W drugiej połowie maja na niemal czystym piachu charakterystycznym dla Ostoi ułożyłem równolegle dwie trzymetrowe stare deski, w metrowym odstępie. Zlałem wszystko solidnie wodą, nasypałem między deski taczkę kompostu, a na wierzch trzy taczki zrębki. Na pograniczu kompostu i zrębki umieściłem nasiona - kukurydzy, dyni i fasoli. Te trzy rośliny to tak zwane Trzy Siostry, czyli polikultura Indian Ameryki Północnej. Sadzili oni razem te rośliny, aby wspomagały się wzajemnie. Fasole wiążą azot z powietrza, i pną się po kukurydzy, a dynia zacienia glebę i hamuje rozwój chwastów. Dziś, pomimo że nie działałem zgodnie z regułami sztuki (kukurydzę należy posadzić wcześniej, a następnie fasole i dynie), spod Trzech Sióstr nie widać gleby - gąszcz niebywały. Jakie plony przyniosą Trzy Siostry to się jeszcze okaże, ale pewnym jest, że kolejne trzy metry kwadratowe piasków Ostoi zamienią się w dobrze przygotowaną grządkę na następne lata. Na plon kukurydzy szczerze mówiąc nie liczę, ale fasoli i dyń powinna być obfitość.
Mam też w Ostoi eksplozję pomidorów, tych sadzonych w kostkach słomy. Burze i wichury usiłowały je sponiewierać, ale jakoś dają radę. Na dzień dzisiejszy najlepiej dają sobie radę pomidorki koktajlowe, są ich setki, jak nie tysiące. Jeszcze nie dojrzały, ale powoli zmierzają do mety. Ta metoda uprawy jest zasadniczo bezproblemowa, choć uprawa w workach jej nie ustępuje, a nawet przewyższa. Uprawa w słomie jest jednak bardziej "odnawialna". Tak czy inaczej, od czasu przymrozków które nawiedziły Ostoję już po Zimnej Zośce, nie straciłem ani jednego krzaczka. nawet te, które wichura poturbowała udało się uratować, owijając złamane łodygi taśmą malarską. Teraz każdy krzaczek żyje własnym życiem, a to z tego powodu, że odmian jest prawie tyle, co krzaczków ... no, prawie. Czterdzieści i cztery (mistycznie i mesjańsko) krzaczki, dwudziestu czterech odmian. A o tym, które odmiany się sprawdziły, a które nie, napiszę na koniec sezonu.
Nie wiem jak Wy, drodzy czytelnicy, ale na grona pomidorków koktajlowych ja mogę się gapić godzinami.
A tu gąszcz pomidorowy, mały ułamek tego, co w rzeczywistości na kostkach rośnie.
I kolejne maluchy.
A tu większe okazy, żeby nie było, że jedynie drobnicę uprawiam ;) Zapewniam, że jest ich więcej, jakoś jednak na razie to te maluchy mają parcie na szkło i pchają się przed obiektyw.
A propos drobnicy, to właśnie w gąszczu się znalazł pierwszy tegoroczny ogór-gigant. Nie spodziewałem się o tej porze roku takiego ogóra. Wszystkie inne są takie mniej więcej ... korniszonkowe, a ten wystrzelił jak z armaty. Wyrósł w eksperymentalnym worku, a obok niego w sąsiednim z lewej są już małe melony, a w tym z prawej pysznią się pomidory. O krok dalej fasola - metoda workowa działa jak na razie w każdej sytuacji. Szkoda tylko, że wymaga torfu, będę musiał popracować nad zamiennikiem dostępnym lokalnie, którego mógłbym użyć.
Na koniec, jeszcze jedna moja ulubiona gałązka.
Blog o permakulturze i Permakulturowym Miejscu Pokazowym "Ostoja" zlokalizowanym w sercu Puszczy Bolimowskiej, w obszarze Natura 2000, nad brzegiem rzeki Rawki, rezerwatu przyrody.
niedziela, 17 lipca 2016
poniedziałek, 4 lipca 2016
Worki i pesto
Jeśli pamiętacie opisywane w początku czerwca worki, to możecie obok zobaczyć, jak wyglądają teraz. W trudnych warunkach Ostoi sprawdzają się doskonale i jak na razie nic nie jest w stanie ich przebić. Z małej sadzonki pomidorka porosły w nich krzaki wyższe ode mnie, a nie zaliczam się do niziołków. Fasole, dynie, ogórki i melony też worki uwielbiają, a posadzona pod każdym z pomidorów, w ramach dobrego sąsiedztwa, bazylia po prostu eksplodowała. Jeszcze nigdy w swojej krótkiej i skromnej karierze ogrodniczej tak ładnej bazylii nie udało mi się wyhodować.
