanowiłem więc przejść się po miniaturowym leśnym ogrodzie i zarejestrować obiektywem aparatu co już rośnie. 

 Krwawnik i koniczyna biała to moje ulubione rośliny okrywowe. Staram się, aby rosły niemal wszędzie pomiędzy roślinami użytkowymi. Gdy u niektórych rosną jak chwasty i stanowią problem, w Ostoi trzeba się nieco napracować aby raczyły rosnąć. Ogród leśny zakładałem na całkowicie jałowym ugorze w cieniu starych brzóz, pod którymi nie rosło nic poza porostami, rachityczną trawą, z dodatkiem grzybów jesienią. Obecnie w leśnym ogrodzie rośnie bioróżnorodność i mam nadzieję, że z każdym rokiem będzie tylko lepiej.
 Glistnik jaskółcze ziele to bardzo cenna roślina lecznicza, posadziłem go podobnie jak kilka innych ziół aby zawsze go mieć pod ręką. Gdy nie służy do wyrobu medykamentów, doskonale nadaje się na ściółkę.
 Rabarbar jest wspaniałą rośliną jadalną dającą jednocześnie dużo biomasy i cienia. Właśnie zaczyna się przebijać z pod grubej warstwy zrębek. Raz posadzony plonuje wiele lat.
 Kwitną drzewa owocowe, w chwili obecnej na malutkim terenie jest ponad 40 gatunków i odmian. Nie wszystkie przeżyją i nie wszystkie zaowocują, ale te które przetrwają będą żywić latami. W ogrodzie leśnym jakiekolwiek zabiegi ograniczam do absolutnego minimum.
 Polikultury, czyli koegzystencja wielu gatunków jest podstawą urządzania ogrodu leśnego. Agrest, malina, rabarbar, żywokost, przegorzan, pokrzywa  i mniszek.
 Święte zioło Słowian, bylica pospolita, jest doskonałym surowcem nie tylko leczniczym, ale również ogrodniczym. Można z niej sporządzać preparaty stymulujące wzrost innych roślin.
 Chrzan zapuszcza głeboko korzeń palowy, a pokrzywa "działa" korzeniami w płytszych strefach gruntu. Razem zamieniają piasek Ostoi w żyzną glebę, choć zapewne jeszcze nieco lat upłynie zanim będzie można ją nazwać naprawdę żyzną.
 Czosnki niedźwiedzie odstraszają od młodych drzewek nornice, a przy tym smakują doskonale.
 Pokrzywa, gdy zakwitnie, ale zanim wyda nasiona, zostanie ścięta i użyta jako ściółka pod drzewkiem, pod którym rośnie.
 Niektóre drzewka po raz pierwszy zakwitają, czasami nawet te posadzone na jesieni. W tym roku owoców z nich na pewno nie będzie, ale cierpliwie poczekam.
Ciekawa odmiana żywokostu sercolistnego, wśród kokoryczy, bardzo cennego zioła leczniczego i jednego z pierwszych pokarmów trzmieli.
Czosnek niedźwiedzi  - raz posadzony, rośnie latami.
 Barwinek i kokorycz.
Ni to lubczyk, ni to arcydzięgiel, ni to kozłek lekarski, pytałem ekspertów ale jak do tej pory nikt mi nie odpowiedział co to dokładnie jest. Najprawdopodobniej jakaś krzyżówka kozłkopodobna.
 Chyba melisa, choć może być i kocimiętka ;)
 O tej porze roku gdzieniegdzie niebiesko jest od szafirków, przy których uwijają się pszczoły.
Niebieskie oczka niezapominajek przy oczku wodnym.
 Narcyzy, żonkile, normalne i miniaturowe zdobią Ostoję każdej wiosny, szkoda że tak szybko przekwitają.
 Ideałem w leśnym ogrodzie jest sytuacja gdzie ani skrawka ziemi nie widać z pod roślinności. No chyba że jest to ścieżka na której butwieją jesienne liście.
 Wszystkie rośliny okrywowe są pożądane, a jeśli któraś za wysoko wyrasta, automatycznie staje się ściółką - jest przycinana i rzucana pod najbliższe drzewko lub krzew. Jest to tak zwana metoda "chop & drop" czyli potnij i upuść.
Truskawki czują się w pokrzywach doskonale.
 Równie dobrze truskawki czują się w koniczynie.
Truskawka, koniczyna, żywokost, pokrzywa całkowicie wypełniają przestrzeń pod młodą jabłonką.
 Czosnki mają odstraszać krety i nornice, wabić zapylacze no i też trafiać do kuchni.
Łubin schwytał cenną kroplę wody, od bardzo dawna nie padało i jest niezwykle sucho.
 Zagubiona rudbekia doda temu zakątkowi koloru gdy zakwitnie.
 Mini ogród leśny założyłem pod szpalerem brzóz, obecnie przy tych mniejszych staram się zadomowić pnącza, aby stworzyć kolejną warstwę leśnego ogrodu.
