środa, 19 marca 2014

Drzewka odmian kolumnowych

No i otrzymałem paczkę, sprzedawca nadał tydzień przed planowanym terminem. Kurier dostarczył w piątek o 20 ...

Cóż, trzeba było zebrać się i skoro świt w sobotę jechać sadzić .... A lało, wiatr gałęzie łamał, nie za dobrze to wyglądało ...

Biedactwa w paczce to 24 drzewka owocowe tak zwanych odmian kolumnowych - jabłonki, grusze, śliwy, wiśnie, czereśnie a nawet dwie brzoskwinie. Odmiany kolumnowe podobno nie rosną większe niż 2-3 metry wzwyż, a wszerz mają podobno nie przekraczać 80 centymetrów średnicy przez wiele lat.

Oczywiście drzewka takie nie owocują tak obficie jak pełnogabarytowe, jednakże wydają się idealne do małych przestrzeni, takich jak moje podwórko w Ostoi.

Ułożyłem sobie plan zbudowania na podwórku miniaturowej "food forest" właśnie z użyciem takich drzewek, no i jak zawsze - zobaczymy co z tego wyniknie. Internetowe opinie o drzewkach kolumnowych są bardzo różnorodne - jedni chwalą, inni krytykują, myślę, że warto jednak dać im szansę.

Zanim dojechałem do Ostoi pogoda się nieco poprawiła, można więc było przystąpić do sadzenia. W ruch poszedł najnowszy nabytek - świder Fiskars do kopania dołków o średnicy 20 cm. Przeszedł dzielnie chrzest bojowy i sprawdził się rewelacyjnie.

Drzewka postanowiłem sadzić w sposób dosyć dziwny - w miejscu od zeszłego roku przykrytym 12-20 cm warstwą zrębek. Widać tu ewidentnie inspirację metodami Paula Gautschi i filmem "Back to Eden" - cały sad Paula rośnie właśnie w takiej warstwie zrębek, i to jak rośnie!

Po odgarnięciu zrębki, wierciłem w gruncie otwory o głębokości mniej więcej 40-50 cm. Otwór wypełniałem wodą, która dosyć szybko wsiąkała w grunt. Pomimo, że grunt jeszcze nie obsechł po zimie, woda wsiąkała szybko - widać jak bardzo te moje piaski są przepuszczalne. Zresztą pod 40-50 cm warstwą ciemniejszych piasków kryje się wszędzie żółciutki, czyściutki piaseczek, godny najbardziej renomowanych plaż, ale na pewno nie rewelacyjny jako gleba do sadu ... W opinii wyznawców metody "Back to Eden", gruba warstwa zrębek ma to właśnie zmienić - ma powstać pod nimi żyzna gleba, tak jak powstaje naturalnie w lasach przez setki czy tysiące lat ...

Na powierzchni w miejscu, gdzie teraz ma stanąć miniaturowy sad, był niemal pozbawiony życia piach - ot, tu porost, tu trawka. Fauna ograniczała się do biegających nerwowo mrówek.

Obecnie wystarczy rozgarnąć zrębki aby dostrzec życie. Widać długie nici grzybni rozchodzące się we wszystkich kierunkach, widać pierwsze dżdżownice i inne mniejsze lub większe stworzenia.

 
 Przy tej okazji postanowiłem wypróbować dodatkowo pewną metodę, opisywaną między innymi tutaj - umieszczenia w dołku pod rośliną ustawionego pionowo pieńka ze starego, zmurszałego drewna (użyłem brzozy i lipy), którego zadaniem ma być utrzymywanie wilgoci i dostarczanie substancji odżywczych - ot taka miniaturowa hugelkutura.

Do dołków dodalem jeszcze odrobinę hydrożelu, kompostu oraz wermikompostu (wytworzonego przez moje miejskie dżdżownice z kuchennych odpadków), głównie jednak do dołków trafiał z powrotem ten sam wykopany z nich piach.

W świetle zapewnień miłośników metody "Back to Eden" woda przechodząc przez warstwę zrębek powinna zabierać ze sobą do korzeni dość składników odżywczych, aby drzewkom żyło się dobrze ... Jak to się mówi: pożyjemy - zobaczymy ...