A skoro bazylia tak pięknie dopisała, to od razu na bieżąco, uszczypując po troszeczku, produkuję z niej pesto. Pierwsze powstało z mieszanki odmian - klasycznej, cytrynowej i purpurowej, z dodatkiem oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia raz soli morskiej. Nie postoi długo, więc nie jest pasteryzowane ani niczym utrwalane. W połączeniu z chlebkiem pita cieszy smakiem, ale to, czym naprawdę zachwyca, to zapach. Bazylia ta rośnie oczywiście w worku, ale worek ten stoi na "patelni", w miejscu tak spalanym przez słońce, że nie rosło w nim nic. Pewnie stąd ta siła aromatu, południowo-śródziemnomorskiego.
Tu worki w innym ujęciu, aby pokazać, jak mało miejsca zajmują. Dzięki umieszczonemu w każdym z worków rusztowaniu z siatki wszystkie rośliny prowadzone są pionowo, jedynie dynia wymknęła się temu schematowi bo puściła pędy poziomo podczas mojej nieobecności i grzechem by było teraz w jej wzrost brutalnie ingerować. Niech sobie rośnie jak chce, pozostałe jednak rośliny są raz w tygodniu skłaniane delikatną perswazją do pięcia się w górę. Cała ta dziwna parada worków przetrwała bez uszczerbku dość pokaźną burzę, a to dzięki temu, że cały ciężar worka skupia się u jego podstawy, tam on nasiąka wodą i to go trzyma jak kotwica.
No ale nie tylko worki dają radę - szukając jak najprostszych metod zagospodarowania ugoru, wykonałem grządeczkę o długich bokach z dwóch starych desek, bez boków krótkich. Między deski trafiły kolejno: odrobina obornika, gazety mocno zmoczone, kilka taczek zrębki. Dziś na grządeczce pyszni się fasola, jest też kabaczek i kilka egzemplarzy kukurydzy, która jednak chyba nie da razy dorosnąć. Celem tej grządeczki jest jednak nie tyle plot tegoroczny, co przyszły - to, o co tu chodzi, to produkcja gleby na piachu. Na jesieni dwie deski można przenieść gdzie indziej i cały proces powtórzyć, a na przyszłą wiosnę w tym miejscu posadzić już coś bardziej wymagającego.
Wiosną bardzo zachwalałem moje donice, pisząc jak to obdarzyły nas rzodkiewkami. Teraz tych samych donic nie widać niemal spod fasoli. Obecne fale upałów nie były w stanie osuszyć donicy przez dwa tygodnie, uzupełnianie wody co drugi tydzień okazało się jak na razie w zupełności wystarczające. To jest istotna przewaga donic nad workami, bo wodę w kuwetach w których worki stoją uzupełniać trzeba było dwa razy w tygodniu. Nie miałem czasu na dobre zająć się donicami, powinienem pewnie dodać kompostu, może i poprawić ściółkę ze zrębki, ale wszystko na co znalazłem czas, to chwila aby wetknąć nasiona fasol do ziemi. I okazało się, że nic więcej nie trzeba, aby zaczęły rosnąć. Niedawno dodałem do donic paliki, aby fasole miały po czym piąć się do słońca, a poza tym donice są całkowicie bezobsługowe, jeżeli nie liczyć dolania wody co 14 dni.
Na koniec dwa słowa o dalszych losach glediczji i robinii wcześniej opisywanych. Przyszedł czas, że trafiły w miejsce docelowe, czyli na lotnisko. Ten pas wzdłuż płotu będzie już na jesieni obsadzony roślinami typowymi dla leśnego ogrodu. Wczesną wiosną w zrębkę wysiałem rośliny motylkowe, a obecnie między rosnące łubiny i peluszki trafiły robinie i glediczje. Są to gatunki wspierające dla przyszłych roślin użytkowych - będą wiązać azot z powietrza i dostarczać bardzo dobrej ściółki. Jest spora nadzieja, że tam, gdzie do tej pory porastały rzadkie kępki trawy, za 3-4 lata rozrastać się będzie kameralny leśny ogród.
Tu worki w innym ujęciu, aby pokazać, jak mało miejsca zajmują. Dzięki umieszczonemu w każdym z worków rusztowaniu z siatki wszystkie rośliny prowadzone są pionowo, jedynie dynia wymknęła się temu schematowi bo puściła pędy poziomo podczas mojej nieobecności i grzechem by było teraz w jej wzrost brutalnie ingerować. Niech sobie rośnie jak chce, pozostałe jednak rośliny są raz w tygodniu skłaniane delikatną perswazją do pięcia się w górę. Cała ta dziwna parada worków przetrwała bez uszczerbku dość pokaźną burzę, a to dzięki temu, że cały ciężar worka skupia się u jego podstawy, tam on nasiąka wodą i to go trzyma jak kotwica.
No ale nie tylko worki dają radę - szukając jak najprostszych metod zagospodarowania ugoru, wykonałem grządeczkę o długich bokach z dwóch starych desek, bez boków krótkich. Między deski trafiły kolejno: odrobina obornika, gazety mocno zmoczone, kilka taczek zrębki. Dziś na grządeczce pyszni się fasola, jest też kabaczek i kilka egzemplarzy kukurydzy, która jednak chyba nie da razy dorosnąć. Celem tej grządeczki jest jednak nie tyle plot tegoroczny, co przyszły - to, o co tu chodzi, to produkcja gleby na piachu. Na jesieni dwie deski można przenieść gdzie indziej i cały proces powtórzyć, a na przyszłą wiosnę w tym miejscu posadzić już coś bardziej wymagającego.