 Wrotycz, zioło lecznicze i "magiczne", bardzo rzadko występuje w najbliższej okolicy, choć już kilka kilometrów dalej jest pospolity. Cieszę się, że zechciał się u mnie zadomowić.
 Ci, którzy znają książki o Anastazji zapewne rozpoznają co tu rośnie - to Dzwoniące Cedry Ostoi, czyli świerk syberyjski. Przez dwa lata urosły może dwa centymetry. Nie sądzę abym doczekał ich cedrowych orzeszków, ale może następne pokolenia doczekają ...
 Grusze niedługo rozkwitną. Trochę tu dla nich za zimno i za ciemno, ale trzymają się dzielnie.
 Dla leszczyny z kolei zbyt sucho, ale też się powoli zadomawia. Jak wielokrotnie pisałem, fenomen Ostoi polega na tym, że wszystko co się posadzi nie rośnie kilka lat, ale i nie zamiera, po czym mniej lub bardziej gwałtownie zaczyna rosnąć. To oczekiwanie to czas kiedy rośliny wieloletnie budują korzenie, starając się dotrzeć do jakiejkolwiek wilgoci, a wziąwszy pod uwagę wielometrowej grubości pokłady piachu, nie jest to takie proste.
 Łubin trwały jest cenną rośliną motylkową, wiąże azot z powietrza, służy za ściółkę i pięknie kwitnie na niebiesko. Absolutnie nie chciał tu rosnąć, ale po dwóch latach prób chyba się dogadaliśmy i zaczyna się rozrastać.
 Żywokost z nadrzecznych podmokłych łąk źle się czuje w suchym piachu, ale o dziwo bardzo gruba ściółka ze zrębek trzyma go przy życiu. Jest elementem podwórkowej apteki, służy też do sporządzania nawozów i gnojówek.
 Przytulia o tej porze roku to towar spożywczy, nieco później w sezonie to materiał do ściółkowania i kompostowania. To jedna z nielicznych roślin które wynoszę z leśnego ogrodu do kompostownika.
 Karagana syberyjska to krzew pomocniczy, który wiąże azot z powietrza, dostarcza ściółki i ma jadalne strąki, za którymi podobno przepadają kury. Staram się rozmnażać karaganę i sadzić ją w wielu miejscach ogrodu.
Maliny przez jakiś czas nie chciały tu rosnąć bez intensywnych zabiegów, w zeszłym roku jednak nawiązały chyba wreszcie współpracę z ekosystemem leśnego ogrodu, bo wystrzeliły i zaowocowały obficie. Teraz też młode pędy malin są jednymi z pierwszych jakie się pokazują.
 Najlepsza roślina okrywowo-jadalna, czyli po prostu truskawka. Mam jej wiele odmian, puszczonych "na żywioł", radzić sobie muszą same. W odróżnieniu od tych z grządek wyniesionych, te z ogrodu leśnego dają mniej owoców, nieco mniejszych, ale zdecydowanie bardziej aromatycznych.
 Borówka amerykańska to wielkie wyzwanie przy uprawie w piachu, jak na razie nie owocuje zbyt dobrze, ale nic w Ostoi od początku dobrze nie owocowało, więc jeszcze jakaś nadzieja jest. Nie będę szedł w kierunku stworzenia czemukolwiek idealnych warunków do owocowania, chcę raczej wyłonić te gatunki i odmiany drzew i krzewów, które są naturalnie stworzone do życia w Ostoi, lub takie, które potrafią się do tutejszych warunków zaadaptować.
 Kilka odmian szczawiu pełni funkcję kulinarną i okrywową.
 Świdośliwy kwitną pięknie, a smakują jeszcze lepiej.
 Zabłąkany samotny szafirek, zwykle rosną one w grupach.
 Królowa mojego leśnego ogrodu, jagoda kamczacka, którą cenię za bardzo wczesne kwitnienie i owocowanie. Są to zwykle pierwsze owoce, jakie mam w każdym sezonie. W leśnym ogrodzie rośnie jej sześć odmian, a zapewne jeszcze ich przybędzie.
Z kronikarskiego obowiązku nadmienię, że wieloletnie odmiany cebul, czosnków i szczypiorków też się obudziły, nawet w donicach podsiąkowych. 
 Pod ogromnymi drzewami na środku podwórka żółto od narcyzów.
Na grządkach pierwszy kwiat truskawki, dość dobrze ukryty. Przy okazji testuję teorię o dobrym sąsiedztwie truskawek i czosnków, gdzie czosnki służą za materiał do ściółkowania truskawek i odstraszania od nich szkodników. Porównam też smak truskawek z tymi z leśnego ogrodu, mam szczerą nadzieję, że nie będzie to smak czosnkowy.