Tak więc po dwóch solidnych deszczach, w tym jednym ze śniegiem, trzech czy czterech wichurach, przeplatanych dłuższymi lub krótszymi okresami słonecznej pogody (w marcu jak w garncu), mini sad z owocowych drzewek kolumnowych jest gotowy i .... niemal nie sposób dostrzec go na zdjęciu :) Tak małe i cienkie są te drzewka obecnie. Rekomenduje się je sadzić w odstępach 80 centymetrowych, ja sadziłem co mniej więcej metr, aby między nimi posadzić jeszcze inne niskie rośliny. Trafi tam na pewno żywokost oraz inne rośliny mające wspomagać tworzenie się żyznej gleby. Ciekaw jestem kiedy pojawią się na drzewkach pierwsze listki - z niecierpliwością teraz będę czekał prawdziwej wiosny i pierwszych objawów życia w moim mini sadzie.

W warszawskich ogródkach działkowych już od dwóch tygodni pysznią się łany w pełni rozkwitłych krokusów, przylaszczek, przebiśniegów i innego kwiecia, a u mnie w Ostoi, niecałe 70 km na zachód, pierwsze krokusiki dopiero nieśmiało się pokazują. Wiosna się tu spóźnia, no ale z drugiej strony w zeszłym roku o tej porze leżał tu jeszcze śnieg, o którym w tym roku już zdążyliśmy zapomnieć.

Tak czy inaczej, sezon prac ogrodowych uznaję za otwarty!


piątek, 7 marca 2014

Odwracanie kota ogonem

Kociczka z sąsiedztwa co przyszła się pożywić, zjadłszy kęs mięska przeciąga się na słoneczku, a ja widząc jak najedzona odwraca się do mnie ogonem, rozmyślam o tym, jak dziwny jest ten świat.

W tak zwanych sklepach spożywczych, jak sama nazwa wskazuje, dostępna jest żywność, w niespotykanej w przeszłości obfitości. Problem w tym, że jeszcze 100 lat temu ponad 80% produktów wystawianych obecnie na półkach sklepowych nie było znanych ludzkości! Od zarania dziejów dieta ludzka ulegała powolnym metamorfozom, jednakże zmiany, jakie w niej zaszły w przeciągu ostatnich stu lat są po prostu kolosalne.

Wszyscy oczywiście zdajemy sobie sprawę z wpływu jaki zmiany w diecie wywarły na nasze zdrowie i jakość życia (wystarczy wspomnieć o epidemii otyłości), co jednakże jest zadziwiające, to zmiany jakie zaszły w postrzeganiu żywności i rozróżnianiu jej źródeł pochodzenia.

Obecnie w społecznej świadomości "zwykła" żywność to produkt wysoce przetworzony, w pudełkach, kartonach, plastikach, konserwowany, barwiony i sztucznie aromatyzowany. Obok niej, gdzieś na marginesie, funkcjonuje żywność "specjalna" - ekologiczna, specjalnie oznaczona, wymagająca szeregu certyfikatów, droższa, i niejednokrotnie - zdrowa tylko z nazwy (ale to temat na inny wpis).

To są wszystkim znane truizmy, co mnie dziś zastanawia, to fakt, iż sytuacja taka jest absurdalna - wychodząc ze starej prawdy "jesteś tym, co jesz", powinniśmy sięgając po żywność być pewnym, że służy nam ona dobrze. Jeśli jednak z jakichkolwiek względów produkt może nie spełniać tego wymogu, producenci i sprzedawcy powinni nas przed tym ostrzegać. Żywność prawdziwie zdrowa i ekologiczna, zawierająca tylko naturalne, zdrowe składniki, produkowana według tradycyjnych receptur, bez chemii barwników i konserwantów, nie powinna być w żaden sposób oznaczana! Oczywistym powinno być, że żywność "zwykła" to taki właśnie, zdrowy produkt. Żywność taka powinna dumnie wypełniać większość półek w centralnych częsciach sklepów, a nie kryć się gdzieś po kątach w bocznych alejkach.

Produkty żywnościowe będące bardziej wytworem przemysłu chemicznego niż rolno-spożywczego, powinny być natomiast w sposób wyraźny i czytelny oznakowane, jako nieekologiczne lub po prostu nienaturalne. I dopuszczenie takich właśnie produktów do obrotu powinno wymagać takiej masy atestów i biurokracji, jakiej obecnie wymaga produkcja i sprzedaż żywności ekologicznej! 