Wiosną bardzo zachwalałem moje donice, pisząc jak to obdarzyły nas rzodkiewkami. Teraz tych samych donic nie widać niemal spod fasoli. Obecne fale upałów nie były w stanie osuszyć donicy przez dwa tygodnie, uzupełnianie wody co drugi tydzień okazało się jak na razie w zupełności wystarczające. To jest istotna przewaga donic nad workami, bo wodę w kuwetach w których worki stoją uzupełniać trzeba było dwa razy w tygodniu. Nie miałem czasu na dobre zająć się donicami, powinienem pewnie dodać kompostu, może i poprawić ściółkę ze zrębki, ale wszystko na co znalazłem czas, to chwila aby wetknąć nasiona fasol do ziemi. I okazało się, że nic więcej nie trzeba, aby zaczęły rosnąć. Niedawno dodałem do donic paliki, aby fasole miały po czym piąć się do słońca, a poza tym donice są całkowicie bezobsługowe, jeżeli nie liczyć dolania wody co 14 dni.
Na koniec dwa słowa o dalszych losach glediczji i robinii wcześniej opisywanych. Przyszedł czas, że trafiły w miejsce docelowe, czyli na lotnisko. Ten pas wzdłuż płotu będzie już na jesieni obsadzony roślinami typowymi dla leśnego ogrodu. Wczesną wiosną w zrębkę wysiałem rośliny motylkowe, a obecnie między rosnące łubiny i peluszki trafiły robinie i glediczje. Są to gatunki wspierające dla przyszłych roślin użytkowych - będą wiązać azot z powietrza i dostarczać bardzo dobrej ściółki. Jest spora nadzieja, że tam, gdzie do tej pory porastały rzadkie kępki trawy, za 3-4 lata rozrastać się będzie kameralny leśny ogród.
Etykiety:
bazylia,
donice,
dynie,
fasola,
glediczja trójcierniowa,
grządki,
kabaczki,
kukurydza,
Ostoja,
pesto,
pomidory,
robinia,
uprawa w workach,
worki
środa, 8 czerwca 2016
Czerwcowe migawki
Gdy wieczór otula Ostoję, a aura taka bardziej burzowa, nadchodzi charakterystyczny moment "oka cyklonu", gdy wiatr cichnie, ptaki milkną, znikają komary, chowają się mrówki, ludzie też przerywają rozmowy by wsłuchać się w ciszę. Wtedy niejeden usłyszy bicie swego serca, inny złapie się na tym, że zapomniał odetchnąć, a ktoś inny z kolei zapatrzy się w niebo, po którym bezdusznie przemieszcza się stalowy ptak, lecący "na Kopenhagę". Za sekundę zerwie się wiatr, załomocze w lipie, potrząśnie gałęziami i na ptaki strachem, a z nieba spadną pierwsze krople. Ale to dopiero za chwilę ...
Gdy wstanie nowy dzień, pójdę pozbierać jagody kamczackie, które w tym roku obrodziły wyjątkowo. To pierwsze owoce jakie w tym roku mamy, choć truskawki dzielnie je gonią, ale jeszcze potrzebują tygodnia lub dwóch. Dzięki posadzeniu wielu różnych odmian dłużej można się cieszyć niebieskimi jagódkami. Podobnie w przypadku niemal wszystkich innych roślin, im więcej odmian, tym większa bioróżnorodność i szanse na dobry plon.
Po zbiorach jagódek kieruję swoje kroki do pomidorów na kostkach słomy, to moje oczko w głowie w tym roku. Właśnie zaczynają kwitnąć, ale znowu, przy wielu odmianach nie jest to jednoczesne i podobnie niejednocześnie zaleją nas owocami. Dzięki temu i dłużej będziemy się nimi cieszyć, i mniej się zmarnuje. A mamy i koktajlowe, i giganty, i do pasty, i do suszenia, i czarne, i żółte, i wiele, wiele innych. Zamierzam robić szczegółowe notaki aby na koniec sezonu wiedzieć, które odmiany najlepiej się sprawdzają w Ostoi.
Ziemniaków też jest kilka odmian, ale również kilka metod ich uprawy. Rosną w zrębce, w tradycyjnej grządce wyniesionej, pod słomą i w słomianej kostce, oraz w tak zwanej ziemniaczanej wieży. Mimo iż każda z tych upraw jest niewielka, to pozwoli ocenić, co się tu najlepiej sprawdza. Każda z metod ma swoje zalety i wady - uprawa w zrębce jest całkowicie bezobsługowa, podczas gdy uprawa w wieży wymaga praktycznie cotygodniowego podnoszenia poziomu ściółki. Co ciekawe, ziemniaki zacznają też wyrastać tam, gdzie nie były w tym roku sadzone, widać doskonale przezimowały od zeszłorocznych zbiorów. Daję im rosnąć, czasami przypadkowo tworzą fajne polikultury z roślinami posadzonymi w tym roku. Ziemniaki wyrastają też w sadziku i wśród owocowych krzewów.