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Szok i niedowierzanie

 Po dniach w podróży przeplatanych dniami w mieście, Ostoja doczekała się wreszcie swojej kolejki. Wpadłem na trzydniówkę. Nie sam, z ponad półtorej setki drzewek i krzewów motylkowych, oraz innych wiążących azot z powietrza. Karagana syberyjska, moszenki południowe, oliwnik, rokitnik i robinia, wszystko czekające, by pójść do piachu. Dosłownie, nie w przenośni. Jesień, zima i wiosna do tej pory są nadzwyczaj suche, to i piaski Ostoi przypominają więc nieco piaski pustyni. Nowe nasadzenia będą musiały mocno się starać, aby przeżyć, pomimo mojej doraźnej pomocy. Jeżeli nic się nie zmieni, jeśli nie zacznie solidnie padać, zapowiada się bardzo trudny hydrologicznie rok.

Kontynuuję próby obsadzenia roślinnością suchej, erodującej, południowej skarpy, gdzie jak w piosence Bajmu, "tylko piach, suchy piach". Tym razem chcę spróbować techniki "rybiej łuski", która pozwala gromadzić wodę gdy pada, na okres suszy. Woda spływająca ze stoku ma się zatrzymać w piaszczystym półksiężycu, wsiąknąć w wał i być dostępną dla korzeni, gdy wokół wszystko wyschnie. Pora na praktyczne zastosowanie technik pustynnych chyba właśnie nadeszła. Jeżeli w kwietniu gleba jest sucha na głębokość szpadla, to wiedz, że coś jest nie tak.

Dziesięć litrów wody wlane do półksiężyca znika w przeciągu minuty. Równie dobrze można by gospodarować na plaży na Helu. Czy to jednak powód, aby się poddać? Raczej nie, jeśli mnie się tu uda, uda się każdemu. Według długoterminowych prognoz pogody najbliższy skromny deszcz ma spaść za tydzień. Opady na poziomie 0.1 mm nie są w stanie nawet wsiąknąć w hydrofobowy (nieprzepuszczający wody) piasek. Dzięki półksiężycom spływająca po skarpie woda ma szanse zatrzymać się i wsiąknąć. Z utęsknieniem czekać będę na deszcz, aby zobaczyć to w praktyce.

Rokitnik już w piachu. Zeszłoroczne liście jako magazyn organicznej materii na dno dołka, na to dwie warstwy kartonu, sporo wody, ale tylko teraz, przy sadzeniu. Na to warstwa zrębek do wewnątrz półksiężyca i stara słoma na zewnątrz. Kolejne rybie łuski będą wypełniać przestrzenie pomiędzy dziś zrobionymi, jeżeli padać będzie na tyle solidnie, że woda z półksiężyców zacznie się przelewać, zbierać ją będą położone niżej "wykopaliska".


Efekt końcowy jest fajny, ale czy zadziała? Przekonamy się za kilka miesięcy. Tymczasem, już następnego poranka przekonałem się, że włóczące się po okolicy wiejskie Burki rozgrzebały ściółkę słomianą znacząco. I co, walczyć z tym? Grodzić się? Siedzieć za drutami we własnoręcznie stworzonym więzieniu? Jeszcze spróbuję się przed tym bronić ... choć zwykle innym doradzam, aby od tego zaczynali ... No ale, nie każdy przecież graniczy z rezerwatem ... W nagrodę, trzy daniele weszły niemal na podwórko - małe, ale urocze stadko.

Zdecydowana większość roślin trafia na północną stronę Zapłotka, czyli ogródka poza podwórkiem. Chcę mieć tam pas chroniący od wiatrów, blokujący napór sosen i dodający żyzności. Plusem będą plony jadalnych owoców, na przykład z rokitników. Te, które sadziłem w poprzednich latach jeszcze nie owocują. Jeśli się jednak uwzględni, że uznawana powszechnie za gatunek inwazyjny czeremcha amerykańska zaowocowała w Ostoi w wieku 10+, nie należy tracić nadziei, ani spieszyć się tym bardziej. Sadzę gęsto, zdając sobie sprawę, że jeśli połowa się przyjmie, to będzie sukces. Powinienem to robić zeszłej jesieni, ale niestety tradycyjny okres sadzenia przeleciał mi koło nosa. Próbuję teraz, jak to się mówi "rzutem na taśmę", nadrobić. Półtora dnia pracy i wiadra puste, grzbiet i dłonie przypominają o swej obecności, ale za to do jesieni mam spokój z tego typu pracami.