środa, 19 lutego 2014

Oznaki wiosny

W Ostoi śnieg niemal zanikł - cienką warstwą trzyma się jeszcze w najchłodniejszych miejscach. Czas topnienia śniegów to moment doskonały, aby na swej ziemi wykreślić mapę miejsc ciepłych i chłodnych, poznać układ temperatur i prawa, które nim rządzą. Podstawową rolę odgrywają wystawa (położenie względem Słońca), zacienienie i wiatr. Z ostatnich obserwacji wiem, gdzie jest zdecydowanie najchłodniej - śnieg w kilku miejscach uparcie znikać nie chce, są to tak zwane "kieszenie zimna". Warto je zapamiętać.

Widać pączki na krzaczkach jagody kamczackiej. Niemal zakończyły one żywot w zeszłorocznych sierpniowych upałach, a jednak odżywają i (trzymajmy za to kciuki) chyba będzie z nich w tym roku pożytek.

Gleba jeszcze zmrożona, i choć rozum sugeruje, aby czekać, serce rwie się do ogrodowych prac. Tak więc przeglądam zgromadzone nasiona, zamawiam sztobry, czytam o rzeczach, o których pojęcie mam blade lub żadne, a na parapecie z mieście, zdala od Ostoi, zaczynają kiełkować miechunki, lawendy, szałwie i inne dziwne nasionka.

Choć na starorzeczach lód wciąż trzyma, na bajorkach rzęsa grzeje się w promieniach Słońca, a czasami niebo przecina para żurawi. Ich krzyk słychać coraz częściej - wróciły, i pewnie tak jak w zeszłym roku, budzić będą punktualnie skoro świt. Miło powitać "starych przyjaciół".

Brzozy jednakże wciąż śpią - nie leci jeszcze sok brzozowy. Szkoda, że w Ostoi sezon soku tego jest tak krótki - w zeszłym roku trwał ledwie tydzień.

Przez twardą i ciągle z lekka zmrożoną warstwę ziemi przebija się pierwszy krokus - zwiastun wiosny.

Wszelkie znaki na niebie i ziemi są niczym w porównaniu z tą niecierpliwością, jaka czai się we mnie - chcę sadzić, kopać, siać! Niechybna oznaka wiosny ... :-)

piątek, 31 stycznia 2014

Czterej Jeźdźcy Apokalipsy

Pierwszy wpis w roku 2014 dedykuję analizie rzeczywistości w jakiej żyjemy zawartej w dokumentalnym filmie "Czterej Jeźdźcy Apokalipsy"



Zachęcam do obejrzenia i refleksji.

"Jednostka nie zmieni całego systemu, ale może zmienić siebie"

Naprawdę czas na zmiany!

poniedziałek, 18 listopada 2013

Listopadowe pomysły

Wciąż marzy mi się żywopłot otaczający Ostoję, dotychczasowe jednak wysiłki spełzły na niczym. Z ostatnich obserwacji jasno wynika, że aby żywopłot z sadzonek miał szansę urosnąć,trzeba by go otoczyć ... płotem. Stada dzików są obecnie tak liczne, że dosłownie każde miejsce gdzie cokolwiek człek posadził, zryte jest dokumentnie - dziki szukają pędraków w glebie bardziej miękkiej niż okoliczna.



Postanowiłem w geście rozpaczy poniekąd spróbować innej metody - kul z nasionami. Mając nadmiar nasion roślin "żywopłotowych" - róży pomarszczonej, śliwy ałyczy, głogu i karagany, postanowiłem dać szansę wysiewowi masowemu,. bazując na doświadczeniach Masanobu Fukuoki, autora "Rewolucji Źdźbła Słomy". Niestety nie posiadałem gliny suchej sproszkowanej, jak to jest zalecane w oryginalnym przepisie. Wykorzystałem więc zwykłą glinę, co pracę znacząco utrudniło, mam jednak nadzieję, że nie wpłynie to znacząco na ewentualne efekty.
 