W "słynnych donicach" nadchodzi czas fasoli, po rzodkiewkach i sałatach teraz to one zaczynają dominować. Tu rosną tylko odmiany karłowe, podczas gdy w innych rejonach Ostoi odmiany tyczne pną się po siatkach, tyczkach i innych podporach. Po raz kolejny również podejmuję próbę ze słynnymi "Trzema Siostrami", czyli wspólną uprawą kukurydzy, dyni i fasoli, na wzór upraw Indian Ameryki Północnej. Z dotychczasowych doświadczeń wiem, że w Ostoi ta metoda nie jest skuteczna, ale jeszcze próbuję. Poza warunkami glebowymi moim głównym przeciwnikiem są kosy, które bezlitośnie rozgrzebują grządki, a szczególnie te, gdzie zasiano właśnie coś szczególnie ważnego i cennego, oczywiście. Trochę się bronię przykrywając grządki siatką, ale w tej z kolei grzęzną zaskrońce, a noszenie ich nad rzekę jest dosyć nużące.
Jak cierpliwym trzeba być w kontaktach z przyrodą przekonałem się na przykładzie glediczji trójcierniowej i robinii, które wysiałem do małych doniczek na jesieni. Po zimowym przemarznięciu (tak zwanej zimnej stratyfikacji) powinny one wczesną wiosną wykiełkować, ale długo nie działo się nic. Miałem już wyrzucić zawartość z doniczek i wykorzystać je gdzie indziej, gdy siewki zaczęły wystrzeliwać spod zrębki i rosnąć błyskawicznie. Mam nadzieję, że drzewka te przez długie lata będą wiązać azot z powietrza i dostarczać wartościowej ściółki, a kiedyś również doskonałych słupków ogrodzeniowych.
Skoro o ogrodzeniu mowa, udało mi się wreszcie oderwać od prac na podwórku, i wyjść za płot. Łąki nad rzeczką całe w zieloności, czasem po pierś, czasem niższej, bogatej za to w zioła wszelakie. Wróciłem ze spaceru z naręczami a to żywokostu, a to pokrzywy, a to krwawnika, które w części posłużyły do aktywacji kompostu, w części skończyły w słojach w formie leczniczej nalewki i maści, a niedobitki znalazły dom na strychu, gdzie będą sobie schnąć. Bogactwo ziół jest tak wielkie, że nie wiadomo w co ręce włożyć i zasadniczo mogłyby one wypełnić cały mój czas. Jest coś fascynującego w ich właściwościach i mocy, już od samego czytania o nich robi mi się lepiej. Pragmatycznie jednak wybieram kilka z nich i staram się wykorzystać jak najlepiej, co roku powiększając gamę tych, które włączam do swojej prywatnej apteczki.
W natłoku zajęć, oko jak migawka aparatu co chwila rejestruje bogactwo żywych form, które przybyły do Ostoi. Przybyły, bo jeszcze 3-4 lata temu ich tu nie było. Na każdym kroku rzuca się w oczy a to gad, a to płaz, a to owad, a to kwiat wcześniej niewidziany, coś niespodziewanie wyrasta, coś dziwnego się kryje w liściach, coś kwili, coś w nocy pohukuje. To upewnia mnie, że podążamy w dobrym kierunku, że w tym morzu piachu i sosen tworzymy wyspę tętniącą różnorodnym życiem. I choć nie jest to proces ani łatwy, ani bezbolesny, to jego efekty niesłychanie mnie cieszą.
Etykiety:
donice,
glediczja trójcierniowa,
jagoda kamczacka,
kosy,
krwawnik,
Ostoja,
pokrzywa,
pomidory,
robinia,
trzy siostry,
wieża ziemniaczana,
ziemniaki,
zioła,
żywokost
czwartek, 2 czerwca 2016
Amok
Druga połowa maja upłynęła w Ostoi pod hasłem "amok" - tyle pracy nie było tu jeszcze nigdy. Złożyły się na to głównie przygotowania do warsztatów permakultury oraz prace przy nowych grządkach, donicach i uprawie w kostkach słomy. Najmniej pracy pochłonęła eksperymentalna uprawa w workach - pomidorowo-bazyliowe duety w nich rosnące wydają się jak na razie być samowystarczalne. Jedyną czynność obsługową, uzupełnianie wody w wanienkach w których stoją worki, wykonały za mnie burze. I oby tak dalej, do chwili, gdy pomidorki i bazylia trafią na pizzę z własnego pieca. Oczywiście przesadzam, tak dobrze nie będzie, pomidory wymagać będą i podcinania, i podwiązywania, ale i tak podoba mi się ten pomysł i będę go rozwijał.