Miałem się następnie zająć stolarką, ale brak wody w glebie zmienił moje plany. "Parszywa Dwunastka", czyli nowe grządki przeschły w czasie mojej nieobecności do szczętu. Ponieważ nieuchronnie zbliża się czas, kiedy trafią na nie rośliny, postanowiłem założyć nawadnianie. W Ostoi do tej pory testowałem taśmy, węże zraszające i linie kroplujące, teraz przyszła pora na kroplospływy. Pozwalają one podać wodę bardzo precyzyjnie, dokładnie w miejsce, w które chcemy, bez ograniczeń stałym dystansem między kroplownikami. Nieco ponad sto rurek, dziesiątki złączek i spędzony na słoneczku dzień zaowocował udaną próba - kroplospływy działają prawidłowo, a rośliny ocenią, czy im to odpowiada. Fajne jest to, że krople trafiają do ziemi tak głęboko, jak głęboko umieści się "lancę" kroplospływu, woda nie paruje więc tak szybko, gdyż trafia od razu kilka(naście) centymetrów wgłąb.

Rzutem na taśmę, sadzę kilka testowych roślin i sieję nieco nasion, aby sprawdzić, jak zachowują się grządki, zanim posadzę na nich rośliny ciepłolubne w drugiej połowie maja. Nie chce mi się wierzyć, jak szybko te grządki obeschły, z drugiej strony doskonale wiem, że wynoszenie grządek ma sens tylko tam, gdzie solidnie pada. Po dwóch suchych latach i trzecim roku zaczynającym się jak opowieść z cyklu "sorry, taki mamy klimat" zaczynam się skłaniać ku bardziej efektywnym strategiom użycia wody, ale spróbuję jeszcze powalczyć z tymi grządkami, wszak sezon na dobre się jeszcze nie zaczął i może wreszcie spadnie deszcz ...


Czy nie ma tu jednakże niekonsekwencji? Wszak jedną z podstawowych strategii oszczędzania wody jest zmniejszanie jej parowania poprzez ściółkowanie, a jak uważni czytelnicy wiedzą, w Ostoi wszystko też ściółką stoi? Szok i niedowierzanie - grządki łyse jak po depilacji. W tym szaleństwie jest jednak metoda - brak ściółki i wzruszony (nie pełen uczuć, ale przekopany) grunt to sygnał dla chwastów wszelkiej maści do kiełkowania (dlatego działkowicze walczą z chwastami latami). Chcę aby "wszystko" teraz właśnie wykiełkowało, aby usunąć niepożądane roślinki gdy są bardzo młode i świetnie widoczne. Ściółkowanie rozpocznę natychmiast po obsadzeniu grządek, w końcu maja tych grządek nie poznacie. Przy okazji, na tych grządkach idealnie widać, jak ze wszech stron atakuje las - co rano, na gładkim dywaniku kompostu na powierzchni grządki znajduję nasiona sosen, które wiatr raczył przynieść zza płotu. I jak pisał w powieści "Wielki las" nieodżałowany Zbigniew Nienacki, "Pojął Horst Sobota, że człowiek jest niczym wobec mocy leśnych i że on sam, choć jeszcze nie stracił domu - kiedyś przegra z lasem nieodwołalnie. Ponieważ człowiek żyje krótko, a las jest wieczny. ", tak i ja sądzę, że nie będzie nas, będzie las.


 Aby wnieść nutkę optymizmu do tego wpisu donoszę, że żonkile i szafirki nie zawiodły. Po przekwitłych już krokusach teraz one cieszą oko, rozrzucone po krawędziach ścieżek. Na spirali ziołowej widać rozmaryn i szałwię w dobrej kondycji, zima więc im nie zaszkodziła. Spirala coraz mocniej zarasta i znów mam dylemat, czy interweniować. Po ubiegłym "roku bluszczyka kurdybanka" nadszedł rok krwawnika, który usiłuje zdominować spiralę. Na pewno będę musiał wreszcie się wziąć za trawy, bo tych na spirali nie chcę, a ich przybywa.