Na każdą część zmieszanych nasion dodałem pięć części gliny, jedną część wermikompostu (nawozu produkowanego przez dżdżownice), jedną część ziemi, a następnie stopniowo dodawałem wodę, intensywnie mieszając. Po dokładnym wymieszaniu i uzyskaniu odpowiedniej konsystencji, formowałem z powstałej masy kulki, wielkości mniej więcej włoskiego orzecha. Kulkom pozwoliłem podeschnąć przez noc, a następnie umieściłem je co mniej więcej 30 cm wzdłuż fragmentu granicy Ostoi, kryjąc je tuż pod warstwą piaszczystej gleby. Na potencjalne efekty trzeba będzie poczekać minimum do wiosny, a być może i dłużej - nasiona głogu na przykład potrafią przeleżeć w glebie kilka lat zanim wykiełkują.
 
Drugi drobny pomysł zrealizowany w listopadzie to bardzo prosta, skuteczna, tania i co najważniejsze "wielorazowa" pułapka na myszy. W szopie na narzędzia nie sposób było sobie z myszami poradzić, postanowiłem więc wyłapywać je "hurtowo". Zasada działania pułapki jest bardzo prosta - mysz wskakuje na "walec" pokryty przynętą (jest nią masło orzechowe) - walec obraca się, a mysz wpada do wiaderka. Na dnie wiaderka jest woda, która uniemożliwia myszy skuteczne odbicie się i wyskoczenie z wiaderka. Jeśli chcemy myszy "oszczędzać" i wypuszczać gdzieś żywcem, wody oczywiście powinno być mało i pułapkę trzeba sprawdzać codziennie. Zaletą tej pułapki jest to, że po "złapaniu" jednej myszy, nie wymaga ona naszej ingerencji - jest natychmiast gotowa do łapania kolejnych.

środa, 16 października 2013

Kolektor słoneczny z puszek

Kolejnym projektem zrealizowanym w Ostoi jest kolektor słoneczny z puszek po piwie. Zastosowania takiego kolektora są różnorakie - od ogrzewania pomieszczeń, poprzez podgrzewanie wody, a na wykorzystaniu w suszarni owoców czy grzybów skończywszy. Najpierw powstała drewniana rama o wymiarach dwa na jeden metr, a w niej dwie listwy z otworami na puszki.




Wiercenie otworów w 140 puszkach po piwie stanowiło najdłuższą fazę projektu. Przewiercone puszki klejone następnie były w kolumny po pięć, aby na koniec zostać zamontowane w ramie, w dziesięciopuszkowych kolumnach. Montaż przebiega błyskawicznie gdy wszystkie elementy są przygotowane, a całość zaczyna już w tej fazie projektu cieszyć oko.






 





Następnym etapem jest pomalowanie puszek czarnym matowym lakierem samochodowym, co samo w sobie jest proste, ale jak się okazuje lakier niezbyt dobrze trzyma się puszek. Być moze trzeba było użyć czarnej farby tablicowej? Puszki pomalowane lakierem samochodowym w sprayu wymagają obchodzenia się jak z jajkiem, gdyż nawet przy najlżejszym uderzeniu lakier zaczyna odpadać.












Gdy puszki są już na swoich miejscach, pora przewócić kolektor na brzuszek i zająć się plecami. Tu najważniejsze jest ocieplenie, ja użyłem do tego wełny mineralnej. "Plecy" powstały z cienkiej płyty HDF. Wykonałem w niej dwa otwory, wlotowy i wylotowy, przez nie podążać będzie powietrze przepływajace przez kolektor. Ostatnią czynnością w tej fazie projektu było dodanie przodu - czyli płyty z bardzo cienkiego, przezroczystego PCV.
 

 I kolektor gotowy - młodzież określiła go mianem iPhona-Giganta. Został skończony w sobotę, gdy pogoda nie sprzyjała testom. Słońce ani na moment tak naprawdę nie wyszło zza chmur. W momentach, gdy jego tarcza była ledwo widoczna przez chmury, różnica temperatur między wlotem a wylotem wynosiła od 5 do 15 stopni. Nie nastrajało to zbyt optymistycznie. Z testami postanowiłem poczekać do niedzieli, licząc na zmianę pogody.
 Niedzielny poranek rozczarował, słońce jedynie na sekundy rozświetlało podwórko. Po południu jednak wiatr rozwiał nieco chmur i "się zaczęło". Kolektor nagrzewał się błyskawicznie. Temperatura powietrza na wlocie (czyli temperatura panująca na podwórku tuż nad ziemią) wynosiła 18 stopni.
 Oto co zobaczyliśmy na wylocie - 68,5 stopnia Celsjusza! Przy niezbyt silnym słońcu kolektor pozwalał ogrzać przechodzące przez niego powietrze o 50 stopni! Całkiem niezły wynik, nieprawdaż? Kolejnym krokiem w testach kolektora będzie wbudowanie napędzanego ogniwem solarnym wentylatorka, który wymusi dodatkowo obieg powietrza w kolektorze i zwiększy "ciąg". Działanie tego pierwszego kolektora zachęca do dalszych prób i eksperymentów, do których wszystkich zachęcam.