Tymczasem na grządkach coraz więcej zieleni, choć w porównaniu do Warszawy jesteśmy tu w naszym lesie o dwa-trzy tygodnie wegetacyjnie do tyłu. Pomimo to jednak, nawet w "grządce recyclingowej" zbudowanej wyłącznie z ramy po starym tapczanie i ze zrębki, mamy nad ziemią komplet obsady aktorskiej - topinambury, ziemniaki, bób i fasolę. Obawiałem się bardzo o losy tej grządki, bo miała stanowić warsztatowy przykład na to, że ogród można mieć bez mała wszędzie i z niczego, ale jednak mnie nie zawiodła. Z uwagą śledzić będę jej dalszy rozwój i już teraz ciekaw jestem plonów. Grządka ta stanowi jedynie przygotowanie terenu całkowicie jałowego pod przyszłe uprawy, w przyszłym roku wyglądać będzie zupełnie inaczej, niemniej jednak jeśli i w tym roku może dać jakiś plon, to dlaczego nie?
Pamiętacie donice o których wielokrotnie pisałem? W amoku zapomniałem o nich nieco i nie zebrałem rzodkiewek. Każda mała donica dała ich tyle, ile na zdjęciu, a trzeba pamiętać, że rzodkiewki to tylko jeden z czterech rządków w każdej donicy. Warsztatowi goście byli z lekka zdumieni gąszczem w donicach, a temu, jak takie donice samodzielnie budować poświęciliśmy kilka chwil również, i zbudowaliśmy jedną, w niecałe 10 minut. Kolejny dowód na to, że nawet na małym balkonie można mieć swoje warzywa.
Z opisywanych na tym blogu "atrakcji" największą furorę wzbudził oczywiście kolektor solarny z puszek, bo pogoda dopisała, i mieliśmy darmowe dodatkowe pięćdziesiąt stopni Celsiusza na wylocie kolektora, co chyba zaimponowało młodzieży. Starszych natomiast najbardziej chyba zadziwiły metody permakulturowego nawożenia gleby, od bokashi, przez gnojówkę z pokrzyw, po hodowlę własnych "efektywnych mikroorganizmów" czyli starą, poczciwą herbatkę kompostową. A gdy już osiadł kurz po warsztatach, trzeba było na gwałt wsadzać te rozsady, te wszystkie nieposadzone co to posadzić trzeba, te dostane, te, przysłane, te niechciane nawet, bo wstyd aby cokolwiek, co żywe i rośnie, nie znalazło swego domu w Ostoi. I tak to w amoku dobiegł końca maj. Oby czerwiec przyniósł trochę uspokojenia, bardzo go potrzeba.
Etykiety:
bazylia,
donice,
fasola,
herbatka kompostowa,
Ostoja,
permakultura,
pomidory,
recycling,
rzodkiewki,
topinambur,
uprawa w workach,
warsztaty permakultury,
worki,
ziemniaki,
zrębki
czwartek, 12 maja 2016
Po bandzie
W Ostoi czajki drą buzie na całego, a wtórują im żurawie. Spacerując po wątłych łąkowych murawach trzeba naprawdę mieć oczy otwarte, aby nie wdepnąć w czajcze gniazdka i jajka. W trzcinowiskach coś się tłucze i rozrabia, niemal za każdym razem co innego, jednego spaceru dziki, drugiego sarny, trzeciego łosie, a czasami wszystko naraz. A gdy zapada zmrok, jak w starej piosence, "żaby w sadzawce rozpaliły ogień", i rechoczą na całą okolicę.
Ponieważ do Ostoi zbliżają się wielkimi krokami warsztaty permakultury, to "lecę ostro po bandzie", aby uczestnicy mieli co w Ostoi oglądać. Ignorując nadchodzącą Zimną Zośkę, intensywnie sadzę pomidory na mojej grządce z kostek słomy. Ponad 40 krzaczków znalazło swój dom w słomie i jak na razie mają się dobrze. Z niepokojem obserwować teraz będę prognozy pogody i trzymać kciuki za brak przymrozków i gradobić. Póki co, mamy raczej problem odwrotny - brak opadów. Pomimo zapowiedzi burz, jedne idą na Łowicz, inne na Łódź, omijając nasze lasy niezwykle skutecznie. Po trzech latach obserwacji myślę, że nasze opady są o ponad jedną trzecią mniejsze, niż średnia dla regionu.
Zimnej Zośki boi się również yacon, po polsku zwany też jakonem - roślina wybitnie ciepłolubna, od tysięcy lat uprawiana w peruwiańskich Andach, a u nas mało znana. Podhodowałem bulwę w doniczce i dopiero teraz przewiozłem do Ostoi, trafiła na permakulturową grządkę grubo ściółkowaną słomą, jest nadzieja, że da sobie radę w nadchodzącym, zimnym tygodniu. Zupełnie natomiast nie obawiam się o Apiosa, czyli chobot bulwiasty, roślinę z Ameryki Północnej, całkowicie mrozoodporną. Apios ma wypełnić lukę w pnączach, kategorii roślin której zdecydowanie mi brakuje. Nie dość że jest pnączem, to jeszcze wiąże azot z powietrza, pięknie kwitnie, ma jadalne bulwy i podobno właściwości lecznicze - jednym słowem typowa roślina permakulturowa, która spełnia wiele funkcji. Bardzo chciałbym, aby na stałe zagościła w Ostoi, ale ponieważ lubi ona gleby wilgotne, nie będzie łatwo, bo jak wiadomo Ostoja piachem, i na piachu, stoi.