Pod lipą, od północy, czyli w ciągłym cieniu, niebieszczą się dumnie syberyjskie cebulice, a towarzyszy im kokorycz, narcyzy i barwinki. Tulipany do zakwitnięcia potrzebują jeszcze nieco czasu, ale niedużo. Jest ładnie, ale nienachalnie ładnie. Taki to już urok nieposiadania rabat roślin ozdobnych, a raczej wplatania ich bezładnie w inne nasadzenia. Wszystkie wiklinowe płotki ozdabiające Ostoję uległy samoczynnej biodegradacji, czyli mówiąc po ludzku, rozpadły się. Gdybym miał wierzbę lub wiklinę, pokusiłbym się o zrobienie nowych, a tak mam dylemat - kupić nowe, czy nie? Wymiana płotków co 4 lata mi się nie uśmiecha, zastanowię się nad czymś trwalszym. Wszędzie, gdzie to możliwe staram się mieć "miękką krawędź", czyli granicę wyznaczoną przez rośliny (temu służą między innymi obwódki z żonkili", ale gdzieniegdzie element nieożywiony też cieszy oko.

Kilka dni temu w południowym krańcu Polski podziwiałem kwitnące dosłownie niemal wszystko. Dziś w Ostoi podziwiam pierwszą i jedyną śliwkę, która chwali się przed światem swymi delikatnymi płatkami. Jagody kamczackie oczywiście również kwitną - obficie, ale nie tak spektakularnie. One zawsze pierwsze zaczynają sezon i coraz lepiej owocują. Cieszy mnie bardzo obecność bardzo dużej liczby murarek, skaczących z kwiatka na kwiatek, jest też nieco trzmieli i pszczół miodnych. Żurawie drą dzioby zapamiętale, a wielkie gołębie grzywacze grzebią przy gnieździe wśród młodych sosen.  Pierwszy zaskroniec uciekł przed strumieniem wody z węża skierowanym pod kwitnące karagany. Pewnie nie pamięta, żeby ktoś go kiedyś oblał przed Lanym Poniedziałkiem, jak i ja nie pamiętam, żebym kiedykolwiek o tej porze roku musiał podlewać ogród.

niedziela, 24 marca 2019

Gospodarka, planowanie i Termos


W Ostoi nadeszła pora na wiosenne porządki. Zaczynam od zagospodarowania "ścinków" z lipy, których hałdy piętrzą się na podwórku. Najpierw układam w stos grube pieńki, pocięte na wymiar do pieca. Będą wstępnie obsychać na świeżym powietrzu, zanim trafią do drewutni, gdzie najzwyczajniej brakuje miejsca. Następnie szykuję swój mały rębak i biorę się za stertę najcieńszych gałązek. Mielę wszystko, co jestem w stanie umieścić w rębaku, czyli gałęzie o średnicy do około czterech centymetrów. Rębak tnie gałęzie na drobne zrębki, doskonałe do ściółkowania, szczególnie w donicach i uprawowych workach. Są one relatywnie bogate w azot i nie zdąży się w nich przed umieszczeniem w donicach zagnieździć żadna grzybnia, co tu akurat jest zaletą.

Uporawszy się wstępnie ze zrębkami, biorę się za średni kaliber - gałęzie za grube do zrębkowania, ale za małe, by nazwać je pniami. Tnę je na w miarę równe kawałki i buduję z nich osobną stertę. Pomyślę, jak je wykorzystać. Może użyję jako słupków do obwódek, może ułożę na płask na ścieżkach, może kilka przerobię na łyżki, a może jednak będzie z nich opał? Na razie mają po prostu zniknąć z podwórka, wożę więc je taczką i układam przy płocie od południa, niech tam sobie schną.


Wracając z pustą taczką zostaję niespodziewanie obdarowany - z największej na terenie Ostoi brzozy spada mi pod nogi gałąź z ogromną kulą jemioły. Kula wypełnia całą taczkę. Zastanawiam się, czy ją w ogóle taszczyć na podwórko, bo jagódki są jakieś takie przywiędłe, nie jestem pewien, czy jemioła nadaje się jeszcze na surowiec zielarski. Szukam gorączkowo w pamięci informacji o jemiole, z tego co z odmętów wspomnień udało mi się wyłowić wynika, że jemioła najlepsze właściwości ma świeża, oraz że nie bardzo mam jak ją przerobić na coś sensownego - intrakt czy maść. Ponieważ czas mnie goni, a pracy jeszcze wiele, zawieszam po prostu kulę jemioły pod sufitem w szopie, niech się pod nią na razie myszy całują.