poniedziałek, 7 października 2013

Spirala ziołowa

W Ostoi za domem, od ponad dwudziestu lat, straszyła górka z piasku posadowiona na resztkach betonu z betoniarki. Pozostałości po budowie domu nawet nie bardzo chciały porastać zielskiem, ot, tu wiesiołek, tam trawka. Nie chcąc kuć betonowych brył i wywozić piachu, postanowiłem przekształcić to miejsce w ogródek ziołowy, wykorzystując "naturalne" właściwości górki.

Ogródkowi postanowiłem nadać kształt spirali - sztadarowego rozwiązania z zakresu permakultury. Spirala bowiem, na bardzo małej powierzchni, pozwala stworzyć szereg zróżnicowanych siedlisk - i dla roślin lubiących gleby słabe, i dla tych wymagajacych żyznych, dla światło i cieniolubnych, dla lubiących wilgoć i preferujących suszę.

Na szczycie spirali, od południa, gdzie sucho i gorąco, szansę rosnąć ma rozmaryn i szałwia, a od północy u dołu, gdzie chłodniej i więcej wilgoci, dobrze się czuć może lubczyk czy pietruszka.

Konstrukcja spirali rządzi się określonymi prawami - powinna ona "kręcić się" zgodnie z ruchem wskazówek zegara, gdyż ułatwia to spływ wody. Kamienne ściany spirali tworzą magazyn ciepła gdy rozgrzewa je słońce, nie powinny więc być zbytnio zakrywane. Ideałem byłoby od strony południowej ulokować na poziomie gruntu oczko wodne - odbijane od jego tafli promienie słońca dodatkowo "doświetlałyby" spiralę. Tego ostatniego warunku niestety nie udało mi się spełnić - kształt mej piaskowej górki narzucał zlokalizowanie oczka od strony północnej. Być może jeszcze w przyszłości dodam drugie oczko, od strony południowej.

Najpierw masyw piaskowej górki obłożyłem kamieniami, kształtując spiralę. Powierzchnia górki została solidnie podlana, wygrabiona i wyłożona mokrym kartonem - ma to zapobiec rozwojowi chwastów. Warstwa kartonu została zasypana piaskiem z małego wykopu pod oczko wodne, aby zapewnić drenaż. Kolejną warstwę stanowiły świeżo opadłe liście wymieszane z małą ilością obornika.

Ziemia ogrodowa została rozłożona tak, aby im niżej, tym grubszą warstwę stanowiła. Rośliny rosnące na górze spirali w teorii wymagają gleb słabszych, a te które sadzi się niżej, wolą gleby bardziej żyzne.

Dno oczka wodnego pokryłem czarną folią, a brzegi obłożyłem kamieniami. Nie zapomniałem o rurce odpływowej, której zadaniem będzie odprowadzać nadmiar wody opadowej. Oczko ma służyć głównie za miejsce hodowli rukwi wodnej, a jego dodatkową funkcją będzie urozmaicanie życia biologicznego - na pewno przyciągnie wielu nowych mieszkańców do Ostoi, podobnie jak i cała spirala.

Przedostatnim etapem konstrukcji spirali było zasypanie jej powierzchni zrębką z drzew liściastych. Ma ona za zadanie uchronić spiralę przed erozją w czasie nadchodzącej zimy, a ponadto utrzymywać wilgoć i wolno się rozkładając, użyźniać glebę.

Ostatni etap nastąpi wiosną, kiedy to sadzonki i nasiona ziół trafią na swoje miejsca. Jednak już teraz spirala cieszy oko, z kupki betonu i piachu powstał ciekawy element krajobrazowo-użytkowy. Doceniły go już motyle, przesiadując na kamieniach spirali nagrzanych jesiennym słońcem. Chciałbym aby do oczka wodnego przywędrowały na wiosenne gody rzekotki, byłoby to dla mnie największą nagrodą za wysiłek włożony w konstrukcję spirali.