Nie zawodzą natomiast moje wielokrotnie już opisywane donice, z których dosłownie wylewa się zieloność. Rzodkiewki dochodzą, sałaty wychodzą, a nad wszystkim panuje gwiazdnica, przez wielu uznawana za dokuczliwy chwast, a dla mnie pyszna roślina jadalna, do wszelkich sałatek. Czego nie zjemy, użyźni glebę. Nie martwię się wcale, że gwiazdnica zagłuszy inne rośliny - gdy ją zjemy, odbiją. W niektórych donicach ładnie sobie rosną siewki jabłoni wyhodowane ze sklepowych jabłek, dam im jeszcze porosnąć do jesieni, a potem trafią na miejsca docelowe.
Na koniec jeszcze portrecik kwitnącego czosnku niedźwiedziego, którym się wreszcie nieco możemy podelektować. Pamiętam komentarze w stylu "kaktus mi wyrośnie, jak Ci czosnek niedźwiedzi na tym piachu urośnie"... Moi mili, pokażcie Wasze kaktusy. Jak widać warto czasami "pójść po bandzie", zadziałać niekonwencjonalnie i potestować "niemożliwe". A najlepiej to nie wiedzieć, że jest niemożliwe i próbować, wtedy napewno się uda.
Ponieważ do Ostoi zbliżają się wielkimi krokami warsztaty permakultury, to "lecę ostro po bandzie", aby uczestnicy mieli co w Ostoi oglądać. Ignorując nadchodzącą Zimną Zośkę, intensywnie sadzę pomidory na mojej grządce z kostek słomy. Ponad 40 krzaczków znalazło swój dom w słomie i jak na razie mają się dobrze. Z niepokojem obserwować teraz będę prognozy pogody i trzymać kciuki za brak przymrozków i gradobić. Póki co, mamy raczej problem odwrotny - brak opadów. Pomimo zapowiedzi burz, jedne idą na Łowicz, inne na Łódź, omijając nasze lasy niezwykle skutecznie. Po trzech latach obserwacji myślę, że nasze opady są o ponad jedną trzecią mniejsze, niż średnia dla regionu.
Zimnej Zośki boi się również yacon, po polsku zwany też jakonem - roślina wybitnie ciepłolubna, od tysięcy lat uprawiana w peruwiańskich Andach, a u nas mało znana. Podhodowałem bulwę w doniczce i dopiero teraz przewiozłem do Ostoi, trafiła na permakulturową grządkę grubo ściółkowaną słomą, jest nadzieja, że da sobie radę w nadchodzącym, zimnym tygodniu. Zupełnie natomiast nie obawiam się o Apiosa, czyli chobot bulwiasty, roślinę z Ameryki Północnej, całkowicie mrozoodporną. Apios ma wypełnić lukę w pnączach, kategorii roślin której zdecydowanie mi brakuje. Nie dość że jest pnączem, to jeszcze wiąże azot z powietrza, pięknie kwitnie, ma jadalne bulwy i podobno właściwości lecznicze - jednym słowem typowa roślina permakulturowa, która spełnia wiele funkcji. Bardzo chciałbym, aby na stałe zagościła w Ostoi, ale ponieważ lubi ona gleby wilgotne, nie będzie łatwo, bo jak wiadomo Ostoja piachem, i na piachu, stoi.
Nie zawodzą natomiast moje wielokrotnie już opisywane donice, z których dosłownie wylewa się zieloność. Rzodkiewki dochodzą, sałaty wychodzą, a nad wszystkim panuje gwiazdnica, przez wielu uznawana za dokuczliwy chwast, a dla mnie pyszna roślina jadalna, do wszelkich sałatek. Czego nie zjemy, użyźni glebę. Nie martwię się wcale, że gwiazdnica zagłuszy inne rośliny - gdy ją zjemy, odbiją. W niektórych donicach ładnie sobie rosną siewki jabłoni wyhodowane ze sklepowych jabłek, dam im jeszcze porosnąć do jesieni, a potem trafią na miejsca docelowe.
Na koniec jeszcze portrecik kwitnącego czosnku niedźwiedziego, którym się wreszcie nieco możemy podelektować. Pamiętam komentarze w stylu "kaktus mi wyrośnie, jak Ci czosnek niedźwiedzi na tym piachu urośnie"... Moi mili, pokażcie Wasze kaktusy. Jak widać warto czasami "pójść po bandzie", zadziałać niekonwencjonalnie i potestować "niemożliwe". A najlepiej to nie wiedzieć, że jest niemożliwe i próbować, wtedy napewno się uda.