Uporawszy się z gałęziami, wracam do zrębek. Napełniam nimi taczkę i wykonuję kursy do leśnego ogrodu. Postanowiłem bowiem bardzo cienką ich warstwą zasilić posadzone jesienią drzewka. Takie świeże zrębki mają kilkakrotnie więcej wartości odżywczych niż stare, a najbardziej się z nich ucieszą nie tyle drzewka, co grzybnia. I właśnie aby grzybnia w glebie miała co jeść, rozprowadzam nowe zrębki cieniutko na starych. Po wykonaniu tego zabiegu pozostaje mi nadal sterta zrębek wystarczająca do wyściółkowania wszystkich planowanych worków uprawowych i donic, choć być może te ostatnie jednak będę ściółkował słomą.

W przerwie na kawę zaczynam się zastanawiać nad tym, co uprawiać na nowych grządkach stopy kwadratowej, nazwanych przeze mnie "Parszywą Dwunastką" (od ich powierzchni - 12 metrów kwadratowych w sumie, oraz parszywej pogody przy jakiej powstawały). Siadam z kawką na przyzbie, z laptopem na kolanach i pracowicie "przestawiam klocki" w Garden Plannerze. Z wolna wyłaniać się zaczyna pozorny galimatias upraw, który jednak ma (nie tak głęboko zresztą) ukryty sens. Dobre sąsiedztwo roślin jest tu równie ważne jak preferencje kulinarne, oduczyłem się bowiem uprawiać to, czego po prostu nie jemy. Czas jest jednak chyba najważniejszym czynnikiem, staram się tak sadzenie i siewy zaplanować, abym dał radę przygotować rozsady, wysiać co trzeba wprost do gruntu, i jeszcze przy tym nie wyciągnąć kopyt jak koń po westernie. Plan jest na razie wstępny, bo przerwa na kawę krótka, ale daje już mi mniej więcej pojęcie ile, czego, gdzie i jak.

Gdy tak latam z taczką po Ostoi, na nowych kostkach słomy jeszcze niezasiedlonych oczywiście przez żadne rośliny, testuje się w słońcu moja najnowsza mini kuchnia solarna. Jest to konstrukcja banalnie prosta - szklany, wydłużony wkład do termosu, do którego wsuwa się rynienkę z produktami do gotowania, z tyłu otoczony cieniutką blachą odblaskową. Cała konstrukcja jest dosyć byle jaka i prymitywna, jednak moje wielkie zamiłowanie do gotowania na słońcu, o którym już tu niejednokrotnie pisałem, sprawia, że niecierpliwie czekam na wstępne wyniki testu.

Wstyd powiedzieć, ale premiera "Termosu" (nazwijmy sobie tak tą kuchnię roboczo) polega na ugotowaniu ... wody, bo szczerze mówiąc, nie mam głowy ani czasu aby bawić się w coś jeszcze. Poza tym, wypada konstrukcję solidnie wyparzyć i wypłukać, zanim umieści się w niej jedzenie. Pomimo dosyć silnego wiatru i nie najmocniejszego jednak marcowego słońca, po kilkunastu minutach, gdy ponownie zaglądam do kuchni, woda wrze. Wysuwam rynienkę i kieruję na nią wiązkę bezdotykowego termometru - blaszana powierzchnia nagrzała się do 120-130 stopni. Jest to wynik doskonały jak na początek, myślę, że z Termosu często będę korzystać do nieco bardziej wyrafinowanych zadań kulinarnych, a gdy tylko to uda mi się zrobić, to oczywiście zdam Wam tutaj niezwłocznie relację.

poniedziałek, 18 marca 2019

Trudne wybory


Przyjechałem na trzy dni do Ostoi, mając w planach trzy prace do wykonania - dosadzenie czosnku niedźwiedziego, dokończenie grządek stopy kwadratowej (SFG) oraz wysianie wszystkiego, czego plonem jest liść i co się nadaje do siewu w marcu. Przyjechałem wczesnym rankiem i choć z pozoru wszystko wyglądało dobrze, zacząłem odczuwać jakiś podświadomy niepokój. Rozpaliłem w piecu, przebrałem się w ciuchy robocze, wyładowałem z auta wszystkie dobra przywiezione z miasta i postanowiłem udać się na obchód "Strefy 1", czyli podwórka.