Etykiety:
apios,
chobot bulwiasty,
czajki,
czosnek niedźwiedzi,
donice,
gwiazdnica,
hodowla z pestek,
jabłoń,
jakon,
Ostoja,
pomidory,
rzodkiewki,
uprawa w kostkach słomy,
yacon,
zimna zośka
środa, 4 maja 2016
Eksperyment
W Ostoi w domku dla owadów ruch jak na Marszałkowskiej, wolna miłość kwitnie wśród pszczół murarek. Gdy Słońce przyświeca na pęczki trzciny, szyszki, glinę i pieńki, pszczółki i inne owady, których jest bez liku, dwoją się i troją, aby zająć jak najlepsze lokum. Pomimo że jakiś zwierz domek zdemolował, odrywając jego tylną ścianę i wyrzucając część zawartości, mieszkańcy domku doskonale przetrwali zimę i teraz usilnie starają się, aby ich następne pokolenia znalazły schronienie w tej jakże ekskluzywnej budowli. Domek zdecydowanie wymaga remontu, ale zwlekam z nim do chwili, gdy w domku zapanuje względny spokój - nie chcę zakłócać owadom wiosennych rytuałów.
Jeśli już jesteśmy przy zwierzętach, to nawet świeżo ułożony z kostek słomy ogródek ma też swojego lokatora. Ten uroczy padalec regularnie wygrzewa się na kostkach, nie przejmując się zbytnio moją obecnością. Brak kończyn nie przeszkadza mu absolutnie w pokonywaniu pionowych ścian kostek, a jedynym, co go niepokoi, są kosy - prawdziwe tegoroczne utrapienie Ostoi. Kosy upodobały sobie ściółkę ze zrębki, którą w niewiarygodny sposób rozrzucają na wszystkie strony w poszukiwaniu larw, poczwarek i dżdżownic. Nie gardzą również posadzonymi nasionami, ale jakby na to nie patrzeć, tu w lesie to one są "bardziej u siebie".
Gdy kosy na grządkach harcują, trzeba uciekać się do innych metod uprawy. A u podstaw uprawy jest przygotowanie odpowiedniej gleby. Kolejny tegoroczny eksperyment wymaga podłoża silnie higroskopijnego, przygotowuję więc je z torfu i kompostu, z dodatkiem dolomitu dla odkwaszenia oraz mączki bazaltowej, aby zwiększyć zawartość mikro i makroelementów. Podłoże to umieszczę w "dziwnych" donicach z cienkiego filcu. Ta eksperymentalna uprawa ma pokazać, jak prosta, łatwa i przyjemna może być uprawa własnych warzyw, i że jest ona możliwa absolutnie wszędzie. Inspiracją jest system RGSS Larry Halla oraz teoria "air pruning", czyli stymulowanie rozwoju ekstremalnie gęstego i wydajnego systemu korzeniowego poprzez wymuszanie obumierania korzeni w zetknięciu z powietrzem.
Gdy filcowa donica jest już gotowa, trafia ona do tacki z wodą. Taki system zapewni mi "komfort nieobecności" - mam nadzieję, że nawet w największe upały rośliny przetrwają tydzień mojej nieobecności. Pierwsze testowe donice ustawiłem, aby sprawdzić to własnie - jak się kształtuje wilgotność w nich po tygodniu i dłużej, bez żadnej opieki. Jeżeli sprawdzą się, będzie ich więcej. Oczywiście "industrialny" wygląd tacek i donic starałem się jakoś złagodzić, aby nie raził w Ostoi. Tradycyjnie, zrębki i wiklinowe płotki moim zdaniem sprostały zadaniu. Na początek spróbuję uprawy dyń, ogórków i pomidorów , ale metoda ta powinna się sprawdzać praktycznie wszędzie, gdzie jest skrawek miejsca i dość światła. Zamierzam więc ją wypróbować w tym samym czasie i na tarasie w wielkim mieście, a na zakończenie sezonu porównać wyniki.
Metody takie jak powyższa, nie są "solą tej ziemi" w Ostoi - głównym celem jest uprawa czysto permakulturowa, oparta w przeważającej części o rośliny wieloletnie. I choć część tych wieloletnich jest już posadzona, i choć część wcale nieźle rośnie, to na prawdziwe zbiory trzeba czasem poczekać i kilka lat. Na razie więc podziwiam piękne pędy szparagów, czy ogromne liście rabarbarów, ale ich nie zrywam, pozwalając im dobrze się zadomowić. "Bezobsługowe" tulipany dodają tym grządkom kolorytu, i tak jak one mają za rok czy dwa funkcjonować jadalne rośliny wieloletnie - główna praca to mają być zbiory. Tymczasem jednak trzeba być wiernym zasadzie "Zadbaj o Plon" i kolokwialnie mówiąc, mieć co jeść. Stąd też i te metody, z pogranicza permakultury, testowane też po to, aby wynikami podzielić się z Wami, tu na tym blogu, i zachęcić do produkcji własnego jedzenia. Bo jak mawia jeden z amerykańskich miejskich ogrodników, uprawa własnej żywności, to jak druk własnych pieniędzy.


wtorek, 19 kwietnia 2016
Zapowiedź sezonu
Zazieleniła się Ostoja i okolice. Ale miejscami jest biało. To tam, gdzie kwitną dzikie śliwy i gruszki. Wśród białego kwiecia niosą się trele ptasząt wszelkiej maści, a nad wszystko wybijają się dwa głosy - żurawi znad rzeki i kruków z chmur. Nocami natomiast, zwycięzca jest tylko jeden - to żabi chór z bajorka, który prawie nie daje spać. Narcyzy i żonkile wyrastają wśród brzóz, na ziołowej spirali, w leśnym ogrodzie i przy domu, pięknie prezentując się na tle zieleni. A zieleń ta, to w większości kokorycz, której wysyp w tym roku jest wyjątkowo obfity.
W moim leśnym ogrodzie jak zwykle pierwsze zakwitły jagody kamczackie. Wśród kwiatów pracowicie uwijają się trzmiele oraz pszczoły murarki, widać okoliczne domki dla owadów spełniają swoje zadanie. Pszczół miodnych jak na razie nie widać, jest ich niestety z roku na rok coraz mniej. Grusza ulęgałka, która nie owocowała od lat, a którą intensywnie przyciąłem niefachowo, "po swojemu", na jesieni, cała w pąkach. Bardzo jestem ciekaw jakości jej owoców. Jakie by nie były, do czegoś się przydadzą - jeśli nie do konsumpcji czy przerobu, to na pokarm dla sąsiedzkich kur, albo w ostateczności na kompost.
W moich "wiecznie wilgotnych" donicach zgodnie z oczekiwaniami wschodzi rzodkiewka, znowu zapowiadają się fajne plony z tych jakże małych "poletek". Wielkim plusem jest to, że donice omijają ptaki i inny zwierz leśny, który bez skrupułów grasuje tej wiosny w ogródku. Żadne ziarenko bobu posadzone tydzień temu nie umknęło uwadze leśnego szkodnika, który z precyzją automatu rozgrzebuje grubą warstwę zrębek dokładnie nad nasionkiem. Podejrzewane o te czyny są wiewiórki, ale za ogon nie zostały złapane ... No cóż, bób posadzony ponownie i przykryty siatką przeciw ptakom, zobaczymy, czy to pomoże.
A tymczasem w mieście ... wszystko zapomidorowane. Sadzonki pomidorów okupują parapety oraz miejsce pod jarzeniówką. Jest to "wielopłaszczyznowy" eksperyment, bo po raz pierwszy tak wielka liczba odmian, po raz pierwszy część w koszyczkach a nie w doniczkach, i po raz pierwszy część podlewana wodą z dodatkiem herbatki kompostowej. Jak na razie pomidorki mają się dobrze, ale z niecierpliwością oczekuję dnia, kiedy to całe towarzystwo przenieść będzie można do Ostoi, co nastąpi jednak dopiero po Zimnej Zośce. Grządki z kostek słomy czekają już w gotowości na przyjęcie przybyszów z miasta - zapowiada się sezon pod znakiem pomidora.
W moim leśnym ogrodzie jak zwykle pierwsze zakwitły jagody kamczackie. Wśród kwiatów pracowicie uwijają się trzmiele oraz pszczoły murarki, widać okoliczne domki dla owadów spełniają swoje zadanie. Pszczół miodnych jak na razie nie widać, jest ich niestety z roku na rok coraz mniej. Grusza ulęgałka, która nie owocowała od lat, a którą intensywnie przyciąłem niefachowo, "po swojemu", na jesieni, cała w pąkach. Bardzo jestem ciekaw jakości jej owoców. Jakie by nie były, do czegoś się przydadzą - jeśli nie do konsumpcji czy przerobu, to na pokarm dla sąsiedzkich kur, albo w ostateczności na kompost.
W moich "wiecznie wilgotnych" donicach zgodnie z oczekiwaniami wschodzi rzodkiewka, znowu zapowiadają się fajne plony z tych jakże małych "poletek". Wielkim plusem jest to, że donice omijają ptaki i inny zwierz leśny, który bez skrupułów grasuje tej wiosny w ogródku. Żadne ziarenko bobu posadzone tydzień temu nie umknęło uwadze leśnego szkodnika, który z precyzją automatu rozgrzebuje grubą warstwę zrębek dokładnie nad nasionkiem. Podejrzewane o te czyny są wiewiórki, ale za ogon nie zostały złapane ... No cóż, bób posadzony ponownie i przykryty siatką przeciw ptakom, zobaczymy, czy to pomoże.
A tymczasem w mieście ... wszystko zapomidorowane. Sadzonki pomidorów okupują parapety oraz miejsce pod jarzeniówką. Jest to "wielopłaszczyznowy" eksperyment, bo po raz pierwszy tak wielka liczba odmian, po raz pierwszy część w koszyczkach a nie w doniczkach, i po raz pierwszy część podlewana wodą z dodatkiem herbatki kompostowej. Jak na razie pomidorki mają się dobrze, ale z niecierpliwością oczekuję dnia, kiedy to całe towarzystwo przenieść będzie można do Ostoi, co nastąpi jednak dopiero po Zimnej Zośce. Grządki z kostek słomy czekają już w gotowości na przyjęcie przybyszów z miasta - zapowiada się sezon pod znakiem pomidora.
Subskrybuj:
Posty (Atom)