Nie zaszedłem daleko - tuż obok szopy znalazłem solidną wyrwę w liniach obronnych Ostoi. Przęsło starego płotu runęło pod naporem wiatru, zapraszając do środka wszystkich leśnych mieszkańców. Zamiast więc sadzić czosnki, przystąpiłem do pracy przy płocie. Najpierw odzyskałem wszystkie stare sztachetki, udało mi się nie stracić ani jednej. Belki poziome były niemal całkowicie przegniłe, resztek użyłem jako "ściółki" pod drzewko owocowe. Dobre pół godziny zajęło mi "odgruzowanie" wiaty, gdzie w ciemnych czeluściach spoczywa zapas belek i sztachet. Gdyby go nie było, sytuacja byłaby nie do pozazdroszczenia.

Postanowiłem zrobić nowe przęsło z nowymi sztachetkami, aby w tym miejscu mieć spokój na dłużej. Trzy ulewy później, nowy płotek cieszył oko, wyraźnie odcinając się od dwóch sąsiadów, mniej lub bardziej bliskich zawalenia. Wzrósł natomiast zapas starych sztachet, które (odpukać) wykorzystam, gdy kolejny podobny przypadek zmusi mnie do zmiany planów. Zakończywszy pracę przy płocie, stwierdziłem, że niepokój zmalał, ale całkiem nie ustąpił. Silny wiatr przynosił odgłosy trzeszczenia, dochodzące z okolic lipy - weteranki.

O ratowaniu lipy pisałem wielokrotnie, niestety pisałem też o nieskuteczności tych działań, i wynikających z tego konsekwencjach. Zeszłoroczny upadek części drzewa wyczulił mnie na potencjalne konsekwencje upadku reszty na pobliskie obiekty na podwórku. Resztki potężnego, wypróchniałego pnia wydawały potępieńcze dźwięki gdy silny wiatr hulał w ogołoconej z liści i już  wielokrotnie przycinanej koronie drzewa. Jeżeli wiatr tak miota bezlistną koroną, co będzie, gdy pokryje się ona listowiem? Trudny wybór, ale telefon do arborysty był jedynym wyborem.
Wkrótce na drzewie pojawił się człowiek-mucha i z niezwykłą wprawą dokonał zabiegów chirurgicznych mających na celu przedłużyć żywot drzewa jeszcze choć o kilka lat. Nad każdym cięciem zastanawialiśmy się, dyskutując zawzięcie, ocierając się niemal o doktorat z fizyki z elementami materiałoznawstwa, starając się permakulturowo osiągnąć maksimum bezpieczeństwa przy minimum cięć.

W efekcie, po czwartej na przestrzeni ostatnich lat interwencji, lipa która w przeszłości jak u mistrza Jana z Czarnolasu "choć się najwysszej wzbije", górowała zdecydowanie nad sąsiednimi drzewami podwórka, stała się teraz smutnym karzełkiem, miejmy nadzieję, że nie reakcji. Myślę, że zabiegi jakich dokonaliśmy uchronią resztki pnia przed rozerwaniem, zacznie też teraz odbudowywać koronę. Póki co jednak, wzrok muszę trzymać nieco spuszczony, aby obrazy dokonanego po raz kolejny spustoszenia nie wpędziły mnie w jakiś nałóg groźniejszy niż ogrodnictwo. Pocieszeniem jest tylko to, że każda najmniejsza część ściętej lipy zostanie zagospodarowana - najcieńsze gałęzie zostaną zmielone na zrębki, grubsze nieco zużyte na kołki do ogrodowych obrzeży, najgrubsze (o ile znajdę na to czas) może posłużą do rękodzieła, a wszystko co zostanie i wyschnie porządnie, posłuży za opał, z którego popiół użyźni ogród.

Przy okazji, gdy zajmowałem się uprzątaniem pieńków, gałęzi i gałązeczek, segregując je na pryzmy według zastosowania, przypałętał się Gość. Wsadził głowę przez płot na podwórko, trudno więc go było zignorować. Gdy chytre oczka biegały na prawo i lewo, notując w umyśle wszystko i inwentaryzując niemal podwórko, umysł coś intensywnie przetwarzał, co owocowało rosnącą bruzdą dzielącą czoło w płaszczyźnie zbliżonej do południka. Od słowa do słowa, Gość wreszcie wyartykułował istotę dręczącej go kwestii - dlaczego i po co męczę się ja z tymi gałązkami, wszak nic to nie warte, nie opłaca się i najlepiej to wyp... do lasu. Chcąc szybko wrócić do pracy, stwierdziłem, że dyskusja o Zero Waste może się przeciągnąć, użyłem więc pierwszego argumentu jaki przyszedł mi na myśl ... że żona mi kazała. Gość spojrzał z ukosa, pokiwał głową, uśmiechnął się ze zrozumieniem, pożegnał miło i odszedł, zajrzeć za kolejne płoty na swej drodze do Canossy, która zapewne czekała na niego w domu.

Uporawszy się z niezaplanowanymi zadaniami, zacząłem sadzić czosnki, co pozwoliło mi podziwiać krokusy. Co roku dosadzam zwykle 50 cebulek, plus nieco żonkili i co się tam jeszcze pod rękę nawinie, dzięki czemu (i permakulturowej regule "Zaczynaj od rzeczy małych i powoli") z każdym rokiem wiosna wita mnie  "szlaczkami" kwiecia, z każdym rokiem rozciągającymi się dalej wzdłuż ścieżek. Wolę takie podejście niż jednorazowe posadzenie tysięcy i monotonię na następnych lat wiele.

W nowym ogródku stopy kwadratowej uzupełniłem wierzchnią warstwę o najlepszy posiadany kompost, bo jednak w świeżo założonych grządkach wszystko z czasem osiada. Pierwszy raz zaobserwowałem takie zjawisko, że podłoże osiadając unosi górną nadstawkę, przez co traci ona poziom. Pozostaje się z tym pogodzić i zadbać, aby podłoże było w miarę poziome. Myślę, że wraz z upływem czasu (po sezonie) wszystko się ułoży, i wtedy przyjdzie czas na korekty. Na razie należy przygotować wszystko do tegorocznych nasadzeń i postarać się, aby pierwszy sezon, ten najtrudniejszy, był udany. Potem już będzie z górki, jak sądzę.

Moja lista rzeczy do zrobienia w Ostoi od jakiegoś czasu stale się wydłuża, wybory stają się zatem coraz trudniejsze. Dobrą wskazówką są zawsze i niezmiennie zasady projektowania permakulturowego, w tym ta, która mówi, że jeśli nie wiesz od czego zacząć, zacznij od wody. Resztki pozostałego mi po walce z płotem, lipą i grządkami czasu poświęcam na wykorzystanie zeszłorocznego systemu nawodnienia do zmienionego w tym roku układu grządek. Okazuje się, że w części słomianokostkowego ogródka aż 75% zeszłorocznej instalacji pasuje jak ulał.  Dodam jeszcze jeden rządek taśmy kroplującej i ta część Ostoi będzie gotowa, aby czekać na maj.

"Rzutem na taśmę" zaglądam do przechowywanych w piwnicy ziemniaków Sarpo Mira. Okazuje się, że kiełkują na potęgę, pomimo że w piwnicy zimno jak w przysłowiowej psiarni (nota bene, co za głupie porównanie?!). Postanawiam więc zaryzykować, pomimo prognoz zapowiadających nocne mrozy na koniec marca), umieszczam po dwa ziemniaczki w wieżach ziemniaczanych, oraz kilka w ogrodzie upraw głównych, w Strefie 2, poza podwórkiem (tak zwany Zapłotek). Sukcesywnie, przy każdej wizycie w Ostoi, będę w różnych miejscach teraz sadził po kilka tych ziemniaków, eksperymentując i obserwując. Jak stali czytelnicy pamiętają, z sześciu otrzymanych sztuk w pierwszym roku udało mi się uzyskać niemal 60, a celem na ten rok jest pomnożyć tych 60 sztuk do sześciuset i osiągnąć ziemniaczaną samowystarczalność. Cel bardzo ambitny, wziąwszy pod uwagę, że wychodzimy ze strefy komfortu na podwórku, ale jak to mówią, kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, i nie je oczywiście własnych kartofelków.
Żywot permakulturowego ogrodnika w moim wykonaniu jako żywo przypomina rosyjską ruletkę, w której na szczęście amunicją są nasiona, bulwy, sadzonki i kłącza. Strach przed porażką jest zawsze paraliżujący, ale lepsze są trudne wybory niż bezczynność. Jak uczy nas statystyka, im więcej wiemy, tym mniej się mylimy, a nigdzie tak szybko nie nabiera się wiedzy i doświadczenia, jak we własnym ogrodzie, testując najbardziej szalone hipotezy. Choć ogrodnicze klęski nasze wiążą się z reguły ze śmiercią części naszych podopiecznych, czyli sadzonych roślin, pamiętajmy o tym, że trudne wybory jakich dokonujemy są niezwykle tożsame z procesami ewolucji, jakimi posługuje się natura. Tylko w taki sposób, balansując na granicy życia i śmierci, ryzyka i rozsądku, wykorzystujemy permakulturowy efekt krawędzi i możemy tworzyć ekosystemy zbliżone w swoim funkcjonowaniu do tych, jakie tworzy natura - bioróżnorodne, stabilne i darzące obfitymi plonami.